Ładuję...

kolumber.pl


5 +
2015-12-01 - 2016-11-20

Nowa Zelandia - nasze tam i z powrotem w 2 tygodnie

Opisywane miejsca: Nowa Zelandia, Wrocław (5856 km)
Typ: Album z opisami

NOWA ZELANDIA 09-24.02.2017   - A może do Nowej Zelandii? – powiedziała moja młodsza córka – Zawsze chciałam zobaczyć… Siedzieliśmy w rodzinnym gronie w listopadowy wieczór 2015 roku i zastanawialiśmy się gdzie by tu pojechać na wakacje 2016. Zapadła cisza, bo w sumie to wszyscy chcieliśmy, ale cel był tak odległy (geograficznie, finansowo i właściwie pod każdym innym względem), że nas zatkało. Dzieci to jednak mają nieograniczoną wyobraźnię… Na odczepnego rzuciłem coś, że to jednak półkula południowa, więc kiedy u nas będzie lato, to u nich zima i lepsze były by ferie. - No to pojedźmy w ferie – nie odstępowała. - W sumie czemu nie – włączyła się Żona i już wiedziałem, że trzeba się za to poważnie zabrać… 

  • P2110374

1.a Termin

Tu sprawa – przynajmniej dla nas – była prosta. Ferie zimowe roku szkolnego 2015/2016 nie wchodziły w grę. Czasu do ew. wyjazdu zostawało mało, a my byliśmy „w proszku”.

Zatem 2016/2017. Dla naszego regionu „wolne” od szkoły (oczywiście z uwzględnieniem weekendów) trwało od 11.02 do 26.02

To jest nasz termin wyjazdu! No, plus minus 2 dni…

1.b Na celowniku czyli co zobaczyć

Zacząłem czytać relacje z podróży, wspomnienia, blogi i przewodniki, i szybko się okazało, że właściwie to im dłużej tym lepiej. Niemniej coś trzeba było wybrać oraz zaplanować jakoś trasę od punktu A do B itp.

Wydrukowałem mapę obu wysp we w miarę przyzwoitej skali i zacząłem nanosić wszystkie „must see” z podziałem kolorami na prawdziwe „TRZEBA”, „Można” i „jak starczy czasu”

Tak powstało pierwsze przybliżenie – potem jeszcze zmieniane, ale już pokazujące, że z niektórymi regionami będzie „nie po drodze”. Trudno – może następnym razem…

Największe podziękowania za pomoc i cierpliwość należą się Dance i Kubie z bloga trampkiwpodrozy, którzy od 2014 roku mieszkają w Nowej Zelandii i chętnie dzielą się informacjami nie tylko, „co zobaczyć w Auckland”, ale także „czy ta wtyczka będzie pasować?”. Jeszcze raz dzięki!

Bardzo polecam też blog Dominiki polkawnz i Ani weterynarzbezgranic – oba świetne i doskonale się czyta (niekoniecznie o NZ).

W sprawie lotów, bagaży i przesiadek męczyłem Marcina z mlecznychpodróży. Jest tam też relacja z wyprawy jednego z czytelników do Australii i Nowej Zelandii – mam do niej sentyment, bo to pierwsza rzecz jaką przeczytałem.

Poza w/w korzystałem jeszcze z informacji zawartych w (kolejność kompletnie przypadkowa):

stohistorii

nakreceni

peron4

emiwdrodze

przepisyzpodrozy

Szukałem też na Kolumberze, ale nawet jeśli trafiłem na fajną relację, to niestety sprzed dobrych kilku lat.

Bardzo wartościowym źródłem inspiracji jest natomiast portal Rankers, który atrakcje pozwala posortować, na przykład, według kategorii (delfiny, rowery, wspinaczka itp.), stopnia trudności czy czasu trwania.

Przy większości z nich mamy dodatkowo opinie i oceny uczestników.

Polecam tam zajrzeć – na przykład po to, żeby dowiedzieć się, czy jest jakaś przegapiona przez Was, a warta odwiedzenia atrakcja w okolicy, przez którą i tak będziecie jechać.

No i na koniec coś dla miłośników wodospadów, których w Nowej Zelandii (i wodospadów i miłośników) nie brakuje: waterfalls.co.nz

Po tym wszystkim czas na SAMO GĘSTE, czyli to co chcemy zobaczyć/zrobić przy założeniach, że mamy 2 tygodnie, wolność wyboru i raczej nie gustujemy w miastach :-)

WYSPA PÓŁNOCNA:

- Ogród Botaniczny, lody Giapo, okolice portu - wszystko w Auckland;

- Coromandel, Cathedral Cove i któraś z plaż z gorącymi źródłami (więc albo Hot Water Beach, albo plaża w Kawhia. Trzeba być 1-1,5h po odpływie. Kiedy jest odpływ sprawdzisz TU lub TU) + zobaczenie drzewa Kauri;

