Ładuję...

kolumber.pl


Po krótkim rekonesansie w Damaszku i zaznajomieniu się z atmosferą Bliskiego Wschodu postanawiamy wyruszyć w głąb Syrii. Ciekawe jak nam pójdzie komunikowanie się z tubylcami, odszukiwanie właściwego autobusu i drogi w „ślimaczkach” arabskiego pisma? Czuję lekki dreszczyk emocji. Po wyjściu z hotelu jesteśmy zdani już tylko na siebie. Przejeżdżamy przez miasto taksówką. Doświadczamy przeciskania się przez gąszcz samochodów, jadących wg sobie tylko znanych zasad. Ku naszemu zdziwieniu bardzo sprawnie poruszamy się do przodu. Wkrótce wysiadamy przy dworcu autobusowym Harasta. Nasze pojawienie się ożywia sprzedawców biletów z różnych biur. Nawołują, wykrzykują nazwy miast. Trafiamy do biura sprzedającego bilety do Palmyry. Porozumiewamy się po angielsku. Nasz autobus jest wygodny i z klimatyzacją. W środku niewielu pasażerów.

Ruszamy. Jeszcze tylko karkołomny wyjazd z miasta przez zakamarki, gdzie autobus zmieścić się nie może (a jednak może!) i już otacza nas pustynny krajobraz. Wzdłuż drogi ciągną się skaliste rudobrązowe wzgórza, znikają zabudowania i tylko ślady opon, ginące gdzieś za linią horyzontu są dowodem na istnienie życia w piaszczystym bezkresie.  Autobus zatrzymuje się na pustkowiu. Zabieramy sprzedawcę ... lodów! Lody na pustyni?! Nie mogę uwierzyć i wyjść z podziwu. Skąd się tutaj wziął? Jak? Dlaczego? Trzeba wyłączyć europejski racjonalizm. Pan ma przewieszony na pasie termos, z którego wyciąga lody w jasnym wafelku. Przed podaniem zdejmuje ze śmietankowej masy pergaminowy papierek. Jest jak czarodziej, zmieniający powolnymi ruchami rzeczywistość. Kiedy już wszyscy pasażerowie pochłonięci są degustacją, autobus zwalnia w piaszczystym „nigdzie”. Czarodziej znika. Patrzę na falujące z gorąca powietrze za oknem. Nie jestem pewna, czy tu był. Może to moja rozpalona egzotycznymi widokami wyobraźnia stworzyła dla ochłody tę postać? 

Wjeżdżamy do Palmyry. Nad miastem góruje zamek, poniżej którego rozciągają się ruiny starożytnej metropolii. Pozostaje odnaleźć hotel i przeczekać gorące południe. Gdy słońce chyli się ku zachodowi ruszamy na zwiedzanie ruin. Im jesteśmy bliżej, tym wspanialej się prezentują, rosną w oczach. Najpierw docieramy do świątyni Baab. Urzekają nas piękne zdobienia kolumn, sufitu, gzymsy z roślinnymi motywami. Dotykamy misternie wydobytych z kamienia listków, kwiatów, zarysów ludzkich postaci. Dziwnie się czuję wiedząc, że mam pod palcami setki lat historii. Po drugiej stronie ulicy większy gwar. Wśród szpaleru kolumn tłoczą się sprzedawcy koralików i chust. Zagadują we wszystkich europejskich językach, oferują przejażdżkę na wielbłądach. W pogoni za koleją grupą turystów przemykają na głośnych motorowerach. Na szczęście w ruinach teatru dają za wygraną. Mamy chwilę, aby przysiąść na kamiennej widowni, popatrzeć z góry na miasto. Z wolna zapada zmierzch. Ruiny pokrywają się różem, przechodzącym po chwili w pomarańcze. Na niebie królują fiolety. Cóż za tło dla wyniosłych kolumn i masywnych grobowców! Już wieczór. Jesteśmy sami w morzu ruin. Powoli wracamy pięknie podświetloną główną ulicą. Tu pewnie hołdy przyjmowała dumna i ambitna królowa Zenobia, tę samą drogę przemierzali kupcy, którzy po latach wędrówki handlowymi szlakami orientu trafiali do bogatego miasta – oazy. 

Dzień kończymy w restauracji obok naszego hotelu. Siedząc przy ulicy możemy obserwować życie miasteczka. Zamawiamy lokalne specjalności: humus, mansaf, grillowanego kurczaka. No i zupę: kremową i pożywną, przypominającą indyjską zupę dahl. Wszystko podawane jest z przepysznymi świeżymi sałatkami. Na koniec raczymy się sokiem z limonek ze świeżą miętą. Smaczne zamknięcie dnia. Szkoda tylko, że noc okazuje się fatalna. Z głównej ulicy dochodzą do nas odgłosy miasta: nieodłączne klaksony chyba nigdy nie milknące, pokrzykiwania mieszkańców, którzy do późna siedzą na progach swoich sklepików. Nie daje się spać przy klimatyzacji, nie sposób usnąć przy otwartym oknie. Wiemy już, czego nie należy robić w tutejszych hotelach: wynajmować pokoi z oknem od ulicy! Tego będziemy się trzymać, wybierając widok na obskurne, ale ciche podwórka.

  • Palmyra
  • Palmyra
  • Palmyra
  • Palmyra
  • Palmyra
  • Palmyra
  • Palmyra
  • Palmyra
  • Palmyra

Przed nami trudny i intensywny dzień. Chcemy zwiedzić zamek krzyżowców Krak de Chevaliers oraz dostać się do Hamy. Ze wstępnego rozeznania wynika, że będziemy musieli dotrzeć do Homs, tam przesiąść się do busa, podążającego w kierunku zamku, potem wrócić do Homs i stąd do Hamy. Sporo przesiadek. Opuszczamy hotel i po chwili łapiemy taksówkę. Kierowca nie mówi po angielsku i z trudem dogadujemy się, że chcemy dotrzeć do autobusu jadącego do Homs. Do końca nie jesteśmy pewni, że pan nas rozumie. Kiedy wysadza nas przy placu, który nie jest tym samym miejscem, w którym wczoraj wysiedliśmy, nasze obawy są jeszcze większe. Szybko jednak przechwytuje nas naganiacz klientów do lokalnych busów, więc na zastanawianie się nie bardzo mamy czas. Stojący autobus do Homs jest już pełny i nie ma w nim miejsca. Pomocnik kierowcy proponuje, żebyśmy usiedli bezpośrednio przy kierowcy, tyłem do kierunku jazdy. Przystajemy na tę propozycję, gdyż nie bardzo wiadomo, kiedy odjedzie następny autobus. Tak więc siedzimy z przodu, mając przed sobą bacznie przyglądających się nam wszystkich pasażerów. Ruszamy przez pustynny krajobraz. Kierowca pokazuje nam stada wielbłądów, mijamy maleńką szkołę gdzieś na zupełnym pustkowiu, wojskowe obiekty otoczone drutem kolczastym, nad którymi górują wieżyczki wartownicze.

W końcu dojeżdżamy do Homs. Zanim wysiądziemy kierowca pyta, dokąd chcemy jechać dalej. Szybko okazuje się, że młoda dziewczyna siedząca obok nas, może nam pomóc dotrzeć na inny dworzec autobusowy, z którego odjeżdżają busy do zamku. Kierowca prowadzi nas do taksówki, negocjuje cenę i wraz z nowopoznaną dziewczyną jedziemy do miasta. Dziewczyna zna angielski, więc rozmawiamy o życiu w Syrii. Dzielimy się naszymi wrażeniami. Na dworcu, gdzie kłębi się tłum, pomaga nam odnaleźć właściwy busik. Po niedługim oczekiwaniu ruszamy. Autostradą pokonujemy ponad 60 km, a potem wspinamy się stromo na wzgórze, na którym góruje zamek. Jest tu kilka grupowych wycieczek, ale wśród ruin można je łatwo zgubić. Fajne jest to, że można tu wszędzie wejść i wszystkiego dotknąć. Najbardziej podobają nam się pomieszczenia dawnej kuchni z olbrzymim piecem, na którym niegdyś przez całą dobę gotowano strawę i pieczono chleby dla 2-tysięcznej załogi.

