Ajax Loader Ładuję ...

Sri Lanka

. 2010-02-05

Wylecieliśmy. Trasa przelotu: Wrocław – Frankfurt – Doha (Katar) – Colombo SL.

Do Frankfurtu dofrunęliśmy rzęchem z wielkimi śmigłami, by potem wsiąść do naprawdę nowoczesnego i wypasionego erkrafta linii katarskiej. Indywidualne monitory dla każdego z pasażerów, a do nich piloty z możliwością np. grania w gierki komputerowe; masa dobrej muzyki i filmów (często premierowych) do wyboru, świetne żarełko, miłe i ładne stewardessy. W Dosze trzy godziny przerwy między lotami na spędzone na lotnisku na suchej, jałowej pustyni, a potem jeszcze jeden lot znakomitymi liniami katarskimi. Tym razem było wyjątkowo turbulencyjnie. Aż do przykrego poczucia głębokiego niepokoju. Sen pomógł to przeżyć.

Lotnisko w Colombo cichuteńkie i tak puste, jakby ze trzy samoloty dziennie tu lądowały. Wymieniamy walutę i u pośrednika na lotnisku organizujemy dojazd do miasta i nocleg. Jesteśmy bardzo skłonni do kompromisów, wszakże długa podróż za nami, a na zewnątrz szybko zapadający (ok. dziewiętnastej) zmierzch. Ładujemy się do taksówki, której drzwi kierowca otwierał śrubokrętem, hmmm…  Wcześniej dał nam do poczytania ów drajwer guestbook’a, czyli zeszyt z wpisami zadowolonych, a pochodzących z różnych krajów klientów. To ma uwiarygodniać jego ofertę i zaświadczać o wysokiej jakości świadczonych przezeń usług. Jak się potem okazało, guestbook’i to nader często stosowany sposób na poświadczenie wysokich kwalifikacji.

Docieramy do niby hotelu, który po prawdzie jest dużym mieszkaniem z paroma pokojami dla gości. Krótka wyrypa na brzeg oceanu i nocny spacer betonową promenadą. I pierwsze przekąski od tutejszych sprzedawców z wózków. Chcesz poznać prawdziwy obraz kulinariów kraju, do którego trafiłeś – jedz na ulicy! Mimo lekkodusznego braku jakichkolwiek szczepień, hołduję tej zasadzie. 

Pierwsze wrażenia kulinarne? Jest pikantnie. To dobrze. Lubię tak :)

  • 239323 - Colombo
Sri Lanka

.. 2010-02-07

Uciekł nam pociąg do Anuradhapury, więc wsiedliśmy w ciapąg do Kandy. Co to za różnica na początku podróży… Trzy godziny w wagonie. Duchota. Pociąg rozkołysany niemiłosiernie. Po drodze wielu sprzedawców owocowych nawiedzających nasz wagonik, wielu przekąskowych oraz (!) jeden śpiewak z tamburynem. A na samym dworcu kolejowym, jeszcze przed wejściem do pociągu – organizatorzy miejscówek. Czyli załatwiacze miejsca siedzącego. I to za (przez chwilę przynajmniej) darmo. Ale jednak nie za darmo – sprytny pan oczekiwał datku za usługę zajęcia miejsca, a był on niesłyszący, co zaświadczał kserokopią (!) rysunku (!) szkoły dla niesłyszących. Taaa….

Na stacji docelowej dziewczyny zostały zaskoczone kibelkami w postaci dziur w podłodze. Tam też naszedł nas Nasur – kierowca tuk-tuka. Miał nas tylko za grosze zawieźć do dzielnicy hotelowej, a zawiózł do zaprzyjaźnionej gospodyni pensjonatu. Ale że było tu miło i schludnie, niedaleko do centrum, a i cena przyzwoita, to zostaliśmy.

Zrzuciliśmy bagaże, przeszliśmy się do centrum Kandy, mnie upatrzył miły skądinąd koleś, który po półgodzinie rozmowy wyjawił, że zależy mu, byśmy zaszli do jego sklepu z batikami. Uparty i metodyczny był nad wyraz. Wedle dziewczyn – zakochał się, jak nic. Nie wiem, nie wiem, w każdym razie nawet mnie (cierpliwego i bardzo trudnego wytrącić z równowagi) zaczął irytować. Odwiedziliśmy ogromnie ważną dla Lankijczyków, bo przechowującą świętą relikwię w postaci zęba Buddy (mało wiarygodna rzecz, no ale niech im będzie… w każdym razie, jak się później dowiedzieliśmy, podobnych świątyń jest w świecie co najmniej trzy; sam Budda został spopielony po śmierci, a wątpliwe jest, by ktoś mu zęba wydłubał za jego życia… skąd zatem te relikwie?). Czekanie długie w kolejce.  Zęba żadnego nie widać, bo umieszczony w siedmiu opakowaniach (coś na zasadzie matrioszki). Na szczęście sama świątynia jest warta zobaczenia. A i obrządki w niej poczyniane to też niesamowite wrażenie.

Coś trudno tu łyknąć piwa wieczorem. Trafiamy do knajpki dla tylko turystów. Cena wygórowana – coś około 12 zł za butelkę, no ale niechże już będzie.

Do noclegowni musieliśmy pomknąć okrężną drogą, bo najkrótsza została zamknięta przez policję. A ta wiodła wokół jeziora i to pod ostrzałem dżunglowych wron! Marta trafiona, Eliza trafiona, ja oberwałem tylko w plecak.

Ustalamy z gospodynią plan wycieczki na następny dzień i kwestię śniadań. Tu uwaga socjologiczna, którą wreszcie z pełnym przekonaniem mogę wygłosić – Lankijczycy, jeśli mają do czynienia z grupą ludzi, wszelkie sprawy, ustalenia, pytania, ale też i rachunki niosą do faceta. Nie będę tego tematu rozwijał. Taka kultura i już.

PS 1.

Przekąski w pociągu pakowane są wyłącznie w torebki z kartek wyrwanych ze szkolnych zeszytów. A na kartkach szlaczki, dziecięce rysunki, ćwiczenia z kaligrafii. Urocze.

PS 2.

Bilety do pociągu oczywiście są. Konduktorów zaś nie ma. Jak to działa? Musisz oddać bilet przy wyjściu z docelowego dworca. Jeśli nie masz biletu do zwrócenia – masz poważne kłopoty. Hmm.

  • 239328 - Kandy
  • 239329 - Kandy
  • 239330 - Kandy
  • 239332 - Kandy
  • 239335 - Kandy
  • 239341 - Kandy
  • 239342 - Kandy
  • 239343 - Kandy
  • 239344 - Kandy
  • 239348 - Kandy
  • 239349 - Kandy
  • 239350 - Kandy
  • 239351 - Kandy
  • 239353 - Kandy
  • 239356 - Kandy
  • 239361 - Kandy
  • 239363 - Kandy
  • 239364 - Kandy
Sri Lanka

... 2010-02-08

Pobudka o 6.30. Śniadanie typu kontynentalnego, a punktualnie o ósmej zjawia się umówiony kierowca tuk-tuka. TUK-TUK! Fajoszka i masakra zarazem. Muszę dowiedzieć się więcej o tych maszynkach, a i poprowadzić spróbuję, jeśli nadarzy się okazja. Choć jeżdżenie tutaj to prawdziwie wolna amerykanka – obowiązuje niepisane ‘prawo silniejszego’, wyprzedza się gdzie popadnie, spychając przy tym na pobocze wolniejszego i mniejszego.

Zatem tuk-tukiem nawijamy dziś sporo kilometrów, a po drodze czekają nas liczne atrakcje. Raz żąda się od nas pieniędzy za robienie zdjęć (jeżozwierze na smyczach przy drodze specjalnie tu po to przywleczone), innym razem żąda się od nas kasy za zdjęć nierobienie (ogromny Budda przy drodze, którego strażnik zabronił fotografowania usiłując za to sprzedać marnej jakości zdjęcia tego miejsca; wywiązała się zresztą awantura z naszym kierowcą – biedak dostał ochrzan, że przywozi tutaj ludzi i zachęca do fotografowania niby świętego miejsca, a był to posąg, jakich przy drogach Sri Lanki mnóstwo i każdy można obfotografować do woli). Dalej ‘spice garden’ i masaż ajurwedyjski. Bardzo odprężający, a jużci. Niby za darmo, ale nie zapomnę oczu młodego masażysty proszących o napiwek. To prawdopodobnie jego jedyne źródło dochodów. Zwiedzanie ogrodu też za darmo, ale na końcu czekało nas usilne nakłanianie do zakupów w aptece medycyny naturalnej [nawiasem mówiąc, włoski na łydce, które mi usunięto podczas prezentacji naturalnego ‘hair remover’ do dziś mi nie odrosły – to działa!].

Potem wycieczka do schroniska dla słoni w Pinnewali, a po drodze mocny ‘tuk-tuk massage’, czyli jazda trójkółką po wertepach. Samo schronisko czy też sierociniec wzbudza we mnie mocno mieszane uczucia. Niby z jednej strony znajdują w nim opiekę słonie okaleczone, porzucone przez rodziców, nieprzystosowane do życia na wolności, z drugiej jednak strony są to zwierzęta, z którymi obchodzi się bezceremonialnie, ciągnie na siłę do pozowania z turystami do zdjęć, przywołuje do porządku za pomocą bosaków, a niektóre wiąże się za nogi łańcuchami. No nie wiem, czy są równie szczęśliwe, co turyści nimi zachwyceni.

W czasie drogi Nasur znienacka zagaduje nas o penis. „Ke??!” „Penis pipol” Spojrzeliśmy po sobie skonfundowani… Po dłuższej chwili okazało się, że chodziło mu o spanish people, bo chciał opowiedzieć o Hiszpanach, których woził przez tydzień po Sri Lance. Angielski tutaj bywa zabawny.

Dalej odwiedziliśmy fabrykę herbaty wraz z polami herbacianymi, fabrykę batików, po której oprowadziła nas niezwykle miła (i ładna) pani, która nie przyjęła napiwku (to był mały szok) za poświęcenie nam czasu, mimo że nie kupiliśmy też nic w przyfabrycznym sklepie oraz pracownię jubilerską – tu też nic nie zakupiliśmy, a na dodatek złamałem dopiero co zrobiony pierścionek. Cóż… Niestrudzony Nasur obwozi nas wszędzie, a do tego uczy paru słówek po sinhalsku [uprzedzam ewentualne uwagi - mam świadomość niepoprawności słowa ‘sinhalski’, ale poprawne ‘syngaleski’ zupełnie mi nie brzmi], w zamian za co poznaje ‘fajne’ i ‘arbata’. ‘Herbata’ jest dla niego za trudna do wymówienia. Przekleństw go oczywiście też nie uczyliśmy.

Dzień wieńczymy obejrzeniem lankijskich tańców ludowych w czymś na kształt domu kultury w Kandy. Były interesujące i widowiskowe. Zagrano i odśpiewano także hymn narodowy Sri Lanki, który robił wrażenie napisanego wczoraj podczas przerwy na lunch. Melodii w nim prawie nie było i nawet sami artyści mieli problemy z jego wyśpiewaniem.

Wpadamy jeszcze na małe co nieco do peerelowskiej w klimacie knajpy. Jest problem z zamówieniem kawy. Gdy w końcu ją dostajemy, okazuje się być… dziwnie zmodyfikowaną herbatą.