- Hobbiton, Karangahake Windows, Mangapohue Natural Bridge, świecące robaczki – ponieważ jednak po przeczytaniu wielu opinii uważamy, że Waitomo Glowworm Caves to okrutne nacinanie „białego” turysty przez mamonożerczych tubylców (niesłusznie – jak się potem okazało), to postanowiliśmy zobaczyć robaczki za darmo – podobno są w okolicy Waitomo, a jeśli nawet nie tam, to już „na pewno” tu: -38.937815, 175.402699). Z tym ostatnim wyszło oczywiście inaczej, ale cóż – podobno Bóg najczęściej się śmieje jak patrzy na ludzkie plany;

- Hamurana Springs, Rotorua + któraś z „wiosek” maoryskich (jeszcze nie wiemy czy Te Puia czy Tamaki Maori Village), Redwood Treewalk, Waiotapu Wonderland, Huka Falls, Riverjet i jezioro (a tak naprawdę kaldera superwulkanu) Taupo;

- Tongariro Alpine Crossing – na koniec;

 

WYSPA POŁUDNIOWA:

- Sawcut Gorge, Seal Colony, pływanie z delfinami (Encounter Kaikoura), Christchurch Botanic Gardens – po 14.11.2016 zamiast Kaikoury (odcięta po trzęsieniu) będzie Tauranga na Wyspie Północnej;

- Omarama Clay Cliffs + jeziora Tekapo i Pukaki (ale to raczej dlatego, że są po drodze…);

- Wanaka + oczywiście jezioro, Queenstown + oczywiście następne jezioro (Wakatipu) + Fergburger + Skylane, Glenorchy, Milford Sound + rejs. To ostatnie stanowi wyzwanie, bo albo jest się kierowcą (Queenstown – Milford – Queenstown to prawie 600km), albo pasażerem autobusu (kilometrów tyle samo, natomiast można już patrzeć na boki, a widoki podobno zapierają dech w piersiach; minus jest taki, że to 12 godzin z czego większość w busie…), albo płatnikiem netto bo najfajniejsza opcja „busem do Milford - rejs po zatoce – szybki powrót samolocikiem” jest oczywiście najdroższa. Jeszcze nie wiem, jak to zrobię…

CZEGO BRAKUJE:

To jest właściwie odpowiedź na pytanie „co byście zobaczyli, jakbyście mieli więcej czasu/byli drugi raz”:

- cały Northland + Bay of Plenty + Napier + Mt Taranaki;

- Abel Tasman National Park, całe zachodnie wybrzeże wyspy południowej w tym Punakaiki i lodowiec Franza Josefa, Arthur’s Pass (lub inna przeprawa przez góry – do wyboru są tylko 3) – po 14.11.2016 roku zapada decyzja, że jednak pojedziemy wybrzeżem zachodnim, bo innej drogi na południe po trzęsieniu nie ma, więc i zobaczymy Punakaiki i przejedziemy przez Arthur’s Pass;

- Moeraki, Dunedin, Invercargill i Fiordland;

Oczywiście, że brakuje np. Routeburn Track, czy Ben Lomond (że nie wspomnę o Te Araroa – ale to sobie zostawiam na emeryturę ;-)), ale od początku NIE nastawialiśmy się na wyczyn. Jesteśmy z rocznika 45+ i raczej „biurkowi”. Nie chcieliśmy się porywać na coś, gdzie trzeba się starać o pozwolenia lub zajęłoby 4 dni (bye, bye Kepler), ew. istnieje ryzyko, że musieli by nas zwozić helikopterem.

Teraz czas na zabawę w „połącz interesujące Cię punkty”, czego wynikiem jest następny etap przygotowań, czyli transport.

1.c Transport (czym?, za ile?, jaka nawigacja? co z moim prawem jazdy? I wreszcie: „O Boże! Tam ludzie jeżdżą po niewłaściwej stronie! Jak ja sobie poradzę?”)

Nie będę wyważał otwartych drzwi, tylko wkleję link do ludzi, którzy to już kompetentnie opisali czyli  4evermoments

Z moich obserwacji wynika dokładnie to samo – pociąg i bus – kto chce niech próbuje, samolot – tylko na dłuższe dystanse, ale to dobra opcja na szybki i w miarę tani (rezerwacja z wyprzedzeniem się kłania) powrót z wyspy na wyspę.

Zostaje auto, ale na kupno i potem sprzedaż mamy za mało czasu, a relokacja w przypadku wyjazdu rodzinnego rozpisanego „na godziny” to nie jest dobry pomysł.

Czyli (werble!!!) zostaje nam tylko opcja wypożyczenia auta, ale nadal do wyboru mamy dwa warianty – oba mają „plusy dodatnie i plusy ujemne”, ale po kolei:

Wariant I – czyli Camper, to brzmi dumnie!

