Ładuję...

kolumber.pl


Wolontariat na Lampeduzie plus przystawki :)



Etap siódmy, Ustica 2013-07-13

Ustica to ostatnia wyspa sycylijska, na jaką dotąd nie dotarłam. Mam zamiar popłynąć tam wodolotem rano i wrócić wieczorem. Ustica jest znana z bogatego dna, jest to raj dla nurków. Mam pewien plan, ale na razie wolę go nie zdradzać...

======================================================

Zrealizowałam mój plan w 100%! Odbyłam na Ustice tzw chrzest morski, czyli pierwszą próbę nurkowania pod opieką instruktora! Spędziłam 45 minut pod powierzchnią wody, głównie na głębokości 7 - 15 metrów (choć tego rodzaju próba zakłada zanurzenie na 5-7 m).

Chrzest morski polega na tym, że delikwent może być (jak ja) całkowicie zielony, wystarczy, że umie pływać, no i że jest zdrowy. Te wymagania spełniam. Otrzymuje pełne oprzyrządowanie oraz opiekę instruktora - przewodnika, który pomaga mu we wszystkim, a właściwie robi wszystko za niego, pod wodą trzyma go cały czas za rękę, kontroluje właściwe oddychanie. Pływają pod wodą cały czas razem, i przewodnik decyduje o tym, gdzie pływają, kiedy trzeba wypłynąć itp.

Oczywiście, bałam się czy dam radę, ale wiedziałam, że będzie tak, jak ma być. Chciałam, żeby się udało, ale gdybym miała problemy z oddychaniem, gdybym za bardzo się bała, gdyby sparaliżował mnie strach, po prostu dałabym spokój.

Jonatan jeszcze kilka miesięcy temu wszystko mi wytłumaczył i bardzo serdecznie zaprosił. Taka przyjemność kosztuje 50 euro, czyli ze trzy posiłki w lokalu :) Kto się żywi pomidorami i mozzarellą spokojnie może sobie na to pozwolić ;)

Jonatan przedstawił mi potężnego Francuza o imieniu Jaques, który miał się mną opiekować. Ten objaśnił mi dokładnie przede wszystkim w jaki sposób radzić sobie z dekompresją - zaciskając nos i mocno dmuchając. Pokazał mi gesty, którymi będziemy się komunikować w wodzie - kółeczko palcami - OK, falujący ruch palcami - NIE OK.

Wszelkie objaśnienia sposobu użycia rurek, przycisków itp wpadały mi jednym uchem i wypadały drugim. Jestem imbecylem jeśli chodzi o obsługę przycisków, pilotów i innych takich urządzeń. Zdałam się na opiekuna, i było OK.

Chrzest morski odbywałam razem z Salvatore, młodym chłopakiem, byli też z nami dwaj chłopcy, którzy nurkowali samodzielnie, oraz Jonatan, jego wspólnik Gaetano, Jacques i Sara, dziewczyna Jonatana, która opiekowała się Salvatore.

Jeszcze w porcie kazali nam założyć częściowo kombinezon, tylko na nogi. To wcale nie jest takie łatwe! Potem już na łodzi trzeba się było ubrać całkowicie, a w miejscu nurkowania założono nam płetwy (ja miałam je pierwszy raz na nogach), specjalne kamizelki połączone rurkami z butlami. Kamizelkę napełnia się powietrzem z butli, wtedy służy jak kamizelka ratunkowa. Kiedy naciska się specjalny przycisk, powietrze usuwane jest z kamizelki, wtedy się zanurzamy. Zeby się wynurzyć, znów napełniamy kamizelkę powietrzem. Proste, prawda? Tylko że ja tych przycisków nie dotykałam nawet, żeby czegoś nie pokręcić. Wszystko robili za mnie.

Najpierw gotowy był Salvatore. Jonatan stanął nad nim, kiedy ten siedział na krawędzi pontonowej łodzi, i polecił mu palcami jednej ręki przycisnąć do twarzy maskę i ustnik. A następnie NIE MYŚLĄC O NICZYM (?!?!) przechylić się w tył, i wpaść tyłem do wody... Salvatore znalazł się w wodzie, a ja miałam ochotę zwiać. Jak ja tyłem wpadnę do wody, rany boskie!

Potem przyszła moja kolej, to samo. I NIE MYŚLĄC O NICZYM... nie było wyjścia, patrzyli na mnie, musiałam to zrobić. I chyba faktycznie nie myślałam o niczym...

Tu muszę powiedzieć, że moje przygotowania do filmowania morskich cudów niestety spełzły na panewce: nie pozwolili mi wziąć aparatu do wody! Potem obiecali mi, że mi go podadzą, jak już będzie widać, ze daję rady, ale to był pic na wodę... Po prostu, miałam mieć wolne ręce i skupioną uwagę na tym co robię...

A więc jedyne co mogę, to spróbować opowiedzieć o tym co tam na dole widziałam, ale nie znajduję słów...

Było po prostu cudnie... Kolorowe rośliny, świat jak z bajki, ławice ryb ze wszystkich stron... Podwodne skały oplecione morskimi pnączami, rozmaite kolory. Nie umiem tego opowiedzieć.

Płynęłam ciągnięta przez Jacka w wybrane przez niego rejony, wyciągałam rękę do ryb, a one tylko o parę centymetrów mijały moje palce, niewzruszone. Pamiętam cudne maciupeńkie fioletowe rybeczki, jak świetliki...

Potem zrobiło się zimno, popłynęliśmy niżej, zabolały uszy, przestraszyłam się, że trzeba będzie wypłynąć, ale przypomniałam sobie o dekompresji, parę razy przełknęłam ślinę zaciskając nos i było OK.

Potem pojawiły się ciemne stwory wypuszczające białe bańki, pytające mnie gestem czy OK, a ja odpowiadałam robiąc kółeczka palcami - OK, OK, OK!!! Chciało mi się krzyczeć, śmiałam się, czułam się niesamowicie...

W końcu Jacques wyprowadził mnie wyżej, gdzie spotkaliśmy się z Sarą i Salvatore, pokręcił coś przy naszych przyciskach i powolutku niebo zaczęło się przybliżać, niepostrzeżenie wynurzyliśmy się.

Salvatore powiedział później, że nie mógł odgonić od siebie myśli o tych iluś tam metrach nad głową. Ja nie miałam tego problemu, może dlatego, że nie czuję odległości, głębokości, czy tyle, czy tyle metrów, to dla mnie abstrakcja. A może dlatego, że od momentu zanurzenia głowy ważniejsze było dla mnie to co widziałam i czułam, niż jakieś inne ziemskie sprawy... Jacques powiedział mi potem, że pociągnął mnie tak głęboko, bo widział, że daję radę, nie mam problemów, że się nie boję, widział mój entuzjazm. I jestem mu ogromnie wdzięczna za to, co zrobił!

Po wynurzeniu śmiałam się, i od razu postanowiłam, że muszę tam wrócić. Taki mam plan. Skoro jestem zdolna zanurzyć się, nie boję się, daję radę, to za rok tu przyjadę na kurs nurkowania. Muszę te zdjęcia pod wodą zrobić!