Ładuję...

kolumber.pl


Studencka wyprawa stopem na Bliski Wschód, 15.08–30.09.1973



26.08,Latakia, czwórka do brydża i udar słoneczny

 W Latakii chcieliśmy dzień dwa odpocząć, wykąpać się, zrelaksować przed dalszą podróżą. Jednak stało się coś nieprzewidzianego - nasi koledzy spotkali tam innych Polaków i zebrała się czwórka do brydża! Zaczęła się gra, trwająca nieprzerwanie chyba ze dwa dni i dwie noce... Brydżyści zajęli namiot i nie dało się ich przekonać, że nie po to tu przyjechaliśmy, żeby grać w brydża! Byli głusi na wszelkie perswazje...

Co było robić - Kali tuliła się w mizernym cieniu małego namiotu, przemieszczając się wraz z cieniem, żeby słońce jej nie spaliło. Dromader gdzieś znikał na długie godziny. Dla mnie wybawieniem było morze - a więc pływałam godzinami... Uwielbiam pływać, ale dwa dni pływania to było dużo i dla mnie... Nigdy nie gustowałam w smażeniu się godzinami na plaży, zresztą, tam nawet kilkanaście minut na pełnym słońcu groziło udarem i oparzeniem...

W pewnym momencie podpłynęła do mnie łódź, w której siedział Dromader i arabski chłopak. Zaproponowali wspólną wycieczkę na jakąś wysepkę. Oczywiście, przystałam na to ochoczo... Wylazłam z wody na łódkę i za chwilę chodziliśmy po kamiennej wysepce, gdzie najciekawsze było, jak wspięliśmy się na taki jakby taras i z góry obserwowaliśmy jak morze z przypływem dostaje się do pieczary w dolnej półce i strzela jak gejzer do góry, po czym, z odpływem fali, w pieczarze robi się sycząca próżnia...

Ta wycieczka wydawała mi się chwilą, niedługo wróciliśmy na plażę, gdzie brydżyści nadal grali a Kali nadal kuliła się na paru centymetrach cienia. Wkurzyłam się, zagroziłam: jak w tej chwili nie przestaniecie, my dziewczyny idziemy do miasta! Nieważne, że to niebezpieczne, możemy stamtąd nigdy nie wrócić, nie po to tu przyjechałyśmy, żeby czekać aż wam znudzi się gra w brydża! - czyli, bunt na pokładzie. Tylko że skutek był żaden, więc, choć bałam się skutków, musiałam spełnić moją groźbę - ubrałyśmy się i obie z Kali poszłyśmy drogą w kierunku miasta...

Byłyśmy na 100% pewne, że oni nas zaraz dogonią, przecież powtarzano nam ciągle, że nie wolno nam nigdzie chodzić bez męskiego towarzystwa, że to niebezpieczne, przecież oni nie mogą do tego dopuścić... Ale nikt za nami nie pobiegł, nikt nas nie zatrzymał... No więc szłyśmy niepewnie do przodu...

I wtedy ze mną zaczęło się dziać coś dziwnego - nagle, zupełnie niespodziewanie i bez sensu zaczęły mi z oczu płynąć łzy! Płakałam, nie mogłam tego płaczu powstrzymać ale nie wiedziałam dlaczego płaczę! Kali próbowała mnie uspokoić, ale w końcu przestraszyła się, widać było coś co ją zaniepokoiło. Za chwilę zaczęła mnie strasznie boleć głowa - trzeba było schować gdzieś głęboko dumę i wracać...

Kiedy nas zobaczyli, zaraz przerwali grę. Położyli mnie w namiocie, zaczęli się zastanawiać, co robić. Padało słowo - udar słoneczny, szpital, powrót do domu... Mnie wtedy było raczej wszystko jedno, w głowie mi wirowało, nogi robiły się zimne, przysypiałam, miałam zwidy... Nagle zobaczyłam przed swoją twarzą jakąś wielką czarną głowę, zbliżała się do mnie bardziej i bardziej - przerażona zamachnęłam się ręką, walnęłam z całej siły jaka mi została. Twarz zniknęła natychmiast. Zaczęłam się rozglądać - byłam sama! Sama w namiocie, sama na tej plaży między arabskimi namiotami, samiuteńka! Do dziś nie rozumiem jak to możliwe, że zostawili mnie tam samą! Potem się okazało, że moi koledzy całą grupą poszli zaproszeni do domu jakichś przygodnie poznanych Arabów na herbatę i mnie, majaczącą, z wysoką gorączką zostawili samą!

Kiedy wrócili, okazało się, że uderzyłam w twarz arabskiego chłopaka, który wiedząc że zostałam sama, że jestem chora, zajrzał do namiotu i chciał mi dać ... gumę do żucia! Było mi strasznie głupio, ale przecież moja reakcja nie była niczym dziwnym w tej sytuacji...

Moja grupa postanowiła zaraz rano zwinąć się. Przewidywali niemiłe reperkusje tej sytuacji... O dziwo, okazało się, że ja byłam wszystkiemu winna... to ja postraszyłam wcześniej arabskiego chłopaka scyzorykiem w wodzie kiedy łapał mnie za nogę, to ja dostałam udaru i jak się okazało również bardzo silnego poparzenia, a więc nie umiałam się chronić odpowiednio przed słońcem (ta wysepka, gdzie popłynęłam prosto z wody, a więc bez kapelusza, okularów, okrycia), to ja uderzyłam w twarz chłopaka który chciał mi pomóc...

Chcieli mnie zawieźć do szpitala, strasząc, że stamtąd droga jedynie do domu i koniec wyprawy! O nie, na to nie mogłam się zgodzić! Przyrzekłam solennie, że dam radę, niepotrzebny mi szpital, będę nosić białą chustę na głowie, ciemne okulary, nie będę się skarżyć i utrudniać im życia, zrobię wszystko tylko proszę, nie każcie mi jechać do domu!

No dobra, ale co będzie z plecakiem? W takiej sytuacji (rany na ramionach i plecach głębokości centymetra od oparzenia słonecznego...) grupa musi rozparcelować mój plecak, taki jest regulamin wyprawy. A więc również, zadecydować co z moich rzeczy jest niezbędne, a co należy zostawić... MAŁY KSIĄŻĘ!?!?!? - o nie, na to nie pozwolę! Sięgnęłam zdecydowanie po mój brezentowy plecak ze stelażem z dykty zrobionym przez mojego tatę. Będę sama nosić mój plecak i nie ma o czym gadać! Bez jęku zarzuciłam plecak na oparzone plecy - jedziemy!