Ładuję...

kolumber.pl


Tytułem wstępu - lasiowe wakacje to wieloletnia tradycja, z której nie zrezygnuję ani w obliczu postępującej starości, ani innych zdarzeń losowych typu zamążpójście. Przepis na lasiowe wakacje jest prosty: dowolna ilość laś, dowolny środek transportu, najlepiej jednakowoż samochód, mnóstwo muzyki i Specjalna Mina dla Mundurowych. Voila.

Tak też ruszamy z Warszawy, planowo bladym świtem typu 10, praktycznie dużo później. Kazik  zajeżdża wypchaną już niemal po brzegi Lasią (samochód musi mieć imię, inaczej źle jeździ), zaliczamy jeszcze po drodze Pimp My Ride i w odpowiednio krótkim czasie jesteśmy w Częstochowie, gdzie zabieramy trzecią lasię, Magdę, nadal zdrowo skacowaną po weselu.Czas wymyślić jakiś plan, niestety mamy tylko dość dokładny, ale poszatkowany na wiele-wiele stron atlas Europy, który uniemożliwia nam ogarnięcie Bałkanów jednym rzutem lasiowego oka. Nic to, jedziemy do Bratysławy, a potem się pomyśli.

  • Pimp My Ride
W Bratysławie czeka luźna znajomość o imieniu Fero. Fero ostro smsuje z Magdą, ale coś nie proponuje noclegu (!), proponuje za to kolację, na którą docieramy dość późno ( a i tak chyba tylko dzięki GPS-Helenie), a następnie pilotuje do, uwaga, hotelu robotniczego rzadkiej klasy Z, gdzie zachwyca nas nie tylko wystrój, ale i śniadaniowe menu

Czas na velką srandę, czyli niezły ubaw - długo i cierpliwie szukamy przyjemnej knajpki na Starówce (wszędzie głośno albo głośno+masakryczne karaoke), aż trafiamy do pubu Aligator! Ach, Aligator, nareszcie wnętrze, w którym czujemy się jak ryby w wodzie. Gęsto od dymu, nie ma gdzie usiąść, nie ma praktycznie gdzie stać, ale wszyscy radośnie unoszą kufle taniego piwa i wyrykują classicrockowe przeboje. Jeśli tam traficie, przyuważcie wśród obsługi potężną Helgę, co jedną ręką przenosi chyba z dziesięć kufli, a pewnie i orzechy jakoś pomysłowo rozgniata.

Po Aligatorze wyjątkowo chce mi się spać, ale sranda to  sranda - jedziemy z Fero do Harleya. Wstęp 20 SKK i ło-hoł. Gdyby Słowacy kręcili murzyńskie teledyski, to pewnie tu - są białe kozaczki, są parasole, wielki dęsflor i hip-hop z głośników. Słowacy rozpoznają w nas egzotyczną krew i ochoczo konwersują, my przez moment rozważamy spędzenie dwóch tygodni w Bratysławie, ale zwycięża rozsądek i o czwartej grzecznie śpimy już w swych robotniczych łóżeczkach za 10 euro od osoby, jeśli mnie pamięć nie myli.

Adres tego wygodnego przybytku:

Hotel Puls

ul. Galvaniho coś tam.

  • Hotel Puls
  • chrumky

Gorączka bratysławskiej nocy opadła jakoś bez śladu. Po obowiązkowym śniadaniu u Fero ruszamy w dalszą drogę. Plan sypie się już na wstępie, gdy okazuje się, że jest 14, a my nadal w centrum. Ustawiamy Helenę na Esztergom/Ostrzyhom zgodnie z zaleceniami Kazika ("pięknie jest, skoczmy tam na kawę") i ruszamy! To kolejny moment, w którym zaczyna dręczyć nas pytanie o winietki - czy to bardzo źle, że ich nie mamy? Postanawiamy zignorować problem (nie róbcie tego) i myśleć o kawie oraz odpowiednich opcjach obiadowych.

Esztergom faktycznie uroczy, mają kawę, gulasz, placki ziemniaczane i most, po którym z wielu względów długo jeździmy tam i z powrotem.Znajdujemy też bankomat, samochód z niedwuznaczną rejestracją, kilka fajnych budynków, kota,słońce i wewnętrzną równowagę. Dwie godziny później postanawiamy jechać na nocleg nad Balaton ("a po drodze możemy się gdzieś jeszcze zatrzymać na kawę" - tymczasem zamiast kawy zaliczamy oldskulowy pomnik).