Po wyjściu z zamku negocjujemy cenę taksówki i wracamy w kierunku Homs. Przesiadamy się do busa do Hamy i po chwili jedziemy. Nawet nie spodziewaliśmy się, że ta podróż z przesiadkami tak sprawnie nam pójdzie. W Hamie musimy znaleźć hotel. Z plecakami i w upale podążamy w kierunku centrum. Idziemy ruchliwą ulicą, przy której mamy okazję podziwiać sklepiki z ciekawymi słodyczami, a dalej stoiska z różnej wielkości rybami. Znajdujemy hotel z czystym i cichym pokojem. Po kąpieli i krótkim odpoczynku wyruszamy na szlak norii. Nasz hotel okazuje się być położonym w ich bezpośrednim sąsiedztwie. Przekraczamy tylko ruchliwe skrzyżowanie i zaraz docieramy do pierwszej norii. Dalej ruszamy wzdłuż rzeki, podążając wąskimi uliczkami starego miasta. Nie jeżdżą tu samochody i pieszych jest też niewielu, więc mamy okazję do spokojnego podziwiania zakamarków, fotografowania. Kolejne trzy norie robią na nas jeszcze większe wrażenie. Jest w nich coś, co urzeka. Im dalej od centrum, tym okolica staje się coraz bardziej zaniedbana i brudna. Wracamy drugim brzegiem. Mamy jeszcze w planie dotarcie do trzech norii, które znajdują się po przeciwnej stronie skrzyżowania. Zanim tam wyruszymy, kupujemy smaczne falafele. Sprzedawca ozdabia je dla nas dodatkowym sezamowym krążkiem.

Do norii docieramy tuż przed zachodem słońca. To świetny czas do fotografowania. Kiedy zapada zmierzch, norie są podświetlane. Wyglądają jeszcze piękniej. Szkoda tylko, że nie działają. Wracamy do miasta. Kończymy dzień w Hamie, która zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie.        

  • Palmyra
  • Krak de Chevaliers
  • Krak de Chevaliers
  • Krak de Chevaliers
  • Hama
  • Hama
  • Hama
  • Hama
  • Hama
  • Hama
  • Hama
  • Hama

Z Hamy przejeżdżamy do Aleppo. Tu szybko znajdujemy hotel Hanadi. Jest zlokalizowany niedaleko starego miasta w kamienicy. Jej parter zajmuje sklep z mydłami. Do hotelu wchodzi się po stromych schodach. W recepcji przyjmuje nas dystyngowany starszy pan, najprawdopodobniej właściciel. Mówi dobrze po angielsku, więc bez trudu się dogadujemy. Dostajemy pokój, do którego wchodzi się bezpośrednio z wewnętrznego dziedzińca. W środku poraża różowy kolor. Różowe są ściany, sufit, pościel. Z pomocą pana z recepcji zamawiamy bilety na nocny autobus z Aleppo do Ammanu w następnym dniu. 

Po załatwieniu formalności ruszamy na zwiedzanie miasta. Na pierwszy rzut oka ruch pojazdów jest niemniejszy niż w Damaszku. Przejście przez każdą ulicę jest swoistą walką o przetrwanie. Nie ma się co łudzić, o pierwszeństwie dla pieszych nikt tu nie słyszał. Podążając w kierunku starówki, mijamy historyczny, ale podupadły hotel Baron, w którym niegdyś nocował m.in. Winston Churchill. W okolicy znajdują się warsztaty samochodowe i oponiarskie. Między nimi ulokowały się dwa sklepiki ze świeżymi sokami oraz dwie jadłodajnie. Kupujemy dwa kubki przepysznego soku z limonek, po czym udajemy się do jednej z jadłodajni. Jest to miejsce odwiedzane głównie przez tutejszych mieszkańców. Nasze zainteresowanie budzi piec z rusztem, na którym pieką się szaszłyki ze zmielonej baraniny, pomidory, całe główki cebuli. Wszystko wygląda bardzo apetycznie. Właściciel zachęca nas do wejścia do środka na pięterko. Wspinamy się po wąskich schodkach. Na górze znajduje się kilka stolików. Na migi zamawiamy po porcji szaszłyków, humus, świeże sałatki. Po chwili oczekiwania kelner przynosi talerze wypełnione wonnymi specjałami. Humus jest wyjątkowo świeży i smaczny. To najlepszy humus jaki przyszło nam jeść w czasie podróży na Bliski Wschód! Zajadamy się tym, co na talerzach. Ależ to aromatyczne i świeże! Warzywa w sałatce mają niezwykle bogaty smak.

Po tym prostym, ale niezwykłym posiłku możemy zwiedzać miasto. Przez zatłoczone ulice przedzieramy się w kierunku starówki. Szybko orientujemy się, że w Aleppo - inaczej niż w Damaszku - poszczególne ulice i kwartały miasta specjalizują się w sprzedaży jednej grupy towarów. I tak mijamy ulicę maszyn do szycia, tkanin, garniturów, mydeł, artykułów chemicznych. Znajdujemy nawet sklep wyłącznie z gumkami do majtek! Docieramy do Wielkiego Meczetu. Jest znacznie mniejszy niż ten w Damaszku. Dostaję płaszcz z kapturem, w którym mogę wejść do środka. Przyglądamy się ludziom, odpoczywamy na miękkim dywanie. Po wyjściu podążamy w kierunku cytadeli górującej nad miastem. Starówka Aleppo wydaje się bardziej przestronna niż damasceńska, ale w sukach jest gorąco i duszno. Nie ma tu takich zadaszeń jak w suku w Damaszku. Cytadela jest dziś zamknięta, więc oglądamy ją tylko z zewnątrz. Obok głównego wejścia jest medresa Al Sultaniye, do której zaprasza bardzo miły mułła. Dalej przez suk, w którym prezentowane są tradycyjne wyroby rzemieślników, idziemy w kierunku wytwórni mydła z oliwy z oliwek i bramy Bab Qinnesrin. Na koniec wędrówki kupujemy dwa szale: jeden z jedwabiu, drugi z kaszmiru. Targujemy się, ale i tak mam wrażenie, że przepłacamy. Sprzedawca na wieść, że jesteśmy z Polski mówi nam, że oni tu znają Dodę. Tak więc daje nam "special Doda price"! Gdy opuszczamy starówkę rozbrzmiewa nawoływanie muezina - kończy się dzień. Wracamy do naszego hotelu. Delektujemy się spokojem i chłodem wieczoru na wewnętrznym dziedzińcu. Przyjemna jest ta chwila wytchnienia.

Rano zbieramy swoje rzeczy, a zapakowane plecaki zostawiamy w hotelu. Dziś cytadela jest otwarta, więc chcemy ją zwiedzić. Wchodzimy przez potężną bramę, mijamy kolejne zakręty, aby wyjść na część wewnętrzną, zorganizowaną jak małe miasto. Są tu dwa meczety, kompleks łaźni, pomieszczenia gospodarcze i reprezentacyjne. W sali pałacu jest pięknie zdobione drewniane sklepienie. Pilnujący sali pan zapala dla nas światła, abyśmy mogli zrobić zdjęcia. Cytadela jest imponująca. Z góry rozpościera się wspaniały widok na miasto. Po wyjściu z cytadeli udajemy się do suku rzemieślników. Zatrzymujemy się w warsztacie tkackim. Sprzedający straszy pan jest bardzo miły. Pokazuje nam tradycyjny pas z tkaniny wełnianej. Zawija mi go wokół bioder, prezentując jak się nosiło taki pas. Po obejrzeniu różnych towarów decydujemy się na obrus. Próbujemy negocjować cenę, ale sprzedawca twierdzi, że jako pierwszym klientom w tym dniu oferuje "good morning price", która jest bardzo korzystna i nie ma co się targować. W związku z tym, że pan jest miły, przystajemy na jego propozycję. Jak się później okazało w innym miejscu taki obrus był w 3-krotnie wyższej cenie.

