Ładuję...

kolumber.pl


Przygotowania do tej podróży nie trwały długo, wybieraliśmy sie na Krym. Byliśmy tam wcześniej kilka razy dzieląc swój czas na wylegiwanie się na plaży, oraz krótsze i dłuższe wycieczki po okolicy. Tym razem tez mieliśmy jechać tylko na Krym, jednak na wszelki wypadek wyrobiliśmy sobie wizy rosyjskie, w razie gdyby wpadł nam jakiś głupi pomysł do głowy :-) Chodzi o to, że Krym znamy niemal na pamięć, mało pozostało miejsc w których nie byliśmy i liczyliśmy sie poważnie z tym, że wyskoczymy gdzieś dalej na wschód.

Po kilkugodzinnej podróży pociągiem znaleźliśmy sie w Przemyślu. Było już późno, nie chcieliśmy jechać dalej, więc  zanocowaliśmy w przydworcowej norze szumnie nazywanej hotelem. Zresztą warunki nie miały dla nas istotnego znaczenia, ponieważ zbliżała sie północ, a o szóstej rano mieliśmy ruszać dalej. Czasu na sen było niewiele, ale mając w perspektywie 24 godzinną podróż pociągiem, chcieliśmy się wymęczyć, by jak największą część tej podróży po prostu przespać. Po zajęciu sobie pokoju hotelowego, wyskoczyliśmy więc zobaczyć Przemyśl by night a przy okazji napić się piwa.

  • 01
  • 02

Następnego dnia wczesnym rankiem dotarliśmy na polsko - ukraińskie przejście graniczne w Medyce, gdzie po  godzinie oczekiwania w kolejce wśród setek o ile nie tysięcy drobnych przemytników i handlarzy udało nam się przejść na drugą stronę. Stąd czekała nas 1,5 godzinna podróż tzw. marszrutką do Lwowa. We Lwowie tak jak się spodziewaliśmy były kłopoty z nabyciem biletów do Symferopola, następnego celu naszej podróży. Sprawę rozwiązało wyczekanie odpowiedniego momentu (tak żeby nikt nie widział - co jednak łatwe nie było) i wręczenie nieuzasadnionej korzyści materialnej zwaną potocznie łapówką w wysokości 10 dolarów amerykańskich pani siedzącej w okienku kasowym. Bilety, których wcześniej nie było znalazły się i w ten sposób mogliśmy zająć miejsca leżące w pociągu relacji Lwów - Symferopol.

  • 03
  • 04

Pociągi na Ukrainie - te dalekobieżne - zasadniczo mają dwa rodzaje wagonów. Płackartne i kupiejne. Wagon kupiejny to wagon sypialny z zamykanymi przedziałami - taki sam jak w Polsce, natomiast wagon płackartny nie posiada polskiego odpowiednika. Jest to wagon z miejscami do leżenia ale bez podziały na przedziały. My wybieramy zazwyczaj płackartne, ponieważ podróz nimi jest ciekawsza, można poznać nowych ludzi.... Podróż ze Lwowa do Symferopola jest  atrakcją samą w sobie :-) i mimo że trwa aż 24 godziny czas sie wcale nie dłuży. Zawsze znajdzie się jakieś miłe towarzystwo i odrobina alkoholu. Pogawędki z ludźmi, obiadek w wagonie restauracyjnym, kolacja, prasówka i nawet człowiek nie zauważy jak jest na miejscu.  

  • 06
  • 07
  • 08
  • 09a

Z Symferopola do Koktebela jedzie się tzw. marszrutką około 1,5 godziny. Koktebel od lat jest naszą stałą bazą wypadową na Krymie.   W Koktobelu siedzieliśmy tym razem zaledwie kilka dni.  Chcieliśmy zobaczyć to czego jeszcze nie zdążyliśmy zobaczyć podczas naszych poprzednich wypadów, ale też poleżeć w ciepłym miejscu na plaży. Takie były plany, jednak panujace tego roku koszmarne upały trochę nam te plany zmieniły. Mieliśmy wejść na Czatyrdach, planowaliśmy wypad do wodospadu Dżur - Dżur i jeszcze do kilku fajnych naszym zdaniem miejsc, jednak jakikolwiek wysiłek fizyczny w takiej spiekocie był nierealny.  

