Ładuję...

kolumber.pl


Good morning price

Z Hamy przejeżdżamy do Aleppo. Tu szybko znajdujemy hotel Hanadi. Jest zlokalizowany niedaleko starego miasta w kamienicy. Jej parter zajmuje sklep z mydłami. Do hotelu wchodzi się po stromych schodach. W recepcji przyjmuje nas dystyngowany starszy pan, najprawdopodobniej właściciel. Mówi dobrze po angielsku, więc bez trudu się dogadujemy. Dostajemy pokój, do którego wchodzi się bezpośrednio z wewnętrznego dziedzińca. W środku poraża różowy kolor. Różowe są ściany, sufit, pościel. Z pomocą pana z recepcji zamawiamy bilety na nocny autobus z Aleppo do Ammanu w następnym dniu. 

Po załatwieniu formalności ruszamy na zwiedzanie miasta. Na pierwszy rzut oka ruch pojazdów jest niemniejszy niż w Damaszku. Przejście przez każdą ulicę jest swoistą walką o przetrwanie. Nie ma się co łudzić, o pierwszeństwie dla pieszych nikt tu nie słyszał. Podążając w kierunku starówki, mijamy historyczny, ale podupadły hotel Baron, w którym niegdyś nocował m.in. Winston Churchill. W okolicy znajdują się warsztaty samochodowe i oponiarskie. Między nimi ulokowały się dwa sklepiki ze świeżymi sokami oraz dwie jadłodajnie. Kupujemy dwa kubki przepysznego soku z limonek, po czym udajemy się do jednej z jadłodajni. Jest to miejsce odwiedzane głównie przez tutejszych mieszkańców. Nasze zainteresowanie budzi piec z rusztem, na którym pieką się szaszłyki ze zmielonej baraniny, pomidory, całe główki cebuli. Wszystko wygląda bardzo apetycznie. Właściciel zachęca nas do wejścia do środka na pięterko. Wspinamy się po wąskich schodkach. Na górze znajduje się kilka stolików. Na migi zamawiamy po porcji szaszłyków, humus, świeże sałatki. Po chwili oczekiwania kelner przynosi talerze wypełnione wonnymi specjałami. Humus jest wyjątkowo świeży i smaczny. To najlepszy humus jaki przyszło nam jeść w czasie podróży na Bliski Wschód! Zajadamy się tym, co na talerzach. Ależ to aromatyczne i świeże! Warzywa w sałatce mają niezwykle bogaty smak.

Po tym prostym, ale niezwykłym posiłku możemy zwiedzać miasto. Przez zatłoczone ulice przedzieramy się w kierunku starówki. Szybko orientujemy się, że w Aleppo - inaczej niż w Damaszku - poszczególne ulice i kwartały miasta specjalizują się w sprzedaży jednej grupy towarów. I tak mijamy ulicę maszyn do szycia, tkanin, garniturów, mydeł, artykułów chemicznych. Znajdujemy nawet sklep wyłącznie z gumkami do majtek! Docieramy do Wielkiego Meczetu. Jest znacznie mniejszy niż ten w Damaszku. Dostaję płaszcz z kapturem, w którym mogę wejść do środka. Przyglądamy się ludziom, odpoczywamy na miękkim dywanie. Po wyjściu podążamy w kierunku cytadeli górującej nad miastem. Starówka Aleppo wydaje się bardziej przestronna niż damasceńska, ale w sukach jest gorąco i duszno. Nie ma tu takich zadaszeń jak w suku w Damaszku. Cytadela jest dziś zamknięta, więc oglądamy ją tylko z zewnątrz. Obok głównego wejścia jest medresa Al Sultaniye, do której zaprasza bardzo miły mułła. Dalej przez suk, w którym prezentowane są tradycyjne wyroby rzemieślników, idziemy w kierunku wytwórni mydła z oliwy z oliwek i bramy Bab Qinnesrin. Na koniec wędrówki kupujemy dwa szale: jeden z jedwabiu, drugi z kaszmiru. Targujemy się, ale i tak mam wrażenie, że przepłacamy. Sprzedawca na wieść, że jesteśmy z Polski mówi nam, że oni tu znają Dodę. Tak więc daje nam "special Doda price"! Gdy opuszczamy starówkę rozbrzmiewa nawoływanie muezina - kończy się dzień. Wracamy do naszego hotelu. Delektujemy się spokojem i chłodem wieczoru na wewnętrznym dziedzińcu. Przyjemna jest ta chwila wytchnienia.