  • Jew
  • Braciom Rosjanom
To będzie chyba najkrótszy wpis. Pewnie wszyscy już byli nad Balatonem, jak nie teraz, to w łonach matek, ale jeśli jakimś szczęśliwym trafem was to ominęło - NIE JEŹDZCIE TAM. A przynajmniej nie nad Balatonfured. Trafiłyśmy tam przypadkiem, ciemno już było, camping za 900 forintów (3 osoby + namiot), same niemieckie wieloryby i, na szczęście, grupka wesołych Francuzów zmierzających na Sziget Festival. Gdyby nie oni, zakończyłybyśmy ten wieczór wściekłe i trzeźwe. Poza tym fuj i brudna woda (raczej nurkowanie niż pływanie) oraz kluby jak ze złego narkotycznego snu.

I nareszcie!Przy granicy węgiersko-serbskiej praktycznie wyskakujemy już ze skóry. Serbia, Serbia! Pan w okienku z poważną miną przegląda paszporty, po czym wybucha śmiechem, słysząc nasz okrzyk (unisono): "Pieczątki!" i macha przyzwalająco ręką. Po drodze zachwyca nas każdy traktor czy okaz fauny, a na widok gumiaków serca szybciej biją. Tak, zachowujemy się jak amerykańskie turystki, które nagle odkryły Europę.

Pierwsze miasteczko za granicą to Subotica, gdzie wymieniamy pieniądze i ruszamy na żer. Żer jest pyszny i tani, a po szybkich pertraktacjach ("zmienisz mnie za kierownicą?") dołączamy do niego odpowiednio piwo lub wodę. Jeszcze kafejka internetowa, sklep z antykami (Kazik dostała tam odlotową cukiernicę w prezencie)i ruszamy dalej, tradycyjnie na poszukiwanie noclegu.

W drodze na Nowy Sad olśnienie - jedziemy do Kovilj. Coś (mapa, przewodnik? - nie, nie miałyśmy przewodnika, cóż, coś) twierdzi, że znajduje się tam wart odwiedzenia monastyr.

Oczywiście, również tradycyjnie, na miejsce docieramy po zmroku i jedyną opcją wydaje się rozbicie się na dziko. Próbujemy kilku miejsc, w tym tuż nad wodą, nim postanawiamy zapytać tambylców o możliwość ustawienia namiotu na ich działce. Tambylcy początkowo nie rozumieją nas ni w ząb,  jednak cierpliwie machając rękami rysujemy im wizję naszego małego, małego namiotu na ich wielkim, wielkim polu obsadzonym na zmianę kukurydzą i niczym. Zgadzają się, proponują wodę, są supermili, no ale nie pogadamy. Jeszcze piknik, piwo z wielkich, plastikowych butelek (o dziwo, dobre) i spadające gwiazdy, a potem śpimy, jakby nic nie kłuło nas w tyłki (a kłuje).

Rano żegnamy się z gospodarzami mimo woli i ruszamy na kawę, oczywiście tanią (jakieś 2 złote) i mocną, z fusami i w ogóle. Monastyr średnio nas zachwyca, jednak zwalamy ten brak zachwytu na wcześniejszy brak prysznica, ładujemy się do Lasi i jedziemy na spotkanie z higieną, czyli prosto na stację benzynową OMV ok. 54 km przed Belgradem. Wobec temperatury przekraczającej 40 stopni jest to chyba najbardziej przemyślany manewr wycieczki.

 

  • Serbia!
  • kafe?
  • Kovilj
  • mmm
  • Subotica
  • monastyr

Belgrad 2008-08-12

Docieramy do Belgradu po południu i od razu postanawiamy spędzić tu tylko parę godzin - czas się kurczy, a nas ciągnie teraz do Kosowa. Jazda przez miasto to niezła przygoda - rondo w centrum to jakiś komunikacyjny potwór, ale wspólnymi siłami udaje nam się je pokonać (dzielna Kazik za kierownicą!) i dotrzeć na parking. Chodzimy tu i tam, zupełnie bez planu, gdyż wciąż nie mamy mapy ni przewodnika. W zasadzie atrakcje do przewidzenia - cerkwie, targ, spacerowy bulwar, rzeka oraz zupełnie nowy rodzaj srandy. Belgrad szalenie nam się podoba, jest jakąś zaskakującą sumą starego i starszego, pomieszaniem piękna i kiczu, w dodatku ma klimat, no klimat jak dzwon.

_______________________

Warto zjeść:

burek (z mięsem lub serem) - ok. 60 dinarów

  • Belgrad 1
  • Belgrad 2
  • Belgrad 3
  • Belgrad 4
  • Belgrad 5
  • Belgrad 6
  • Belgrad 7
  • Belgrad 8
  • Belgrad

Po wyjeździe z Belgradu myślimy już tylko o Kosowie. Atlas samochodowy okazuje się średnio dokładny i trafiamy na jakąś pseudo-dróżkę, która wiedzie nas przez ciemny las i liczne dziury prosto do granicy z - wciąż chyba - najmłodszym państwem na świecie. Po drodze zatrzymuje nas nawet serbski policjant (za późno zwolniłyśmy w obliczu ograniczenia prędkości), ale naturalnie rozbrajamy go Specjalną Miną dla Mundurowych i jedziemy dalej bez konsekwencji.