 

Ponieważ po kilku dniach znudziło nam się leżenie plackiem na plaży ( a raczej w morzu zanurzeni po szyję), a zwiedzanie czegokolwiek, podczas gdy temperatura oscyluje w okolicach 40 stopni postanowiliśmy pojechać dalej na wschód. Ograniczyliśmy sie tylko do rejsu morskiego kutrem do Złotych Wrot i krótkiej wycieczki do Sudaku, do twierdzy zbudowanej przez genueńczyków na przełomie XIV i XV wieku. Mając w paszportach wklejone wizy rosyjskie, dalsza podróż na wschód nie stanowiła dla nas  problemu. Zaczęły się natomiast inne problemy - zdrowotne, a konkretnie udary słoneczne. Najpierw ja po wyprawie do Sudaku dostałem wysokiej gorączki. Twierdza w Sudaku góruje nad miastem, leży na wysokiej odsłoniętej skale, samo wejście do niej to nie lada wyczyn a tego dnia upał był wyjątkowy. Przebywanie przez kilka godzin w palącym słońcu a potem polewanie sie dla ochłody lodowatą wodą wprost z zamrażalnika (nie było to mądre) zrobiło swoje. Wahaliśmy się czy jechać dalej, czy wracać do Polski, w końcu zdecydowałem, że pojedziemy. Z Koktebela na Krymie pojechaliśmy w stronę Teodozji a stamtąd taksówką do Kerczu nad Morzem Azowskim. Później lokalnym autobusem pojechaliśmy do miejscowości Kurortnoje.

  • 11
  • 14
  • 17

Przeczytaliśmy w jakimś przewodniku o magicznych właściwościach leczniczych tamtejszych błot. Zapragnęliśmy to sprawdzić. Nie znaliśmy dokładnie drogi, ale spotykane po drodze kuracjuszki świadczyły, że zmierzamy w dobrym kierunku. Cudowne błota leżą na dnie jeziora a raczej płytkiego, cuchnącego siarką, czarnego bajora odległego od brzegu Morza Azowskiego dosłownie o kilkadziesiąt metrów. Leczą ponoć wszystko, raka, ból zęba, głowy, ręki, chorą wątrobę, płuca.... wszystko, a ponieważ wiemy, że jeśli cos jest od wszystkiego to znaczy, że jest do niczego :-) dość sceptycznie patrzyliśmy na możliwość podreperowania zdrowia. Niemniej stał się cud. Dolegliwości związane z udarem zniknęły całkowicie, gorączka ustąpiła, za to w gratisie dostałem olbrzymią opryszczkę na górnej wardze, co jednak było dużo mniej męczące niż objawy porażenia słonecznego. Z drugiej strony to trochę dziwne, bo jak piszą w folderach reklamowych ich błoto leczy przede wszystkim choroby skóry :-)

  • 19
  • 20
  • 21
  • 22
  • 24
  • 25

Z Kurortnego do Kerczu jedzie się pól godziny. Kercz to nieciekawe miasto portowe. Dość powiedzieć, że szlajając sie po mieście 3 godziny w oczekiwaniu na prom, nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia :-)  W końcu zaokrętowaliśmy sie na prom do Rosji i po godzinie byliśmy juz na w królestwie Putina.

  • 26
  • 27

Przez Cieśninę Kerczeńską przełynęlismy dość szybko, jednak odprawa paszportowa to koszmar. Dwie godziny stania w kolejce, cała masa nikomu nie potrzebnych formularzy, kwitków itp. Efekt był taki, że kiedy opuściliśmy urząd celny było bardzo późno, na tyle późno, że uciekł nam ostatni autobus w kierunku Soczi. Wylądowaliśmy w szczerym polu, gdzie prócz budynków straży granicznej i celników nie było niczego dosłownie, natomiast roiło się od różnych ciemnych typów, proponujących nam swoją pomoc czyli podwiezienie. Nie wyglądali oni jednak na ludzi godnych zaufania, byśmy skorzystali z okazji :-) Za to okazja znalazła nas. Jako ostatni plac odpraw opuscił autobus z turystami z Krasnodaru, który płynął z nami promem z Krymu. Kierowca zgodził sie nas zabrać za symboliczną opłatą, więc choć przez Krasnodar nie było nam tak do końca po drodze to jednak woleliśmy noc spędzić w dużym mieście niż w polu z podejrzanymi osobnikami :-)