Zyskamy wolność w wyborze tempa poruszania się, wyboru miejsca postoju (to akurat bzdura, ale o tym za chwilę) i zaoszczędzimy na hotelach.

Z dużym wyprzedzeniem wysyłam więc zapytanie do JUCY, bo to potentat, bo czytałem pozytywne recenzje itp.

Wybieram najmniejszy model zdolny pomieścić 3 osoby czyli JUCY CONDO – w kilka godzin dostaję odpowiedź. Widzę kwotę i odruchowo szukam przecinka, potem zmieniam okulary, ale niestety - nic się nie zmienia.

2890 NZD za 12 dni (tak, wiem, że to szczyt – sezonu, ale i cenowy)

+ 360 NZD ubezpieczenia za redukcję wkładu własnego do 0 (nie zaryzykuję wkładu własnego, bo jak coś stuknę, to auto wyjdzie drożej niż z salonu)

+ paliwo – a pali ok. 12l/100km – czyli wyjdzie coś koło 240 NZD/1000km. DUŻO!!

+ ew. opłaty za pole namiotowe/biwak. Tu warto się na moment zatrzymać.

W NZ nie wolno się zatrzymywać na poboczu czy ogólniej „na dziko”. Istnieje cała sieć Holiday Parków gdzie można stanąć autem. Te „free” z reguły są słabiej wyposażone i przeznaczone są dla pojazdów z własnym zbiornikiem na ścieki czyli tzw.  self-contained. I nawet jeśli masz taki wóz, to jednak co jakiś czas MUSISZ się zatrzymać na czymś płatnym, żeby te ścieki zrzucić, albo też – jak w okolicach Queenstown – nic „free” nie ma w pobliżu. I nawet jeśli faktycznie ceny „za namiot” na polu są niskie (15-20 NZD plus drobna opłata za prysznic – no dobra, 20-30 NZD w Queenstown), to i tak w sezonie może się zdarzyć, że CAŁE pole będzie zajęte. Czyli „wolność”, a nie WOLNOŚĆ.

No i ta cena…. A trzeba doliczyć jeszcze prom między wyspami.

Pass!

Wariant II – czyli „one day (prawie) – one hotel”

Dodatkowa trudność w stosunku do Wariantu I, to konieczność zaplanowania nie tylko celów (hotele jako nocleg, punkty ze spisu „must see” do zwiedzania po drodze), ale i czasów przejazdu. Przydaje się kalkulator, ołówek, odrobina wyobraźni (niekoniecznie zresztą w tej kolejności) i strona www.aa.co.nz z kalkulatorem czasu przejazdu (informacja o robotach drogowych i zamkniętych odcinkach – Gratis!)

Do rezerwacji noclegów użyłem Bookingu – znam, lubię i nie muszę płacić opłat dodatkowych jak się w rozsądnym czasie rozmyślę (taki drobny przytyk do innego znanego serwisu – nie mogłem się powstrzymać ;-)).

Tutaj przytoczę z pamięci ale w miarę oddając „ducha” pewną opowieść, którą sam znalazłem u kogoś, ale nie pamiętam gdzie. Otóż my, Europejczycy przyzwyczajeni jesteśmy, że w miarę jak powiększamy jakiś obszar w Google Maps, to nam wyskakują najpierw średnie, a potem coraz to mniejsze drogi. W NOWEJ ZELANDII TO NIE DZIAŁA!!!

Z grubsza jakie drogi mamy do dyspozycji widać od razu i powiększanie przybliżenia nic nie daje.

Na wyspie północnej jest lepiej, ale na południowej NAPRAWDĘ są tylko trzy połączenia między wschodnim, a zachodnim wybrzeżem. I NAPRAWDĘ – z Haast do Milford Sound jest tylko 125km, tylko nie drogą, bo drogą jest 480!!

Powyższa zasada dotyczy również hoteli. Jeśli np. 8 miesięcy przed nowozelandzkim szczytem sezonu w jakimś małym mieście nie ma już miejsc hotelowych (albo są w jedynym hotelu, po jakiejś dzikiej cenie), to raczej lepiej już nie będzie i może warto poszukać czegoś 10-20-50km dalej.

Ale wracając do tematu auta. Dostałem ofertę na osobówkę z firmy Apex. Kilkuletni Nissan Tiida pojemności 1500 (benzyna!), z automatem (nigdy nie jeździłem, ale czemu wziąłem automat – to osobna opowieść) proponują mi za bardzo rozsądne pieniądze:

804 NZD za 12 dni (67 NZD/dzień – hura!!!)

+ 192 NZD ubezpieczenia za redukcję wkładu własnego

+ paliwo 7l/100km (faktycznie spalił nawet mniej) co daje 140 NZD/1000km

Na koniec jak to mówił znajomy major „wiśniówka na torcie” – jeśli kupię u nich bilety na prom (2x 69 NZD za dorosłego + 35 NZD za córkę), to prom dla auta mam gratis.

