Ajax Loader Ładuję ...

Na wycieczkę na Majorkę zapisuję się w październiku 2013 roku. Pierwsza propozycja spędzenia weekendu majowego, Madera, nie znajduje poklasku wśród moich koleżanek i kolegów. I ja sceptycznie jestem do niej nastawiona. Przecież tam nie ma nic ciekawego, tak myślałam gdy dotarła do mnie propozycja. Alternatywą dla wyspy wiecznej wiosny staje się Majorka. Tu nie mam najmniejszych wątpliwości. Wiadomo Gaudi, Chopin i George Sand przemawiają do mojej wyobraźni. Szybko znajduję przewodnik po wyspie, drukuję mapę i zaznaczam na niej punkty warte zobaczenia. Szukam informacji również w relacjach Kolumberowiczów i mam już plan na spędzenie tygodnia na przełomie kwietnia i maja. Plan o wiele ambitniejszy niż spędzenie tzw. weekendu majowego z drinkiem przy basenie. Skupiona na szukaniu informacji i planowaniu jak najatrakcyjniejszego sposobu spędzenia czasu na Majorce w tzw. międzyczasie odwiedzam ortopedów, bo nasilają się problemy z lewą nogą, a szczegółowo rzecz ujmując szwankuje kolano. Już nie potrafię zrobić kroku bez bólu. Początkowo nic nie wskazuje, że to jakiś poważny problem. Jednak rezonans magnetyczny wykonany w styczniu nie pozostawia wątpliwości – czeka mnie poważna operacja. Wpadam w panikę. Jak ja pojadę i jak tam spędzę czas? Samolot wydaje się najmniejszym problemem, zawsze można usiąść przy wyjściu awaryjnym, tam jest więcej miejsca. Ale co dalej? Jednak tydzień z drinkiem przy basenie i do tego na leżaku z książką w ręku. Normalnie ogarnia mnie przerażenie, które wcale nie mija po wykonanym zabiegu. Wyposażona w 2 kule, które wydają się nieodzowne na długie tygodnie pogrążam się w jakiś stan bliżej nieokreślony. Po 6 tygodniach, kiedy mogę już chodzić z jedną, świat wydaje się bardziej kolorowy. A kiedy w Niedzielę Palmową odważam się wyjść samodzielnie błyska iskierka nadziei: nie będzie źle. 

27 kwietnia startujemy z warszawskiego Okęcia do Palma de Mallorca o godzinie 22.55. Przylatujemy ok.2 w nocy. Jeszcze tylko transfer do hotelu. 

28 kwietnia.

              A w hotelu niespodzianka z grupy mało przyjemnych. Na recepcji jest tylko jedna osoba, która usiłuje nas zakwaterować wg wcześniej przesłanej listy uczestników sporządzonej alfabetycznie...Po kilku minutach udaje się jej wytłumaczyć, że lista ta miała na celu usprawnienie realizacji obowiązku meldowania, ale w żaden sposób nie jest ona zgodna z naszymi preferencjami co do przebywania w jednym pokoju. Zameldowanie ciągnie się w nieskończoność, zwłaszcza, że nasze dokumenty są kserowane celem dołączenia do księgi meldunkowej ich kopii. Przed 5 rano jesteśmy w pokoju. Zostawiono tu dla nas kolację co o tej godzinie czyni z niej wczesne śniadanie. Kiedy podnoszę wieczko food-boxa witają mnie zastępy majorkańskich....mrówek. Usiłuję sobie przypomnieć jak brzmi po angielsku nazwa tej drobinki, która wprawia moją koleżankę w zły nastrój. Wreszcie wymyślam "insects" co wydaje mi się załatwi sprawę. Dzieli mnie od recepcji kilkadziesiąt metrów. Docieram mocno zdegustowana znaleziskiem i proszę recepcjonistkę, która po przeszło dwugodzinnym kwaterowaniu mojej grupy ma nas serdecznie dosyć, o zmianę pokoju. Tłumaczę jej cierpliwie, że "the insects are everywhere, on the table and on the floor, in food - box even", a ona podaje mi aerozol instruując co mam zrobić:). Wracam więc niezadowolona i rozpoczynam regularny oprysk podłogi, bo moja koleżanka w czasie mojej nieobecności rozprawiła się z łażącymi po stole stworzonkami w sposób nie pozostawiający złudzeń co do możliwości przebywania z nimi pod jednym dachem:). Przed 7 kładziemy się spać nastawiając budzik na 9. Muszę szybko wyspać się, bo zaplanowałam na dziś rekonesans po okolicy.

        Dzwonek budzika wyrywa mnie z głębokiego snu, pod powiekami piasek, w głowie "myśli nieuczesane". Z zewnątrz docierają głosy tych, którzy się już wyspali. Pora na śniadanie i na spotkanie z rezydentką.

                Pyszne śniadanie poprawia mi humor, choć zarwana noc da o sobie znać skrajnym zmęczeniem przez cały dzień. Pani Ania, opiekująca się z ramienia biura podróży naszą grupą, okazuje się bardzo miłą i dobrze przygotowaną osobą. Pięknie mówi o Majorce zachęcając nas do spacerów i zwiedzania okolicy. Miasteczko ma bardzo prostą topografię. Po wyjściu z hotelu w lewo należy dojść do ronda, a potem w zależności dokąd chcemy dotrzeć albo w lewo, albo w prawo ewentualnie prosto:).

           Decydujemy się na spacer w nieznane. Mijając białe domy z brązowymi okiennicami dochodzimy do jednej z niezliczonych zatoczek nad którą wybudowano luksusowe hotele. W powietrzu unosi się słodki zapach petuni, którymi obsadzono trawniki, nad nami błękitne niebo i palmy. Wody zatoczki Cala Egos mają wszystkie odcienie koloru niebieskiego, gdzieniegdzie widać całe płaty turkusowej wody, w innym miejscu zachwyca głęboki granat. Schodzimy w dół po mocno zerodowanych skałkach. Czas na kontemplowanie tego co w dole. Chwilo trwaj:)

        Nazajutrz, 29 kwietnia, udajemy się  w przeciwną stronę niż poprzednio. Dochodzimy do wysokiego klifowego wybrzeża. Tu krajobraz przypomina powierzchnię innej niż Ziemia planety. Skalista powierzchnia na której mnóstwo małych kraterów, w jednych szkli się niebieska woda, w innych wyparowała już osadzając na ich dnie kryształki soli, jeszcze w innych żółte plamy odparowanej wody. Taki księżycowy krajobraz. Można zejść na mikroskopijną plażę na której zmieści się nie więcej niż 3 - 4 osoby! Spacerujemy po skałach, które poddane działaniu wiatru i wody morskiej do złudzenia przypominają porowatą powierzchnią, powulkaniczną lawę, są to jednak skały wapienne mocno zerodowane. Silnie spękane z wyżłobionymi małymi nieckami białe wapienie są podłożem dla zachodzących zjawisk krasowych.

