Podróż Sposób na chorobę - Przypadłości odmiana berneńska



Wszystkie po kolei stacje meteo były dla nas bezwzględne. Wciąż nie chciały pokazać tego, co dostrzec pragnęły moje oczy. Nawet Al Jazeera prognozowała, że nad Szwajcarię nadciąga niekorzystny front. Znaczne ochłodzenie, deszcze, mgły i w ogóle wszystkie atmosferyczne zarazy świata. A przecież my, Alpy i pogoda pod psem to o jeden element za dużo. Szczególnie o ten ostatni!!

Żeby była jasność.. nie był to wyjazd typu włóczęga po górach.. raczej rzut okiem na to, po czym włóczyć się możemy. Majówka na wyjeździe, czyli byle sponiewierało i byle sercu radość przyniosło.

Tyle, że im bliżej wyjazdu tym radość jakby mniejsza.. uciemiężona w meteorologiczny sposób. Jednak z uwagi na fakt, że szczerzące się do wszystkich ze szklanego ekranu pogodynki już nie raz zdążyły nas swoimi przepowiedniami wykiwać, nie uwierzyliśmy temu, co uszy słyszały i co oczy na mapach meteo dojrzały. Ignorowana była też łupiąca na zmianę pogody zwichnięta dawno temu kostka.

W końcu nastał długo wyczekiwany dzień. Wyjazd. Niekoniecznie z futrami. Niekoniecznie z czymś na deszcz. Niekoniecznie z preparatem przeciwmgielnym, za to z nadzieją, że słońce jednak nic nie przesłoni. Nadziei dwie walizy.

A kilkanaście godzin później Zurych i pierwsze wyrzuty:

.. przecież miałam jeszcze neseseser, do którego mogłam wsadzić nadzieję..

..do plecaka też by jej trochę weszło..

..i  dlaczego nie wypchałam nadzieją choćby swoich w kurtce kieszeni.. 

 

Zurych to przykurcz i adaptacja. Przykurcz pod wpływem zimna. Adaptacja do warunków atmosferycznych zupełnie niepodobnych do tych panujących w majowy słoneczny, ciepły poranek. Niemiłosierny ziąb i ulewa przesłoniły całe miasto. Obraz widziany oczyma migotał pod wpływem szczękającej z powodu zimna szczęki. Wełniana rękawica robiła co mogła, by nieco ogrzać skrywającą w sobie dłoń. Jak się okazało, próżne były jej wysiłki, bo skostniała kończyna górna z trudem trzymała rękojeść parasola. Zatem wynik walki z deszczem był z góry przesądzony. Wskutek braku dostatecznej ochrony umbrelli, za kołnierz wlewała się cała zawartość chmury. Ponadto od dołu nogawki wsysały każdą napotkaną kałużę. I jeszcze ogromny gawron, który porwać nam chciał wyjazdowy niezbędnik typu kabanos. My, Alpy, front i głód to już o dwa elementy za dużo. Oczywiście o dwa ostatnie.

I nagle przebłysk. Nie żeby słoneczny. Ot, taki na złączach myślowych, że przecież nie przyjechaliśmy tutaj po grypę tylko w zupełnie innym celu. Zapada decyzja: STAWIAMY WROGOWI CZOŁA. Nie damy się byle szaremu obłoczkowi. Wyciągamy działo, którym jest uśmiech na twarzy, wysuszone buty i suche odzienie. A tymczasem były to pierwsze objawy zauroczeniozy. Odtąd oberwanie chmury to tylko urocza mżawka czy też smaczny kapuśniaczek z dodatkiem koperku, marchewki i koniecznie maggi. Syberyjskie powietrze.. ktoś zjadł tutaj halls’a i dmucha w nas czymś rześkim? Wilgotna mgła zakrywająca dokładnie wszystko przeistacza się w mleczną nieuchwytność, poprzez którą wyobraźnia widzi więcej aniżeli w rzeczywistości kaprawe oko ledwo dostrzec może.

W ten oto sposób krocząc w Lucernie po Kaplicznym Moście „widzimy” Pilatusa. Załącza się głupawka na jego widok, która wmawiać nam sobie każe, że fioletowy z zimna nos to nowe w tym sezonie trendy.

Berno.. moje oko wcale nie dostrzega coraz to większych bałwanów na niebie..