W Krasnodarze wylądowaliśmy około 23:00 czasu miejscowego pod dworcem kolejowym. Początkowo ucieszyliśmy się ponieważ pociągi do Soczi jeździły dość często, poszedłem więc do kasy kupić bilet. Pytam ile kosztuje. Okazało się, że tyle co z Warszawy do Kielc. Więc proszę o dwa. Dobrze mówię po rosyjsku, ale pani mimo to zorientowała się, że jestem cudzoziemcem. Okazuje się, że dla cudzoziemców mają inne ceny. A wtedy bilet nie kosztuje tyle co do Kielc, a zblizony jest raczej do ceny biletu lotniczego z Warszawy na Majorkę, mimo, że to tylko ok. 350 km. Domyślam się, że pani w kasie prócz urzędowych dopłat dla cudzoziemców, dołozyła jeszcze podatek dla siebie prywatnie, bo w innej kasie, ten sam bilet był znacznie tańszy, choc tez przekraczał możliwosci naszego budżetu wakacyjnego. Musieliśmy zrezygnować z opcji  pociągowej. 

Zostawiłem Elę na dworcu z plecakami a sam poszedłem szukać rozwiązania alternatywnego.  Obok był dworzec autobusowy. Tam tez było ciekawie, bo pani w okienku zanim usłyszała dokąd chcę kupić bilet, powiedziała, że nie ma juz biletów ani na dzisiaj ani na jutro ani na pojutrze.... Kiedy jej zwróciłem uwagę na to, że jeszcze nie wie dokąd ten bilet potrzebuję, odpowiedziała, że nie ma do nikąd i zatrzasnęła okienko:-)

Szczęście jednak było po mojej stronie, bo w pewnym momencie zobaczyłem autobus z napisem Krasnodar - Soczi.  Podszedłem do autobusu i zapytałem kierowcę czy ma dwa wolne miejsca. Stwierdził, że nie ma ale kiedy zobaczył 10 dolarówkę, powiedział, że może zabrać nas ale będziemy musieli siedzieć na podłodze a po drugie musimy wsiąść poza terenem dworca bo szefostwu może sie to nie spodobać. Odjazd miał za 20 minut. Biegnę na dworzec po Elę, wtem juz w drzwiach dworca zatrzymuje mnie milicja. Dokumenty mam w plecaku, tłumaczę, że nie mam przy sobie że w plecaku 30 metrów stąd ich to nie obchodzi, tłumaczę, że mam autobus za 15 minut, że się spieszę a oni, że  kłamię, bo nie mam biletu, a że nie mam też paszportu to mnie zawiozą na izbę wytrzeźwień :-) a jak wytrzeźwieję to sobie przypomnę gdzie mam paszport. Rzecz w tym, że nawet pół piwa nie wypiłem od 3 dni bo miałem gorączkę. W końcu dają sie przekonać, podchodzą ze mną do plecaków, sprawdzają paszport, wizę i idą w swoją stronę. Na autobus zdąliśmy ale podróż nim jest udręką. Ela dostaje taboret bez oparcia, w połowie drogi ma już normalne miejsce siedzące, mnie kierowca sadza koło małżeństwa grubasów, 3 osoby na 2 miejscach. Autobus do Soczi nie jedzie najkrótszą drogą, lecz po drodze zahacza o różne takie "Krasnodary".... razem 400 km i 10 godzin jazdy na jednym półdupku. Takich jak my pasażerów bez biletu, było 2 razy więcej niż miejsc siedzących :-) Rano wychodzę w Soczi z tego PKS-u ledwo żywy.