               Z jednej strony aż po horyzont morze, z drugiej teren zamyka hotel przed którym założono kaktusarium. Na pieczołowicie zadbanej niewielkiej działce posadzono kilkadziesiąt odmian sukulentów. Pięknie kwitnące kaktusy, a wśrod nich draceny, agawy i opuncje przyciągają wzrok. To bardzo piękne miejsce. O wysoki brzeg rozbijają się fale, gdzieś w oddali widać maleńkie łodzie rybackie i wycieczkowy statek. Siadam na klifie i staram się zamknąć pod powiekami to co widzę. W uszach brzmi uwaga jednego z kolegów wygłoszona przy śniadaniu. Wspominał on spotkanie z agentem firmy ubezpieczeniowej zachęcającym nas do przystąpienia do OFE. Snuł wizję, że zamiast klepać biedę na emeryturze będziemy mogli odpoczywać na wielbłądzie pod palmami. Oczywiście podchodziliśmy do tego sceptycznie. Niemniej jednak przy stoliku przy którym odbywała się rozmowa siedziało 6 osób z czego pięcioro to emeryci. Stanowimy więc 5/6 składu. A nad nami palmy, co prawda wielbłądów brak, ale nie narzekamy. 

  • Majorka
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka
  • Majorka- Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos
  • Majorka - Cala Egos

29 kwietnia

                Po obiedzie udajemy się na plażę w nadziei na zobaczenie innej części miasteczka. Plaża tak jak większość w tej części wyspy jest niewielka, ale piaszczysta. Nic więc dziwnego, że miejsca na niej dla nowych plażowiczów zostało już niewiele. Wśród łapiących wiosenne promienie słońca Niemcy, Hiszpanie i my, Polacy. Siadamy gdzieś z boku na wystającej półce nieopodal schodków prowadzących z niewielkiego pensjonatu i gawędzimy o tym co zdarzyło się nam w ostatnim czasie. Patrzymy na śmiałków skaczących z wysuniętej skałki do wody. Chwile warte zapamiętania.

           Wygrzane południowym słońcem ruszamy na spacer po tej części miasta. Pośrodku chodnika stoi kolumna, widać, że swoje lata ma i niejedno widziała, ale jak to kamień, jest niemym świadkiem i nie wiemy tak do końca z czym jest związana. Mijając zadbane domy i ogrody w których kwitną bugenwille dochodzimy do niewielkiego fortu zbudowanego na początku 18 wieku w czasie wojny o sukcesję hiszpańską. Miał on zabezpieczyć Majorkę przed atakami od strony południowo - wschodniej. Niestety, ani ten fort ani inne, nie zabezpieczyły wyspy na tyle, aby została samodzielnym królestwem, co miało wcześniej miejsce. Stała się częścią Królestwa Hiszpanii. Fort zniszczyło trzęsienie ziemi, uznając jednak jego strategiczne znaczenie, często wybrzeże atakowane było przez piratów, odbudowano go pod koniec 18 wieku. Fort jest bardzo zadbany, wchodzimy najpierw na dziedziniec przez bramę, która szeroko otwarta zaprasza na pierwszy dziedziniec. Stromym podestem wchodzimy na poziom z którego rozpościera się piękny widok na zatokę.  

  • Cala Egos
  • Zatoka Cala Egos
  • Zatoka Cala Egos
  • Zatoka Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Zatoka - Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Zatoka - Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos

30 kwietnia

                 Celem wycieczki nazwanej szumnie Objazd wyspy jest północno - zachodnie wybrzeże Majorki. Aby się tam dostać trzeba przejechać przez góry Serra de Tramuntana. Zanim znajdziemy się na wg opowiadań mrożącej krew w żyłach "drodze węża" (w jednym z przewodników znalazłam też określenie "droga anakondy") obfitującej w liczne bardzo ostre zakręty, przejeżdżamy przez liczne miasteczka położone nad maleńkimi zatoczkami wdzierającymi się w głąb wyspy z ktorych każda ma w nazwie Cala, co po hiszpańsku oznacza zatokę. Mamy więc Cala DOr, której nazwę można dwojako tłumaczyć - jako zatokę złota lub zatokę nad którą mieszkają ludzie posiadający ogródki warzywne wewnątrz domostw. Cala Egos, w ktorej mieści się nasz hotel, to zatoka koni majorkańskich, Cala Murada jest sina, Cala Major największa, a Cala Mondrago zamieszkiwały smoki:). Cala DOr zdecydowanie odróżnia się od pozostałych. Wybudowane 50 lat temu na południowo - wschodnim wybrzeżu nad zatoką od której nazwę przejęło, charakteryzuje się architekturą w stylu tej na Ibizie. Białe domy z zaokrąglonymi ścianami i oknami z zamontowanymi brązowymi okiennicami. Wszędzie, mimo braku wody, rzeki na Majorce są okresowe i ich koryta często świecą pustką, domy otoczone są bujnymi ogrodami w których kwitnące krzewy bugenwilli i kuflika szczególnie przyciągają wzrok. Wschodnie wybrzeże zainteresowało władze generała Franco w latach 60 - tych. Projekt zakładał zabudowanie tego wybrzeża na potrzeby turystyczne. Szybko okazało się, że projekt nastawiony na wykorzystanie największego skarbu wyspy, nie uwzględnia jego ochrony. Prawdziwym skarbem Majorki jest bowiem przyroda, której sprzyja bardzo łagodny klimat. Nadmierna rozbudowa infrastruktury hotelowej spowodowała ogromne protesty ekologów, co zaowocowało specjalną ustawą wydaną przez parlament majorkański zgodnie z którą nowy hotel może być wybudowany, gdy zostanie zamknięty inny i 1 nowe łóżko hotelowe to 60 m kw. ogrodu, oczywiście nowo założonego.

           Słuchając świetnie mówiącego po polsku majorkańskiego przewodnika o imieniu Adam (?)  mijamy Felanitx, do 1229 roku zamieszkałe prez Maurów, z ciekawą gotycką świątynią na rynku. W Manacor zatrzymujemy się w miejscu gdzie kupić można sztuczne perły, eksportowy towar Majorki i wyroby z drzewa oliwnego. Śmiesznie wyglądają stojące przed pawilonem dinozaury. Kupuję kolczyki z pereł w kolorze srebra, bedą pasować do wszystkiego:)

Sztuczne perły produkowane są w oparciu o technikę wytwarzania przez ostrygę tych prawdziwych. Ostrydze służy ziarenko piasku, wytwórnie produkują maleńkie szklane kuleczki na ktore pędzelkiem nanosi się kolejno warstwy masy uzyskanej ze zmielonych rybich łusek i pancerzyków skorupiaków wymieszanej z klejem. Takie perły praktycznie nie różnią się wyglądem od naturalnych, a te majorkańskie, podobno, nigdy nie tracą połysku.