Przechodzimy do dzielnicy chrześcijańskiej. Chodzimy wąskimi uliczkami. Siadamy na placyku, koło Sisi House, gdzie obserwujemy życie mieszkańców. Obok nas tradycyjnie ubrany starszy pan próbuje sprzedać żywe kury. Niesie je zwisające za nogi. Trwa handel rybami. Kelner z kafejki roznosi herbatę do sklepików zlokalizowanych wokół placu. Panuje ruch i gwar. Jemy znów w knajpce, zlokalizowanej w dzielnicy warsztatów samochodowych. Ponownie zachwyca nas to świeże i aromatyczne jedzenie. Kelner już nas rozpoznaje, więc czujemy się trochę jak stali bywalcy! Muzeum narodowe, w którym chcemy się skryć przed słońcem, okazuje się nieczynne. Postanawiamy więc przeczekać do odjazdu wieczornego autobusu w parku koło muzeum. Po drodze wstępujemy do sklepu, gdzie znajdujemy dwa małe tradycyjne dzbanki do herbaty. Cena wydaje nam się korzystna, więc je kupujemy. Wracamy do hotelu, żeby przepakować plecaki. Mamy jeszcze sporo czasu, więc idziemy jeszcze raz do dzielnicy chrześcijańskiej. Po drodze wstępujemy na kawę do małej kawiarenki, a potem siedzimy na placu koło Sisi House, obserwując wieczorne życie dzielnicy. Przed 21.00 idziemy na plac, z którego ma odjechać nasz autobus do Ammanu. Obsługa biura turystycznego, które sprzedało nam bilety, daje nam dwa krzesła, na których zasiadamy na ulicy. Z niedowierzaniem obserwujemy manewry wielkich autokarów na maleńkim placu, zapełnionym ludźmi i samochodami. Nieprawdopodobne, że to wszystko działa. W końcu zostaje podstawiony nasz autobus. Opuszczamy Aleppo. Będzie nam się kojarzyło z zapachem mydlin i pysznym jedzeniem.

  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo
  • Aleppo.
  • Aleppo

Wejście do autobusu wcale nie oznacza, że musi on zaraz odjechać. Tak jest w tym przypadku. Wydaje sie, że wszyscy podróżni już są, że zaraz ruszymy, a jednak nie. Jeszcze ktoś pali papierosa i czekamy... Zamiast o 22.00 ruszamy godzinę później. Autobus, mimo że nowoczesny, nie jest wygodny. Mamy mało miejsca na nogi, więc siedzimy przykurczeni. To będzie ciężka podróż. Szybko jednak zasypiam, zmęczona dniem i katarem. Budzę się w Hamie, gdzie dosiadają się kolejni podróżni. Tym razem są to Arabowie z Jordanii. Mają ogromne pakunki w sizalowych workach. Do tego wiozą jeszcze drewniane tyczki, jakie są używane do budowy konstrukcji namiotów Beduinów. Kierowca nie bardzo chce wziąć całe to towarzystwo. Widać pogardę w traktowaniu tych ludzi pustyni. W końcu jednak targ zostaje dobity i wszyscy zajmują miejsca w autokarze. 

Około 4.00 docieramy do granicy. Wszyscy pasażerowie wychodzą i podążają do hali terminala granicznego. Wiem, że musimy uiścić opłatę wyjazdową z Syrii, więc podążam z tłumem, aby zorientować się w sytuacji. W hali dostrzegam pięć okienek, w których siedzą wojskowi w mundurach. W prawym kącie sali znajduje się oszklony kiosk, wokół którego kłębi się tłum. Wszyscy wymachują paszportami, pieniędzmi, jakimiś karteczkami. Nie ma tu żadnej kolejki i nikt nie panuje nad tłumem. W całej sali znajdują się napisy tylko w języku arabskim, a jedyny napis po angielsku nie wyjaśnia, gdzie trzeba się udać, aby załatwić formalności graniczne. Jestem dość mocno zdezorientowana i nie bardzo wiem, co mam robić i gdzie. W końcu postanawiam przyjrzeć się temu, co dzieje się przy kiosku. Może obserwacja podsunie mi myśl o zasadach tu obowiązujących. Staję z boku kiosku. Po chwili dostrzega mnie siedzący w środku urzędnik. Otwiera drzwi kiosku, pokazuję mu nasze paszporty, a on wręcza mi dwa formularze do wypełnienia.

Wracam do autobusu. Wpisujemy do formularza nasze dane, na szczęście obok instrukcji po arabsku, jest też po angielsku. Z wypełnionymi kartami idę do jednego z okienek, z nadzieją, że będę mogła sfinalizować formalności. Ale niestety. Oficer kieruje mnie znów do kiosku. Nie bardzo wiem, co tam jeszcze mam zrobić. Znów staję w moim strategicznym miejscu i obserwuję. Dostrzegam, że tłoczący się ludzie podają do okienka pieniądze i otrzymują za to jakieś znaczki. Wyciągam więc i ja pieniądze i próbuję wzrokiem ściągnąć uwagę urzędnika. Po chwili dostrzega mnie i znów otwiera drzwi do środka. Podaję z uśmiechem pieniądze, paszport i wypełnione formularze. Pan bierze pieniądze i przybija na formularzu pieczątkę. I na tym koniec operacji w kiosku. Z kolejnych obserwacji wynika, że teraz trzeba ustawić się do jednego z okienek. Nie bardzo wiemy, do którego. Wybieramy losowo jedno. Niestety, nikt z podróżnych nie ustawia się w kolejkę, ale napiera na okienka z różnych stron. Postanawiamy więc zastosować tę samą metodę. Dostrzega nas jeden z oficerów i kieruje do okienka obok. Tu też tłum walczy o pierwszeństwo do odprawy. Przepychamy się do przodu i wyczekując właściwego momentu podsuwamy nasze paszporty. W tej samej chwili plik paszportów podsuwa napierający obok Syryjczyk. Oficerowi wielce się to nie podoba. W ostrych słowach strofuje kolejkę i bierze nasze paszporty. Po chwili mamy już wszystkie potrzebne stempelki.

Wracamy do naszego autobusu, gdzie okazuje się, że zostaliśmy odprawieni jako pierwsi. Obserwujemy to, co dzieje się na przejściu granicznym.  Gdy jest już całkiem jasno, ruszamy do odprawy jordańskiej. Idziemy do hali terminala. Tu zupełnie inne warunki. Napisy po angielsku pozwalają szybko zorientować się w sytuacji. Oficer w okienku instruuje nas, gdzie mamy kupić wizę. Mając ją już wbitą do paszportu, wracamy jeszcze po pieczątkę. Wszystko trwa kilka minut. Na granicy wymieniamy też trochę dolarów na jordańskie dinary. Gdy wracamy do autobusu, wszystkie bagaże są wyjęte do kontroli celnej. Celnik przegląda je tylko pobieżnie, na nasze nie zwraca zupełnie uwagi. Szybko możemy opuścić granicę.

Myli się jednak ten, kto pomyśli, że teraz już szybko pomkniemy do Ammanu. Nic bardziej błędnego. Podjeżdżamy na parking koło małej knajpki i sklepu. Kierowca i jego pomocnik znikają. Kupujemy herbatę i czekamy, co będzie dalej. Właściwie nic się nie dzieje. Beduini z naszego autobusu jedzą śniadanie, rozkładając wszystko na asfalcie. Idę do publicznej toalety. To duże przeżycie, niekoniecznie godne opisania. Mijają minuty, a my nadal stoimy. O 7.00 mieliśmy być w Ammanie, ale siódma już dawno minęła, a my nadal stoimy na granicy. W końcu pojawia się kierowca. Ruszamy. Przed nami krajobraz w kolorze piaskowym. Po drodze, gdzieś na skrzyżowaniu na pustyni wysiadają Beduini. Potem autobus zatrzymuje się jeszcze kilka razy. W końcu dostrzegamy przedmieścia Ammanu. Jest niemal południe! Kiedy wysiadamy zalewa nas gorące powietrze. Wykończeni nie bardzo mamy siłę cieszyć się, że ta podróż skończyła się.       