Przejście graniczne witamy oczywiście ciemną nocą, co przy scenerii jak z niskobudżetowego horroru zaczyna nam się podobać. Panowie pytają, czy jedziemy do pracy (różne tam ONZety nie przychodzą nam do głowy, zaczynamy zakrywać się po szyje, węsząc podłe insynuacje), każą zapłacić 50 euro za ubezpieczenie (zielona karta w Kosowie nie działa) i odkrywają brak przedniego światła i zaczyna to pachnieć karą pieniężną, ale Specjalna Mina dla Mundurowych...

Po przejechaniu granicy szukamy stacji benzynowej, co nie jest specjalnie trudne, gdyż najwyraźniej wszystkie obwieszone są kolorowymi bibułkami i wstążkami. Znajdujemy jedyną, po której ktoś  jeszcze się kręci, wyjaśniamy problem, słysząc w odpowiedzi "Polska? Co robisz?", ale to by było na tyle sukcesów lingwistycznych, gdyż z dwóch światłoratowników jeden mówi tylko po albańsku, a drugi dodatkowo w Globish. Za zmianę żarówki nie chcą ani grosza, zapraszają nas za to na kawę do zajazdu pełnego mężczyzn i usiłują namówić na nocleg w motelu ("Prisztina sehr expensive, thirty euro, here funfzehn"). Jesteśmy nieugięte, chcemy do stolicy. Rytualna wymiana adresów i telefonów (!), kilka zdjęć i jesteśmy wolne.

Teraz ta trudniejsza część wieczoru - Prisztina wygląda wiadomo jak, gdzie jest jakiś hotel? Kolega wysyła mi adres czegoś niedrogiego, wyskakuję więc na ulicę i zaczepiam dwóch chłopców, pokazując kartkę z adresem, a wobec dość mętnych tłumaczeń wsadzam do samochodu i jedziemy. Wybierają coś położonego bliżej, gdzie dostajemy pokój za 30 euro oraz najwyraźniej towarzystwo na resztę nocy - chłopcy dzwonią po kolegę, porywają dla odmiany nas i jedziemy za miasto na piwo.

A tam, och, a tam! Nagle znikają rozwalone bloki i pojawia się lokal niemal ekskluzywny. Oprócz nas jest może ze cztery dziewczyny i tak ze stu mężczyzn, ciekawe proporcje, jakich nie doświadczyłam na studiach.  Okazuje się, że albański honor wyklucza nasze płacenie za siebie, ale nie wyklucza nagabywań o wspólne nocowanie, rozstajemy się jednak pokojowo.

Poranne oglądanie motelowej telewizji skutkuje wybuchem śmiechu przy pojawieniu się Roberta Dauni Dżuniora.W doskonałych nastrojach ruszamy na kawę i zwiedzanie Prisztiny...

Ło, nie ma się co rozpędzać. Cóż tu zwiedzać, ach cóż. Znajdujemy obczajony poprzedniego wieczora znak Newborn, podziwiamy bohatera, ale dalej pozostaje gapienie się na amerykańskich żołnierzy, wybitnie drogie samochody lub wystawy sklepowe. Najwyraźniej czas opuścić miasto i ruszać dalej, co okazuje się przygodą iście marokańską, próbka na filmiku.

 

 

  • Img 3150
  • granica serbsko-kosowska
  • Newborn
  • Adem Jashari
  • Adem Jashari

Zacznijmy od tego, że Peć jest w Kosowie i nazywa się Peja, ale Kolumber ma na ten temat inne zdanie. 

Jedziemy tam obejrzeć jakieś piękne wodospady, jakąś cerkiew, jakieś góry (wtedy jeszcze nie wiemy, że chodzi nam o kanion Rugova, chyba najpiękniejsze miejsce w Kosowie). Nadal brak przewodnika, nazwa miasta zmienia się na każdym drogowskazie, w rezultacie pytamy o monastyr Pećka Patrijaršija, który najwyraźniej znajduje się tuż przy budce włoskiego strażnika. 

W samym mieście powtarza się ta sama zabawa, ale niełatwo się dogadać, skoro większość mówi tylko po albańsku. Wreszcie Kazik postanawia wysiąść i popytać pieszo i po polsku, machając rękami. Na ten obrazek trafia naszych dwóch rodaków, a właściwie jeden stuprocentowy rodak (Krzysiek) i jeden pół-Albańczyk (Astrit), którzy udzielają wskazówek i numerów telefonów. 