               Mijamy Petrę w której urodził się beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II  franciszkanin Juniperro Serra, przełożony misjonarzy wysłanych w drugiej połowie XVII wieku do Kalifornii, założyciel misji, które z czasem stały się miastami. San Francisco, Santa Barbara i San Juan to właśnie miejsca w których nawracał na chrześcijaństwo Indian. 

                  Przed nami miasto Inca słynące z wyrobów skórzanych. Kierujemy się w stronę Lluc, aby zobaczyć miejsce do którego docierają pielgrzymi po pokonaniu pieszo 47 km trasy, aby pomodlić się przed figurką Czarnej Madonny. Pobocze drogi stanowi suchy mur nazywany tak ze względu na sposób budowy. Do jego zbudowania nie używano cementu, kładziono kamień na kamieniu zbierane z pobliskich pól. 

                  Dalsza droga do Sa Calobra wije się przez 12 km pokonując 200 zakrętów przy różnicy poziomów sięgajacej 800 metrów. Niektóre serpentyny mają nazwy; jest więc i Jelito i Węzeł Krawata, ale i Zakręt Teściowej:). W celu uniknięcia nieprzyjemnych sytuacji, choć uśmiechnięty przewodnik informuje, że statystycznie tylko jeden autokar w ciągu dnia spada w przepaść, ale służby drogowe prędko sprzątają złom, ruch w dół, do zatoki odbywa się do 13.00. Potem jest czas dla autokarów wjeżdżających w górę. Zjazd jest bardzo emocjonujący zwłaszcza, że nie same serpentyny, ale i góry z widokiem na najwyższy szczyt nie tylko Majorki, ale i Balearów, Puig Major, zatrzymują dech w piersiach. Do tego mijamy mnóstwo rowerzystów i samochodów osobowych, ale autokary mają na tej drodze zawsze pierwszeństwo przejazdu. Cała trasa wiedzie przez gęsto zalesiony teren. Występują tu dęby skaliste i sosny aleppo wśród których żyją kozice, tchórzofretki i dzikie króliki stanowiące cel polowań organizowanych tu regularnie.

  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża
  • Droga Węża

           Zjeżdżamy z trasy wiodącej do zatoki Sa Calobra. Wspinamy się na zbocze. Po lewej stronie grunty uprawne, drzewka oliwne i murki z drobnych kamieni pamiętające czasy Arabów. To oni przynieśli i zaszczepili tu kulturę rolną na wysokim poziomie. Arabowie założyli na stromych zboczach tarasy na których uprawiali warzywa, owoce i oliwki. Ponad 1000 lat temu stworzyli system nawadniania pól za pomocą akweduktów, a tarasy sprawiały, że nie nie marnowała się ani jedna kropla wody, ktora w tym terenie była na wagę złota. 

            Wśród dębowych lasów w trudno dostępnej dolinie położony jest Monestir de Nostra Senyora de Lluc czyli klasztor w którym znajduje się najważniejsze sanktuarium maryjne na Majorce– Santuari de la Mare de Déu, do którego przybywają tysiące pielgrzymów, by pomodlić się przed figurką Czarnej Madonny (La Moreneta) – Matki Boskiej z Lluc, opiekunki i patronki całej wyspy. To taka nasza Jasna Góra, miejsce do którego 1 sierpnia pielgrzymują pątnicy pokonując trasę 47 km pieszo.

Miejsce w czasach prehistorycznych zamieszkiwali wyznawcy animizmu oddający boską cześć  dębom skalnym. dlatego też w czasach rzymskich dolinę nazywano lucus co oznaczało "święty las". Kiedy teren ten odzyskali Hiszpanie i osiedlili się na nim katoliccy mnisi postanowili nie zmieniać nazwy, ale znależć dla niej wyjaśnienie bliskie katolickim wierzeniom. Od lucus blisko do lucasa czyli Łukasza. Wymyślili wtedy historię pasterza, który znalazł nad przepływającym nieopodal strumieniem figurkę pomalowaną jasnymi kolorami. Czym prędzej powiadomił o tym odkryciu mnichów, którzy po przybyciu na miejsce usłyszeli anielskie pienia, na niebie ujrzeli jaskrawe światło i usłyszeli dobiegający z góry głos oznajmujący, że statuetka jest zesłanym z nieba wizerunkiem Madonny. Inna wersja tej legendy mówi o zaniesieniu znalezionej figurki przez Łukasza - pasterza, Matki Boskiej do kaplicy kościoła w Escorca. Znikała ona jednak z kościoła i znajdowano ją zawsze w tym samym miejscu, tam gdzie pierwotnie została znaleziona. Pojawiała się na brzegu strumienia w tym samym miejscu w którym znalazł ją pasterz. Odczytano to jako znak i na brzegu rzeki zbudowano małą kaplicę, schronienie dla Czarnej Madonny. Figurkę otoczoną niezwykłą czcią kryje w swych murach kompleks klasztorny składający się z budynków wybudowanych w XVIII i XIX wieku, choć kult Matki Boskiej istnieje w tym miejscu od połowy wieku XIII. Pierwsze pisemne wzmianki sięgają 1268 roku. Król Jakub I przekazal okolicę Templariuszom, oficjalnie jako podziękowanie za pomoc w odbijaniu wyspy z rąk Maurów, ale nie ma pewności czy nie zaplacil im w ten sposób za ogromne pieniądze, które od nich pożyczył. Wiadomo było powszechnie, że templariusze byli najlepszymi bankierami w tamtych czasach. I mimo, że skazani przez króla Francji Filipa Pięknego na zagładę, zdołali jeszcze założyć nieopodal kapliczki Madonny o ciemnej skórze dom pielgrzymkowy.

          Obecny kościół jest piękną barokową budowlą z wyjątkowo elegancką fasadą. Do Madonny prowadzi droga przez 2 dziedzińce i budynki klasztorne w których znajdują się teraz muzeum i hotel. 