  • Amman
  • Amman
  • Amman

Amman przytłacza nas temperaturą, chaosem na ulicach i chyba również tym, że nie sposób się tu zorientować. Miasto jest położone na kilkunastu wzgórzach. Trudno znaleźć jakiś punkt, który umożliwiałby orientację. Hotel, do którego trafiamy jest wprawdzie świetnie zlokalizowany przy ruinach rzymskiego teatru, ale pokój jest raczej przygnębiający: stare wykładziny, niezbyt świeża pościel i przygnębiający widok za oknem. Na szczęście łazienka jest w porządku. Po kąpieli wyruszamy do miasta. Chcemy dotrzeć do siedziby Wild Jordan Center - organizacji pozarządowej, która działa na rzecz ochrony przyrody w Jordanii i aktywizacji społeczności lokalnej. W WJC mamy potwierdzić nasze rezerwacje pobytów w rezerwatach Mujib i Dana. Pytamy w recepcji hotelu, jak dojechać do WJC. Wprawdzie pani kojarzy adres, ale nie bardzo potrafi powiedzieć coś bardziej precyzyjnego. Pytamy ją też, czy będzie nam mogła zamówić na następny dzień taksówkę do Mujib. Pani dzwoni do zaprzyjaźnionych taksówkarzy i ustala, że jeden z nich może nas zawieźć za 45 dinarów. Szczegóły mamy uzgodnić wieczorem. Wychodzimy z hotelu. Łapiemy trzy kolejne taksówki i żaden z taksówkarzy nie potrafi zlokalizować adresu WJC. Zrezygnowani wracamy do recepcji hotelu. Recepcjonistka dzwoni do biura organizacji i pyta o drogę. Potem zapisuje nam na kartce wskazówki dla taksówkarza. Z taką pomocą bez trudu docieramy do celu.

Okazuje się, że miasto w nowszych dzielnicach jest znacznie przyjemniejsze. Budynek WJC - mocno przeszklony i nowoczesny - położony jest w otoczeniu ładnych willi z dużą ilością zieleni. Jest tu cicho i przyjemnie. W środku młodzi ludzie prowadzą biuro informacyjne, sklep z lokalnym rękodziełem w bardzo dobrym stylu. Są tu też sale szkoleniowe, biblioteka i kafeteria. Szybko potwierdzamy zrobione jeszcze w Polsce rezerwacje. Potem schodzimy do kafeterii na jeden z tarasów widokowych. Siadamy przy stoliku. Przed nami wspaniała panorama miasta. Wreszcie mamy okazję do odpoczynku, a Amman pokazuje swoje całkiem przyjemne oblicze. Zamawiamy smakowite potrawy. Wszystko jest pięknie podane i świeże. Przy jedzeniu wpadamy na pomysł, żeby jeszcze dziś - jeśli tylko się uda - pojechać do Mujib i tam przenocować. Pracownik WJC sprawdza, czy są wolne miejsce noclegowe. Odpowiedź daje nam duży zastrzyk energii. Jeśli tylko uda nam się załatwić transport, możemy już dziś spędzić wieczór nad Morzem Martwym! Stromymi schodami, tak charakterystycznymi dla tego miasta, schodzimy w kierunku hotelu. Po drodze wymieniamy pieniądze, kupujemy owoce i napoje. W hotelu uzgadniamy z recepcjonistką, że taksówka może po nas przyjechać o 17.30. Do tego czasu możemy się chwilę zdrzemnąć.

O 17.00 schodzimy do recepcji, gdzie czeka na nas kierowca. Upewniamy się, że wie, gdzie jest Mujib reserve. Pan mówi dość dobrze po angielsku. Po drodze okazuje się, że pracował dla niemieckiej firmy, więc zna również trochę niemiecki. Wyjeżdżamy z miasta. Po drodze kierowca kupuje w maleńkim barze kawę dla siebie i dla mnie. Jest niezwykle aromatyczna i esencjonalna. Znakomita. Wyjeżdżamy poza miasto. Mijamy pola uprawne i plantacje. Widać, że to rolnicze zaplecze dla Ammanu. Do Madaby droga mija nam szybko. W Madabie kierowca pyta o Mujib. Kierujemy się prosto, wciąż drogą Królewską. Słońce schodzi coraz niżej i wraz z pasmem gór na horyzoncie tworzy fantastyczną scenerię. Okolica pustoszeje i robi się coraz bardziej dzika. Mijamy głębokie wąwozy, pniemy się w górę, aby po chwili zjeżdżać serpentynami w dół. Kierowca pyta o drogę kolejnych spotkanych ludzi. Wygląda to coraz bardziej dziwnie. Wg informacji z WJC powinniśmy być na miejscu po 1,5 godziny. Jedziemy już dwie i nic. Nie powiem, okolica jest fantastyczna i gdyby nie fakt, że nie spaliśmy całą noc, można by dostrzec w tej sytuacji pewien urok. Tym czasem wyprzedzają nas samochody wiozące beduińskie wesele. Jego rozochoceni uczestnicy strzelają na cześć młodej pary! Gdy zupełnie się ściemnia dojeżdżamy do zapory wodnej. Nasz kierowca jest przekonany, że to nasze miejsce docelowe. Ja jednak mam złe przeczucia. Wprawdzie mieliśmy nocować nad wodą, ale nie nad zaporą na rzece, a nad Morzem Martwym. Ot, taka mała różnica! Zapora jest pilnowana przez wojsko. Również oni są zdziwieni naszym pojawieniem się, a co gorsze nie mają pojęcia, gdzie jest Mujib reserve ... Sytuacja robi się nieciekawa. Jesteśmy gdzieś w górach na odludziu i nie bardzo wiadomo, dokąd jechać. Nasz kierowca upiera się, żeby jechać do miasta Al-Karak. Z mapy pamiętam, że miasto leży jeszcze dalej na południe, więc jadąc tam oddalamy się od naszego docelowego miejsca. W końcu wyjmuję schematyczną mapkę, którą wydrukowałam jeszcze w Polsce. Próbuję wytłumaczyć, że powinniśmy jechać w kierunku Morza Martwego. Teraz już jesteśmy pewni, że nasz kierowca nie ma pojęcia, gdzie jest rezerwat Mujib i od początku nie wiedział jak tam trafić. Pan postanawia jednak jechać do Al-Karak. To doprowadza mnie do wściekłości. Wrzeszczę na niego, kiedy kierowca usiłuje nam wmówić, że to my kazaliśmy mu jechać nad zaporę, która nota bene ma także w nazwie słowo Mujib. Tłumaczymy mu, że nie mogliśmy mówić o zaporze, bo nie wiedzieliśmy do tej chwili, że wogóle istnieje. Kiedy pan sugeruje, że będziemy musieli zapłać za dodatkowe kilometry, wpadam w szał. Tego już za wiele! Żądam, żeby zadzwonił do WJC i ustalił, gdzie ma jechać. Tak też robi i przez chwilę wydaje nam się, że wszystko jest już jasne. Ale ta sytuacja nie trwa długo. Kiedy w kolejnej miejscowości kierowca znów pyta o drogę wiadomo, że nie bardzo jest w stanie odnaleźć nasze wymarzone miejsce odpoczynku. Znów dzwoni do WJC, potem do recepcji w Mujib reserve, na koniec do swojego syna w Ammanie. Wszyscy usiłują mu pomóc.

Dojeżdżamy jakoś do Al - Karak, a stąd krętą drogą zjeżdżamy w kierunku Morza Martwego. Okolica wydaje się opustoszała. Maleńkie światła cywilizacji widać gdzieś daleko w dole. Po kolejnych długich kilometrach dojeżdżamy do głównej drogi. To już Droga Morza Martwego (Dead Sea Highway). Kierujemy się nią z powrotem do Ammanu. Po kilku minutach dostrzegamy tablicę reklamującą rezerwat Mujib. Wiemy już, że cel jest blisko. W końcu pojawia się most, przy którym, jak wynika z opisu w przewodniku, ma być centrum informacyjne rezerwatu. Teraz w nocy niewiele widać. Żołnierz z check pointu też - ku naszemu zdziwieniu - nie wie, gdzie jest Mujib chalet, czyli miejsce naszego noclegu. Czuję się, jak w matrixie. Kierowca, który pewnie też ma już nas dość, dzwoni do recepcji Mujib chalet. Mówi, gdzie jesteśmy i okazuje się, że gdzieś tu obok nas odchodzi szutrowa droga w kierunku Morza Martwego. Kierowca nie potrafi jej jednak odnaleźć i w końcu ktoś z chaletu, wyjeżdża po nas terenówką. Po ponad trzech godzinach kończy się nasza epopeja taksówkowa. I my i kierowca jesteśmy szczęśliwi, że mamy to już za sobą.