Docieramy więc do budki włoskiego strażnika, mijamy go odpowiednio wolno i wjeżdżamy w wąską górską dróżkę, na której z trudem mijają się dwa samochody. W zasadzie trzeba w tym celu wbić się pod wiszące skały względnie niebezpiecznie zbliżyć do przepaści. Widoki są niesamowite, co jakiś czas pojawia się skalny tunel, natomiast obiecanego przez rodaków "zajebistego wodospadu" jakoś nie widać. Wiemy, że droga nie prowadzi już do Czarnogóry (tzn. nie jest przejezdna) i kiedyś trzeba będzie zawrócić, ale niestety za wcześnie kończy nam się cierpliwość i wobec późnawej pory postanawiamy poszukać kempingu.

Hm. On też był dalej, podobno, gdzieś w okolicy zajebistego wodospadu. Teraz cała nadzieja we włoskim strażniku. Pytamy o kemping. Non capisco. Camping site? Camping? Non capisco. Wreszcie przypominam sobie jedyne zdanie, jakie znam po włosku - gdzie znajduje się...? - i elegancko kończę je identycznie wymówionym słowem "camping". Aaaa, camping! Si! Blablabla. Najwyraźniej nie ma tu kempingu. Tworząc dziwny mix hiszpańskiego i angielskiego dowiadujemy się, że być może coś się zrobi i przy okazji obejrzymy cerkiew, ale strażnik musi telefonare do risponsable, który teraz nie rispondare, więc mamy wrócić o 21. Hura. 

Tu zaczyna się ta mniej skomplikowana opowieść - dzwonimy do rodaków, umawiamy się pod jakimś hotelem, skąd pilotują nas na płatny i podobno bezpieczny parking i zabierają na piwo. Ich zdaniem w Kosowie są kary za wszystko, łącznie z brakiem pasów, ale za prowadzenie po spożyciu prawo nie przewiduje żadnych konsekwencji. Knajpka jest urocza i nazywa się prawdopodobnie Dhorma lub Dharma - jest tuż przy głównym deptaku, nie da się przegapić.  Oprócz picia (lokalne piwo to Peja - niespecjalnie dobre, ale rapersko brzmi) i wymiany anegdotek zajmujemy się odganianiem żebrzących kobiet i dzieci (coś w rodzaju "skol" to po albańsku "nie ma!"; czasem działa) i wymyślaniem planu noclegowego. Zanim powstanie, odwiedzamy jeszcze doskonała restaurację (Old Time Restaurant)na szczycie góry (prawdopodobny adres - Maja Zeze), prowadzonej przez Dawidka - oczywiście staruszek ma swoje bardziej dźwięczne, albańskie imię, ale że mieszkał kiedyś chwilę w Krakowie (i widział papieża, z czego jest szalenie dumny), każe mówić do siebie "Dawidku". Zaczyna się niemal staropolska uczta, po której nie ma już siły na szukanie noclegu - z błogosławieństwem Dawidka rozbijamy się pod restauracją, kilka kroków od budy psa i z widokiem na całą Peję. 

Rano urządzamy sobie prysznic z butelek wody mineralnej i ruszamy w stronę Czarnogóry.

 

  • Kanion Rugova
  • Old Time Restaurant
  • Kanion Rugova
  • Widok na Peję
  • Widok dzienny

Poprzez pola, poprzez łąki, a głównie poprzez wąskie górskie ścieżki zasuwamy nad ocean. Na granicy z Czarnogórą nieumundurowany pan usiłuje nas wmanewrować w "obowiązkowy" podatek od emisji CO2 czy jakoś tak (10 euro), ale że posiadamy tylko karty debetowe i serbskie dinary, ta przyjemność nas omija. Przez Czarnogórę jedzie się baaardzo pooowoli, trasa nie należy do najłatwiejszych, ale widoki boskie. Wieczorem docieramy na kemping Crvena Glavica tuż pod Svetim Stefanem i ruszamy na plażę. W ciągu dwóch godzin udaje mi się: popływać, wypić piwo, nagrać film z życiowym mottem, niemal rozpłatać sobie brzuch na skałkach i zamarzyć o imprezie. Ruszamy w stronę oświetlonej wysepki, co nie jest takie proste - plażą z kempingu się nie da, a przy drodze nie ma pobocza. Wyspa zaczyna się dziwnie oddalać, zostajemy więc w jakimś pustym plażowym barze. Jeśli odchodzi tu jakiś większy lans, to pewnie bliżej Budwy, a tam nas jakoś nie ciągnie. Następnego dnia ruszamy w stronę Chorwacji.

_____________________

Crvena Glavica - ceny:

2.50€ / os.

2€ / samochód

3€ / namiot

Nie dla wstydliwych - prysznice takie bardziej na widoku i unisex, ale sam kemping uroczy.

  • Sveti Stefan - bar
  • Sveti Stefan
  • Sveti Stefan
  • Sveti Stefan
  • Sveti Stefan nocą

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

zdejmkapelusz

zdejmkapelusz

Zdejm Kapelusz
Punkty: 2413