Podróż Sardyńska helioterapia - Sardynką być



2017-04-24

Przed przyjazdem na Sardynię, motywem przewodnim wszystkich przewodników, były dwie frazy: Sardynia to nie Włochy. Na Sardynii stale wieje wiatr.

Oraz: stężenie owiec na kilometr kwadratowy zdecydowanie  przekracza ilość osób na podobną skalę.

Nie będąc drobiazgową, nie jechałam, by tropić, która z powyższych sentencji jest prawdą, a co turystycznym sloganem. Jechałam, bo lubię Śródziemnomorze we wszystkich jego przejawach, a kolor wód dookoła wyspy był dodatkowym wabikiem. A że gdzieś trzeba było znaleźć bazę wypadową, wybór padł na Sassari, dlaczego nie? 

Tymczasem na miejscu Sassari pokazało swoje janusowe oblicze. Z jednej strony włoska pocztówka- szpalery palm przy głównych ulicach, genueńsko-wenecko-pizańskie wpływy w architekturze, z drugiej - miasto silnie zaanagażowane politycznie, anarchizujaco-pacyfistyczne, z bojowym rysem grafficiarskim widocznym w wyjątkowo wielu miejscach.

I wszechobecne drogowskazy na rogatkach miasta, których fonetyczna strona wprawiała mnie w melodyczną ekstazę:

Predda Niedda

Filigheddu

Saccheddu

Zipirianu

Viziliu

Tissi, Ossi, Ussini.

 

Oraz nadmorskie Porto Torres i Platamona, dokąd udałyśmy się, by kontemplować kwietniową pustkę plaż, tkwiących ciagle w katatonicznym, zimowym śnie.