Soczi jest bajecznie zielone.  Nie ma w nim może starych zamczysk, ciekawych zabytków, interesującej architektury (poza nielicznymi wyjątkami) ale jest zielono jak w raju. Palmy, bananowce i inne niezidentyfikowane przeze mnie drzewa porastają każdy niemal skraweczek ziemi.  Samo miasto sympatyczne, dużo kontrastów, stare zdezelowane żiguli obok nowiutkiego porsche, dalej lamborgini wprost spod igły a za nim rozpadający sie moskwicz. Sklep z garniturami Armaniego a obok pani sprzedająca kwas z beczki.... Ceny raczej na kieszeń rosyjskich oligarchów niz na naszą. Choć Soczi pozostawiło na nas dobre wrażenie uznaliśmy, że nie warto bysmy sie zatrzymali w nim więcej niż jeden dzień tym bardziej, że za najtańszy nocleg jaki znaleźliśmy trzeba było zapłacić 100 dolarów. Taniej byłoby gdybyśmy zostali przynajmniej tydzień. Chcieliśmy pojechać do Abchazji ale sytuacja polityczna w tym rejonie nie pozwoliła nam na to. Wycieczki do Suchumi były tylko dla Rosjan.  Nie chcieliśmy ryzykować kłopotów, więc zdecydowalismy się popłynąć statkiem do Gruzji. I tu znowu pojawił sie kłopot ze zdrowiem, tym razem Ela się rozchorowała. Ciężka podróż z Krasnodaru plus temperatura powyżej 30 stopni miały na to decydujacy wpływ. Odwodniła się, choć mówiłem by piła dużo wody nawet wtedy kiedy nie chce jej sie pić. Mieliśmy kłopot, w ręku bilety na statek do Poti, wiza rosyjska jednorazowa. Jeśli wsiądziemy na statek to nie ma odwrotu.  Trzy tabletki aspiryny i trzy półtoralitrowe butelki wody mineralnej postawiły ją jednak na nogi.

  • 29
  • 30
  • 34
  • 35
  • 36
  • 37

Statek odpłynął z dużym opóźnieniem, około 4 godzinnym, więc Ela miała dość duzo czasu by do siebie dojść. Sam statek zaskoczył mnie 3 razy. Raz, że wogóle wypłynął, dwa, że nie zatonął, trzy że trafił do celu bo załoga raczej trzeźwa nie była :-) Nie była trzeźwa do tego stopnia, że kapitan pozwolił mi poprowadzić tą kupę złomu, choc wcześniej uraczył  mnie  dwiema szklankami piekielnie mocnej gorzały  gruzińskiej. Muszę tu dodać, że w międzyczasie pogoda całkowicie sie załamała, zaczął padać deszcz, który przerodził się w burzę. Naszą krypą rzucało po falach jak polskim robotnikiem w dniu wypłaty. Na statku Gruzini wracający z zakupów. Sami śniadolicy handlarze, każdy z nich po kielichu, choc na statek wjechali samochodami, tylko my jako jedyni biali i w dodatku turyści czym wzbudzaliśmy ogromne zainteresowanie i zyskaliśmy wielu przyjaciół hehehe. Statek 3 razy zmieniał banderę, w Soczi miał banderę gruzińską, wpłynęłiśmy na wody terytorialne Abchazji, zmieniono na rosyjską a na wodach gruzińskich ponownie zawieszono gruzińska flagę. Podobno w obawie przed ostrzałem. W końcu dopłynęlismy do Poti. Odprawa graniczna trwała 5 minut. Wiza nie była potrzebna, wystarczył paszport, pan pogranicznik zapytał tylko o cel podróży, mówimy, że turyści, pokiwał z politowaniem głową,  przystawił więc odpowiednią pieczątkę i z szyderczym uśmiechem na twarzy powiedział: "Welcome to Georgia :-) ". Już za dwie minuty przekonaliśmy sie co znaczył ten uśmiech.

Wyszlismy  z budynku zwanego szumnie terminalem i szok.  Duże osiedle, dziesięciopiętrowce i ani jednej szyby w oknach. Zupełnie jakby wczoraj skończyła sie wojna. Cicho, pusto, głucho i przerażająco. Czuliśmy sie jak na planie jakiegoś filmu katastroficznego. Wuedzieliśmy, że Poti to nic pieknego, że to tylko nic nie znaczący przystanek na naszej trasie wędrówki ale, że jest to tak ponure miejsce tego sie nie spodziewaliśmy. Postanowiliśmy uciekać do Kutausi tym bardziej, że cały czas lało jak z cebra. Zaczepiłem kilku miejscowych pytając o mozliwość dojazdu do Kutausi. Zaoferowali pomoc, oczywiscie odpłatnie :-) Negocjacje zaczęłiśmy od 200 dolarów, pojechaliśmy za 15 :-)

 