  • 239385 - Kegalle
  • 239388 - Kegalle
  • 239390 - Kegalle
  • 239393 - Kegalle
  • 239398 - Kegalle
  • 239400 - Kegalle
  • 239401 - Kegalle
  • 239403 - Kegalle
  • 239405 - Kegalle
  • 239406 - Kegalle
  • 239407 - Kegalle
  • 239408 - Kegalle
  • 239410 - Kegalle
  • 239411 - Kegalle
  • 239414 - Kegalle
  • 239415 - Kegalle
  • 239416 - Kegalle
  • 239417 - Kegalle
  • 239419 - Kegalle
  • 239421 - Kegalle
  • 239423 - Kegalle
  • 239424 - Kegalle
  • 239429 - Kegalle
  • 239432 - Kegalle
  • 239435 - Kegalle
  • 239442 - Kegalle
  • 239443 - Kegalle
  • 239444 - Kegalle
  • 239445 - Kegalle
  • 239446 - Kegalle
  • 239447 - Kegalle
  • 239448 - Kegalle
Sri Lanka

.... 2010-02-09

Kolejna objazdówka tuk-tukiem po okolicach. Zaczynamy od pięknego ogrodu botanicznego w Kandy. Daliśmy sobie nań trzy godziny, a mógłbym tam siedzieć zdecydowanie dłużej. Wypstrykaliśmy się zdjęciowo na maxa, przeżyłem wprost fotograficzny orgazm. Piękne, egzotyczne drzewa, kwiaty, palmy, skorpion z plastikowej butelki wypuszczony (do focenia za napiwek dla załogi ogrodu), przejście po wiszącym moście (stalowym niestety, a nie linowym), niezwykły ogród japoński, a nade wszystko i nade wszystkim – nietoperze. Narobiliśmy im zdjęć jak głupi w czapkę.

Potem odbyliśmy bardzo terenową podróż do buddyjskich świątyń rozsianych po okolicznych wzgórzach. Tuk-tuk naprawdę wiele potrafi; chwilami chcieliśmy grzecznie wysiąść, by niepozorna maszynka wjechała po stromiźnie, nie było jednak takiej potrzeby; trójkółka wyła niemiłosiernie, ale dziarsko parła pod górę. Świątynie okazywały się dość małe, niewystawne, bez przepychu. Każda z nich miała za centrum znaczny posąg Buddy oraz pagodę stanowiącą schronienie dla wiernych. Jedna świątynia była drewniana, inna murowana, osadzona na litej skale na szczycie wzniesienia. Najbardziej urokliwa była ostatnia, wprawdzie w remoncie, ale jeszcze nieodrestaurowana, przyjemnie stara i poszczerbiona zębem czasu. Wszystkie je zwiedzamy na – obowiązkowo – boso, co okazuje się wielką udręką, bowiem rozgrzane ostrym słońcem podłoże i nieprzyjemne skalne drobiny katują nasze stopy. I to nie jest przesada nadwrażliwca, tylko fakt. Jak faktem jest, że miejsca kultu Buddy można zwiedzać tylko bez butów, choć można pozostać w skarpetkach, i bez nakrycia głowy.

Odwiedzamy jeszcze wielonarodowościowy cmentarz żołnierzy służących pod angielską flagą, a poległych w czasie II wojny światowej. To bardzo schludne, zadbane, wyciszone miejsce. Groby ofiar pogrupowano wedle wyznań.

Zaliczamy też bardzo stromy podjazd do stóp wielkiego Buddy górującego nad miastem. Piękne widoki, mnóstwo przestrzeni.

Sri Lanka to kraj niezwykle sympatycznych, życzliwych ludzi. By zrobić komuś zdjęciem wystarczy spytać gestem bądź wprost zdjęcie zrobić i potem podziękować czy pomachać przyjaźnie ręką. Oni zawsze odmachują i odwzajemniają uśmiech. Ba! Często nawet dziękują za zrobienie im zdjęcia! U stóp wielkiego Buddy zaprzyjaźniłem się z niezwykle sympatyczną rodzinką. Były zdjęcia, uśmiechy, noszenie dziewczynki na ręce. Na koniec stała się rzecz, która wprawiła nas w małe osłupienie. Dziewczynka klękała przed nami i kładła ręce na naszych stopach. Czy to tylko oznaka zadziwienia białą skórą czy może gest ten coś znaczy dla wyznawców Buddy?

Ustalamy z naszym tuk-tuk drajwerem, że odwiezie nas jutro rano na dworzec, choć on usilnie starał się nakłonić nas do podróży jego wehikułem do Sigiriyi, gdzie zakładamy następny obóz, że posłużę się językiem alpinistów. Nic z tego. Raz, że drogo w porównaniu z autobusem; dwa, że sto kilometrów tuk-tukiem, nawet jeśli będziemy się zatrzymywać na „foto! foto!” i robić inne przerwy… nie, dzięki!

Trudno tu napić się dobrej kawy. Podobnie trudno jest z kupnem alkoholu. Tylko przez przypadek trafiliśmy na monopolowy. Były to dobrze schowane stoiska na tyłach „supermarketu”. Obraz, jak tam zastaliśmy, był dość osobliwy. Brudno, śmiecisto, do okienek za kratami (!) okrutna kolejka. Ale – uwaga! – jest też osobne stoisko dla obcokrajowców. Bez żartów. Miejscowy chciał tam kupić przede mną i odesłano go z kwitkiem. Ja kupiłem od razu, bez problemów, bez kolejki. Wyznam, że czułem się trochę nieswojo, bo jakże to tak? Oni u siebie, a na parszywych zasadach, a tu pan turysta traktowany o klasę lepiej. Żebym jeszcze miał zapłacić więcej za te zakupy… Nie, cena była taka sama. Eh…

Piwo tylko w butelkach o objętości 625ml. Lion, Carlsberg i Three Coins. Innych nie ma. Żadnych tam importowanych, żadnych tam w puszkach. No i jest stosunkowo drogie dla Lankijczyków. Oni raczą się raczej arrackiem pozyskiwanym z kwiatów palm kokosowych, takim niedrogim lankijskim whisky.

A! Wychowanie w trzeźwości musi tu być mocno wcielane w życie, bowiem nie dość, że trudno alkohol nabyć, to i w knajpach go na ogół nie uświadczysz (poza tymi nastawionymi na obcokrajowców), i sztajfa na ulicy nie zobaczysz, i nikt z otwartą butelką piwa koło ciebie nie podrepta. [jak się później okaże – tutaj się pija, czasem nawet sporo, tyle że w miarę dyskretnie]

  • 239452 - Kandy
  • 239453 - Kandy
  • 239454 - Kandy
  • 239455 - Kandy
  • 239456 - Kandy
  • 239457 - Kandy
  • 239458 - Kandy
  • 239459 - Kandy
  • 239461 - Kandy
  • 239462 - Kandy
  • 239463 - Kandy
  • 239464 - Kandy
  • 239465 - Kandy
  • 239467 - Kandy
  • 239468 - Kandy
  • 239469 - Kandy
  • 239470 - Kandy
  • 239471 - Kandy
  • 239472 - Kandy
  • 239473 - Kandy
  • 239474 - Kandy
  • 239475 - Kandy
  • 239476 - Kandy
  • 239478 - Kandy
  • 239479 - Kandy
  • 239480 - Kandy
  • 239481 - Kandy
  • 239482 - Kandy
  • 239485 - Kandy
  • 239487 - Kandy
  • 239489 - Kandy
  • 239491 - Kandy
  • 239492 - Kandy
  • 239493 - Kandy
  • 239494 - Kandy
  • 239495 - Kandy
  • 239498 - Kandy
  • 239503 - Kandy
  • 239504 - Kandy
  • 239505 - Kandy
  • 239506 - Kandy
  • 239508 - Kandy
  • 239509 - Kandy
  • 239510 - Kandy
  • 239513 - Kandy
  • 239514 - Kandy
  • 239515 - Kandy
  • 239517 - Kandy
  • 239518 - Kandy
  • 239520 - Kandy
  • 239522 - Kandy
  • 239523 - Kandy
  • 239524 - Kandy
  • 239525 - Kandy
  • 239529 - Kandy
  • 239530 - Kandy
  • 239532 - Kandy
  • 239533 - Kandy
  • 239535 - Kandy
  • 239536 - Kandy
  • 239538 - Kandy
  • 239540 - Kandy
Sri Lanka

..... 2010-02-10

Zerwaliśmy się o szóstej rano, by zdążyć na poranny autobus. Ciemno za oknem. Jak na wstawanie to jakoś tak wczesna ta pora, niewczasowa zupełnie, no ale przyjmijmy, że jesteśmy w aktywnej podróży, a nie tylko na leniwych wczasach ;) Żegnamy się niewylewnie z panią gospodynią dość bogatego jak na tutejsze standardy lankijskiego domu (w końcu mąż to doktor, a w garażu nowe auto, w domu markowe sprzęty AGD…). Nie całkiem sympatyczna pani orżnęła nas trochę na śniadaniach, no ale niechże jej już będzie. Ostatni kurs z za to sympatycznym Nasurem, który dziś zaproponował nam niższą, ale wciąż wysoką względem komunikacji zbiorowej, cenę za podróż do Sigiriyi. Pakujemy się do autobusu. Nazbyt komfortowo nie było, ale też nikt z nas tego nie oczekiwał. Za pokonanie stu kilometrów za 2 zł gotowi jesteśmy znieść brak luksusów ;D Zresztą gdyby tylko nie dziecko i jego mama womitujący przed nami (za okno, w czasie jazdy; jest to tutaj dość powszechne i niebudzące zgorszenia zjawisko; wiele autobusów jest z tego powodu oryginalnie okraszonych poniżej linii okien) byłoby naprawdę cudownie.

Po dwóch godzinach jazdy docieramy na miejsce. Cel okazuje się maleńką wioską na rozdrożu głównych dróg. Z walichami spacerów urządzać nie zamierzamy, więc jeden z nielicznych tu tuk-tuków zawozi nas do hoteliku rekomendowanego przez ‘lonely planet’. Warunki godne, cena bardzo dobra, restauracyjka na dole – bierzemy! Nazwa tego lokum mylnie sugeruje hotel z sieci: Sigiri Holiday Inn. Musiał mieć właściciel duże poczucie humoru :)

Mamy jeszcze pół dnia do zagospodarowania, więc walimy tuk-tukiem do Sigiriya Rock. To tylko dziewięć kilometrów stąd. Miejsce okazuje się być imponujące. To wielka, oryginalna w formie skała, na którą wdrapujemy się, choć upał jest nieznośny. Po drodze na wierzchołek dwie kontrole biletów i, o dziwo, nieliczni i nienatarczywi sprzedawcy pamiątek. Przechodzimy przez wrota z wykutych w skale lwich łap. Droga ‘do’ bardzo ładna, ale widoki z góry jeszcze ładniejsze. Na rozległym szczycie stał niegdyś potężny pałac, dziś pozostały tylko ruiny i piękne pejzaże. Zaiste, ładne to miejsce na ziemi.