Meiringen i wąwóz rzeki Aare. No dobra.. niechaj pogodzie będzie, że wcale dziś prysznicu nie brałam. Poddam się przymusowej kąpieli.. tylko dlaczego od razu bicze wodne na mym otulonym skrzętnie szmatami ciele?! Dlaczego jedno na głowę PAC obejmuje od razu ¼ jej powierzchni?! Należy nadmienić, że głowa ma do małych nie należy, więc można sobie wyobrazić jaka była siła rażenia jednego pocisku wodnego oderwanego od skał znajdujących się ponad naszymi czuprynami.

W końcu Interlaken. Siedzimy na ławce. Przed nami szczyt Dziewicy. Się zachwycać powinniśmy czy jakoś tak. Jednak szczytem jest to, że ktoś w takiej chwili zarzucił mi na oczy biały eteryczny welon i niewiele przez niego widzę. Co najwyżej 30 metrów przed siebie.. ale od czego mam wyobraźnię.. uhuhuuuuuu rzeczywiście jakaś dziewica bezwstydnie się do nas pręży.. i nawet zgrabnie jej to wychodzi mimo ciała wysokiego na cztery tysiące sto pięćdziesiąt osiem metrów!

Grindelwald i podróż kolejką na przełęcz w/w waćpanny (bez skojarzeń panowie, panie). Bilet w cenie złota. W związku z tym złote winny być również za oknem krajobrazy. Złoto dla mnie, bo zdradzę tajemnicę jak taki złoty widok mieć przed oczyma codziennie… otóż potrzebna jest nam jedynie biała kartka i gdzieniegdzie czarny punkt imitujący świstaka albo innego kudłatego zwierza, który operować potrafi sreberkami. Śnieżne zaspy chwilami niemal do połowy kolejkowych szyb, a co jakiś czas do drzew przytwierdzone szufle i łopaty.

Udało się jednak dotrzeć na przełęcz Jungfrau bez machania przez kogokolwiek przyrządem do kopania. Jak wmawiali nam Szwajcarzy, zaczęliśmy stąpać po Top of Europe. Trudno stwierdzić, że to rzeczywiście jest jakiś TOP skoro wokół cała masa rozwieszonych białych kartek. Od białości oczy bolą. Biel pod nogami, przed i za korpusem, a nawet w formie lecącej z nieba zawartości rozprutej pierzynki. Gdybym nie była pod wpływem alpejskiej zauroczeniozy, stwierdziłabym, że śnieżyca i zamieć ograniczająca jakąkolwiek widoczność, a tymczasem śnieżna głupawka. Człek nieznoszący wręcz zimna i zimy, zaczyna obrzucać się śnieżkami, tarzać w białym puchu, zjeżdżać po nim na pupie, robić szpagaty w lodowcowym pałacu, pstrykać zdjęcia „kartkom białym”... Bananisko na twarzy od ucha do ucha i ogólna zimowa w maju szczęśliwość. Pomijam fakt, że jeszcze trochę i zapewne to ogólne na wątpiach szczęście zakończyć się mogło odmrożeniem wszystkich najbardziej odstających od uradowanego ciała członków..

I w najmniej oczekiwanym momencie nastąpił nagle przełom. Pomiędzy jednym na śniegu fikołkiem a drugim. Front uległ załamaniu. Aura stała się bezsilna wobec naszej z nią walki, wobec naszego do niej nastawienia. Zaczęło brakować jej pomysłów jak jeszcze bardziej uprzykrzyć nam życie i w ogólnym zamyśleniu porzuciła dotychczasowe praktyki. I w tym momencie……

Rozstąpiły się chmury na niebie i zaczęło się przejaśniać, a my zaczęliśmy w końcu coś widzieć! No kurcze rzeczywiście jesteśmy w górach, a nie tylko w zaspie śniegu! Widać jakieś szczyty! Widać nawet jęzor wijącego się w dół lodowca Aletsch! I nawet zauważyć można meteorologiczną stację Sphinx, z której podziwiałam przed chwilą rozlane wokół mleko i prognozom której nie tak dawno zupełnie niedowierzałam! Jakie były inne reakcje, patrz: objawy zauroczeniozy, które podane są na wstępie.

A później było już tylko lepiej. Jezioro Genewskie otulone nie tylko górami, ale także tak bardzo wyczekiwanym słońcem. Szwędanie się wzdłuż jeziora pośród nomen omen syberyjskich maczków.. z widokiem na zamek Chillon.. z widokiem na francuskie Alpy..

Montreux-Lozanna-Morges-Genewa. Oto wstęp do sabaudzkiej odmiany zauroczeniozy.