  • 38
  • 41
  • 43

Po godzinie jazdy z Poti dotarliśmy do Kutausi. Miasto przywitało nas ścianą deszczu. W życiu nie widzieliśmy takiego deszczu. Dosłownie lało sie z nieba strumieniami. Chcielismy zobaczyc Katedrę Bagrati, chcieliśmy dojechać do monastyrów Gelati, niestety z tej pierwszej zrezygnowaliśmy ze względu na deszcz, a do Gelati odległego od Kutausi o 11 km nie można było dojechac ponieważ podmyło drogę i nie kursowały autobusy, mało tego nie można było tam dotrzeć również pieszo, ze względu na osunięcia gruntu. Jednym słowem lipa. Zobaczyliśmy jedynie dworzec autobusowy i zgliszcza kolejowego. Z tym kolejowym to było tak, że szukalismy go w strugach deszczu łażąc po kolana niemal w wodzie. W przewodniku był, na mapie też a w realu nie. Okazało się, że sie spalił miesiąc wcześniej, po czym został rozebrany i pozostałty z niego 4 nadpalone deski. Na dworcu autobusowym horror. Stada żebraków, proszą o wszystko; o papierosa, kanapkę, o gryza jabłka, o łyk wody, bynajmniej nie dlatego, że są spragnieni czy głodni. W takich realiach i przy takim towarzystwie nie chcielismy czekać na poprawę pogody na dworcu, zwłaszcza, że nie zapowiadało się na to. Deszcz nie przestawał lać. Postanowiliśmy jechać do Batumi. Byliśmy zupełnie przemoknięci i w sumie zmęczeni. Postanowiłem poszukać autobusu. Nie było to łatwe ponieważ wszelkie informacje są po gruzińsku, rozkład jazdy zupełnie nieczytelny, pisany alfabetem gruzińskim a alfabet gruziński to coś w rodzaju makaronu rzuconego na ścianę. Gdyby nie moja znajomość rosyjskiego przepadlibyśmy tam :-) W końcu znaleźliśmy autobus. Zapewniam, że nikt z was czymś takim nie jechał. Model z roku 1959. Siedzenia tylko w 20-30 procentach oryginalne, pozostałe to zwykłe, krzesła, taborety kuchenne, fotele a nawet wersalka i jakaś kanapa. W autobusie można palić, co w sumie nie przeszkadza niepalącym, ponieważ nie ma drzwi. Ma to swoje zalety. W czasie jazdy można robić siku w tyknych drzwiach a raczej w otworze po nich co nie jest bez znaczenia ponieważ autobus nasz rozwijał zawrotną prędkość 20 - 25 km na godzinę co oznaczało 5-6 godzinną podróż na dystansie 150 km.

  • Dworzec autobisowy w Kutaisi
  • Wbętrze autobusu do Batumi

Jesteśmy w Batumi. Przestało lać. Bez trudu znajdujemy hotel na przyzwoitym europejskim poziomie za rozsądną cenę. Obiekt jest nowy, jesteśmy jednymi z pierwszych gości. Poprzednie dwie noce spędziliśmy w podróży, więc nareszcie się porządnie wyśpimy. Zanim jednak pójdziemy spać, wybierzemy się na kolację  a przy okazji rozejrzymy sie po mieście. Kolacja nas rozczarowuje. Kelner serwuje nam upieczonego gołębia u wmawia nam, że to kurczak tylko mało wypasiony. Rezygnijemy. Samo Batumi to małe miasto z dużum portem. Co się rzuca w oczy to piekne dziewczyny. Niestety niedostępne, bo muzułmanki :-( Batumi wszakże to stolica aitonomucznej republiki Adżarii, wchodzącej  w skład państwa gruzińskiego.