Napotykamy też pierwsze małpy:) Słońce skryło się za chmurami, robi się nieco chłodniej; nie, nie, to nie jest dobre określenie… Robi się mniej upalnie. Ruszamy więc z buta w kierunku naszej noclegowni. Bardzo przyjemny spacer. Ludzie w bramach swych domostw (bardzo ubogich na ogół, często lepiankach) zaczepiali nas przyjaznym ‘hello’ i ‘where are you going’. Niektóre dzieciaki dopominały się cukierka lub długopisu. W głowie mam myśl, by kupić koniecznie takie drobiazgi na następne razy [zrewidowaną później]. Prawie każdy spotkany człowiek nas zagadnął i prawie nikt nie chciał nam niczego sprzedawać czy nas podwozić. Super! Przyznam jednak, że choć człek ze mnie cierpliwy, to i mnie już zaczęło irytować ciągłe odpowiadanie na te same pytania. Toteż gdy jeden z lokalsów dopytywał ‘where are you from?’, rzuciłem ‘from Poland. And you??!’ Zaskoczony Lankijczyk stropił się nieco, by wreszcie wyznać z uśmiechem, że ze Sri Lanki. Ok, dobra odpowiedź. Pobawiłem się też po drodze z pieskiem, który jak dotąd był jedynym przez nas spotkanym wesołym, żywym, zaczepnym psiakiem. Inne, a jest ich na tej wyspie sporo, tylko śpią, a jeśli nie śpią, to i tak nie reagują na gwizd i zaczepki. Mało tego, nie raczą nawet człowieka obszczekać. Po tym, jak wyglądają, wnieść można, że mają tu  prawdziwie pieskie życie. Wychudzone, zapchlone, chore bidule. Ze strony ludzie spotykają ich tu raczej kopniaki, aniżeli karesy i przytulania. A poza tym wszystkie one są prawie tego samego typu kundlami, a różnią się jedynie umaszczeniem. Rasowych brak. Na smyczy pieska też nikt nie prowadza i kupki po nim nie sprząta.

Przyczepił się do nas po drodze młody, lekko wcięty rowerzysta imieniem Humara. Zapewniał, że tu wszystko jest jego i zapraszał do swego domu. Tyle od siebie, bo poza tym jego angielski polegał na wypowiadaniu pięciu słów w różnych konfiguracjach i powtarzaniu przez niego zadawanych mu pytań. Było zabawnie. No i łyknął, że jesteśmy z Albanii. Nie wiedział absolutnie, gdzie to jest i słyszał pewnie pierwszy raz w życiu, ale nie dawał tego poznać po sobie i zapewniał, że tak, że to 'nice country'. Często zdarzało się nam o Polsce później słyszeć takie opinie. Mimo że nikt poza własny region, a i kraj zapewne, nosa nie wyściubił. No ale dobrze zrobić wrażenia światowca.

Zrobiło się ciemno. W oddali niosły się zawodzące śpiewy muzułmanów. Mistyczność w powietrzu…

  • 239544 - Sigiriya
  • 239546 - Sigiriya
  • 239548 - Sigiriya
  • 239549 - Sigiriya
  • 239551 - Sigiriya
  • 239552 - Sigiriya
  • 239553 - Sigiriya
  • 239554 - Sigiriya
  • 239558 - Sigiriya
  • 239559 - Sigiriya
  • 239560 - Sigiriya
  • 239561 - Sigiriya
  • 239562 - Sigiriya
  • 239563 - Sigiriya
  • 239565 - Sigiriya
  • 239568 - Sigiriya
Sri Lanka

...... 2010-02-11

Siedzę na werandzie hoteliku, patrzę sobie na fikające po drzewach małpy. Czuję się błogo…

A małpy to naprawdę małpy. Absolutnie słusznie zasługuję na to miano, które przecież od nich się wywodzi. Bardzo wredne mają charakterki. Ale po kolei…

Nabieramy nawyku targowania się. Jest to tutaj zupełnie naturalny zwyczaj i na pewno warto. Zatem po sutym śniadaniu dajemy się zawieźć do Dambulli za 300, a nie 400 rupii. Mamy już duży bilet (za 50 dolarów) na prawie wszystkie główne atrakcje regionu nazwanego Cultural Triangle, lecz tutaj nie jest on niestety honorowany. Ciężko było znaleźć kasę, na szczęście Elizka się uparła, że płacimy tutaj, a nie być może na górze przed samym wejściem i miała absolutną rację. Trzebaby było wracać się całkiem spory kawałek. Bilet kupujemy znowu za dolary, ale tym razem, żeby było ciekawiej, dostajemy resztę w rupiach. Czyli tak, jak chcemy.

Świątynia jest buddyjska, więc trzeba przy wejściu zdjąć buty. Szczęściem dla nas dziś jest pochmurno i skalne podłoże nie parzy w stopy. Rock Temple to kompleks pięciu jaskiń z freskami naskalnymi i wieloma posągami Buddy z różnych epok. Zobaczyć zdecydowanie warto. Niektóre z posągów, czasem imponujących rozmiarów, to Budda w pozycji leżącej i jest to dla nas miła odmiana.

Przed schodami do jaskiń umieszczono ogromnego, siedzącego Buddę. Tablice informacyjne zapewniały, że największego na świecie. Przewodnik mówił, że nawet nie największego na Sri Lance. Ot, małe „naciągnięcie faktów”. Wysoki był w każdym razie na 30 metrów.

Odnotowujemy kolejny ciekawy zwrot z ‘lankijskiego angielskiego’ [słyszany zresztą później w takiej formie kilka razy]. Pani w muzeum buddyzmu, bardzo skromnym skądinąd, poprosiła nas delikatnie: „take your SUS off please…”.

Po kompleksie kręciło się sporo wycieczek. Zabawne były obrazki, gdy ich przewodnicy - rodowici, ciemnoskórzy Lankijczycy – oprowadzali grupy, posługując się przy tym płynnym, twardym niemieckim czy też dźwięcznym rosyjskim.

Pomiędzy turystami przechadza się wiele rozwydrzonych małp. Przyznaję, sam do ich rozwydrzenia przyłożyłem rękę i to dosłownie, bowiem udało mi się karmić z ręki jedną z nich. Nie wiedzieliśmy o małpach pewnych rzeczy, zatem zaskoczyła nas sytuacja, jakiej byliśmy świadkami. Otóż pewna wredna małpa zaatakowała niczego niespodziewającego się chłopca. Miał on w ręku dopiero co kupioną przekąskę. Małpa, sprytnie widząc, że ma do czynienia z dzieckiem, podbiegła szybko do niego, wspięła się po nim i błyskawicznie wyrwała mu łakocia z ręki. Jeden z widzących to sprzedawców pamiątek chwycił kamienie, jakie miał po ręką i cisnął nimi za małpą. Przy czym głazy były tak wielkie, że gdyby trafił, to by pewnie zabił stworzenie. Niecodzienne dla nas zdarzenie musiało się tu rozgrywać wielokrotnie, bowiem przyuważyłem później, że wiele małp jest nieco ‘uszkodzonych’. Dużo ryzykują, ale podejmują to ryzyko.

Od sprzedawcy z ręki kupiłem dwa tiszerty. Lubię przywozić koszulki z miejsc, w których bywam, tu tymczasem bardzo kiepsko jest z tego typu pamiątkami. Nie dość, że wybór jest praktycznie żaden, to jeszcze jak coś się trafi, jak mnie dzisiaj, to jakość jest tak fatalna, że nie warte są te rzeczy po prawdzie nawet swoich pieniędzy.

Urządzamy jeszcze spacer w miasto. Znajdujemy pocztę, kupujemy tanie znaczki (po ok. 50 gr. na kartkę do Polski) i szukamy jakiejkolwiek jadłodajni. I tu zdziwienie. Ruchliwe centrum sporego miasteczka, a nie ma gdzie przysiąść na obiad! Ładujemy się w tuk-tuka i walimy do nas na wioskę. Obiad fundujemy sobie w konkurencyjnej względem naszej restauracji przy hotelu o wdzięcznej nazwie ‘Eden Garden’. Posiłek, jak to często tutaj, ma postać wielkiej miski i ryżu i kilku mniejszych miseczek z różnymi sosami, w tym obowiązkowo curry, przecierami i jakimś mięsiwem do ryżu. Komponujesz dowolnie. I najesz się zawsze i smacznie. Pewną upierdliwością natomiast było ciągłe stanie kelnera nad naszymi głowami. Mnie nawet poukładał potrawy na talerzu według jego 'widzimisię'. Jasne, że każdy chce zapracować na suty napiwek, ale to było małe przegięcie.

Nabawiam się odcisków, to boli, eh. Moje sandały słabo dają radę w tym klimacie. To dziwne.

  • 239571 - Dambulla
  • 239575 - Dambulla
  • 239576 - Dambulla
  • 239577 - Dambulla
  • 239579 - Dambulla
  • 239580 - Dambulla
  • 239581 - Dambulla
  • 239582 - Dambulla
  • 239583 - Dambulla
  • 239584 - Dambulla
  • 239585 - Dambulla
  • 239586 - Dambulla
  • 239588 - Dambulla
  • 239589 - Dambulla
  • 239590 - Dambulla
  • 239591 - Dambulla
  • 239592 - Dambulla
  • 239593 - Dambulla
  • 239595 - Dambulla
  • 239596 - Dambulla
  • 239597 - Dambulla
  • 239598 - Dambulla
  • 239604 - Dambulla
  • 239606 - Dambulla
  • 239607 - Dambulla
  • 239609 - Dambulla
  • 239610 - Dambulla
  • 239611 - Dambulla
  • 239612 - Dambulla
  • 239614 - Dambulla
  • 239615 - Dambulla
  • 239616 - Dambulla
  • 239617 - Dambulla
  • 239619 - Dambulla
  • 239620 - Dambulla
  • 239621 - Dambulla
  • 239622 - Dambulla
  • 239623 - Dambulla
  • 239624 - Dambulla
  • 239625 - Dambulla
  • 239626 - Dambulla
  • 239627 - Dambulla
  • 239628 - Dambulla
  • 239629 - Dambulla
  • 239631 - Dambulla
  • 239632 - Dambulla
  • 239635 - Dambulla
  • 239637 - Dambulla
  • 239639 - Dambulla
  • 239641 - Dambulla
  • 239643 - Dambulla
  • 239646 - Dambulla
  • 239647 - Dambulla
  • 239649 - Dambulla

Uwagi kulturoznawcze ;)

Nie mają tu ludzie telewizorów, ni radiów na ogół. Nie byliśmy w wielu mieszkaniach, ale że z ulicy widać wiele, to wrażenie jest nieodparte. Za to niemal wszyscy mają telefony komórkowe. I używają ich często. Widać, rozmowy muszą być bardzo tanie. Doładowania można kupić u sprzedawców z ręki czy nawet z motoru. No i jeszcze to – Lankijczycy często długo celebrują moment odebrania komórki. Gdy ktoś dzwoni, zwlekają z odbiorem, przypatrują się przeciągle, kto tam się dodzwonić próbuje, napawając się przy tym dźwiękami ustawionej w aparacie muzyczki.

Rzadko chodzi się tutaj w pełnych butach. Na ogół nosi się klapki, często chodzi boso. To oczywiste w tym klimacie. I przy tym poziomie życia.

Uprzejmość wobec kobiet się zdarza, a jakże. Właściwie jedyny jej przejaw, jaki do tej pory zaobserwowałem, to kiedy pani wsiądzie do autobusu, a miejsc wolnych nie ma, to uprzejmy pan… weźmie jej bagaż na swe kolana. Pani niech sobie stoi. Hm.

Jazda środkami masowego rażenia to nadzwyczaj tani sposób na sprawne przemieszczanie się, wobec którego nawet tuk-tuki wydają się dość drogie (np. za podróż z Kandy do Sigiriyi zapłaciliśmy po 82 rupie od głowy, a tuk-tukowiec chciał 4, no ostatecznie 3 tysiące rupii). Średni koszt przebycia 100 km pociągiem czy autobusem, to po przeliczeniu ok. 3 zł. Cudnie!