         Przez długi zewnętrzy korytarz który dawniej dawał schronienie koniom, zachowały się miejsca (żłoby) na siano, dochodzimy do kaplicy poświęconej Czarnej Madonnie. Małą figurkę umieszczono w centralnej części oltarza. Po prawej jego stronie wisi modlitwa do Matki Boskiej zapisana w języku arabskim. Mam wrażenie, że ówcześni władcy Hiszpanii i hierarchowie kościoła cierpieli na intelektualną schizofrenię. Najpierw przetłumaczyli tekst na arabski i zapisali go, aby Maurowie mogli się go nauczyć, a następnie zakazali im używania zarówno arabskiego w mowie, jak i w piśmie. Jeśli do tego dodać, że obecność na mszy była obowiązkowa co sprawdzano czytając listę obecności na której umieszczone były tylko nazwiska tych, którzy pod przymusem przyjęli wiarę, aby móc zostać na ziemiach, które kilkaset lat wcześniej podbili, to mamy przykład postępowania w imię Boże.

                  Budynki klasztorne otoczone są ogrodem w którym kwitną krzewy i drzewa, a także kwiaty znane z naszych ogrodów, petunie i pelargonie.

  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.
  • Lluk.

Szczęśliwie, nie zawyżając statystyki wypadków, dobijamy do celu naszej eskapady, maleńkiej wioski Sa Calobra położonej nad zatoką o tej samej nazwie. Kilka budynków mieszczących kawiarenki i restauracyjki mieści się nad samym morzem. Zamawiam majorkańską pizzę, nic specjalnego. Twardy placek na którym ułożono przesmażoną na oliwie paprykę z cebulą i pomidorami. Za to sok z pomarańczy najlepszy na świecie. Słodki i pachnący cudownie gasi pragnienie. Jedna porcja to kufel, jakiego u nas używa się do podawania piwa. Nasz statek odpływa za 40 minut, mamy więc czas, na krótki spacer wzdłuż wybrzeża, częściowo tunelami wykutymi w skałach. Szlak prowadzi do wąwozu u ujścia Torrent de Pareis (Rzeki Bliźniaków).  

                 Spacer jest ucztą dla oczu. Wspaniałe krajobrazy, fantazyjne kształty wyżłobionych przez naturę gór, śródziemnomorska rośliność i bajkowe wręcz kolory wody zatoczki, a ściślej mówiąc 2 zatok. Wszystkie odcienie niebieskiego i granatu, ale również szmaragd i turkus. Niewiele jest takich miejsc na świecie, które natura obdarzyłaby tak hojnie. Nic dziwnego, że dociera tu  sporo jachtów i łodzi, a w górze zatoki cumują statki zabierające stąd w krótki rejs wycieczkowiczów, których nigdy nie brak. Piętrzące się nad nami skały stanowią naturalną ochronę przed słońcem, to jeszcze nie pora, abyśmy się przed nim chronili, ale wyobrażam sobię jak błogosławione muszą być w lipcu i sierpniu.

Po wrażeniach związanych z drogą pełną wiraży i spacerem wzdłuż ścian skalnych stromo schodzących do morza czas na rejs statkiem do Port de Soller.   

  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra
  • Sa Calobra

Po około 3 kwadransach wpływamy do Portu de Soller. Położony przy zatoce w kształcie podkowy, pomimo wielu cumujących jachtów, sprawia wrażenie bardzo spokojnego miejsca. Nigdy nie byłam na Lazurowym Wybrzeżu, ale tak właśnie wyobrażam sobie te maleńkie początkowo kurorty, tam położone. 

              Przy portowym nabrzeżu kończą (lub zaczynają) 5 km trasę tramwaje, których czasy świetności dawno już minęły. Właśnie takim tramwajem pamiętającym lata trzydziest ub. wieku pojedziemy do Soller. Po drodze mijamy gaje pomarańczowe, migdałowe i oliwkowe. W powietrzu unosi się słodki zapach kwitnątych migdałowców. Kamieniczki z XVIII i XIX wieku z oknami ozdobionymi pięknie kutymi kratami i okiennicami cisną się sprawiając, że zapada w pamięć specyficzna atmosfera miasteczka. Wąskie uliczki pną się w górę, stoki Serra de Tramuntana tworzą piękną granicę miasta.

             Wszystkie uliczki prowadzą na Plac Konstytucji, centrum miasta, na którym główną budowlą jest kościół św. Bartłomieja. Przebudowany w stylu neogotyckim zachwyca piękną gotycką rozetą i bardzo bogatymi koronkowymi sztukateriami. Wewnątrz kościół jest ciemną jednonawową budowlą w której ołtarz otaczają barokowe figury. Po obu stronach nawy umieszczono, przylegające jedna do drugiej, kaplice. Jedna z nich jest jaśniejsza od innych. Podchodzę zaintrygowana odcinająca się w mroku jasnością; spoglądam w górę...To jedyna kaplica zwieńczona kopułą w której umieszczono latarnię. 

            Wychodzę na rozświetlony słońcem rynek Placa Constitucio. Mnóstwo tu turystów siedzących w ogródkach kawiarni i szukającycch w otaczających ich budowlach wpływów Gaudiego. Uliczką wąską, jak pozostałe, dochodzę do budynku dworca kolejowego w hollu którego znajduje się ekspozycja ceramiki Pabla Picasso i obrazy Joana Miro, którego matka pochodziła z Soller.

            Z dworca odjeżdżamy do Palmy elektryczną kolejką wąskotorową.   "Czerwona strzała" pokonuje na trasie otwartej w 1912 roku 13 tuneli, których łączna długość wynosi 5 km. Trasa jest niezwykle malownicza, wiedzie przez Serra de Tramuntana. Położone w dolinie miasteczko,całe skąpane w słońcu, pięknie prezentuje się na tle gór Sierra de Tramuntana. Na przedmieściach Palma de Mallorca czeka na nas autokar. Za przednią szybą widzę coś znajomego. Czyżby znalazła się moja ulubiona wycieczkowa kufajka? Do pelni szczęscia wystarczyło tylko 5 euro:)

  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Port de Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller
  • Soller

1 maja 2014 roku.

           Na dziś nie mamy szczególnych planów. Po wczorajszym objeździe wyspy i w oczekiwaniu na jutrzejsze atrakcje w stolicy oraz chwile wzruszeń w Valldemossie, postanawiamy spędzić dzień bez planowania. Ot tak: na co nam przyjdzie ochota. Po śniadaniu  zamawiamy szampana i odśpiewawszy Międzynarodówkę (zawsze to robimy 1 Maja, gdy przyjdzie nam razem spędzać weekend), co spotyka się ze zdziwieniem siedzących obok Francuzów i Niemców, po czym wznosimy toast za 10 lat w Unii Europejskiej. W większości jesteśmy zadowoleni z tego faktu. Niekończące się Polaków, jeszcze nie nocne, rozmowy. Wśród tematów są podróże, które odbyliśmy, wspomnienia miejsc niezapomnianych i ludzi spotkanych po drodze. Wreszcie czujemy się tak jak zawsze marzyliśmy. Z paszportem, a nawet i bez niego, możemy spokojnie wyjechać i wrócić. Dla mnie, a okazuje się, że nie jestem osamotniona,to szczególnie ważne, jesteśmy obywatelami świata, niczym nie różnimy się od pozostałych gości hotelowych, spacerowiczów spotykanych na ulicach miast Europy i użytkowników plaż.  