Chcemy znaleźć się we własnym pokoju. Jesteśmy ogromnie ciekawi, jak wygląda miejsce noclegowe pod co najmniej dwuznaczną nazwą szalet! Zjeżdżamy szutrówką kilkadziesiąt metrów poniżej szosy. Wysiadamy przy przeszklonym pawilonie. W środku panuje chłód. Klimatyzacja działa pełną parą. Sympatyczny pan z recepcji melduje nas, a kelner podaje chłodny sok. Opowiadamy pokrótce historię dzisiejszej podróży i nawet recepcjonista przyznaje, że kiedy nasz kierowca dzwonił do niego po wskazówki, nie bardzo potrafił się z nim dogadać. Cóż, jak widać problemy komunikacyjne wynikają nie tylko z odmienności języków. W końcu możemy udać się do naszego szaletu! I co tu dużo pisać, szalet nas urzeka! Jest to mały betonowy domek z zadaszonym tarasem, położony na wysokim brzegu Morza Martwego. Z tarasu rozpościera się przepiękny widok na morze rozświetlone blaskiem księżyca. Wokół cisza, jakiej dawno w tej podróży nie zaznaliśmy. Mamy wrażenie, że jesteśmy tu sami. Co za ulga, po tak ciężkim dniu. W domku znajduje się tylko jedno pomieszczenie - sypialnia z dużym łóżkiem, dwie małe szafeczki nocne i lodówka. Łazienka znajduje się w innym domku. Cały ten kompleks ma charakter campingu w bardzo dobrym stylu. Kąpiemy się, a potem siadamy na tarasie. Jest tu także hamak, który stanowi piękne dopełnienie całości. Siedzimy w ciszy, słuchając fal uderzających o brzeg, jemy owoce i delektujemy się tym miejscem. Cieszymy się, że zdecydowaliśmy się spędzić tu noc, zamiast męczyć się w Ammanie.

Dopiero rano możemy przyjrzeć się całej okolicy. Krajobraz, który jest wokół nas, jest zachwycający. Przed nami morze, wokół rudo - brązowe góry, przeciwległy brzeg zamglony i jakby przysypany piaskiem. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację otoczenia. Teraz szybkie śniadanie i wyruszamy do centrum informacyjnego rezerwatu po przeciwległej stronie szosy, skąd zacznie się nasza przygoda - wędrówka przez kanion Mujib. Centrum to dwa niewielkie pawilony i zadaszony taras - wszystko zawieszone na skarpie tuż przy wylocie kanionu do morza. Właśnie kiedy siedzimy na tarasie, odrywa się kawałek skarpy tuż przy centrum. Ciekawe jak długo jeszcze postoją te budynki zanim runą do kanionu? Centrum szefuje miły pan, który przyjmował nas wieczorem w recepcji szaletu. Żartujemy z nim, że jest tu najważniejszą i najwszechstronniejszą osobą. Pomału zbierają się ludzie, którzy wyruszą na szlaki w rezerwacie.

My wybraliśmy trasę wiodącą korytem rzeki, która wypełnia kanion. Dostajemy kamizelki ratunkowe i tak wyposażeni wsiadamy do jeepa, wiozącego nas na początek szlaku. Z nami wyruszają dwie starsze Amerykanki i dwóch Jordańczyków. Jest też przewodnik Ali. Na początku wspinamy się górską drogą, wiodącą przez księżycowy krajobraz. Mam wrażenie, że jesteśmy w wielkiej piaskowni. Do naszej grupy dołącza druga, złożona z przewodnika i młodych Izraelczyków. Teraz razem zmierzamy do kanionu. Stajemy przed wejściem do niego. Widzimy krystaliczną wodę, wartkim strumieniem obmywającą skały w różnych odcieniach czerwieni i brązów. Wchodzimy do rzeki. Okazuje się, że woda jest bardzo ciepła. Ostrożnie pokonujemy kolejne metry, stawiając stopy na śliskich głazach. Kanion, szeroki na kilka metrów i wysoki na kilkaset, zamyka się nad nami i pochłania nas. Urzeczeni podziwiamy fantastyczne kształty, które wyrzeźbiła woda, zanurzamy się po pas, aby za chwilę brodzić po kostki. Przewodnicy wskazują nam drogę wśród głazów. Z ogromną frajdą zjeżdżamy na naturalnych zjeżdżalniach, wpadając z impetem do utworzonych między skałami basenów. Wokół nas zmieniają się kolory i kształty. Natura zdaje się nie znać żadnych ograniczeń. Dochodzimy do miejsca, gdzie woda spada z ponad 20-metrowej skalnej półki. Tę wysokość będziemy musieli pokonać, zjeżdżając na linach. Przewodnicy szykują uprzęże i liny, po czym jeden z nich zjeżdża pod wodospadem. Teraz kolej na nas. Najpierw zjeżdżam ja. Asekurujący mnie z góry przewodnik dość sztywno trzyma linę, tak że nie bardzo mogę przyspieszyć zjazd. Kiedy trafiam w strumień wodospadu, woda przydusza mnie i nie pozwala oddychać. Chcę się szybko opuścić w dół, ale przewodnik trzyma linę "na krótko", więc niewiele mogę zdziałać. Sekundy dłużą się niemiłosiernie i mam wrażenie, że zaraz nie będę mogła złapać powietrza. Spadająca z góry woda, uderza z dużą siłą po ramionach i karku. Niewiele widząc, zjeżdżam na półkę skalną, która jest w połowie wysokości wodospadu. Druga część trasy jest łatwiejsza. W końcu ląduję w basenie pod wodospadem. Niesamowite miejsce! Ali wypina mnie z uprzęży i mogę teraz czekać na pozostałych. Jest czas na wesołe baraszkowanie przy wodospadzie. To lepsze niż jacuzzi. Gdy wszyscy są już na dole, ruszamy w dalszą drogę. Tu pokonujemy jeszcze kilka ciekawych miejsc, gdzie przejście zabezpieczone jest linami asekuracyjnymi, a woda tak głęboka, że można w niej płynąć. W dolnej części kanionu nurt uspakaja się. Kładziemy się na wodę, która niesie nas swobodnie w dół. Leżąc na plecach, możemy podziwiać skalne ściany kanionu. To wspaniały relaks! Po blisko pięciu godzinach wędrówki nasza trasa kończy się przy centrum informacji. Wszyscy są uśmiechnięci, a my zachwyceni tym, co przeżyliśmy. Zadowoleni żegnamy się z naszą grupą i idziemy do szaletu.

Teraz mamy czas na pełny relaks. Postanawiamy zażyć kąpieli w Morzu Martwym. Potwierdza się, że nie sposób w tej gęstej jak zupa wodzie, osiąść na dno. Po wyjściu na brzeg zbieramy sól, która w postaci wielkich kryształów osadziła się na kamieniach. Resztę popołudnia spędzamy siedząc na tarasie. Jesteśmy oczarowani miejscem. Dzień kończymy smacznym obiadem przygotowanym przez obsługę szaletu. Nazajutrz opuszamy Mujib, ale jesteśmy pewni, że będziemy tu często wracać w naszych wspomnieniach.              

  • Wybrzeże Morza Martwego
  • Krajobraz nad Morzem Martwym
  • Zejście do kanionu
  • kanion Mujib
  • Przed wejściem do kanionu Mujib
  • w kanionie Mujib
  • Mujib
  • zjazd na naturalnych zjeżdżalniach
  • Mujib
  • dryfowanie w kanionie Mujib
  • nad wodospadem
  • zjazd pod wodospadem
  • zjazd pod wodospadem
  • kanion Mujib
  • kanion Mujib
  • sól nad Morzem Martwym
  • nad Morzem Martwym
  • Zachód słońca nad Morzem Martwym
  • Nad Morzem Martwym

Umówioną taksówką wyjeżdżamy rano z Mujib Chalet. Żegnamy z pewnym żalem to urokliwe miejsce. Będziemy tęsknić, już to wiem... Wspinając się stromą wijącą się drogą podziwiamy wybrzeże Morza Martwego i otaczające ogromne kaniony. Widoki są wspaniałe. 