Niewygody takiego podróżowania są niewielkie. Autobusy wprawdzie wiekowe i zdezelowane, a jazda szaleńcza, ale zdecydowanie warto. Dziś byliśmy świadkami kłótni między dwoma kierowcami tutejszych „pekaesów”, gdyż jeden zajechał wyjazd z „dworca” tak, że unieruchomił wszystkich za nim. Oczywiście nie przejął się tym zbytnio, mimo poganiania donośnym trąbieniem. No co inny kierowca zdenerwował się srodze, a że oba jechały w tym samym kierunku, to trafił nam się festiwal złośliwości drogowej. Zajeżdżanie drogi uniemożliwiające wyprzedzenie, objeżdżanie stojącego konkurenta po chodniku, nieustanne trąbienie na siebie wzajem. Istne rodeo!

Wracaliśmy dziś z Anuradhapury autobusem dalekobieżnym. Różnica między takim, a zwykłym polega na tym, że ten nie zatrzymuje się co pięćdziesiąt metrów, ma mocniejszy silnik, przez co potrafi jechać szybciej, niż inni, a kierowca ma jeszcze więcej fantazji, niż pozostali. Rzadkie chwile na przerwy w trąbieniu oznaczają, że kierowca właśnie zmienia biegi, może odbiera telefon. Styl jazdy we wszystkich autobusach jest podobny: ostry ogień na tyle, na ile te maszyny potrafią i potem ostre, bezpardonowe hamowanie.

System sprzedaży biletów znany i już widziany, czyli wsiadasz, zajmujesz miejsce, o ile jest, a pomocnik kierowcy przychodzi do ciebie z kasą, czasem nawet fiskalną i inkasuje należność. Przy czym w ręce trzyma na ogół gruby plik już zebranych pieniędzy.

Dostaliśmy się zatem dziś za grosze do Anuradhapury i choć pierwotnie mieliśmy zamiar wypożyczyć rowery i objechać rozległy, interesujący nas teren, to po porównaniu ofert wybraliśmy objazd tuk-tukiem. Cena prawie jak za trzy rowery, a kierowca był jednocześnie naszym przewodnikiem, a tego już na rowerach byśmy nie mieli. Zatem zwiedzamy. Dagoba mała, duża, średnia, czasem ogromna, raz z betonu, innym razem usypana z ziemi bądź ulepiona z jakiejś gliny, tysiącletnia albo całkiem nowa, do wyboru, do koloru może mniej, bo są na ogół białe. Turystów zagranicznych niewielu. Poza kilkoma Chińczykami i niespodziewanie wycieczką z Polski (wiedzioną przez widzianego już przez nas w Kandy rezydenta Itaki bodajże) spotykamy w świętych miejscach jedynie pielgrzymów i szkolne wycieczki w jednakowych mundurkach.

Mimo powtarzalności, wszystkie te miejsca na pewno warto zobaczyć. No i stąpanie po gołych nawierzchniach nie było dziś uciążliwe, bo po pierwsze było pochmurno i choć duszno, to jednak przyjemnie, a po drugie chodziłem w skarpetkach, bo można. I pieprzone pęcherze nie dawały tak srodze znać o sobie.

Jedyny zawód, jaki nas tu spotkał, to najstarsze drzewo świata. Oczywiście nie oczekiwaliśmy żadnych cudów, ale powiedzmy sobie szczerze – wszystkie drzewa wokół, a były tego samego gatunku, wyglądały na starsze od akurat tego.  Miało ponoć dwa tysiące lat. Pewnie się nie znamy. A może to ściema podobna do tej z najwyższym Buddą świata. Nie wiem, nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Szału w każdym razie nie było. Wysnuliśmy teorię, że to prawdziwie stare drzewo stoi gdzieś opodal, ale dla odwrócenia od niego uwagi, okrzyknięto mianem najstarszego drzewa świata inny egzemplarz. Zdarzały się bowiem historie, i to już nie jest żart, że bezcenne i święte rzeczy były obiektem ataków terrorystycznych. Najbardziej znana historia to podłożenie bomby w 1998 roku w Świątyni Zęba Buddy w Kandy.

[doczytałem po powrocie, że to nie najstarsze drzewo świata, jak szumnie głosi się wszędzie, a niejako kontynuacja świętego drzewa pod którym kontemplował Budda; okaz ten pochodzi bowiem z nasion starego drzewa, które padło około półtora wieku temu, nie jest więc na pewno najstarszy, ale ma w miarę udokumentowane pochodzenie; podobnych świętych drzew, niekoniecznie najstarszych, jest w świecie kilka; eh, całe życie się człowiek uczy... głównie dystansu do np. tego typu rewelacji:) ]

Dowiedziałem się nieco o tuk-tuku z perspektywy użytkownika, a nie tylko pasażera. Jazda jest banalnie prosta. Jazda jak motocyklem, tyle tylko, że biegi zmienia się lewą ręką wraz z wciśnięciem klamki sprzęgła. Obie nogi można właściwie wystawić na zewnątrz, bo do jazdy nie są potrzebne. Jak zapewniał właściciel (choć chyba mocno przesadził, byśmy mieli wrażenie, że jazda tuk-tukiem naprawdę go dużo kosztuje; skłamał zresztą okrutnie, gdy pytałem o cenę paliwa, a to już mogłem sprawdzić), ma palić ok. 6 litrów mieszanki z olejem na 100km. Mocy kilkanaście koni mechanicznych. Może jechać nawet 80 km/h (w to to naprawdę szczerze powątpiewam). Ma cztery biegi i odpala się go pociągnięciem wielkiej wajchy. Nowy kosztuje 435.000 rupii, czyli ok. 4.000 $. Jest niezwykle popularnym środkiem transportu, taksówką, ciężarówką, pojazdem rodzinnym. Po Sri Lance jeździ ich ok. 3 miliony, podczas gdy zamieszkuje wyspę ok. 21 milionów ludzi. I wbrew nazwie rzadko robi ‘tuk tuk’. Tylko bardzo stare modele tak brzmią, inne przyjemnie mruczą.

  • 239652 - Anuradhapura
  • 239653 - Anuradhapura
  • 239654 - Anuradhapura
  • 239658 - Anuradhapura
  • 239659 - Anuradhapura
  • 239660 - Anuradhapura
  • 239661 - Anuradhapura
  • 239662 - Anuradhapura
  • 239663 - Anuradhapura
  • 239664 - Anuradhapura
  • 239665 - Anuradhapura
  • 239667 - Anuradhapura
  • 239669 - Anuradhapura
  • 239670 - Anuradhapura
  • 239672 - Anuradhapura
  • 239673 - Anuradhapura
  • 239674 - Anuradhapura
  • 239675 - Anuradhapura
  • 239676 - Anuradhapura
  • 239678 - Anuradhapura
  • 239679 - Anuradhapura
  • 239682 - Anuradhapura
  • 239683 - Anuradhapura
  • 239684 - Anuradhapura
  • 239685 - Anuradhapura
  • 239688 - Anuradhapura
  • 239689 - Anuradhapura
  • 239691 - Anuradhapura
  • 239692 - Anuradhapura
  • 239693 - Anuradhapura
  • 239694 - Anuradhapura
  • 239700 - Anuradhapura
  • 239702 - Anuradhapura
  • 239704 - Anuradhapura
  • 239705 - Anuradhapura
  • 239706 - Anuradhapura
  • 239708 - Anuradhapura
  • 239709 - Anuradhapura
  • 239712 - Anuradhapura
  • 239713 - Anuradhapura
  • 239714 - Anuradhapura
  • 239715 - Anuradhapura
  • 239716 - Anuradhapura
  • 239717 - Anuradhapura
  • 239718 - Anuradhapura

Dziś robimy ostatni duży punkt z Trójkąta Kulturalnego, czyli Polonnaruwę. Zakątek to niezwykle malowniczy, osadzony w puszczy, ale nie takiej gęstej i nieprzebytej, a dość ugrzecznionej i wypielęgnowanej. Kompleks przeznaczony do zwiedzania to kiedyś prężne i potężne miasto, które rozkwitało od III do X wieku naszej ery, a teraz jest zbiorem nieźle czasem zachowanych ruin, w które z biegiem czasu wdarła się dżungla. O przystrzyżoną ładnie trawkę dbają tutaj pasące się samopas chude, małe krówki i byczki.

By dotrzeć na miejsce, zapakowaliśmy się do znowu nieprzyzwoicie taniego autobusu, z tym że już po paru minutach jazdy zatrzymaliśmy się przy barze (bary i restauracje dość niefortunnie nazywa się na Sri Lance ‘hotel’ami, hotele zaś noszą nazwę ‘guesthouse’ów). I to na niespełna pół godzinki. Uroczo. Za to później kierowca gnał jak szalony. Przyuważyłem, że klakson to tak ważny tu element wehikułu, że w tym autobusie była to długa wajcha, której koniec znajdował się pod palcem kierowcy. W końcu to rzecz, bez której nie sposób po wyspie jeździć i musi znajdować się po ręką. 

Wysiadamy w centrum miasta, które w Polsce mogłoby uchodzić za ledwie wioskę. Domów tu znikomość, właściwie to tylko droga i sklepiki wzdłuż niej. Bierzemy tuk-tuka za 1000 rupii (po negocjacjach z początkowego 1200) i ruszamy w plener. Sporo turystów. Spotykamy znowu polską wycieczkę. Do niezapomnienia jest obserwowany przeze mnie obrazek, kiedy po zmasowanym ataku wędrujących sprzedawców jedna z Polek biegiem uciekała do autobusu :)

Obejrzeliśmy, pofociliśmy, pospacerowaliśmy i zaliczyliśmy kolejny tuk-tuk massage. Kupiłem maskę z ponoć wyłącznie naturalnych komponentów za 2000 rupii (cena wyjściowa – 3500). Na koniec wycieczki kierowco-przewodnik zawiózł nas do muzeum, gdzie prócz  eksponatów obejrzeliśmy lipne zdjęcia atrakcji, które przed chwilą widzieliśmy na żywo. Nic to. Najgorsze było to, że na jednym z marnych zdjęć ujrzeliśmy wielką statuę Buddy, której nie widzieliśmy wśród ruin! Postanowiliśmy wrócić, bo rzecz wydawała się warta zobaczenia (i faktycznie była). A że za błędy trzeba płacić, błąd przeoczenia kosztował nas dodatkowe 300 rupii za kurs do zagubionej atrakcji. Nie mam pojęcia, czy tuk-tuk drajwerowi wydawało się, że nam być może się spieszy, w każdym razie takiego rajdu enduro, jaki nam zafundował, jeszcze nie przeżyłem. Dziewczyny były nieco zatrwożone, ja miałem niezły ubaw :)

Do naszego hoteliku wracaliśmy z miejsca, które było umownym przystankiem, choć nic, prócz zapewnień miejscowych, na to nie wskazywało. Autobusy przejeżdżały, owszem, ale były tak mocno zapchane, że ich kierowcy ani myśleli zatrzymać się, by zabrać dodatkowych pasażerów. Dość powiedzieć, że miejsca nie było nawet na schodach, a ludzie zwisali mocno wychyleni poza obrys autobusu…

Po pół godzinie czekania udało nam się w końcu złapać właściwy autobus i tu niespodzianka – bez trudu zajęliśmy miejsca siedzące. Cud! Kierowca zapuścił „lanko polo” w potężnych głośnikach rozmieszczonych w różnych miejscach autobusu i jazda.