            Po obiedzie pada propozycja spaceru do pobliskiego Porto Petro (Portu św. Piotra). To bardzo niedaleko naszego miejsca pobytu, ok 20 min spacerkiem. Tak twierdzą Ci, którzy już tam byli. Wybieramy się więc i my. Jak zawsze punktem najważniejszym jest rondo. Patrząc na znaki idziemy w stronę portu, nie zauważamy, bo cały czas zajęte jesteśmy rozmową, że przeszłyśmy już dużą odległość, a portu ani widu ani słychu. Wreszcie po ponad godzinie jesteśmy na miejscu. Cicho tu i bardzo spokojnie. Nie ma plaży, więc głównej atrakcji brak. W zatoczce stoją zacumowane jachty. Szeroko otwarte drzi knajpek i kawiarenek, zaproszenie na wino lub kolację od obsługi. Dzisiaj zaczął się sezon.

Mimo, że droga była długa i wiodła wzdłuż szosy, którą przez cały czas jadą samochody, jestem zadowolona z tego co widzę. Wiele domów i eleganckich willii posiada charakterystyczne dla arabskiej architektury elementy; kute bramy, wyłożone malowanymi płytkami schodki, a także wewnętrzne podwórka.  

  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro
  • Porto Petro

 2 maja 2014 roku.

        To nasz drugi pobyt w stolicy Majorki. Po raz pierwszy byliśmy tu na lotnisku. Ogromne!!! Największe lotnisko czarterowe Europy znajduje się na obrzeżach Palma de Mallorca. 240 stanowisk do odprawy i 120 "gateów" prowadzących na pokłady samolotów świadczy o wielkiej liczbie turystów przewijającycch się tu codziennie. Podobno co 2 minuty ląduje lub startuje samolot. Tuż po wejściu do hali przylotów trzeba przejść przez bardzo długie korytarze, na szczęście zaopatrzone gdzieniegdzie w samobieżne chodniki, po bagaż. Idziemy i idziemy i końca nie widać.  Dopiero po około półgodzinnej wędrówce docieramy do miejsca w którym na taśmie jeżdżą nasze bagaże. 

Teraz 2 maja jesteśmy tu po to, aby zobaczyć najpiękniejszą katedrę na Majorce, pospacerować uliczkami i poczuć atmosferę miasta, które liczy ponad 21 wieków.

Już z parkingu położonego na wybrzeżu widać monumentalną budowlę. Wielka ilość wież i ogromne przypory sugerują, że widzimy zamek wzniesiony na wysokim brzegu. Nic bardziej mylnego. To jeden z najpiekniejszych kościołów Europy - Katedra La Seu.

          W 903 roku na Majorkę docierają Maurowie i rządzą nią nieprzerwanie do 1230 roku, kiedy to król Aragonii i Katalonii, Jakub I Zdobywca (Jaume I)  pokonuje ich i w miejscu Wielkiego Meczetu rozkazuje wybudować katedrę. Początkowo Baleary zdobyte w całości przez króla były ziemiami lennymi Królestwa Aragonii. Marzył on jednak o zabezpieczeniu interesów młodszego, szczególnie ulubionego syna, również Jakuba i ogłosił Majorkę Królestwem. Stał się więc pierwszym królem wyspy. Prawie natychmiast rozpoczął budowę najwspanialszego wg jego wyobrażeń kościoła. Przyrzekł bowiem wybudować kościół, jeśli zostanie ocalony z wielkiego sztormu, który rozpętał się na Morzu Śródziemnym w czasie wyprawy przeciwko Maurom zamieszkującym wyspę i zwycięży ich. Jakub I był bardzo mądrym władcą, choć gdyby nie podstęp Aragończyków w sprawie małżeństwa jego ojca Piotra II Katolickiego z Marią de Montpellier, a właściwie skonsumowania go, nigdy nie narodziłby się. Na skutek przeżyć, których nie oszczędzono mu gdy był chłopcem do końca życia faworyzował Katalończyków, mając jak najgorsze zdanie o Aragończykach, których uważał za podłych intrygantów. Dlatego też chcąc podkreślić, że podbicie Maurów nie jest tymczasowe, a panowanie Katalonii i Aragonii na tych ziemiach będzie wieczne polecił wybudowanie katedry (katalońskie la sue) na miejscu wspaniałego meczetu znajdującego się wewnątrz mauretańskiej cytadeli Almudaina. Po jego śmierci w 1276 roku koronę Katalonii i Aragonii otrzymał jego starszy syn Piotr III Wielki, ale zgodnie z życzeniem ojca młodszemu bratu dostało się Królestwo Majorki. Nie rządził niestety królestwem samodzielnie długo, bo już w niespełna 3 lata po śmierci ojca uznał się za lennika starszego brata. Była to kara za popieranie buntowników działających przeciwko bratu w Katalonii, przyczyniły się do tego również knowania i i intrygi kupców z Barcelony, którzy na Majorce prowadzili rozliczne interesy, którym nie zawsze sprzyjał Jakub II. Pamiętając o sukcesji otrzymanej od ojca i o złożonym mu przyrzeczeniu posłusznie prowadzi budowę katedry, której ojciec nie dokończył. Budowa la seu trwała prawie 500 lat, stąd też mnóstwo tu detali charakterystycznych dla różnych epok architektonicznych, co nie zmienia faktu, że główna bryła kościoła jest gotycka. 

Katedra robi wrażenie już z zewnątrz rozmachem i bogactwem ornamentyki. Ogromne, kunsztownie zdobione przypory odciążyły wewnętrzne filary. Obecnie pełniąca rolę bramy głównej (Portal Major) jest wg znawcow tematu bardzo niedoskonałą rekonstrukcją poprzednio istniejącej gotyckiej bramy. Mnie podoba się bardzo, lubię gotyk czy w tej wersji neogotyk, pełen misternych rzeźb i reliefów kryjących wiele znaczeń. Każdy łuk wieńczący przypory jest pięknie delikatnie ozdobiony, a w niszach portalu postacie apostołów i dostojników Kościoła. 