Za 1169 NZD mam auto wraz z promem między wyspami.

Czy się zastanawiałem?

Oczywiście! Jakieś pół sekundy :-)

 

Następny problem do rozwiązania – nawigacja.

Jeśli online, to wystarczy Google Maps, ale powinniśmy zainwestować w jakąś kartę lokalnego operatora (bo inaczej roaming danych z Polski nas zabije!). Minus jest taki, że nie wszędzie jest zasięg… A znając życie należy to przeczytać tak – właśnie na uroczych „zapupiach” gdzie oczekiwalibyśmy wsparcia, tam właśnie może (choć nie musi!) być cienko…

A co oferuje opcja offline?

Z różnych wyjazdów po Europie w czasach sprzed obniżki taryf za Internet mam w telefonie aplikację OsmAnd – a co się będę krygował – nawet w płatnej (35 zł zwróciło mi się kilkanaście razy) wersji czyli dokładniej OsmAnd Plus.

Mogę ściągnąć mapy dowolnego zakątka Świata (do wyboru są samochodowe – mniejsze i takie turystyczne – większe), a potem ponanosić na nie i zapisać punkty, które mnie interesują (hotele, atrakcje, wodospady itp.), a potem „odpalam” to wszystko będąc kompletnie offline.

Mam tylko włączony GPS – wskazuję na mapie punkt który mnie interesuje i… Jazda! Niech żyje technika!!! Wiem, że chwalone jest też Maps.me, ale go nie znam, więc milczę.

Teraz trochę papierologii dla odmiany. Ponieważ różne wypożyczalnie mają różne podejście do kierowców z europejskim prawem jazdy (wersja hard, którą gdzieś czytałem – wypożyczalnia zażyczyła sobie kserokopii wraz z tłumaczeniem przysięgłym), więc żeby dmuchać na zimne – poszedłem do Urzędu Komunikacji i wyrobiłem dla siebie Międzynarodowe Prawo Jazdy. Koszt – 30 zł + 2 zdjęcia + 24 h + miły uśmiech dla życzliwej Pani po drugiej stronie okienka.

I na koniec to co tygrysy lubią najbardziej, czyli „jakiś wariat jedzie lewą stroną i to nie jeden – tysiące”

A tak na poważnie: w Polsce robię po 30-40 tys. km rokrocznie od wielu lat. Mam wiele drogowych nawyków wynikających nie z tego, że jestem słabym kierowcą, ale z tego, że reaguję automatycznie. W końcu – ilu z nas po paru miesiącach jazdy (a co dopiero po latach) zastanawia się z której strony objechać rondo?

Aż tu nagle trafiamy do kraju Kiwi. Jadą po lewej, na rondzie też skręcają w lewo, ale dają pierwszeństwo tym z prawej. Inaczej sygnalizują światłami zjazd z ronda. Na autostradzie lewy pas jest najwolniejszy (to akurat mieszkańcy Warszawy mają opanowane :-)) – RATUNKU!!!

Bałem się bardzo. Ruchu lewostronnego nie miałem gdzie w Polsce poćwiczyć, ale ponieważ nie wyobrażałem sobie zmiany biegów LEWĄ ręką, więc zdecydowałem się na automat.

Nie jeździłem nigdy automatem, ale co to za trudność? – pomyślałem. Przecież wystarczy kupić kilka lekcji…

Nie wystarczy – a dokładniej – nie ma już takiej opcji, żeby Nauka Jazdy kogoś posiadającego kat. B „douczyła” do automatu.

Jeśli nie posiadasz prawka – to co innego – pomogą Ci zrobić.

Jeśli posiadasz – powinieneś udać się do Wojewódzkiego Ośrodka Doskonalenia Techniki Jazdy.

Teraz pora na autentyczną rozmowę, którą przeprowadziłem z ośrodkiem pełniącym taką funkcję we Wrocławiu:

JA: Dzień Dobry! Mam prawo jazdy kategorii B. Chciałbym się podszkolić w jeździe na automacie.

WODTJ: Dzień Dobry! Ale wie Pan, my nie posiadamy już toru do jazd we Wrocławiu. Chyba, żeby na naszym torze w Legnicy…

JA: OK. To na kiedy możemy się umówić w Legnicy?

WODTJ: No, to już się Pan musi dogadać z Instruktorem na konkretny dzień. On musi wiedzieć kiedy Pan podstawi auto i …

JA: Chwila! Jak to „podstawi auto”?

WODTJ: No normalnie. Pan przyjedzie na tor, a tam nasz Instruktor nauczy Pana jak się tym jeździ.

JA: Ale ja nie mam auta z automatem! Dopiero będę miał…

WODTJ: No to niech Pan przyjedzie jak Pan już będzie miał, bo my nie dysponujemy własnymi.