Wczoraj jechaliśmy autobusem z osobliwym bajerem: nad przednią szybą wewnątrz pojazdu zamontowane były duże, okrągłe światła, które zapalały się podczas hamowania czy uruchomienia kierunkowskazu. Fiu fiu. Chyba po to, żeby pasażerowie wiedzieli, kiedy autobus hamuje, choć po prawdzie nie da się tego nie poczuć na własnej skórze, gdyż agresywna jazda oznacza ostre ciśnięcie pedału gazu, jak i hamowanie w możliwie ostatniej chwili.

Ten ciekawy bajer miał dzisiaj jeszcze bardziej niezwykłą formę, był bowiem wielką listwą na szerokość autobusu, na której podświetlały się w momencie hamowania światełkami kolorowymi jak na choince wizerunki Buddy. Policzyłem, było ich dziewięć. Ciekawy, folkowy gadżet.

Przez kilka dni spędzonych w tym ciekawym kraju widzieliśmy, zwłaszcza dzisiaj, mnóstwo miejsc, które służyły ludziom za pralnie i łaźnie. Brzegi jezior, rzeki, strumyki – gdziekolwiek woda jest łatwo dostępna, tam są i ludzie dokonujący ablucji. Często widzi się, jak kierowcy różnorakich drynd przywożą całe rodziny, by zażyć kąpieli pod gołym niebem. Co ciekawe – kobiety absolutnie nie używają tu strojów kąpielowych. Choć i nie kąpią się nago. Wchodzą do wody zwykle w tym, co mają na sobie, dokonując jednocześnie przepierki. Kombinują przy tym mocno, jak by tu się umyć, a nic nie pokazać. Łatwe to zadanie nie jest, ale jakoś sobie radzą.

To dopiero nieco ponad tydzień tu spędzony, a mam nieodparte wrażenie zobaczenia naprawdę wielu ciekawych miejsc i mocnego zanurzenia się w nieznanej mi kulturze. Mimo że – paradoksalnie – mam też pewność, że tempo naszej podróży nie jest szaleńcze i niczego nie robimy na siłę. Bo czas tu nie płynie wolniej czy szybciej; on płynie inaczej.

  • 239721 - Polonnaruwa
  • 239722 - Polonnaruwa
  • 239725 - Polonnaruwa
  • 239727 - Polonnaruwa
  • 239729 - Polonnaruwa
  • 239733 - Polonnaruwa
  • 239736 - Polonnaruwa
  • 239738 - Polonnaruwa
  • 239739 - Polonnaruwa
  • 239740 - Polonnaruwa
  • 239744 - Polonnaruwa
  • 239745 - Polonnaruwa
  • 239746 - Polonnaruwa
  • 239748 - Polonnaruwa
  • 239751 - Polonnaruwa
  • 239752 - Polonnaruwa
  • 239755 - Polonnaruwa
  • 239756 - Polonnaruwa
  • 239757 - Polonnaruwa
  • 239758 - Polonnaruwa
  • 239759 - Polonnaruwa
  • 239760 - Polonnaruwa
  • 239761 - Polonnaruwa
  • 239762 - Polonnaruwa
  • 239764 - Polonnaruwa
  • 239765 - Polonnaruwa
  • 239767 - Polonnaruwa

Ciepłe morze nocą to magia.

 

Opuszczamy rano świetny hotelik, w którym polubiłem przede wszystkim nasze wieczorne rozmowy na werandzie. Także niezłe śniadanka, jak i miła a skromna obsługa na długo pozostaną w mej pamięci. Spędziliśmy tu cztery noce i naprawdę żal było wyjeżdżać. Po raz pierwszy do i tak niewysokiego rachunku doliczono nie zwyczajowe 10, a tylko 5% napiwku. Oczywiście podarowaliśmy więcej, ale miłe wrażenie pozostało.

Dzisiejsza podróż autobusem to początkowo udręka, bo przez pierwsze dwie godziny odbyliśmy ją na stojąco. Poza tym zaczęliśmy od jazdy po nowej, gładkiej, pięknej drodze, by potem wytrząsać się po zdającym się nie mieć końca, zbyt-wielo-kilometrowym placu budowy.

Muszę skorygować uprzednio zanotowaną impresję. Zdarza się bowiem, że jednak faceci ustępują miejsca kobietom. Zrobił tak dziś pewien młody człowiek. Być może ma jakieś znaczenie to, że zaraz wysiadał, no ale fakt jest faktem. Przy dojeździe do miasta będącego naszym dzisiejszym celem mnóstwo wojskowych stanowisk obronnych. A były to zwykle mini schrony z ułożonych na sobie worków z piaskiem i przykryte blaszanymi dachami. Przy lub w każdym żołnierze z palcami na spustach karabinów. Do samego miasta wjazd jak do koszarów. Coś jakby niegdysiejsze nasze Borne Sulinowo.

Osławione i zachwalane przez przewodniki Trincomalee to duże rozczarowanie. A mimo że miejscówka to dość beznadziejna, to mamy spore problemy ze znalezieniem noclegu. Właśnie przez to, że miasteczko i jego „rajskie plaże” jest dość licznie odwiedzane przez białych zwabionych rekomendacjami przewodników, a baza noclegowa tutaj jest nieco uboga. Po długich poszukiwaniach dojechaliśmy w końcu najdroższym (jak dotychczas) tuk-tukiem do najtańszej noclegowni (jak dotychczas). Najtańszej, po ok. 9 zł od osoby, ale i najparszywszej. Ale co tam.

Ruszamy plażą do odległego o 6 km Trinco, bo zakwaterowaliśmy się w niby idyllicznej Uppuveli. Po drodze jesteśmy małą atrakcją w wiosce rybackiej. ‘Heloł’ nie ma końca. Bardzo to sympatyczne, ale nawet moja wytrzymałość ma jakiś kres i tysięczne powitanie oraz rozmówka balansują już na jej krawędzi. Pozdrowieniom towarzyszą zwykle pytania o to, skąd pochodzimy i dokąd teraz idziemy. No a że nie wypada nie odpowiedzieć i być niemiłym… Uch!

Co jeszcze nas dziś spotkało? Proszę bardzo:

- kąpiel w fantastycznie ciepłym Oceanie Indyjskim,

- wycieczka do dziwnego Fortu Federick z XVII w., w którym nie można robić zdjęć, bo do dziś stacjonują w nim wojska, mimo że do zwiedzania jest udostępniony,

- wieczorny powrót tuk-tukiem, którego kierowca doliczył sobie niemało za to tylko, że zatrzymał się po drodze na piwne zakupy; chciał na koniec kursu ileś tam więcej, niźli ustaliliśmy; dostał parę groszy i tuzin niewybrednych, lecz na szczęście niezrozumiałych dla niego komentarzy takiego postępowania (mimo całej tej zwykle szczerej serdeczności miejscowych, zdarza się nam czasem odnieść wrażenie, że niektórzy traktują obcokrajowców jak ruchome bankomaty, z których trzeba wypłacić sobie dolę; natarczywego żebractwa nie ma, natomiast smuci, że po ‘money, money’ wyciągają ręce zwykle wcale niewyglądające na zabiedzone dzieci)

- głośne i bezpardonowe pierdnięcie dziada-pierdziada, który był właścicielem bungalowu, w którym zamieszkaliśmy; dziadyga załatwił z nami sprawy formalne, po czym wychodząc z pokoju głośno i zupełnie bez zażenowania pryknął; jest faktem, że wszelkie odgłosy fizjologiczne są tutaj normalne, nietłumione i nie rażą nikogo; nie będę szczegółowo ich opisywał czy nawet wymieniał, dość napisać, że standardy tzw. dobrego wychowania są mocno obniżone

- obserwacja socjologiczna po drodze, po wspomnianym już placu budowy nowej drogi: równouprawnienie kobiet (Sri Lanka jest krajem, który jako pierwszy w świecie wybrał kobietę na szefa rządu) wyraża się między innymi tym, że przy budowie dróg to prawie wyłącznie kobiety były operatorkami motyk i łopat; zdumiewający obraz,

- spacer plażą owszem sympatyczny, bo ciepłe fale, drobniutki piasek, zwieszające się palmy, itd., ale syf na plaży i w głąb lądu totalny; wszędzie śmieci, odpadki organiczne, rozkładające się, jak i plastiki, worki, gazety i co tam jeszcze bądź.

 

Mieliśmy zostać w Uppuveli dwie noce, ale wyjeżdżamy jutro. Liczymy, że na południu czeka nas piękniejszy, a przede wszystkim czystszy nadoceaniczny plener.

  • 239771 - Trincomalee
  • 239777 - Trincomalee
  • 239778 - Trincomalee
  • 239779 - Trincomalee
  • 239782 - Trincomalee
  • 239787 - Trincomalee
  • 239790 - Trincomalee
  • 239792 - Trincomalee
  • 239794 - Trincomalee

Dziś dużo do napisania nie mam i nie smuci mnie to wcale. Cały bowiem dzień spędziliśmy w autobusach. Przy wyruszaniu z Trincomalee pomógł nam zupełnie spontanicznie i wyjątkowo taktownie, że aż nie do wiary, pewien muzułmanin. A pomógł nam wyszukać właściwy autobus, który łatwy do wyszukania może i był, ale opatrzony był jedynie tabliczką z lankijską nazwą miasta docelowego, a ta już łatwa do odszyfrowania nie była. Lankijczycy posługują się w piśmie znakami podobnymi do chińskich, z tym że bardzo przyjemnie zaokrąglonymi. Takie sympatyczne, wybrzuszone hieroglify.

Podróż była dość męcząca, mimo że odbyta na siedząco. Ale nawet siedząc odczuwa się mocno ścisk i brak swobody ruchów. Po drodze napotkaliśmy kontrolę policyjną czy też może wojskową. Prawie wszyscy pasażerowie wraz z bagażami opuścili autobus (my jako obcokrajowcy nie musieliśmy, zostaliśmy obserwując sytuację; to dziwne, bo z powodzeniem moglibyśmy wieźć bombę, o ile tylko zmieściłaby się w plecaku). Pasażerowie przeszli przez bramkę kontrolną, gdzie zostali wylegitymowani i z grubsza przeszukani. W tym czasie przeglądano autobus. Nic nie wykryto, więc bez przeszkód pojechaliśmy dalej.

O lankijskich kierowcach autobusów dodam jeszcze, że są bardzo narowiści i mają naprawdę dużo fantazji.

Droga do Nuwara Elliyi była pasmem zakrętów, a to oznaczało dla niektórych wrażliwszych pasażerów… Sceneria za to okazała się całkiem malownicza, bo nie dość, że ładne, łagodne góry, to jeszcze pola herbaty. I to autentycznie niezmierzone hektary herbacianych pól przylepionych do stromych zboczy. Niecodzienny widok.