                Po kilku chwilach oczekiwania wchodzimy do katedry. Poraża żółte sztuczne światło, ktorego w każdym miejscu jest za dużo. Szukam prac wykonanych ręką Gaudiego. Wiem, że przy tym świetle i moich umiejętnościach niewiele pokażą zdjęcia, dlatego chłonę każdy szczegół starając się, aby nie uronić niczego i móc później podzielić się tym przeżyciem. A to co zrobił tu Gaudi jest rzeczywiście na miarę nie tylko wielkiego talentu, ale i wizjonerstwa. Wspaniele kuty baldachim, w świetle wiszących latarni, zawieszony tuż nad klasycznym ołtarzem wzorowanym na średniowiecznych stołach ofiarnych, rzeczywiście zgodnie z zamysłem architekta, przypomina koronę cierniową.Piękne kute z blachy lichtarze, autorstwa Gaudiego, oplatają kolumny. Niestety Gaudi nigdy nie dokończył prac w La Sue, to więc co widzimy jest tylko z grubsza zarysowanym projektem. Nawę główną otaczają kaplice. W jednej z nich też autorstwa wielkiego wizjonera pokazano symbolicznie cud w Kanie Galilejskiej - "wychodzące" ze ściany ceramiczne dzbany, w innym jej miejscu na ścianach pływają rybki i wiją się roślinki wodne. 

Zlecenie Gaudiemu odrestaurowania miało na celu przywrócenie katedrze dawnej świetności i pierwotnego majestatu. Niestety wizje Gaudiego zbyt nowatorskie na początek ubiegłego wieku doprowadzić musiały do konfliktu ze zleceniodawcą co zakończyło ich współpracę i spowodowało pozostawienie prac w stanie niedokończonym. Jedną z kwestii spornych było oświetlenie kościoła. Gaudi, wielbiący gotyk, chciał rozświetlić katedrę, ale nie naruszając porządku architektonicznego murów głównych. Dlatego do rozjaśnienia wnętrza użył światła elektrycznego, co nie spotkało się z aprobatą zleceniodawcy. Przeniesienie bogato zdobionych barokowych stalli chóru ze środka kościoła pod ścianę w prezbiterium również nie było zrozumiałe dla biskupa. Chyba jednak czarę goryczy przelała zmiana dotycząca ołtarza głównego, bogatego barokowego wielbiącego Stwórcę, zastąpił ascetyczny stół z alabastru. Nie do końca wiadomo, dlaczego dzieło Gaudiego nigdy nie zostało ukończone. Jedni skłaniają to na karb wybujałego ego artysty, które nie pozwoliło przyjąć mu żadnych krytycznych uwag, inni twierdzą, że rosnąca sława architekta spowodowala przyjęcie innych zleceń, które mógł wykonywać jak zapragnąl i nikt mu niczego nie narzucał i nie kwestionował. Kiedy w 12 lat po opuszczeniu Palmy zginął pod kołami tramwaju historia jego pracy w La Sue zakończyła się. 

Po wyjściu z katedry udajemy się na Plac Kortezów. Zwraca uwagę ładny średniowieczny, ogromnych rozmiarów ratusz z pięknymi wieżyczkami, pod najstarszym wg tradycji drzewem oliwnym o nieprawdopodobnie powykręcanych korzeniach ustawia się kolejka do zdjęcia. Mnóstwo ludzi, gwar, śmiech. Cały świat zjechał do Palmy

                  Postanawiam wyalienować się z tego rozentuzjazmowanego tłumu. Wędrując labiryntem uliczek przypominających arabską medinę docieram, do Placu św. Eulalii (Placa de Santa Eulalia), niewielkiego uroczego placyku, na którym stoi piękna świątynia gotycka, kościół pod wezwaniem patronki Barcelony, św. Eulalii.

W 1276r. był miejscem koronacji Jakuba II na władcę Majorki. W swoją historię ma wpisany rownież jedeń z najczarniejszych dni w dziejach stolicy. Na skutek pomówienia społeczności żydowskiej o bluźniercze przedstawienie ukrzyżowania Chrystusa dla pośmiewiska tuż przed Wielkanocą 1435 roku, pomimo braku jakichkolwiek dowodów, natychmiast skonfiskowano im majątki i skazano na spalenie. Od stosu mogli uchronić się przyjmując chrześcijaństwo. To właśnie w kościele św. Eulalii odbył się masowy chrzest tych których nigdzie nie chciano i wszędzie byli solą w oku. 

Nie tylko mnie podobała się Palma. Tak Fryderyk Chopin pisał do Juliana Fontany po przyjeździe na Majorkę w listopadzie 1838 roku.

"Jestem w Palmie między palmami, cedrami, kaktusami, oliwkami, pomarańczami, cytrynami, aloesami, figami, granatami itd.(...). Niebo jak turkus, morze jak lazur, góry jak szmaragd, powietrze jak w niebie. W dzień słońce, wszyscy letnio chodzą, i gorąco; w nocy gitary i śpiewy po całych godzinach. Balkony ogromne z winogronami nad głową; mauretańskie mury. Wszystko ku Afryce, tak jak i miasto, patrzy. Słowem, przecudne życie. (...) Mieszkać będę zapewne w przecudownym klasztorze, najpiękniejszej pozycji na świecie: morze, góry, palmy, cmentarz, kościół krzyżacki, ruiny moskietów, stare drzewa tysiącletnie oliwne. A, moje życie, żyję trochę więcej... Jestem blisko tego, co najpiękniejsze. " 

 

  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Majorka 290
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca

               Do Valldemossy wjeżdżamy z Palmy, gdzie zostawiliśmy część osób niezainteresowanych zwiedzaniem miejsca, które dla Majorkańczyków jest miejscem urodzenia pierwszej świętej majorkańskiego kościoła, a dla nas Polaków miejscowością w której na przełomie 1838 i 1839 roku przebywał Fryderyk Chopin.