Zatrzymujemy się na dworcu autobusowym poniżej zamku w Al – Karak. Stąd mamy pojechać do Aqaby. Jest już autobus, więc szansa na wyjazd jest duża. Ale niestety maleje z minuty na minutę. Ludzie wchodzą do autobusu, posiedzą trochę i wychodzą. Mamy czarne myśli, że nigdy nie uda się zebrać tak dużej grupy ludzi, aby kierowca zdecydował się na wyjazd. Coraz bardziej obojętni na rzeczywistość spędzamy w bezruchu blisko 3 godziny. Aż w końcu ruszamy! Przyjmujemy ten fakt z ogromnym entuzjazmem. I proszę, jak małe zwyczajne rzeczy potrafią cieszyć! Jedziemy Drogą Morza Martwego cały czas na południe. Krajobraz za oknem zmienia się. Znikają powoli plantacje pomidorów i daktyli, żółty piasek w różnych odcieniach sięga aż po horyzont.

 W końcu dojeżdżamy do Aqaby. Jest jak oaza na pustyni. Dużo tu zieleni, widać większy porządek i nowoczesność. Wybieramy hotel polecony przez Polki spotkane w Mujib-ie. Days Inn to miejsce dla turystów zachodnich. Przed wejściem dostępu do Hotelu strzeże policja turystyczna. W środku eleganccy turyści z Francji, Belgii. My z brudnymi plecakami i lekko przyprószeni pyłem chyba nie bardzo tu pasujemy. Mimo to wzbudzamy sympatię u kierownika recepcji, Munira. Daje nam klucz do pokoju z uwagą, że to najlepszy pokój w tym hotelu. Rzeczywiście jest sympatycznie: duże łóżko, dwa tarasy, w tym jeden z widokiem na zatokę, wygodna łazienka. Jesteśmy na ostatnim piętrze, więc widok jest ciekawy.  Odkrywamy też bar i basen na dachu. To nam się bardzo podoba! W hotelu korzystamy z internetu. Działa bez zastrzeżeń. Sprawdzamy pogodę w Polsce. Jest 13 stopni. U nas 40! Odświeżeni ruszamy do miasta. Wpadamy na Burger Kinga i Mc Donalds'a. Nie możemy sobie odmówić hamburgera w tych egzotycznych okolicznościach przyrody! Potem udajemy się do małej restauracji rybnej. Przed zamówieniem kelner proponuje, abyśmy zobaczyli ryby, z których przygotowywane są potrawy. Wybieramy nasze menu. Wszystko jest świeże i wyśmienite!Najedzeni idziemy rozejrzeć się po mieście. Wzdłuż zatoki ciągnie się ruchliwa ulica, którą przechadzają się turyści. Nie ma jednak bezpośredniego zejścia do wody, ani plaży. Po drobnych zakupach spożywczych wracamy na nasz taras, z którego obserwujemy wieczorne życie miasta i zatokę.

Na drugi dzień po obfitym śniadaniu w towarzystwie francuskich emerytów ruszamy shatel busem na najdalszy południowy kraniec Jordanii, tuż przy granicy z Arabią Saudyjską. Jest tu centrum hotelowe z płatną plażą. Zajmujemy leżaki pod parasolem z liści palmowych, pływamy w lazurowej wodzie, opalamy się i oddajemy się nicnierobieniu.

Popołudniu wracamy do miasta.

 

  • Aqaba - Morze Czerwone
  • Aqaba - Morze czerwone

Rano wyruszamy taksówką w kierunku pustyni Wadi Rum. Mamy w planie wycieczkę jeepem i nocleg na pustyni. Z Aqaby do Wadi Rum jest ok. 70 km. Droga mija nam szybko. Po wykupieniu biletów wstępu wjeżdżamy na teren rezerwatu. Tu w wiosce Wadi Ram czeka na nas przewodnik. Załatwiamy formalności w biurze i przesiadamy się do jeepa.

Ruszamy na pustynię. Najpierw kierujemy się do źródła Lowrensa. Okazuje się, że bije ono ze skalnej rozpadliny. Aby je zobaczyć, trzeba się wspiąć na skalany masyw. Miejsce źródełka znaczy rosnące w sąsiedztwie drzewo figowe. Z góry roztacza się ładny widok na pustynię z wyrastającymi z niej wysokimi formacjami skalnymi. Ruszamy w głąb pustyni. Docieramy do wysokiej wydmy utworzonej z czerwonego piasku. Wdrapujemy się na nią, aby podziwiać ciekawe formy okolicznych skał. Dalej mamy okazję oglądać skalne malowidła, wykonane przez pradawnych mieszkańców. Kiedy robi się już bardzo gorąco docieramy do ruin domu Lowrensa. Niewiele z niego pozostało. Między kamieniami przemyka niesamowita jaszczurka. W południe nasz młody przewodnik zawozi nas do swojego domu na pustyni. Są to dwa rozłożone namioty, utworzone z pledów z wielbłądziej wełny. Wita nas mama przewodnika. Siadamy na matach rozłożonych w jednym z namiotów. Jest tu miejsce na ognisko i dzbanki do gotowania wody i parzenia herbaty. Gospodarze częstują nas herbatą z wielbłądzim mlekiem. Pokazują też suszony ser owczy. Jest tak twardy, że właściwie przypomina kamień. Cały ten pokaz odbieramy trochę jak cepeliadę dla turystów. Po herbacie gospodarze zapadają w drzemkę. My również. Na zewnątrz robi się nieznośnie gorąco.

Po trzech godzinach zbieramy się do drogi. Chyba nie byliśmy dobrymi gośćmi, bo nie udało nam się sprzedać koralików wykonanych z guzików i nasion goździków. Po przerwie docieramy do pięknego mostu skalnego. Wdrapujemy się na jego szczyt. Stąd jedziemy do kanionu, którego ściany przypominają fantazyjne budowle Gaudiego. Kolory skał też nas zachwycają. Jesteśmy tu sami i możemy poczuć się trochę jak odkrywcy. Słońce chyli się ku zachodowi. Przewodnik wywozi nas pod wysoką skalną platformę, z której będziemy mogli oglądać zachód słońca. Z góry rozciąga się wspaniała panorama na pustynię. W zachodzącym słońcu wszystko robi się pomarańczowe. W milczeniu obserwujemy fascynującą grę kolorów. Kiedy słońce chowa się za linią horyzontu, jedziemy do obozowiska, gdzie spędzimy noc. Towarzyszy nam para Francuzów. Kucharz przygotowuje wieczorny posiłek. Podaje m.in. kawałki kurczaka, upieczonego na grillu, umieszczonym w jamie wykopanej w piasku. Po posiłku nasi beduińscy gospodarze grają na bębnach, śpiewają i tańczą. To już kompletna cepelia. Po krótkim wieczorku kulturalnym kładziemy się do snu w namiocie. Jest pełnia księżyca. Księżycowa poświata rozświetla pustynię.

O świcie oglądamy okolicę, wdrapujemy się na pobliskie skały i grzejemy w pierwszych promieniach słońca. Po śniadaniu wracamy do wioski Wadi Rum. Stąd taksówką dojeżdżamy do Aqaby. W Aqabie spędzamy dzień nad morzem. Wieczorem wpadamy na kolację do znanej nam już knajpki rybnej. Odwiedzamy jeszcze Munira w hotelu Days Inn, aby podziękować mu za pomoc w zarezerwowaniu hotelu.