W mieście zastaliśmy dużo białych. To niepokojące, bo wróży problemy z wolnymi pokojami na noc. Samo miasto niewielkie i tuk-tuków też cosik mało… Dajemy się zgarnąć jedynemu bodaj na dworcu naganiaczowi hotelowemu. Ten po ustaleniach pakuje nas do vana i wiezie do guest house’a. W pierwszym brak wolnych miejsc. Oho. W drugim jest na szczęście wolny pokój i to za godziwą cenę, po raz pierwszy z tiwi! Wprawdzie właściciel zapewniał, że jest czterdzieści kanałów, a były śnieżące dwa, ale pewnie miał na myśli możliwości telewizora do odbioru czterdziestu programów, co rzeczywiście było prawdą :) Zresztą nie zależało nam na takich luksusach, a lankijskie programy okazały się tak beznadziejne, jak u nas telewizja nie przymierzając lat osiemdziesiątych.

Umawiamy się na wczesną 5.30 rano na wycieczkę do pięknego podobno parku narodowego i skałę zwaną Końcem Świata. Czemu mamy zerwać się tak wcześnie? Bo o tej porze roku od ok. godziny 10 góra zasnuwa się chmurami i wycieczka traci sens. Czyli że trafiliśmy tu o złej porze roku? Nic podobnego; przez większość miesięcy góra jest osnuta chmurami na okrągło.

Znalazłem tutejsze zioło! Dość niespodziewanie, nie wiedziawszy zupełnie z czym mam do czynienia. Niezła jazda!

Przybyłem tutaj z mocnym nastawieniem spróbowania wszystkiego, co jedzą tuziemcy. Czym bardziej egzotycznie dla Europejczyka, tym lepiej. Liczyłem głównie na jakieś robaczki czy inne obrzydlistwa. Niestety, niczego takiego na Sri Lance uświadczyć się nie da. Podstawa żywienia to ryż oczywiście, sos curry, kurczaki, hoppery, czyli coś jakby naleśniki, tyle że w kształcie miseczek (sic!), etc. A wszystko solidnie zaprawione pikantnymi przyprawami, o ile masz takie życzenie. Uwaga – cebula ma tutaj wyjątkowo ostry, mocny smak, ale za to nie cuchnie.

No dobrze. Spróbowałem już prawie wszystkiego, z wieloma rodzajami przekąsek, owoców i słodyczy sprzedawanymi na ulicy włącznie. Jestem wyznawcą opinii, że prawdziwa kuchnia narodowa jest na ulicy i tam należy szukać oryginalnych smaków. I nie mam żadnych oporów, póki co, by tam się stołować.

Jedna rzecz natomiast nie dawała mi spokoju. Sprzedaje się tutaj za grosze (ok. 50 naszych groszy dokładniej) małe zwitki liści z kilkoma kawałkami tajemniczego, naturalnego specyfiku w środku. Do tego często dołącza się różową pastę do smarowania liści. Miejscowi żują to długo, odgryzając po kawałku liści, by potem wypluć to bez skrępowania pod nogi.

Myśleliśmy: ok., pewnie jakaś forma gumy do żucia, środek pomagający uzyskać świeży oddech czy dbający o higienę jamy ustnej. Dość wydumane przypuszczenia, no ale… Kupiłem dziś takie zawiniątko. Pożułem dłuższą chwilę kawałek liścia i czegoś zdrewniałego ze środka, a że było to okrutnie gorzkie, wyplułem z niesmakiem. Nie minęły ze trzy może minuty, kiedy zawróciło mi się totalnie w głowie, a nogi stały się miękkie i bezsilne. Ki czort?!! No nie powiem, całkiem to przyjemne było obezwładnienie, ale bardzo trudne do opanowania. Po jakiejś pół godzinie zaczęło puszczać. Potem pojawiło się otępienie i ból głowy. Na szczęście zjechaliśmy do hotelu, a tu od razu rypnąłem się do łóżka. Godzinna drzemka pomogła mi wrócić do dobrej kondycji.

Zaintrygował mnie mocno ten dopalacz. Czyżby naturalna używka mająca zastąpić drogie dla przeciętnych Lankijczyków papierosy i alkohol? Legalny sposób na małe odurzenie? Wielce prawdopodobne. Przypomniało mi się, że jeden z kierowców autobusu całą drogę żuł ten specyfik, spluwając przy tym za okno. Faktycznie, jechał jakoś inaczej, niż reszta temperamentnych kierowców, wyraźnie bardziej wyluzowany i nieco spowolniony… A na pokładzie z setka pasażerów. Luzik.

[sprawdziłem po powrocie, był to (za wikipedią): Betel(lub pieprz żuwny) – rodzaj używki popularnej w krajach Dalekiego Wschodu (głównie Malezja, Madagaskar, południowa Azja). Składają sie na nią liście pieprzu betelowego, nasiona palmy areki oraz przyprawy i mleko wapienne. Ma działanie orzeźwiające, lekko podniecające i lecznicze – zabijając pasożyty i odkażając przewód pokarmowy. Ubocznym skutkiem zażywania betelu jest jednak barwienie zębów na czarno, a śliny na czerwono.W wyniku regularnego żucia mogą też wypadać zęby, następuje sztywnienie szczęki. Betel zwiększa ryzyko zachorowalności na raka jamy ustnej, astmę i prawdopodobieństwo ataku serca; na rzeczonego kierowcę, jak i na mnie działało to nieco inaczej, niż tu  jest napisane]

Zwlekliśmy się zatem ciemną nocą i punktualnie o 5.30 wsiedliśmy do vana, który powiózł nas do Horton’s Plains i miejsca zwanego World’s End. Miał być z nami jakiś Anglik, a nie było, było natomiast nieporozumienie względem płatności za wycieczkę, bowiem z Anglikiem mieliśmy dzielić koszt tejże. A że wydębiono od nas całą, niemałą kwotę, uznaliśmy że to ściema, żadnego Anglika nigdy nie było i zostaliśmy naciągnięci. Ku naszemu zaskoczeniu, po chłodnym pożegnaniu z kierowcą zjawił się jego szef, z którym umawialiśmy się co do wycieczki wczoraj. Przyznał, że to faktycznie jego wina i obiecał zwrócić część naszych kosztów. Niby ładnie się zachował, o pieniądze nam faktycznie się tak mocno nie ‘rozchodziło’, ale powiedzeniowy niesmak po całej sprawie pozostał.

Park, który był celem naszej wycieczki był pięknym, rozległym płaskowyżem położonym na wysokości dobrze ponad dwóch tysięcy metrów n.p.m. Miejsce miało charakter osobliwie górski; gdzieniegdzie roztaczały się rozległe, niesamowite panoramy; roślinność stanowiła dżungla pomieszana z połaciami różnorakich traw. Chwilami czułem się aż jak w Bieszczadach. No i ten widok z World’s End, wysokiego na 880 metrów urwiska. Nie pierwszy w życiu raz miałem dojmującą chęć skoczenia w oddaloną o zaledwie centymetry magnetyzującą czeluść. To zupełnie niesamowite, niewytłumaczalne dla mnie doznanie. Przecież kocham życie, że sypnę banałem. A jednak coś ciągnie przemożnie w dół. Dosłownie wciągająca ekspozycja! Podobną niezwykłość czułem na np. Kazalnicy w Tatrach. Chyba czas najwyższy zająć się poważnie także spadochroniarstwem… :)

Poranne mgły ustąpiły z wolna i dziewięciokilometrowa wędrówka robiła się jeszcze przyjemniejsza z każdym krokiem. Na koniec okazało się, że mamy dużo szczęścia. Kiedy wsiadaliśmy do vana, a było jeszcze przed południem, zaczął siąpić deszcz. Deszcz się wzmagał i nie opuścił nas już do końca dnia. Skutecznie utrudnił spacer po polach herbacianych, niestety. Pojechaliśmy do nieodległej, jednej z wielu fabryk herbaty, lecz rozpadało się tak okrutnie, że o przechadzce po stromych zboczach plantacji nie było mowy. Wypiliśmy tylko darmową, smaczną, choć nienadzwyczajną herbatę (laną chyba z wiadra, bo choć podaną w dzbanie, to w środku nie było śladu fusów czy choćby saszetki do zaparzenia).

W nocy miałem wyprawić się na Adam’s Peak, by doznać magii wędrówki z pielgrzymami po 5200 schodach i oglądania mistycznego wschodu słońca. Góra o poranku rzuca podobno fantastyczny cień na okolice. Nic z tego jednak nie będzie, bowiem teraz, gdy to piszę, a jest późny wieczór, za oknem rozszalał się prawdziwy armagedon. Rzęsista ulewa i bardzo porywisty wiatr. Może i miękka faja jestem, ale zaprawdę przeraża już to, co za oknem przytulnego hoteliku, a co dopiero wędrówka w taką pogodę. A już prawie uwierzyłem, że pora sucha jest naprawdę sucha i że nie spotka nas na Sri Lance kropla deszczu.

Wypada wreszcie wspomnieć, jeśli jeszcze tego nie zrobiłem, jak fantastycznie życzliwi i autentyczni w swej serdeczności są tubylcy. Ci ludzie są zwykle tak porażająco pogodni i bezinteresowni, że aż czasem ciężko mi to objąć moim ciasnym rozumkiem. Przecież tu bieda, syf, brak widoków na lepszą przyszłość. Powinno dominować zniechęcenie i pesymizm, a jednak nie! Szczerzą niewiarygodnie białe zęby w niewymuszonym uśmiechu, pozdrawiają nas i siebie wzajem, służą radą w każdej sytuacji, ba! – często sami, zupełnie o to nieproszeni starają się ułatwić nam życie tutaj. Pomijam oczywiście bardzo wąską grupę naciągaczy rozpuszczonych przez bogatych turystów. Generalnie zasada jest taka: im uboższy (a ubogi jest prawie każdy) Lankijczyk, tym więcej serdeczności i szczerego uśmiechu z jego strony. A pojawienie się białasa w np. autobusie pełnym rodowitych mieszkańców, wożenie się z nimi, jedzenie razem i próbowanie takiego życia, jakie oni na codzień wiodą, wzbudza zawsze falę dojmującej przyjazności i pozytywnego zainteresowania.

  • 239800 - Ohiya
  • 239801 - Ohiya
  • 239802 - Ohiya
  • 239804 - Ohiya
  • 239828 - Ohiya
  • 239807 - Ohiya
  • 239808 - Ohiya
  • 239811 - Ohiya
  • 239812 - Ohiya
  • 239814 - Ohiya
  • 239815 - Ohiya
  • 239816 - Ohiya
  • 239819 - Ohiya
  • 239822 - Ohiya
  • 239824 - Ohiya

Lankijczycy w oryginalny sposób kiwają głowami, by gestem wyrazić zgodę, przytaknąć. Ich ‘tak’ to trudny do opisania, różny od naszego gest polegający z grubsza na płynnym machaniu głową w prawo i lewo. W naszej kulturze podobny ruch mógłby oznaczać coś jakby ‘ale kręcisz, nie ściemniaj, akurat!, dobry żart’, podczas gdy tutaj jest to zwykłe ’tak, ok.’ Wygląda to w każdym razie śmiesznie i dość osobliwie.

Po dłuższych obserwacjach i paru nieporozumieniach zauważyliśmy też, że Lankijczycy zawsze mają odpowiedź na każde pytanie. I to bez wahania. Natychmiast. Nawet, a może zwłaszcza wtedy, gdy zupełnie nie zrozumieją twojego pytania. Wystarczy im, że złapią jedno, dwa znane sobie słowa i na ich bazie skonstruują swoją odpowiedź i wygłoszą ją z pełnym przekonaniem. Nie raz, a częstokroć pytając o bardziej skomplikowane sprawy (a z angielskim bywa tutaj bardzo różnie, zawsze można jednak znaleźć kogoś, kto w miarę dobrze po angielsku mówi) dostawaliśmy zaskakujące i kompletnie nie na temat odpowiedzi. Ale zawsze błyskawiczne, wygłaszane z pełną powagą i bez mrugnięcia okiem. Może chodzi o to, by nie pokazać, że się czegoś nie wie? No i czemu ma to wymiar cechy aż narodowej?? Trudno powiedzieć.