             Przyjechał tutaj z George Sand i jej dwójką dzieci, dla ratowania zdrowia syna George i własnego przy okazji. Początkowo przebywali w Palmie de Mallorca, ale rozpoznanie gruźlicy u kompozytora spowodowało nie tylko nakaz opuszczenia dotychczas zajmowanego lokum, ale również pokrycie remontu zajmowanego mieszkania i zakupu nowych mebli. Hiszpanie tak bardzo obawiali się gruźlicy, że rząd wydal specjalne rozporządzenie o postępowaniu z osobami chorymi na tę nieuleczalną wówczas chorobę. Dlatego też wyjechali do Valldemossy, położonej w górach niewielkiej wioski w której po sekularyzacji rząd hiszpański wynajmował bardzo tanio cele zakonników podróżnym. Śródziemnomorski klimat i bliskość gór  miały pomóc Chopinowi odzyskać zdrowie. Zima jednak okazała się wyjątkowo jesienna, deszczowa i chłodna. Nastrój Chopina pogarszał się z każdym dniem, zwłaszcza, że przedłużał się czas dostarczenia mu zamówionego w Paryżu fortepianu. Po zachwytach Palmą de Mallorca, jego słowa opisujące pobyt w Valldemossie brzmią niemal depresyjnie. Z listu do Juliana Fontany „Palma, 28 Dec. 1838, a raczej Valldemosa, o parę mil; między skałami i morzem opuszczony ogromny klasztor  kartuzów, gdzie w jednej celi ze drzwiami, jak nigdy bramy w Paryżu nie było, możesz  sobie mnie wystawić nieufryzowanego, bez białych rękawiczek, bladego jak zawsze. Cela ma formę trumny wysokiej, sklepienie ogromne, zakurzone, okno małe, przed oknem  pomarańcze, palmy, cyprysy; naprzeciw okna moje łóżko na pasach, pod filigranową rozasą  mauretańską. Obok łóżka stary nitouchable kwadratowy klak, do pisania ledwo mi służący,  na nim lichtarz ołowiany (wielki tu lux) ze świeczką. Bach, moje bazgrały i nie moje  szpargały… cicho… można krzyczeć… jeszcze cicho. Słowem, piszę ci z dziwnego miejsca.
„Dziwne miejsce” nie sprzyjało kochankom, tubylcy sprzedawali im swoje produkty po wyjątkowo paskarskich cenach, chłopak przynoszący mleko dolewał do niego wody, a gospodynie okradały prowadzone gospodarstwo z żywności. Niechęć tubylców brała się z dezaprobaty dla życia prowadzonego przez gości, mieszkali razem bez ślubu, nie chodzili do kościoła, a George Sand paliła publicznie cygara i ubierała się w męskie stroje, za które uznano spodnie. Doszło nawet do tego, że obrzucili kamieniami jej dzieci. Nic więc dziwnego, że w liście z 15 lutego 1839 r do Mariani, elokwentnie, ale chyba ze zbyt dużą przesadą pisała: „Obym z pomocą Bożą wyjechała stąd wkrótce i oby noga moja nigdy więcej nie postała w Hiszpanii. [...] Trzeba by dziesięciu tomów na opisanie podłości, złej wiary, egoizmu, głupoty i złości tej rasy głupiej, złodziejskiej i pełnej dewocji. Nie chciałabym nigdy więcej widzieć na oczy Valldemosy”.

         Niechęć do całej Hiszpanii, a Valldemossy w szczególności zaowocowała napisaną przez George  "Zimą na Majorce", pozycją w której opisała mieszkańców "małpiej wyspy" jako " przebiegłych, obdarzonych złodziejskim sprytem, a zarazem nieszkodliwych" ludzi "bez serca, zarozumiałych i aroganckich" i która to pozycja sprzedawana jest w Valldemossie we wszystkich językach. Paradoksalnie to właśnie znienawidzona przez wieśniaków pisarka zapewniła im utrzymanie do dzisiaj, bo wielbiciele talentu Chopina tłumnie odwiedzają malutką wieś założoną jeszcze przez Arabów, aby zobaczyć miejsce w którym stworzył m.in. Sonatę deszczową .

                    Wiele wiele lat wcześniej, zanim Fryderyk Chopin szukał ratunku w Valldemossie dla swoich płuc, kazał wybudować tutaj swój pałac król Sancho I, wnuk króla Jakuba I Zdobywcy, pierwszego króla Majorki. Cierpiał on na astmę, a górskie, ostrzejsze powietrze sprawiało, że łatwiej mógł tu oddychać, dlatego na początku XIV wieku rozkazał wybudować tutaj pałac do którego uciekał z Palmy, gdy tylko nadarzyła się okazja. Król Sancho I umarł, w majestacie prawa bezpotomnie, bo pochodzące z nieprawego łoża dzieci nie miały prawa do sukcesji. Swój pałac zapisał kartuzom z Tarragony, którzy rozbudowali go i zamienili w klasztor. Zakonnicy przetrwali do 1835 roku, kiedy to na mocy ustawy o sekularyzacji rządzący Hiszpanią liberałowie nakazali kartuzom opuszczenie klasztoru. Rząd za stosunkowo niewielkie pieniądze, prawie 2 razy mniejsze niż w Palmie, zaczął wynajmować cele chętnym turystom. Obecnie cele klasztoru, po zakończeniu spraw spadkowych, są podzielone pomiędzy kilku wlaścicieli. Cela nr 2 jest miejscem w którym Chopin stworzył Preludium Des - dur zwane Deszczowym i w ktorym przechowywane są pamiątki po Fryderyku i George (naprawdę miała na imię Amanda Aurora i była praprawnuczką króla Augusta II Mocnego). Niewiele tych pamiątek zostało, po przykrym dla pary wyjeździe mieszkańcy Valldemossy spalili większość pozostawionych rzeczy. Na ścianach wiszą portrety, w gablotach umieszczono rękopisy nut i listów, a także pukiel włosów kompozytora, który wypadł z książki czytanej przez George Sand. W celi nr 4 znajduje się pianino na którym Chopin grał, a na jego klawiaturze leży zawsze świeża czerwona róża. Z celi rozpościera się piękny widok na wzgórza otaczające klasztor, a przed nią znajduje się piękny ogród kwiatowy. Osłonięty od wiatru niesie woń kwiatów, którymi gęsto obsadzono malutką powierzchnię. Cienia dostarczają drzewa pomarańczowe. 

                 Wychodzimy z klasztoru na rozświetloną słońcem ulicę. Miasteczko ciągnie się wzdłuż wąskiej i stromej doliny. Tarasowe uprawy i architektura, niewielkie kamienne kamieniczki, ściśnięte, jedna obok drugiej przywodzą na myśl arabskie miasta. I rzeczywiście wg słów naszej przewodniczki "jest to wieś Mussy". Valldemossa obecna to kiedyś Aldeamussa. Miasteczko jest urocze, ukwiecone ściany domów z ceramicznymi tabliczkami wspominającymi pierwszą świętą majorkańskiego kościoła Catalinę Tomas. 

                Urodziła się w ubogiej rodzinie i wcześnie trafiła do domu krewnych, ponieważ jej rodzice zmarli. Od dziecka ciężko pracowała, początkowo jako pasterka, później jako służąca. Marzyła, aby móc służyć Bogu jako zakonnica, ale nie posiadała żadnego majątku, więc nie było to możliwe. Po wielu próbach przywdziania habitu udało się to w klasztorze augustianek w Padwie. Szybko doświadczyła objawień. Miała wizje św. Antoniego z Padwy i św. Katarzyny Aleksandryjskiej, a także aniołów. Otrzymała dar proroctwa. Pod koniec życia nie była w stanie spełniać codziennej posługi, spędziła je w ekstazie. 

