Ładuję...

kolumber.pl


Drodzy użytkownicy! Informujemy, że dnia 24.05.2018 w godzinach 00:00 - 03:00 zostaną przeprowadzone prace serwisowe związane z przeniesieniem Kolumbera na inne serwery. W tym czasie serwis kolumber.pl nie będzie dostępny.

Dzień 2

Przed śniadaniem wychodzę na spacer z aparatem ale szybko przegania mnie deszcz. Prognozy mówią, że od 9.00 będzie już tylko błękitne niebo. Patrząc na ciężkie deszczowe chmury nabieram wątpliwości co to tych prognoz. Gdy o 9.00 wychodzimy z hotelu świeci słońce i tak pozostanie przez cały tydzień. W duchu przepraszam synoptyka z portalu maltaweather.com  za mój brak wiary w jego prognozy. Portal oprócz szczegółowej pogody na lądzie podaje też prognozy odnośnie stanu morza. Są to pewnie informacje bardzo ważne dla Maltańczyków skoro wokół tylko morze ale jeszcze ważniejsze dla turystów o czym się później przekonam.

Zwiedzanie Gozo zaczynamy od północno-zachodniego wybrzeża, które zwykle jest pomijane przez turystów. Nie wynika to z tego, że jest nieatrakcyjne ale z faktu, że trudno tu dojechać. Po malowniczych panwiach solnych i  wąskiej zatoczce Wied Il-Għasri docieramy do Wied Il-Mielaħ tzw. „małego azur window”. Nazwa nie odnosi się do wielkości a raczej popularności. Turyści tu jeszcze nie docierają wybierając właściwe Azur Window. Jednak biorąc pod uwagę, że wynik walki sił natury z potężnym choć kruchym skalnym mostem jest łatwy do przewidzenia pewnie kiedyś tu trafią turyści gdy ikona wyspy legnie w gruzach. Za Wied Il-Mielaħ  kończy się jakakolwiek droga ale widoki są tak piękne, że porzucamy samochód i dalej udajemy się pieszo aż do Hekka Point. Potem jedziemy w głąb wyspy. W spokojnym i bardzo klimatycznym Għarb możemy podziwiać wspaniały kościół, kilka kilometrów dalej jest sanktuarium Ta’Pinu, święte miejsce Maltańczyków. Kościoły na Malcie są wszędzie. Jest ich podobno tyle ile dni w roku. A większość z nich to nie są małe kościółki tylko gigantyczne świątynie. Niemal z każdego punktu czy to na Malcie czy Gozo widać kilkanaście ogromnych kopuł górujących nad małymi wioskami bądź miasteczkami.

Docieramy do Victorii a raczej Rabatu bo Maltańczycy wolą używać starszych arabskich nazw niż oficjalnych. To stolica Gozo i w skali wyspy metropolia. Nad miastem a co za tym idzie całą wyspą góruje cytadela. Warto pozaglądać w jej zakamarki i popodziwiać panoramy rozciągające się z jej murów a potem zejść na dół i w którejś z wąskich uliczek  spróbować pastizzi. To maltańska specjalność idealna na południową przekąskę. Mała rzecz a cieszy (syci). Pastizzi w południe stanie się naszym codziennym rytuałem. Najlepsze jest z ricottą ale z nadzieniem z bobu bądź szpinaku niewiele mu ustępują.

Potem kierujemy się na południowo zachodni kraniec wyspy by podziwiać piękne panoramy południowego wybrzeża. Stąd już kierujemy się prosto do Qawra. W wyborze drogi naiwnie zaufaliśmy mapom zarówno tej elektronicznej jak i papierowej, które miały nas poprowadzić najkrótszą drogą. Droga ze złej stawała się tragiczna. Kiepski asfalt, zastąpiły kamienie, których z czasem było coraz mniej. Co chwilę droga ginęła w ogromnych kałużach (to efekt ostatnich opadów), których głębokość pozostawała zagadką. Niestety odwrotu nie było bo droga była na szerokość naszego samochodziku i ani metra więcej by móc myśleć o zawróceniu. Zarówno ja jak i nasza corsa daliśmy radę choć łatwo nie było… Dotarliśmy do asfaltu i po kilku chwilach byliśmy w Qawra. Tu znajdują się: Inland Sea, Blue Hole, Fungus Rock  no i obiekt westchnień wszelkiej maści podróżników z całego świata Azure Window. O tym, że dni (a może lata bądź dziesięciolecia bo któż naturę odgadnie) tego cudu są policzone świadczy fakt że wprowadzono zakaz wstępu na „skalną kładkę”. Może nie jest on bezwzględny ale na pewno kosztowny. Jak mnie pamięć nie myli to taki ‘bilet wstępu’ kosztuje 5000 euro. Nie skusiłem się. W drodze do hotelu postanawiamy jeszcze raz odwiedzić panwie solne by nacieszyć oczy i matrycę aparatu ich widokiem w blasku późnopopołudniowego słońca.