  • Port w Batumi
  • 49
  • 50
  • 51
  • 52
  • Port w Batumi
  • Meczet w Batumi
  • Meczet w Batumi
  • Meczet w Batumi
  • Meczet w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Dworzec autobusowy w Batumi
  • Dworzec autobusowy w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Ulica w Batumi
  • Plaża przy granicy tureckiej
  • Plaża przy granicy tureckiej

Przyjechaliśmy do Hopa i problem. est jakieś święto muziłmańskie a my bez grosza, nie ma gdzie wymienić pieniędzy a pić sie chce jak cholera. Idę do sklepiku, proponuje zapłatę w euro, Turek odmawia i za darmoche częstuje nas kawą, piwem i colą. Dobry zacny człowiek. Pokaże nam jeszcze hotel za grosik, w recepcji godza się bysmy zapłacili jutro, jednak jeszcze tego samego dnia udaje nam się Wymienić pieniądze. Hotel jest bardzo przyzwoity. Same miasto ma swój klimacik, zupełnie nie podobny do zeuropeizowanego Stambułu. W Hopa spędzamy dwa dni. Rano budzą nas zawodzenia wzywające muzułmanów do modlitwy. Spać nie można bo ryczą do potężnych megafonów ustawionych na minaretach. Myślimy co robić dalej, ciągnie nas do Syrii i Libanu ale boimy się, że zabraknie nam pieniędzy, chcemy jechać pod Ararat, odradzają nam (Kurdowie, porwania, a czasem strzelanina). Postanawiamy jechać do Stambułu przez Ankarę. Na dworcu autobusowym okazuje się, że bilety do Ankary kosztują prawie tyle samo co do Stambułu, choc Ankara jest niemal w połowie drogi. Później w Ankarze musielibyśmy kupic nowe bilety, a więc zapłacilibysmy dwa razy tyle. Rezygnujemy z Ankary i jedziemy prosto do Stambułu. Ankarę oglądamy z okien autobusu.

  • 78
  • 79

Po 24-godzinnej podróży autobusem, w komfortowych warunkach docieramy do Stambułu. Lokujemy się w hoteliku o standardzie altanki działkowej, jtóry to jednak ma swoje zalety: niska cena i ścisłe centrum, dosłownie kilka metrów od Aghia Sophia. Zostaniemy tu 4 dni. Zwiedzamy Aghia Sophia, Błękitny Meczet, Pałac Topkapi, Ela rzuca się w wir zakupów na słynnym Kapali Carsi, pływamy kilka razy dziennie przez Bosfor między Europą a Azją.

  • 01
  • 03
  • 04
  • 05
  • 06
  • 07
  • 08
  • 09
  • 10
  • 11
  • 12
  • 13
  • 15
  • 17
  • 19
  • 21
  • 24
  • 26
  • 27
  • 28
  • 29
  • 30
  • 31
  • 33
  • 34
  • 35
  • 36
  • 37
  • 38
  • 37
  • 38
  • 39
  • 40
  • 41
  • 42
  • 43
  • 44
  • 45
  • 46
  • 47
  • 48
  • 49
  • 50
  • 51
  • 52
  • 53
  • 54
  • 56
  • 57
  • 58
  • 59
  • 60

Ze Stambułu pojechaliśmy autobusem do Burgas w Bułgariii. Sama podróż nie trwała długo, ale oczekiwanie na granicy owszem. Do Burgas dojechaliśmy późnim wieczorem, samo miasto ponure, wuęc zatrzymaliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu, który mieścił się w budynku, w którym ongiś mieścił się hotel robotniczy. Byliśmy zmęczeni wiec szybko poszliśmy spać by rano wstać i uciec stąd jak najdalej.

Z Burgas do Neseberu nie jest daleko. Przyjechaliśmy porannym autobusem. Neseber nas oczarował. Piekne, urocze miasteczko z niepowtarzalnym klimatem. Postanowiliśmy tu odpocząć i zakotwiczyliśmy się na kilka dni.  Na dworcu autobusowym bez problemu znaleźliśmy kwaterę "u baby" za niewielkie pieniadze, zostawilismy plecaczki i poszliśmy na miasto. Zwiedzaliśmy miasto, łazilismy wąskimi uliczkami, raczylismy się pysznym winem w cenie wody mineralnej, kąpaliśmy się w morzu, leżeliśmy na kocykach na pięknej piaszczystej plaży, jednym słowem sielanka.

