Ładuję...

kolumber.pl


Tunezja cz.3, czyli Wielkanoc na Saharze



Z wizytą u berberów

Kolejny przystanek mieliśmy na zakupy zapasów wody i przekąsek w Al Maharas. Moją uwagę przyciągną stojący tuż przy głównej drodze olbrzymi szkielet wieloryba, przy którym na ławeczce siedziało trzech sędziwych panów. Dowiaduję się, że jakiś czas temu ten okaz został tutaj upolowany przez miejscowych rybaków i cała wioska się nim mogła wyżywić przez dłuższy czas.

Jedziemy dalej. Mijamy gaje oliwne, drzewa eukaliptusowe, przydrożne nasady kwitnących opuncji. Jest całkiem zielono. Ale im dalej na południe, tym bardziej krajobraz się zmienia na uboższy. Zaczynają się długie połacie pustynnej ziemi, porośniętej coraz uboższą roślinnością kserofityczną.

Dojeżdżamy do Matmaty na obiad. Na przystawkę jemy oczywiście brika popijając białym, dość dobrym winem. Na danie główne kosztujemy kuskus z warzywami i kawałkami baraniny. Po sytym posiłku ruszamy w dalszą drogę.

Nasz autokar dzielnie wiezie nas po krętych drogach gór Matmaty. Coraz częściej pojawiają się wydrążone w skale domostwa troglodytów, którzy skrywali się w tych niedostępnych rejonach przed kolejnymi najeźdźcami, Turkami, Arabami czy Francuzami. Do dzisiaj można spotkać rodziny, które zdają się żyć jak dawniej, choć w niektórych osadach widać wpływ cywilizacji, jak anteny satelitarne nad kopułą ziemianki czy telewizor wewnątrz skalnej jaskini.

Nasz przewodnik, Tunezyjczyk, który studiował w Polsce i ożenił się z Polką, po czym powrócił do rodzinnego kraju, dobrze mówi w naszym ojczystym języku. Obiecuje, że pojedziemy do rodziny berberów, która faktycznie żyje w osadzie w tradycyjnym stylu. Twierdzi, że jest sporo osad berberskich, które są atrakcją turystyczną, swoistymi skansenami, ale życie jest tam pozorowane na potrzeby dających bakszysz turystów. Wieczorem tzw. tubylcy udają się do swoich normalnych, murowanych domów, by następnego ranka powrócić do jaskiń znów odgrywać swoje role.

W osadzie spotykamy matkę z trójką dzieci. Mały chłopiec pokazuje nam małe szczeniaki i swoje króliki w małej, wydrążonej w ziemi studni zastępującej klatkę. Bardzo się przejmuje rolą przewodnika, ale jest całkiem sympatyczny i naturalny. Jego dwie trochę starsze siostry, zdają się być poirytowane wizytą turystów i zachowują się dość chłodno, choć udaje nam się je namówić na sesję fotograficzną, podczas której na chwilę pokazuje się na ich twarzach uśmiech. Na ile wymuszony, to już inna sprawa.

Matka rodziny, demonstruje nam na czym polega codzienna praca w takim gospodarstwie. Oglądamy zdjęcia wywieszone na ścianach. Malec częstuje nas zerwanymi właśnie z drzewa figami i pokazuje kran z wodą, gdzie możemy umyć twarz i ręce, co daje nam chwilę odświeżenia w dość upalny dzień. Zostawiamy po kilka dinarów wdzięczności i wracamy do autokaru.

Nie wszyscy byli przekonani, czy faktycznie oni tam żyją na co dzień, ale nam wydaje się, że wiele wskazywało na to że to prawda. Zdajemy sobie jednak sprawę, że z każdym rokiem, takie spotkanie  będzie coraz trudniejsze i coraz mniej naturalne.