  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Dom Lowrensa.
  • Na herbacie i Beduinów.
  • Pustynna krowa :-)
  • Skalny most
  • Wadi rum - skalny most
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum w zachodzącym słońcu.
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum
  • Wadi rum

Dziś musimy dostać się do rezerwatu Dana, położonego w górach, z dala od głównych dróg. Wybieramy jazdę lokalnymi busami, choć spotkani taksówkarze namawiają nas na skorzystanie z ich usług. Oczywiście jazda busami jest o wiele tańsza i dostarcza niezapomnianych emocji. Na dworcu busów w Aqabie próbujemy zorientować się w sytuacji. Taksówkarze twierdzą, że nie ma już dziś autobusu do miejscowości, do której chcemy jechać, co oznacza wprost, że powinniśmy skorzystać z ich pojazdów. Zupełnie innego zdania jest sprzedawca kawy i herbaty, stojący ze swoim przenośnym interesem obok nas. Przy pomocy chłopaka, który zna angielski, przekonuje nas, że musimy trochę poczekać, a bus przyjedzie. Widać, że nie bardzo mu się podoba, że taksówkarze chcą nas naciągnąć na większy wydatek. Co jakiś czas upewnia nas, abyśmy czekali. Postanawiamy zostać na dworcu i czekać na busa. Po kilkunastu minutach przyjeżdża! Tym razem szybko zbierają się pasażerowie, kierowca ładuje jeszcze towar, zakupiony w kilku hurtowniach. Są tu i skrzynki z bananami, warzywa i jakieś inne artykuły spożywcze.

Jedziemy znów drogą Dead Sea Road. Gdy dojeżdżamy do Morza Martwego, skręcamy na wschód i pniemy się stromą drogą do miasta Tafila. Widoki po drodze są przepiękne: głębokie doliny z zieloną roślinnością, skaliste wzgórza we wszystkich odcieniach piasku, w dole linia niebieskiego morza. Tafila okazuje się sporym miastem, położonym na wzgórzach. Wysiadamy przy głównej ulicy handlowej. Szybko odnajdujemy przystanek lokalnych busików, którym pojedziemy w kierunku wioski Dana. Busem wspinamy się do małych miejscowości, podziwiamy krajobraz pocięty głębokim kanionem. To znak, że gdzieś tu w pobliżu jest rezerwat Dana. Po godzinnej jeździe docieramy do wsi Al-Kadisija, z której już tylko kilka kilometrów do Dany. Niestety nie ma żadnego busa, który tam dojeżdża. Zakładamy plecaki i ruszamy asfaltem w dół. Na szczęście wieje lekki wiatr, który przynosi znaczną ulgę w słoneczny dzień. Nasze pojawienie się wywołuje duże poruszenie wśród dzieci, które właśnie wracają ze szkoły. Próbują na nas angielskich słówek, których nauczyły się na lekcjach, niektóre rzucają w naszym kierunku małe kamyki lub polewają wodą. Cóż, twardym trzeba być... Po przejściu kilometra zabiera nas samochód, prowadzony przez pana - jak się później okazuje - właściciela sklepu w Danie.

Dana to tak naprawdę kilka domów, dwa hotele, centrum należące do WJC i mała restauracja. Wszyscy się tu znają i są nastawieni na obsługę turystów. Nasz hotel - Dana Tower Hotel - to miejsce przedziwne. W odrestaurowanych ruinach domów stworzono pokoiki, labirynty korytarzy, miejsca do siedzenia, tarasiki. Samo pójście do łazienki dostarcza niezapomnianych wrażeń. To ulubiony hotel beckpakersów. Są tu ludzie z różnych zakątków świata. Czujemy się trochę jak dzieci kwiaty, kiedy w międzynarodowym towarzystwie pijemy herbatę na jednym z tarasów z widokiem na pobliską wielką górę. Odwiedzamy ośrodek WJC. U przemiłego przewodnika potwierdzamy naszą jutrzejszą trasę w rezerwacie, uzgadniamy transport do miejsca startu, oglądamy lokalne wyroby w miejscowym sklepiku. Potem idziemy na obchód wsi. W większości stojące tu domy są niezamieszkałe. Główną atrakcją miejscowości jest jej położenie nad kanionem. Dana zdaje się być zawieszona nad ogromną przepaścią. Rozpościera się stąd piękny widok na całą okolicę. Zachód słońca oglądamy z tarasu przy WJC. Gdy słońce znika za górami, robi się chłodno. Po raz pierwszy w czasie tej podróży wyciągamy polary. Dzień kończymy kolacją w hotelu, którą przygotowały pracujące tu dziewczyny z Filipin. Kolacja to kilkanaście potraw złożonych głównie z warzyw i kurczaków, podanych na różne sposoby. Wszystko jest smaczne i aromatyczne. Po kolacji kładziemy się do łóżka w naszym maleńkim pokoiku.

Nazajutrz po śniadaniu jedziemy do Rumana Camp - campingu prowadzonego przez WJC, gdzie ma na nas czekać przewodnik. Camping położony jest urokliwie nad brzegiem kanionu. Stąd w towarzystwie lokalnego przewodnika ruszamy na szlak, prowadzący skrajem kanionu do Dany. Po drodze przewodnik opowiada nam o zwyczajach towarzyszących tradycyjnej jordańskiej ceremonii zaślubin. On sam ma się ożenić za dwa tygodnie, więc jego opowieść o przygotowaniach i powinnościach mężczyzny jest oparta na własnych doświadczeniach. Szlak naszej wędrówki nie jest uciążliwy, ale wysoka temperatura znacznie utrudnia marsz. Często musimy sięgać po butelkę z wodą, aby uzupełnić wypacane płyny. Widoki rekompensują wszelkie trudy. Kiedy nad naszymi głowami pojawia się siedem potężnych orłów, jesteśmy urzeczeni. Po czterech godzinach marszu docieramy do Dany. Pozostała część dnia upływa nam na błogim leniuchowaniu na tarasie hotelu.     

  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Skalne grzyby w Rezerwacie Dana.
  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Kosmiczny krajobraz rezerwatu Dana.
  • Rezerwat Dana
  • Orły nad naszymi głowami.
  • Orły
  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Rezerwat Dana
  • Marsz po skalnych platformach.
  • Rezerwat Dana
  • Marsz po skalnych płytach.
  • Skalne grzyby.
  • Rezerwat Dana
  • Rośliny rezerwatu Dana.
  • Rośliny rezerwatu Dana.
  • Rośliny rezerwatu Dana.
  • Rośliny rezerwatu Dana.

Z Dany taksówką przejeżdżamy do Wadi Musa, gdzie znajdują się ruiny starożytnego miasta Petra. Lokujemy się w hotelu poleconym przez przewodnika w Danie. Hotel jest przyzwoity, prowadzi go Francuska. Jesteśmy kilkaset metrów od głównego wejścia do Petry. Po kąpieli wyruszamy na zwiedzanie miasta.

Przy wejściu kłębi się międzynarodowy tłum. Ruszamy przez wąski kanion (siq) do dawnego miasta. Już po drodze mijamy pierwsze grobowce, odnajdujemy ślady po dawnych akweduktach. Po pokonaniu kilometrowego szlaku kanion rozszerza się i przed nami ukazuje się - znany ze zdjęć i filmu z Indianą - wielki skarbiec. Jest imponujący, ale jeszcze bardziej imponująca jest masa turystów stojąca przed nim. Szybko ewakuujemy się w dalsze części miasta. Po drodze podziwiamy wspaniałe fasady dawnych grobowców, fakturę skał i ich zupełnie fantastyczne kolory. Wysoka temperatura utrudnia marsz. Kryjemy się w cieniu wielkich budowli i kolumn, co kilka kroków sięgamy po kolejny łyk wody, który tylko na chwilę gasi pragnienie. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem dawnego miasta, jego rozległości. Popołudniu, kiedy słońce zaczyna chylić się ku zachodowi, a skały nabierają fantastycznych odcieni czerwieni, wchodzimy na tzw. wyżynę ofiarną. Wspinamy się po schodach wykutych w skałach, przechodzimy pod skalnymi baldachimami. Tu turystów jest niewielu. Kiedy stajemy na wysokiej półce skalnej, górującej nad miastem, mamy pod stopami niemal całą Petrę. Dopiero stąd widać ogrom starożytnej metropolii. Wracamy w dół do głównego traktu. Kończy się dzień, ubywa turystów. Po powrocie do Wadi Musa jemy kolację w jednej z knajpek, oglądamy dywany, które oferują lokalni sprzedawcy. Kładziemy się wcześnie, aby nazajutrz tuż po wschodzie słońca wejść ponownie do Petry.