Żałowałem, że Bareja nie doczekał. Miałby kultowy tekst do następnego filmu jak nic!

A tak poważnie to wyjścia są 3: wypożyczalnia samochodów (na 1 dzień – droga opcja, ale właśnie ją wybrałem); pożyczyć auto u kumpla lub rodziny; wybrać się na jazdę próbną w salonie.

Wyprzedzę trochę historię – po lewej stronie jeździło mi się świetnie. Mam swoją prywatną teorię, że to zasługa lustrzanego odbicia, które w takich sytuacjach robi na własny użytek ludzki mózg. Po pierwszych kilometrach (pierwszy dzień tak zaplanowałem, żeby nie jeździć za długo i mieć sporo przystanków) wczułem się w rolę i prowadzenie było tak samo przyjemne jak zawsze.

Wąskie mosty – bez problemu. Znak sugerujący (!) z jaką prędkością należy wejść bezpiecznie w zakręt - super pomysł!

Jedyne kłopoty, które miałem, to zamienione miejscami kierunkowskazy-wycieraczki (miałem azjatycką wersję auta – w NZ spotyka się oba warianty: europejski i azjatycki).

Jeśli zobaczycie kiedyś gościa dojeżdżającego do ronda i włączającego wycieraczki mimo, że z nieba leci żar – uśmiechnijcie się! Wszystko tam odbywa się „na kiwnięcie”. Ktoś go puszcza kiwnięciem, facet kiwnięciem dziękuje…

Kiw, kiw, kiw, Kiwi są świetni!

1.d Finanse – kiedyś to musiałem napisać…

Walutą Nowej Zelandii jest dolar. A najpiękniejsze jest 5 NZD – nie tylko dlatego, że jak wszystkie banknoty tego kraju jest drukowany na folii, ale ponieważ zerka z niego Sir Edmund Hillary.

Lubię na niego patrzeć! Przypomina mi, że nie ma zadań niemożliwych jak człowiek odpowiednio poćwiczy, odpowiednio się uprze i będzie miał odpowiednio dużo szczęścia oczywiście.

Próbowałem przed wyjazdem „nabyć drogą kupna” w kantorach we Wrocławiu dolary nowozelandzkie, ale chyba za mało ćwiczyłem…

Tu rada „tego, który był i wrócił”: ponieważ lecieliśmy przez Frankfurt i Singapur to miałem około 50 Euro i chyba ze 100 USD – tak na wszelki wypadek. Większość z tego przywiozłem z powrotem do domu. W NZ praktycznie wszędzie można płacić kartą. Gotówka przyda się do parkomatu i na niedzielny lokalny targ (super impreza!) i to by było na tyle…

Jeśli masz Visę (rozliczenie w USD) z odpowiednio dużym limitem – przejdź od razu do następnego rozdziału.

Jeśli masz MasterCard (rozliczenie w Euro) i/lub Twój limit nie wystarczy na podróż – nie bierz gotówki. Weź kartę rozliczaną w USD. TU jest fajny artykuł wyjaśniający jak to działa.

A że działa, miałem możliwość sprawdzić na własnej skórze – wziąłem kartę wydawaną do kantoru walutowego w USD w Alior Bank.

Zalety:

- bezpośrednie obciążenie w USD (brak spreadu w PLN);

- możliwość doładowania konta w ciągu 24h;

- nie musisz mieć konta w Aliorze!!!

- nie wydasz więcej niż masz na koncie – przydaje się w dziwnych okolicznościach, ale o tym później…

Wady:

- poza tym, że za moich czasów trzeba było odbyć wizytę w oddziale, żeby dostać kartę – nie zauważyłem innych wad.

Miałem oczywiście MasterCard, ale starałem się z niej korzystać jak z karty zapasowej.

Mój „czarny sen” związany z kartami był taki, że Infolinia zadzwoni zweryfikować jakąś transakcję np. zrobioną w Singapurze akurat jak będę w samolocie. A ponieważ oczywiście się nie dodzwonią, to zablokują mi kartę.

Żeby tego uniknąć i po konsultacjach z Bankiem zadzwoniłem parę dni wcześniej na Infolinię i zgłosiłem w jakich krajach będę i kiedy. Chyba pomogło, bo nie miałem żadnych problemów.

Pewnie oczekiwałaś/eś jakiegoś podsumowania wydatków, ale to nie teraz. Zrobię to oczywiście, ale na końcu.