Dzień był dziś nieco rozwlekły. Mieliśmy odbyć widokową, relaksującą podróż pociągiem pośród pól herbacianych z Nanu Oya do Elli. Nim jednak udało nam się dotrzeć do dworca, okazało się, że jeden pociąg nam uciekł, a drugi miał przyjechać dopiero za trzy godziny. Przyjechał po godzinach czterech. No nic. Czekając nań widzieliśmy dziwny skład, w którym kilkanaście wagonów było towarowych, a ostatnie dwa wiozły ludzi. Trzecią klasą. Ot, pociąg towarowo-osobowy.

Nasz pociąg miał wagon nazwany ‘observation saloon’, który różnił się od pozostałych tym, że był drogi (550 rupii wobec 100 za drugą klasę) i był ostatni i miał duże okna, przez które można było podziwiać plenery wokół. Ja wylądowałem tym razem na schodach. Nie dlatego, że nie było gdzie siedzieć, a dlatego, że – jestem o tym przekonany – miałem co najmniej równie dobre miejsce do podziwiania krajobrazów, co pasażerowie ‘observation saloon’. A może nawet lepsze, bo nie zza szyby, a wprost przez otwarte drzwi.

Trasa przejazdu wiodła najwyżej położoną trakcją na Sri Lance – na ok. 2000 metrów n.p.m. To wysoko, zważywszy że najwyższy szczyt wyspy ma 2524 m n.p.m. Wielokrotnie pociąg przejeżdżał tunelami, czemu zawsze towarzyszyły wrzaski i piski dzieciaków. Na stacjach czekały nas wychudzone do niemożliwości psy spodziewające się jakichś ochłapów od pasażerów.

Czym się różni klasa druga od trzeciej? W trzeciej nie ma sprawnych wentylatorów i są trzyosobowe, drewniane siedzenia. W dwójce siedzenia są nieco wygodniejsze i dla dwóch osób. Za to w każdej klasie są otwarte niemal na stałe drzwi na oścież. Bo duszno. No i w każdej klasie można wisieć za drzwiami i uprawiać szczeniackie gry typu ‘kto odważniejszy/głupszy i dalej się wychyli’. Nikomu to nie przeszkadza, a i mandatu za to nikt nie dostanie.

  • 239835 - Ella
  • 239836 - Ella
  • 239838 - Ella
  • 239840 - Ella
  • 239842 - Ella
  • 239843 - Ella
  • 239844 - Ella
  • 239846 - Ella
  • 239848 - Ella
  • 239849 - Ella
  • 239850 - Ella

Dziś zaliczyliśmy pyszny spacer na Little Adam’s Peak (duży ciągle chodzi mi po głowie), jazdę na pace do Rawana Falls i wycieczkę do wielkiego na 15 metrów wzwyż Buddy wykutego w skale.

 

Kolejna garść spostrzeżeń:

- młodzi ludzie (i starsi też) w ogóle nie całują się w miejscach publicznych. Ba! Prawie nigdy nie chodzą trzymając się za ręce. Są strasznie powściągliwi, a może powściągnięci religią czy obyczajami, w okazywaniu sobie płomiennych uczuć. Luzu obyczajowego tutaj nie uświadczysz.

- płacenie w knajpie, hotelu czy innym miejscu zawsze kończy się skrupulatnym wydaniem reszty. Nawet jeśli powiesz stanowcze ‘dziękuję, reszty nie trzeba’, oni i tak zawsze przyniosą resztę skrupulatnie wyliczoną. Owszem, czasem doliczają 10% od razu do rachunku (na opieczętowanym blankiecie), czasem jednak nie doliczają nic i tipy zostawiać trzeba na stole pod talerzem, bo inaczej napiwku wręczyć się nie da. W każdym razie rozliczają się co do centa.

- lewa ręka jest brudna, prawa czysta. I nie jest to kwestia tradycji czy religii. Lewa ręka naprawdę jest brudna, bo służy do… mycia pupy po akcie fizjologicznym. No właśnie, miej ze sobą papier człowieku, gdy wchodzisz do toalety publicznej. Niepublicznej takoż. Tutaj się go nie używa; jest za to zawsze mały prysznic do spłukania pupy. I lewa ręka do jej podmycia. Z tego powodu wszelkie gesty wykonywane ręką brudną uchodzą za niegodne, a nawet obraźliwe. Wręczanie komuś pieniędzy czy machanie komuś – tylko prawą ręką. Boże broń cię od głaskania kogoś ręką lewą. A propos głaskania – dzieci lepiej nie głaskać w ogóle, a już zwłaszcza po głowie. Głowa uważana jest za najświętszą część ciała wedle buddyzmu. Tak jak stopy za najbardziej parszywą. Za to prawa ręką uchodzi za czystą, dlatego służy zwykle do jedzenia. Papier toaletowy i sztućce są dla Europejczyków.

Wczoraj wieczorem raczyliśmy się sprzedawanymi niemalże potajemnie drinkami o nazwach i recepturach znanych szeroko w świecie, natomiast tu sporządzanych wyłącznie na arracku, 33%-owym tanim trunkiem na frasunki. Zapomnij o ginie, wódce czy rumie w drinku. Piwo zaś podawano w specjalnych kożuszkach. Może też i po to, by butelka nie ociepliła się za wcześnie, ale raczej dlatego, by nie było serwowania alkoholi widać z ulicy, a knajpka była dość eksponowana. Wychowanie w trzeźwości. Karty drinków też nie było. Trzeba było zamawiać wyłącznie dogadując się z kelnerem.

Dziś za to wpadliśmy do lokalnej mordowni. Przesiadywali tu wyłącznie lokalsi. Niebezpiecznie nie było, klimatycznie na pewno tak. Wielu spożywało na miejscu, inni kupowali na wynos, jeszcze inni – to ciekawostka – przychodzili z własnymi butelkami czy manierkami, kupowali arrack i przelewali do własnych naczyń. Trza se w końcu jakoś radzić z tą prawie prohibicją.

  • 239853 - Wellawaya
  • 239855 - Wellawaya
  • 239861 - Wellawaya
  • 239862 - Wellawaya
  • 239863 - Wellawaya
  • 239866 - Wellawaya
  • 239868 - Wellawaya
  • 239872 - Wellawaya
  • 239874 - Wellawaya
  • 239875 - Wellawaya
  • 239877 - Wellawaya
  • 239878 - Wellawaya
  • 239880 - Wellawaya
  • 239882 - Wellawaya
  • 239884 - Wellawaya

Przypomniało mnie się, że wczoraj mieliśmy niespodziewankę kulinarną w postaci świerszcza w misce ryżu (nareszcie jakieś robaczki do jedzenia;). Był to dość okazały egzemplarz, nieco spłaszczony. Marta odsunęła talerz z obrzydzeniem. No to będzie awantura! Zaczęliśmy się świerszczowi dokładniej przyglądać, no i, jak to w życiu bywa, świerszcz okazał się źle obranym warzywkiem typu cebula z kłączami tak splecionymi, że wszyscy z nas widzieli w tym owada. Taka tam zbiorowa paranoja, hipnoza czy inna sugestia.

Śmieci! Śmieci są wszędzie. To stały element krajobrazu. Koszów jest niewiele, jeśli już się trafią, to betonowe kręgi pełniące tę rolę. Sprzątających też jak na lekarstwo, sporadycznie w większych miastach. Jest natomiast zwyczajem powszechnym i nierażącym nikogo, że odpadki wyrzuca się, gdzie popadnie. Przez okno, pod nogi, za siebie. To, co organiczne – zjedzą psy, małpy i ptaki; reszta wala się po rowach niesiona wiatrem. Tak tak, Elizko, „to nie jest kraj dla czystych ludzi…”;)

Wokół hoteli i sklepów sprzątają ich pracownicy, grabiąc odpadki na sterty, a następnie je paląc. Tereny wspólne, czyli niczyje, czyszczą się same, czyli nie czyszczą. Odblaskowa kamizelka sprzątacza to widok wyjątkowy. Raz odnotowaliśmy przypadek, że ciągnik z przyczepą jeździł po posesjach i zbierał śmieci na pakę. Zapewne za niewielką opłatą. W piekarni sprzątacze dostali za usługę kilka ciastek.

Narodowi Sri Lanki przewodzi prezydent. Taki gruby, dobry wujek. Plakaty i naklejki z jego wizerunkiem atakują zewsząd. Często jawi się on niczym onegdaj dobrotliwy generalissimus Stalin w materiałach propagandowych – z dzieckiem na ręku, ze starszymi, nad którymi pochyla się z troską i zrozumieniem. Innym razem w nieskazitelnie białych szatach przechadza się po soczyście zielonych polach ryżowych, a w tle powstają drogi i budują się fabryki. Ten prymitywny typ marketingu politycznego nie przemawia do mnie w ogóle, a wręcz zraża taniością chwytów, ciekawiło mnie jednak, co o prezydencie sądzą sami Lankijczycy. I tu zaskoczenie! Nie razi nikogo, że człowiek ten pławi się w przepychu niewspółmiernym do poziomu życia na wyspie. Najważniejsze jest jedno – prezydent prowadzi skuteczną politykę antywojenną i za to jest uwielbiany. Jemu zawdzięcza się względny spokój i zawieszenie broni w trwającej od dwudziestu kilku lat bratobójczej wojnie. To on doprowadził w 2009 do ugody z separatystami tamilskimi. Dzięki niemu jest spokojniej i bezpieczniej. I to dla przeciętnego Lankijczyka jest najważniejsze i za to kocha on swojego prezydenta.

Swoją drogą pokój na Sri Lance ma swoją cenę. Na armię, zbrojenia i utrzymanie wojska wydaje się tu np. czterokrotnie więcej pieniędzy, aniżeli na oświatę. Policja i żołnierze są wszędzie, posterunki witają przybyszów na rogatkach każdej większej miejscowości. Kontrole to norma. Dziś znowu pasażerowie naszego autobusu musieli opuścić autobus, by żołnierze dokonali rewizji i przeszukali bagaże. Nas znowu nie tknięto. A dla miejscowych to norma, nikt nie obrusza się i nie protestuje. To przecież cena za pokój i poczucie bezpieczeństwa.

Ze skrzyżowania zabrał nas umówiony przez telefon dżip. No właśnie, dziś nie musieliśmy zrobić absolutnie nic, by zapewnić sobie nocleg. W ogóle jak się człowiek uprze, to można przewodnika nie wyciągać, by znaleźć miejsca na nocleg i do posilenia się. Kierowcy tuk-tuków i właściciele pensjonatów są doskonale skomunikowani i jedni drugich polecają turystom. Korzystają na tym obie strony.

Tuk-tukowiec nie ogranicza się do wciskania na siłę jednego hotelu. Oprócz obowiązkowego guestbook’a, ma zbiór wizytówek (do pokazania, nie do rozdawania) i zaproponuje ci coś, co będzie odpowiadało ci względem twoich oczekiwań, także cenowych. Zawiezie, byś obejrzał. Nie ma przymusu zdecydowania się na pierwszy pokazany obiekt. Nie podoba się ten? Ok., jedziemy szukać dalej, aż do skutku.