Rano zbieramy swoje rzeczy, a zapakowane plecaki zostawiamy w hotelu. Dziś cytadela jest otwarta, więc chcemy ją zwiedzić. Wchodzimy przez potężną bramę, mijamy kolejne zakręty, aby wyjść na część wewnętrzną, zorganizowaną jak małe miasto. Są tu dwa meczety, kompleks łaźni, pomieszczenia gospodarcze i reprezentacyjne. W sali pałacu jest pięknie zdobione drewniane sklepienie. Pilnujący sali pan zapala dla nas światła, abyśmy mogli zrobić zdjęcia. Cytadela jest imponująca. Z góry rozpościera się wspaniały widok na miasto. Po wyjściu z cytadeli udajemy się do suku rzemieślników. Zatrzymujemy się w warsztacie tkackim. Sprzedający straszy pan jest bardzo miły. Pokazuje nam tradycyjny pas z tkaniny wełnianej. Zawija mi go wokół bioder, prezentując jak się nosiło taki pas. Po obejrzeniu różnych towarów decydujemy się na obrus. Próbujemy negocjować cenę, ale sprzedawca twierdzi, że jako pierwszym klientom w tym dniu oferuje "good morning price", która jest bardzo korzystna i nie ma co się targować. W związku z tym, że pan jest miły, przystajemy na jego propozycję. Jak się później okazało w innym miejscu taki obrus był w 3-krotnie wyższej cenie.

Przechodzimy do dzielnicy chrześcijańskiej. Chodzimy wąskimi uliczkami. Siadamy na placyku, koło Sisi House, gdzie obserwujemy życie mieszkańców. Obok nas tradycyjnie ubrany starszy pan próbuje sprzedać żywe kury. Niesie je zwisające za nogi. Trwa handel rybami. Kelner z kafejki roznosi herbatę do sklepików zlokalizowanych wokół placu. Panuje ruch i gwar. Jemy znów w knajpce, zlokalizowanej w dzielnicy warsztatów samochodowych. Ponownie zachwyca nas to świeże i aromatyczne jedzenie. Kelner już nas rozpoznaje, więc czujemy się trochę jak stali bywalcy! Muzeum narodowe, w którym chcemy się skryć przed słońcem, okazuje się nieczynne. Postanawiamy więc przeczekać do odjazdu wieczornego autobusu w parku koło muzeum. Po drodze wstępujemy do sklepu, gdzie znajdujemy dwa małe tradycyjne dzbanki do herbaty. Cena wydaje nam się korzystna, więc je kupujemy. Wracamy do hotelu, żeby przepakować plecaki. Mamy jeszcze sporo czasu, więc idziemy jeszcze raz do dzielnicy chrześcijańskiej. Po drodze wstępujemy na kawę do małej kawiarenki, a potem siedzimy na placu koło Sisi House, obserwując wieczorne życie dzielnicy. Przed 21.00 idziemy na plac, z którego ma odjechać nasz autobus do Ammanu. Obsługa biura turystycznego, które sprzedało nam bilety, daje nam dwa krzesła, na których zasiadamy na ulicy. Z niedowierzaniem obserwujemy manewry wielkich autokarów na maleńkim placu, zapełnionym ludźmi i samochodami. Nieprawdopodobne, że to wszystko działa. W końcu zostaje podstawiony nasz autobus. Opuszczamy Aleppo. Będzie nam się kojarzyło z zapachem mydlin i pysznym jedzeniem.