  • 001
  • 002
  • 004
  • 005
  • 007
  • 009
  • 011
  • 012
  • 013
  • 016
  • 017
  • 018
  • 019
  • 020
  • 021
  • 022
  • 023
  • 024
  • 025
  • 026

Słoneczny Brzeg to bułgarskie Las Vegas: hotele, restauracje, baseny, parki rozrywki, piękna szeroka plaża i ....nic więcej. Wpadliśmy tu na 1 dzień. Nastawiliśmy się raczej na zwiedzanie, a że nie było czego zwiedzać a upał był potworny poszlismy na plażę, poniewaz jednak na plażę nie byliśmy przygotowani... (brak kostuimów) poszliśmy na plażę "golasów" :-))))

  • Słoneczny Brzeg
  • Słoneczny Brzeg
  • Słoneczny Brzeg

Po kulkudniowym wypoczynku w Neseberze ze Słonecznego Brzegu ruszylismy w kierunku Warny. W Warnie załapaliśmy sie na busik do Szawli a stamtąd taksówką pojechaliśmy przez granicę do rumuńskiej Mangalii, gdzie mieliśmy pociag do Suczawy, wcześniej jednak poszliśmy na plażę, ponieważ do Mangalii dotarliśmy wczesnym popołudniem a pociąg mielismy dopiero wieczorem.

  • Man00
  • Ma1
  • Man2

Po całonocnej podróży wypełnionym do granic absurdu pociagiem dotarliśmy rankiem do Suczawy. Połaziliśmy trochę po mieście, zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy rozglądać się za transportem na Ulrainę. Udało nam sie to dość szybko. Znaleźlismy sympatycznego pana, który zgodził sie za niewielką opłata zawieźć nas do Czerniowców.

Do Czerniowców dotarlismy bez problemów. Bez problemów też, co jest ewenementem na Ukrainie udało nam sie kupić bilety do Lwowa. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy pani w okienku sprzedała nam bilety mamy na miejsca sypialne, przecież do Lwowa mieliśmy tylko ok. 200 km. Okazało się, że 200 km pociag pokonuje w niemal 10 godzin :-) ze średnią szybkością 25 km/h :-)))) wyjechaliśmy ok. 23:00, we Lwowie bylismy o 9:00 rano następnego dnia. Miejsca sypialne się przydału :-)
Same Czerniowce to piękne miasto, miejsce na styku kultur, prawdziwy kulturowy tygiel. Na każdym kroku widać ślady polskie, ukraińskie, rumuńskie, żydowskie...

Po całonocnej podróży w wypasionym wagonie sypialnym wypoczęci dotarlismy do Lwowa. Tym samym zamknęliśmy pętlę dookoła Morza Czarnego. :-))) Jeszcze w Suczawie w Rumunii spotkalismy grupkę młodych ludzi, którzy dali nam adres i telefon do Polki mieszkającej we Lwowie, która wynajmuje pokoje. Na dworcu złapalismy taksówkę i pojechalismy pod wskazany adres. Okazało się, że punkt jest doskonały ścisłe centrum, 50 metrów od lwowskiego starego rynku. Gospodyni okazała sie bardzo miła, sympatyczna, serdeczna i co najważniejsze oferowała pokoje po nie wygórowanej cenie. Postanowilismy zatrzymać się u niej trzy dni i przez te trzy dni zwiedzalismy miasto.

Diabeł nas podkusił by wracać ze Lwowa autobusem. Chcielismy być jak najszybciej w domu, wszakże nie było nas tam od sześciu tygodni. Na dworcu stryjskim władowaliśmy się do zdezelowanego autobusu i w drogę. Prócz nas tylko jedna turystka z Ukrainy, jedna studentka i czterdziestu pracowników najwiekszego bazaru świata na Stadionie X Lecia. Efekt był taki, że na granicy staliśmy chyba 10 godzin, bo celnicy co chwilkę znajdowali jakies przemycane towary. Do Warszawy dotarliśmy po południu, głodni, spragnieni, zmęczeni do bólu ale pełni wrażeń po naprawdę fantastycznej wyprawie.

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lmichorowski
    lmichorowski (25.02.2012 23:07) +1 + -
    Podzielam zdanie przedmówcy. Wyprawa i relacja z niej bardzo fajna. A co do zdjęć, nie byłbym tak surowy... Zabytki też są. Pozdrawiam.
  2. ktt2254 (19.06.2010 14:10) 0 + -
    Fajna wyprawa, szkoda tylko, że na każdym zdjęciu Wy a nie zabytki...
  3. liwiusz1968
    liwiusz1968 (30.10.2009 0:00) 0 + -
    Dzięki za piękny opis waszej wycieczki.
miango

miango

Mirek G
Punkty: 1011