1.e Bilety lotnicze, czyli jak zainwestować kupę kasy w niepewny interes za to z gwarancją, że w razie skuchy nikt mi niczego nie zwróci :-)

Założenia, jakie miałem przy kupnie biletu – piszę dla porządku, bo każdy ma inne priorytety:

- muszę się zmieścić w założonym terminie, bo córka nie może zarwać szkoły;

- wylot powinien nastąpić z lotniska położonego w pobliżu Wrocławia (biorąc pod uwagę jakie odległości mamy do pokonania - Warszawa, Berlin i Praga mieszczą mi się w definicji „pobliża”);

- długość „lotu” najlepiej w okolicach 30 h od pierwszego startu do ostatniego lądowania;

- jeśli będę miał wybór, to chcę kupić bilet u krajowego sprzedawcy. Potem wyjaśnię dlaczego nie kupiłem od pośrednika z siedzibą np. w Estonii.

- jeśli będę miał wybór, to chcę kupić bilet na lot możliwie różnymi samolotami! Ole!

 

…and the Winner is….

09.02.2017         06:50 Praga                                     24.02.2017         01:15 Auckland

                              V                                                                                      V

                              08:00 Frankfurt                                                             06:45 Singapur

                              11:40 Frankfurt                                                             13:55 Singapur

                              V                                                                                      V

10.02.2017         06:50 Singapur                                                              20:30 Frankfurt

                              08:55 Singapur                                                              21:45 Frankfurt

                              V                                                                                      V

                              23:40 Auckland                                                             22:50 Praga

 

29h z czego 23h 15’ to loty                                        33h 35’ z czego 25h 10’ to loty

 

Lokalne ciekawostki:

- z Frankfurtu do Singapuru - Airbus A380 (zwany przez moją córkę z racji wymiarów POTWOREM);

- z Singapuru do Auckland i z powrotem – Boeing 787-9 Dreamliner;

- TAK, nie myli Cię wzrok – w drodze powrotnej startujemy tuż po północy z Auckland i po ponad 33 godzinach w drodze lądujemy TEGO SAMEGO DNIA  w Pradze; lepszego dowodu, że „a jednak się kręci” nie mam!

To teraz łyżka dziegciu do tej beczki miodu – bilet – kupiony poprzez stronę ITAKI w polskim Blue Sky Travel z Poznania kosztuje 4534 zł/osobę (kupowany 11m-cy wcześniej. W sumie to nie chcę wiedzieć ile kosztuje 2 miesiące wcześniej), co po dodaniu ubezpieczenia od rezygnacji (ale tylko na określone wypadki, przy czym piszą, żeby WYPADKI traktować dosłownie) i opłaty transakcyjnej robi prawie równo 14.100 zł za naszą trójkę.

Ufff. Trochę boli, więc jak ktoś chce taniej, to może spróbować tak:

- styczeń i luty to pełnia sezonu w NZ – nie namawiam do lotów w lipcu, bo dzień krótki i może być zimno, ale bilety na wybrane dni w grudniu i w marcu były sporo tańsze;

- wybrałem Pragę, bo była najtańszym „odlotem” w zasięgu mojego dojazdu (i Warszawa, i Berlin były droższe o około 300 zł/osobę) oraz ofertowała stosunkowo najkrótsze połączenie. Jakbym leciał sam, albo nawet z żoną, ale bez dziecka, to pewnie bym pokombinował z przesiadkami (wiadomo – im więcej i/lub dłuższe, tym powinno być taniej);

- uparłem się, że chcę kupić bilety w polskim, najlepiej znanym biurze – patriotyzm? Też, ale także chłodna kalkulacja. Uwaga – będę teraz siał plotki – wieść gminna niesie, iż zdarzają się przypadki, że pośrednik sprzeda bilet, zainkasuje wpłatę na konto, a po 48h wysyła maila, że „niestety, ale tych miejsc już nie ma”, po czym zwraca Ci kasę na konto. No ale gdzie tu „haczyk”?- zapytacie. Ano tu, że na zwrot ma 60 dni, a jego Infolinia albo jest płatna (taryfa jak do Suazi plus mnożnik x12), albo rozmawia w języku . . . . . . . . . . . . . . (tu w miejscu kropek wstaw sobie coś dziwnego, o czym najlepiej słyszysz drugi raz w życiu jak np. serbołużycki, albo komi). Kupiłem więc „u swoich”, bo nie chciałem ryzykować, że wyjdzie jakiś ZONK, a ja zostanę na 2 miesiące bez pieniędzy z okazjami przechodzącymi koło nosa. I nawet nie będę komu miał o tym powiedzieć na Infolinii!

Tu znowu przerwa na reklamę – Blue Sky spisało się świetnie. Bilety dostałem, cena się zgadzała, imiona, nazwiska i loty też! Wszystko szybko i sprawnie i tylko 200 zł/osobę więcej niż u konkurencji, ale uznałem, że to jest cena za święty spokój!

No, ale chwila moment. Mam wykupiony lot do i z NZ (Auckland – północna część wyspy północnej), ale kończę trasę samochodową w Queenstown (południowa strona wyspy południowej). I tu z pomocą przychodzi Air New Zealand – lot z Queenstown do Auckland kupuję po 110 NZD/ osobę, czyli taniej niżby wyszło paliwo do samochodu (wliczając prom) na tej trasie!