  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa
  • Valldemossa

          Historia Majorki to ciągła okupacja. Fenicjanie, Grecy, Kartagińczycy i Rzymianie. Nawet Wandalowie i Wizygoci, którzy podbici zostali przez Arabów. Później Aragończycy i Hiszpanie. Teraz okupują ją turyści, zwłaszcza nie cierpiący na reumatyzm i zasobni w euro Niemcy oraz bogatsi od nich, bo emeryturę pobierający w funtach, Brytyjczycy. Są oni na górze rankingu wynajmujących na czas dłuższy, a nawet posiadającymi tu własne mieszkania obcokrajowcami. Ale kto tu jest u siebie? Bo choć przynależność terytorialna jest jednoznaczna, Majorka należy do Hiszpanii, to jednak mocno upominają się o nią Katalończycy, a przecież Katalonia, choć uznana za terytorium autonomiczne, jest też częścią Hiszpanii. Pretensje Katalonii do Majorki znajdują odzwierciedlenia w obowiązujących na wyspie językach: hiszpańskim i katalońskim. 

            Majorka to pomimo obiegowej opinii nie tylko plaże i dyskoteki. Piękna przyroda, pogodne niebo i przyjazne temperatury. Wspaniała architektura, gotyk z elementami wzorców mauretańskich i pyszne jedzenie. 

            Symbolem Majorki jest i katedra w Palma de Mallorca i zielona jaszczurka - salamandra majorkańska. Typową pamiątką z Majorki są gliniane gwizdki - zaklinacze wiatru tramuntana, który wg wierzeń powoduje szaleństwo. Takich gwizdków używali młodzieńcy oświadczający się wybrance. Zamiast zaręczynowego pierścionka, a może zanim go dostała, aby nie narażać się na niepotrzebne koszty, chłopak ofiarowywał dziewczynie glinianą piszczałkę. Jeśli ona skorzysta z niej i zagwiżdże to znak, że został przyjęty. Typowy Majorkańczyk mimo, że mieszkańcem wyspy jest, często nie widział morza, bo nie opuszczał bez potrzeby swojej miejscowości. W każdej był targ na którym mógł kupić wszystko, czego potrzebował. Po co miał więc jeździć nad morze?

                Prawdziwym skarbem wyspy są słodkie migdały, których drzewka pięknie kwitną właśnie na przełomie kwietnia i maja. Wyrabia się z nich olejek migdałowy, który wykorzystywany jest w kosmetyce. Podobno działa jak najlepszy lifting, nie tylko nie dopuszcza do powstawania nowych zmarszczek, ale i likwiduje, no może spłyca te które już są. Oczywiście przywiozłam:). Rośnie tu również lentyszek, krzew z którego produkuje się wykałaczki, a jego liście nasączone są olejkiem miętowym, dlatego mieszkańcy wyspy nie potrzebują pasty do zębów:)

                 Majorkańczycy zawsze bali się chorób, czego doświadczył Fryderyk Chopin. Do tej pory gdy ktoś kichnie mówią "na zdrowie" ale zaraz dodają "Jezus", bo kichający roznosi bakterie, a wezwanie imienia boskiego ma chronić przed ewentualną chorobą. Kiedy witają się, do słów powitania dodają często epitety. I brzmi to tak" Witaj piękna przyjaciółko" albo "cześć przystojny kolego".  

              Nie nauczyłam się niestety hiszpańskiego pożegnania, ale chciałabym powiedzieć: Żegnaj piękna Majorko! Do zobaczenia kiedyś! 

  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Cala Egos
  • Sierra de Tramuntana.
  • Palma de Mallorca
  • Palma de Mallorca
  • Valldemossa.
  • Porto Petro

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lmichorowski
    lmichorowski (27.01.2015 22:33) +1 + -
    Majorkę miałem okazję podziwiać jedynie z samolotu... no i w relacjach "Kolumberowiczów". Z Twoją zapoznałem się z zainteresowaniem, a oglądanie zdjęć i ciekawe opisy sprawiły mi dużą przyjemność. No, ale profesjonalne opracowanie podróży to u Ciebie norma. Pozdrawiam serdecznie. :)
  2. pt.janicki
    pt.janicki (21.07.2014 20:29) +3 + -
    ...wprawdzie w piosence "Skaldów" sprzed lat słodkie to były rodzynki, a migdały gorzkie niestety, ale pewnie chłopcy nie byli na Majorce ... :-) ...
  3. teka59
    teka59 (13.07.2014 22:29) +4 + -
    Świetne opisy tej wycieczki, Jolu, i dużo wiadomości. Nie byłam jeszcze na Majorce, ale Twoje zdjęcia
    zachęciły mnie bardzo ...
  4. teka59
    teka59 (12.07.2014 22:49) +2 + -
    Jolu, wrócę jutro, może kolumber będzie lepiej działał...
  5. pt.janicki
    pt.janicki (10.07.2014 10:17) +3 + -
    ...to kibicuję wspomnieniom ... :-) ... !
  6. jolrop
    jolrop (10.07.2014 10:08) +3 + -
    Piotrze:) Niestety nie ustąpiły, ale rzeczywiście przyćmione zostały pierwotnie widokami, a teraz wspomnieniami:)i wspomnieniami.
  7. pt.janicki
    pt.janicki (10.07.2014 9:56) +3 + -
    ...mam nadzieję, że wszelkie dolegliwości już ustąpiły miejsca miłym wspomnieniom z podróży!...
  8. voyager747
    voyager747 (09.07.2014 21:39) +3 + -
    Mylicie się, Madera to piękna wyspa i jest tam mnóstwo ciekawych miejsc, Majorka też jest piękna i godna polecenia. Trochę ciekawych miejsc jeszcze Wam zostało do zobaczenia na Majorce.
  9. jolrop
    jolrop (09.07.2014 20:22) +3 + -
    ..Irenko:) Ja kupiłam duże perły - kolczyki, które uwielbiam i mam nadzieję,że jednak trochę ponoszę. Podzielę się doświadczeniem:) dziękuję Ci za komentarze i plusiki. Miło mi, że przypomniałam Ci mile chwile.
  10. hooltayka
    hooltayka (09.07.2014 20:00) +4 + -
    Przywołałaś Jola piękne wspomnienia.
    Majorka to cudowna wyspa,pełna słońca,uroczych widoków i wspaniałego jedzenia.
    W Manacor też sobie kupiłam perełki,niestety dosyć szybko straciły blask i farba zaczęła odpadać.
    Tekst pochłonęłam -)
    Ja mieszkałam w Paguerze na południu wyspy,ale najpiękniejsza była dla mnie Valldemossa
    Piękna podróż!
    Serdecznie pozdrawiam-)
  11. iwonka55h
    iwonka55h (09.07.2014 19:53) +3 + -
    zapowiada się ciekawie, jeszcze powrócę.
jolrop

jolrop

Jola
Punkty: 94553