Na drugi dzień zaraz po otwarciu wejścia wkraczamy do Petry. Oprócz dosłownie kilku osób nie ma tu nikogo. Spokojnie możemy fotografować to, co wczoraj zasłaniały tłumy turystów. Jest czas na refleksję, na milczenie, na słuchanie. Ponownie przemierzamy główny trakt miasta. Nie ma jeszcze dziesiątek sprzedawców, czyhających na turystów. Miasto budzi się dopiero do życia. Kiedy wracamy, tłum gęstnieje. Za chwilę zacznie się kolejny dzień w turystycznej fabryce!Żegnamy Petrę i Wadi Musa. Autobusem docieramy do Ammanu.

  • Petra - Skarbiec Faraona
  • Petra - Skarbiec Faraona
  • Petra - Skarbiec Faraona
  • Petra - Skarbiec Faraona
  • Petra - Skarbiec Faraona
  • Teatr
  • Petra7
  • Petra - niezwykłe kolory skalnych ścian
  • Petra - faktura ścian
  • Petra - sprzedawca pamiątek
  • Petra - grobowiec Jedwabny
  • Petra - grobowiec Jedwabny
  • Petra - skalne detale
  • Petra - nie tylko nas zmęczył upał
  • Petra - tradycja tradycją, ale trzeba być na bieżąco
  • Petra - Wielka Świątynia
  • Petra zachwyca kolorami skał
  • Petra
  • Petra - Wyżyna Ofiarna
  • Petra
  • Petra
  • Petra
  • Petra
  • Petra - grobowiec przed wąwozem prowadzącym do miasta
  • Petra
  • Petra
  • Petra - nowoczesność i tradycja
  • Petra
  • Petra

Amman w pierwszej odsłonie przed kilkoma dniami zrobił na nas przytłaczające wrażenie. Tym razem mamy nadzieję na lepsze powitanie. Z dworca autobusowego na skraju miasta przejeżdżamy taksówką do hotelu. Po drodze widzimy, że miasto ma ładne nowoczesne dzielnice. Nasz hotel jest z gatunku tych przytłaczających i nieświeżych, ale nie mamy ochoty i siły szukać czegoś lepszego. Tym bardziej, że lokalizacja jest znakomita. Kilka domów dalej znajduje się biuro syryjskiej firmy przewozowej, w której kupujemy bilety na autobus do Damaszku. Stąd też będzie na drugi dzień rano odjeżdżał autobus. Nie będziemy więc musieli zamawiać taksówki i martwić się o dojechanie na czas. Po kupieniu biletów jemy shormę w lokalnej knajpce. Jest smaczna, więc pozwalamy sobie na podwójną porcję. Po posiłku zwiedzamy meczet Króla Ad Allaha. Następnie schodzimy w dół do ruin teatru rzymskiego, odnajdujemy meczet Króla Husajna, robimy drobne zakupy. Jakoś lepiej niż w trakcie pierwszej wizyty chodzi nam się po mieście. Kiedy robi się ciemno wracamy do hotelu. Czujemy, że nasza podróż dobiega końca.

  • Amman
  • Amman
  • Targowisko
  • meczet Króla Ad Allaha
  • coś dla pań
  • ulica Ammanu

Myśl o powrocie do Damaszku napawa nas dużą radością. Właściwie czujemy się trochę tak, jakbyśmy wracali do siebie, do domu. Mamy już zarezerwowany dobrze wspominany Ghazal Hotel, więc nie musimy martwić się o nocleg. Podróż z Ammanu tym razem trwa niewiele ponad 5 godzin.

Po Jordanii Syria wydaje nam się zielona i kwitnąca. To nic, że po wyjściu z autobusu nie możemy dogadać się z kierowcą taksówki. Nie rozumie naszej wymowy nazwy ulicy, przy której stoi hotel. Ale i tak wiemy, że tu nie zginiemy. Po karkołomnych wyjaśnieniach udaje nam się dojść do porozumienia. Przebijając się przez korek w centrum, trafiamy pod pomnik Salladyna przed głównym sukiem. Stąd już na piechotę docieramy do naszego hotelu. Po kąpieli ruszamy do miasta. Znów odwiedzamy lodziarnię w głównym suku. Potem szukamy małego dywanu jako pamiątki z podróży. Trafiamy do prażalni orzeszków. Sprzedający tu starszy pan częstuje nas migdałami i orzeszkami, obtaczanymi w różnych przyprawach. Wszystko jest znakomite. Kupujemy kilka rodzajów tych smakołyków. W drodze powrotnej kupujemy jeszcze tradycyjne mydła, wyrabiane z oliwy z oliwek.

Z zakupami postanawiamy jeszcze raz odwiedzić Meczet Umajjadów i odpocząć na jego dziedzińcu. Siadamy na połyskującej posadzce i obserwujemy pielgrzymów. Kiedy zbliża się zachód słońca, dziedziniec meczetu pustoszeje. W lśniącej posadzce odbijają się światła zapalonych reflektorów. Głos muezina zwiastuje koniec dnia. Wieczorem pijemy herbatę i soki z lemonek w knajpce przy urokliwej Sharia Suk Saroujah tuż za naszym hotelem. To miejsce, gdzie wieczorami spotykają się głównie turyści i syryjscy studenci. Jest tu wiele lokalnych knajpek, piekarnie, małe warsztaty.

Na drugi dzień rano wychodzimy z hotelu bez śniadania. W ramach porannego posiłku wstępujemy na herbatę do knajpki przy Suk Saroujah. W małej piekarni kupujemy ciepłe, niezwykle smaczne drożdżowe chlebki. Właściciel piekarni zaprasza mnie do środka, abym zrobiła zdjęcia. Posileni idziemy do Muzeum Narodowego. Po drodze odkrywamy nowe oblicze Damaszku: nowoczesne dzielnice z ciekawą zabudową, piękne kamienice z ogrodami, nowoczesne sklepy. W muzeum podziwiamy zbiory prehistorycznych figurek, pierwsze zapiski alfabetu, fragmenty tkanin odkrytych w grobowcach Palmyry. Obiad jemy w znanej nam już kebabowni ulicznej. Popołudnie spędzamy w knajpce przy Suk Saroujah, gdzie delektujemy się sokami z limonek. Pijemy ostatnią herbatę w Syrii i żegnamy gościnne miasto. Pozostaje nam już tylko spakować się przed odlotem. O północy przyjeżdża po nas zamówiona wcześniej taksówka. Przez nocne miasto, które nie śpi, jedziemy w kierunku lotniska.

Żegnamy z żalem świat, który jeszcze kilkanaście dni temu był obcy. W myślach wypowiadamy pełne nadziei "do zobaczenia". 

 

Bliski Wschód nie ma dziś dobrej opinii w zachodnim świecie. Postrzegany jest przez telewizyjne obrazy zamachów i demonstracji, stan niepewności i zagrożenia. Od środka wygląda jednak zupełnie inaczej. Jest pełen barw, zapachów i smaków. Potrafi oczarować i uzależnić.

Pierwsze zderzenie z arabskimi miastami to jak wkroczenie do krainy chaosu. Przywykły do europejskiego porządku umysł nie potrafi odnaleźć się wśród trąbiących samochodów, ludzi przechodzących przez jezdnię w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, tłoczących się bez ładu przed wejściem do autobusu. Każdy kolejny dzień to odkrywanie klucza do zrozumienia tego obcego świata i rosnąca satysfakcja, że da się po nim poruszać. Na koniec to rozsmakowanie w fantastycznej kuchni, uśmiech życzliwych ludzi i kolorowe obrazy, do których tęskni się po powrocie.

  • Bliskowschodnie zapachy...
  • kolory...
  • smaki...

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. kasai.eu
    kasai.eu (07.02.2011 13:04) 0 + -
    Pięknie napisane! Po Twoim tekście jeszcze bardziej się ciesze na wyjazd do Damaszku! Pozdrawiam
  2. lutka1
    lutka1 (25.06.2010 10:18) 0 + -
    Dziękuję za miłe słowa! :-)
  3. rebel.girl
    rebel.girl (24.06.2010 21:18) +1 + -
    naprawdę fantastyczna relacja!! oj, jak wspaniale wrócić wspomnieniami do tych wszystkich miejsc... ;)
    będę smakować po kawałku.
lutka1

lutka1


Punkty: 5415