1.f Didaskalia (wtyczka, suszarka do włosów, ręczniki, karta do telefonu/internetu, ciuchy,  ubezpieczenie itp.)

W NZ na szczęście prąd ma 230V, ale za to wtyczka (lub gniazdko – zależy jak spojrzeć) „patrzy” na nas skośnymi płaskimi bolcami. Z dostępnej oferty przejściówek trochę przypadkiem wybieram – tu będzie kolejna przerwa na reklamę – model Forever MA-100.

Wybór jest strzałem w dziesiątkę, bo przejściówka ma DWA wyjścia USB, co okazuje się kluczowe, żeby w rodzinie nie było zapisów do kolejki do ładowania (3 telefony, eBook wzięty z myślą o samolocie i aparat foto). Oczywiście to samo można uzyskać podłączając zakupiony na miejscu przedłużacz z rozdzielaczem.

Przydaje się też SAMOCHODOWA ładowarka do telefonów, bo nawigacja cały dzień bez zasilania nie pociągnie.

Suszarka do włosów – nie wzięliśmy! Nie kupiliśmy na miejscu. Nic. Zero stresu.

Tu pora na dwa słowa o pokojach. Noclegi często „wyszły” mi same jako wynik układanki geograficzno-samochodowej. Starałem się rezerwować coś w zasięgu naszego budżetu - 3 osoby mają trudniej niż 2, bo odpada większość hoteli z pokojami „same dwójki”, a na 2x pokój 2osobowy nie było nas stać.

W ten sposób tylko 3 razy spaliśmy w pokoju hotelowym (Auckland – zaraz po przylocie w środku nocy, przed Tongariro – bo tam nie było innej opcji i w Wanace – bo akurat mieli promocję).

Cała reszta to w większości motele, a motel oznacza najczęściej pokój(-e) z w pełni wyposażoną kuchnią (lodówka, kuchenka z piekarnikiem, mikrofala, czajnik + kilka kaw i herbat, komplet garnków i sztućców). Oczywiście prawie wszędzie była suszarka do włosów (w hotelach także), a w 50% lokalizacji motelowych dodatkowo pralka.

Cena za dobę (nie dotyczy Auckland i Queenstown) – 115-135 NZD, ale uczciwie przyznaję, że rezerwowałem kilka dobrych miesięcy naprzód, no i wybierałem takie miejsca, które jak najdłużej pozwalały mi na swobodę zmiany decyzji bez dodatkowych opłat.

Dodatkowy bonus – w większości z tych lokalizacji WiFi było za free – nawet tam, gdzie rzekomo miała być opłata, na miejscu okazywało się, że owszem, trzeba zapłacić, ale dopiero po przekroczeniu np. 0,5 GB (wyjątkiem znowu był Ibis w Auckland – jedyne faktycznie płatne miejsce – 300m dalej na szczęście był McD).

Ręczniki – wzięliśmy, ale przydały się w trasie po spływie łodzią, a nie w motelach, bo tam wszędzie były hotelowe. Czyli jak nie masz miejsca, to nie bierz.

Jak już jesteśmy przy Internecie – nawigację miałem offline, a pocztę sprawdzałem w hotelach rano i wieczorem.

Dla osób chcących być stale online polecam za radą Kuby z „trampkówwpodróży” przedpłaconą kartę Vodafone – za bardzo niewielkie pieniądze można sobie wybrać i skonfigurować taryfę Myflex.

 

Ciuchy…

Tu pora na meteorologiczny dowcip z Londynu – dzwoni córka do Mamy:

- Cześć Mamo. Wiesz? W tym tygodniu padało u nas tylko 2 razy – raz trzy dni, a raz cztery…

Na szczęście w kraju kiwi jest inaczej, ale też potrafi nieźle zmoczyć, więc pytanie nie brzmi: „czy będzie padać”, tylko „ile razy”. Dla odmiany – jak już świeci słońce to opala błyskawicznie (skutki sięgającej aż tutaj dziury ozonowej), więc trzeba mieć coś na głowę, okulary i wskazany jest krem z filtrem.

Pogodę można sprawdzić w wielu serwisach, ale świetny jest rodowicie nowozelandzki metservice

Ubezpieczenie – jak to przy wyjazdach organizowanych samodzielnie – wykupiłem z dodatkową opcją zaginięcia bagażu i sprowadzenia zwłok. Nie planuję co prawda skoku bungee, ale jakby mi z jeszcze jakichś innych powodów siadło serce, to ktoś to jednak musi posprzątać…

1.g Zagrożenia

W przeciwieństwie do np. Australii nic tu nie chce Cię zjeść, ugryźć, otruć lub w inny sposób zrobić Ci krzywdy. Największymi ponoć ssakami są sprowadzone z Europy jelenie.

Terrorystów nie stwierdzono. Szczepić się na nic dodatkowego nie trzeba.

No byłby raj, tylko czasem trzęsie. Nowa Zelandia nie tylko znajduje się w znanym z aktywności sejsmicznej „pierścieniu ognia”, ale jeszcze Wyspa Północna leży na innej płycie niż większość Południowej i na dodatek przemieszczają się w różnych kierunkach!

O tym jak się zachować w razie trzęsienia kompleksowo napisała emiwdrodze, więc nie będę tu powielał.

14.11.2016 roku Nową Zelandię nawiedza jedno z mocniejszych trzęsień ziemi w historii. Epicentrum znajduje się w pobliżu miejscowości Kaikoura na Wyspie Południowej. Ofiar jest na szczęście tylko kilka, ale straty materialne są spore. Dno morskie w pobliżu Kaikoury podnosi się o ponad metr, a miejscowość jest odcięta od świata przez wiele tygodni z powodu licznych osuwisk skalnych na jedynej drodze z/do reszty wyspy. W stolicy zawaleniem grozi wiele budynków – część niedawno oddana do użytku – w tym np. budynek Urzędu Statystycznego i Ministerstwa Obrony.

Dla nas oznacza to konieczność zmiany planów i pojechania jednak kawałek zachodnim wybrzeżem + powrót na wschodnie przez góry.

Już po powrocie czytamy, że podczas naszego pobytu zdarzyły się 2 trzęsienia określane jako „strong” – 12 i 20 lutego. Nic nie czuliśmy.

Mam już gotową drugą część opisu naszej wyprawy, ale z nieznanych mi powodów nie mogę wkleić zdjęć.

Pisałem już do Admina pod adres podany w zakładce "kontakt" - bez echa.

Niezależnie od tego jakbym nie próbował (małe pliki, z różnych przeglądarek, w różnych formatach graficznych) to dostaję stale komunikat: Błąd podczas przesyłania: 500

Jeśli ktoś ma jakiś pomysł, to proszę mi napisać co mam zrobić, żeby fotki weszły: rtyqwe@gazeta.pl

Z góry dzięki 

 

AKTUALIZACJA 05.05.2018

Korzystając z informacji od życzliwych ludzi z forum (zdjęcia już wchodzą!) informuję, że wyżywam się fotograficznie wklejając sporą ilość fotek do części 2 tej relacji. Serdecznie zapraszam do lektury i dzięki za dobre słowo. 

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. pt.janicki
    pt.janicki (06.05.2018 21:56) +2 + -
    ...nauczyć się jeździć samochodem z automatyczną skrzynią biegów mnie udało się bez pomocy WODTJ. No, ale ja nie miałem presji terminu wyjazdu ... :-) ...
  2. hooltayka
    hooltayka (06.05.2018 8:00) +2 + -
    Fajnie się czyta,a jeszcze milej byłoby,gdyby pojawiły się jakieś zdjęcia.
    Pozdrawiam-)
  3. pt.janicki
    pt.janicki (29.04.2018 21:23) +2 + -
    ...znam ludzi, którzy na pytanie - Gdzie? - odpowiadają do rymu ... :-) ...

    ...a zdjęcia z Nowej Zelandii na pewno są interesujące i ich wrzucenie kolumberowiczów ucieszy!...
  4. iwonka55h
    iwonka55h (28.04.2018 16:02) +3 + -
    Wojtku, spróbuj dokleić jakieś zdjęcia, jest szansa na to, że nasz portal zaczął działać.
  5. pt.janicki
    pt.janicki (09.11.2017 20:49) +3 + -
    ...zdjęcia też takie są na pewno i kiedyś Kolumber pozwoli nam je obejrzeć ... :-) ...
  6. s.wawelski
    s.wawelski (08.11.2017 20:10) +3 + -
    Rzeczywiście elegancki tekst :-)
  7. pt.janicki
    pt.janicki (03.11.2017 21:52) +3 + -
    ...ale za to jak wyobraźnia pracuje ... :-) ...
  8. iwonka55h
    iwonka55h (03.11.2017 16:05) +3 + -
    cześć Wojtku, przeczytałam jednym tchem Twoje informacje dotyczące przygotowań do wyjazdu. Nie wiem, kiedy się wybiorę w tamte strony, ale bardzo lubię w takich relacjach czytać o "danych technicznych" wyjazdu, bo one zwracają uwagę na wiele spraw, na które należy zwrócić uwagę.
    Szkoda, że nasz Kolumber niedomaga, bo chętnie obejrzałabym Wasze zdjęcia, ale może kiedyś dokleisz.
    pozdrawiam
rtyqwe

rtyqwe

Wojtek
Punkty: 4837