Z kolei hotelarz wypytuje o twoje plany. Masz konkretny pomysł na wycieczkę? Super, on załatwi transport. Nie masz pomysłu? Jeszcze lepiej. On ci coś zorganizuje, podpowie. Kompleksowa obsługa.

I nie jest to wcale kosztowna opcja, a na pewno opcja wygodna. Oszczędzasz cenny czas, a i tak nie wydasz więcej, niż gdybyś szukał na własną rękę. Sprawdziliśmy!

Warto się też targować. Nikomu to nie uwłacza, o ile rzecz się robi taktownie. A największe wrażenie robi sytuacja, gdy zadowoleni z usługi wypłacamy kwotę, którą na początku udało nam się zbić. Zdziwienie jest potężne. Sprawdziliśmy!

Przywiózł nas zatem dżip do spokojnego hoteliku, która prowadziła wielce sympatyczna Lankijka. Zaserwowała nam soki na powitanie, a potem niezwykle smaczny, domowy i dość wykwintny, jak na lokalne warunki, obiad. Klimat agroturystyczny. Swojsko, sielsko, anielsko.

Spacer po okolicach i wczesne spanko, bowiem jutro o piątej rano wyruszamy na safari do Parku Narodowego Yala. Może uda nam się ustrzelić egzotyczne zwierzę. Aparatem fotograficznym oczywiście.

  • 239887 - Tissa
  • 239888 - Tissa
  • 239891 - Tissa
  • 239893 - Tissa
  • 239894 - Tissa
  • 239895 - Tissa
  • 239896 - Tissa
  • 239898 - Tissa
  • 239899 - Tissa
  • 239900 - Tissa
  • 239903 - Tissa
  • 239906 - Tissa
  • 239907 - Tissa
  • 239908 - Tissa
  • 239909 - Tissa
  • 239910 - Tissa

Safari lakonicznie? Szału nie było…

Park narodowy Yala to piękne, naprawdę dziewicze tereny dobrze w swej pierwotnej postaci zachowane. Polowanie na zwierzynę skończyło się ujęciami następujących trofeów: mangusty, pawi, bawołów wodnych, małp, waranów, jelenia, krokodyla, marabuta, saren, szakali, no i słoni oczywiście. Raz z boku, dwa razy z tyłu, zawsze z daleka :)

To niemało oczywiście. Zabrakło natomiast clou wycieczki, czyli lampartów. Nie oczekiwaliśmy oczywiście cudów. Że będą nam z rąk jadły i dały się po grzbietach głaskać. No ale ich nie było nawet z bardzo daleka. No dobrze, nie jesteśmy dziećmi i nie będziemy nóżkami tupać, że obiecanego cukierka nie dostaliśmy. To w końcu rezerwat, a nie zoo. A prawdziwie dzikie zwierzę powinno być niezauważalne, jak sądzę.

Najbardziej na safari podobała mi się scena, gdy lotem błyskawicy obiegła załogi dżipów wieść, że oto gdzieś pojawił się lampart. Kierowcy dali po garach! Rozpoczęły się wyścigi do tego miejsca. Istne szaleństwo, byle zdążyć. Drogi były mocno offroadowe z wielkim wykrotami, auta często leciwe i zdezelowane, za to kierowcy mieli mnóstwo fantazji:) Wyturlało nas jak w pralce automatycznej przy odwirowaniu. Defendery skrzypiały niemiłosiernie, jakby za moment miały się rozlecieć. A na miejscu… gaszenie silników i cisza. Wyczekiwanie. Długie minuty wpatrywania się w krzaki. Nadzieja. I nic… Lamparty tym razem nie dały się podejść. Nasza fura na dodatek złapała kapcia. Ale nie w czasie opętańczego enduro na szczęście.

Byłem zadowolony, ale postanawiam – jeśli następne safari (o ile w ogóle), to tylko w Kenii.

Dnia zostało nam jeszcze dużo, więc udajemy się do Kataragamy. To miasteczko, do którego zmierzają liczne pielgrzymki. Co ciekawe, pątnicy są różnych wyznań, bowiem znajdują się tutaj, i to obok siebie niemalże, trzy ważne świątynie różnych wyznań. Co prawda tego dnia akurat wyznawców hinduizmu oraz islamu było niewielu, natomiast tłumy nieprzebrane stanowili wyznawcy najliczniejszej na Sri Lance religii – buddyzmu. Wierni niosą w darze pęki kwiatów lotosu, a często też ogromne patery z kwiatami i owocami. O godzinie zwanej puja otwierana jest dla nich świątynia ze świętym posągiem Buddy, przy którym mogą swoje dary złożyć. Odbywa się przy rytualnym waleniu w bębny i biciu w dzwony. Najbardziej osobliwie wygląda zwyczaj palenia orzechów kokosowych i po zmówieniu modlitwy rozbijaniu ich z impetem o kamienne bloki.

Zrobiłem przy dagobie zdjęcie pewnemu kapłanowi. Wyglądał oryginalnie, nie miał jednego oka i trochę przypominał mistrza z Kill Billa Tarantino. Jednym okiem zauważył, że robię mu zdjęcie, podszedł do mnie i poprosił gestem, bym mu to zdjęcie pokazał. Oho, myślę sobie, chyba przegiąłem i duchowny będzie domagał się, bym zdjęcie wykasował. Tymczasem on położył mi rękę na głowie i mamrotają jakieś mantry udzielił błogosławieństwa. Super! – pomyślałem. Łaski bożej nigdy za wiele, od jakiego by tam boga nie pochodziła.

Ale żeby przygoda nie miała wymiaru czysto duchowego i mistycznego, kapłan, pustelnik, mnich czy kim-on-tam-kolwiek był zażądał… datku. Oczywiście dałem. Jednak jakiś taki niesmak z bycia uczestnikiem małego aktu symonii pozostał.

  • 239914 - Yala
  • 239916 - Yala
  • 239918 - Yala
  • 239922 - Yala
  • 239923 - Yala
  • 239926 - Yala
  • 239928 - Yala
  • 239930 - Yala
  • 239933 - Yala
  • 239934 - Yala
  • 239936 - Yala
  • 239941 - Yala
  • 239944 - Yala
  • 239945 - Yala
  • 239947 - Yala
  • 239956 - Yala
  • 239957 - Yala
  • 239960 - Yala
  • 239961 - Yala
  • 239962 - Yala
  • 239963 - Yala

Trafiliśmy do jakiegoś pieprzonego małego raju na ziemi! (wybaczcie, ale dokładnie takie określenie miałem w głowie)

  • 239971 - Tangalle
  • 239972 - Tangalle
  • 239973 - Tangalle
  • 239974 - Tangalle
  • 239975 - Tangalle
  • 239976 - Tangalle
  • 239977 - Tangalle
  • 239978 - Tangalle
  • 239980 - Tangalle
  • 239981 - Tangalle

Ganesh Garden w miasteczku Tangalle. Kompletnie pusta, czyściutka plaża, turkusowe wody oceanu, w oddali rybacki kutry, nad głowami palmy kokosowe, rześka bryza kołysząca hamakami, przepogoda.

Leniuchujemy.

Kiwanie się w hamaku przez pół dnia potrafi zmęczyć. By całkiem nie zgnuśnieć, idziemy plażą w kierunku miasteczka. W porcie przypatrujemy się rybaków zajęciom codziennym. Większość floty rybackiej to wąziutkie katamarany z belką pływającą z jednej strony i kadłubem, w którym nie da się nawet zasiąść. Wyglądają dość prymitywnie, ale konstrukcja jest sprawdzona przez stulecia użytkowania, a i zapewne mało kogo stać na większą jednostkę pływającą.
  • 239982 - Tangalle
  • 239983 - Tangalle
  • 239985 - Tangalle
  • 239986 - Tangalle
  • 239988 - Tangalle
  • 239990 - Tangalle
  • 239991 - Tangalle
  • 239993 - Tangalle
  • 239995 - Tangalle
  • 239996 - Tangalle
  • 240000 - Tangalle
  • 240004 - Tangalle

Czy tutaj jest ciepło? Co za pytanie. Jak bardzo? Rano zrobiłem pranie i w południe poskładałem suche rzeczy. Luty…

Wyrwaliśmy się dziś z naszego małego raju, bo nawet, a może przede wszystkim raje doprowadzają szybko do znudzenia i znużenia. Zrobiliśmy sobie wycieczkę do miejsca polecanego przez przewodnik. Po prawdzie wyboru żadnego nie mieliśmy, bo albo wycieczka w to miejsce albo żadna, bo w pobliżu nic ciekawego wedle przewodnika nie było. Dojechaliśmy autobusem wlokącym się dwa na godzinę, by jeszcze musieć podjechać parę kilometrów tuk-tukiem. Ale było warto. Nie dość, że rejon to absolutnie nieodwiedzany przez turystów, to jeszcze robiący autentycznie dobre wrażenie. To taka mała Dambulla – groty przerobione na świątynie, posągi Buddy i malowidła hinduskich bogów oraz naskalny komiks przedstawiający życie Buddy w obrazkach, a do tego wszystkiego naprawdę kompetentny, dobrze mówiący po angielsku, sympatyczny przewodnik. Samozwańczy oczywiście, ale tym razem z usługi wyjątkowo skorzystaliśmy. I bardzo dobrze, bo dowiedzieliśmy się wielu ciekawych rzeczy o religiach, historii Sri Lanki, życiu codziennym wyspiarzy, etc. Wiemy już także, jakimi sześcioma symbolami różni się Budda śpiący od umarłego, czyli pogrążonego w stanie nirwany.

Wracamy do naszej rajskiej bazy, a że do zmroku zostały jeszcze ze dwie godziny, udało mi się załatwić kajak na samotną wycieczkę po lagunie. I to był strzał w dwunastkę. Mała, zwrotna jedyneczka i niekończąca się nadoceaniczna laguna. Czym ciemniej się robiło, tym więcej mistyczności niosło się w powietrzu. Przyznam, że nieznane mi odgłosy dobiegające z mrzeżyn przyprawiały mnie czasem o ciarki na plecach, ale radocha z pięknych chwil była jednak dominującym odczuciem. Tylko ja i otulająca mnie ciasno przyroda…

Za dnia jeszcze udało mi się podpatrzeć rybaków przy pracy. Dwóch łowiło niesamowitą metodą – rozciągnęli sieci na małym obszarze i brodząc po pas, bo głęboko nie było, zacieśniali obszar połowu. Potem uderzali kijami w wodę, pewnie by ryby ogłuszyć. Na koniec zbierali sieciami łów. Oryginalnie.

No i jeszcze te niesamowite chwile, gdy przepływasz obok kąpiących się w lagunie. Machasz ręką przyjaźnie, a trzydzieści osób w wodzie i na brzegu jak na komendę odmachuje ci szczerząc niewiarygodnie białe zęby w niewymuszonym uśmiechu. Porażające.

  • 240006 - Mulgirigala
  • 240007 - Mulgirigala
  • 240008 - Mulgirigala
  • 240010 - Mulgirigala
  • 240011 - Mulgirigala
  • 240012 - Mulgirigala
  • 240016 - Mulgirigala
  • 240020 - Mulgirigala
  • 240023 - Mulgirigala
  • 240024 - Mulgirigala
  • 240025 - Mulgirigala
  • 240027 - Mulgirigala
  • 240028 - Mulgirigala
  • 240029 - Mulgirigala
  • 240031 - Mulgirigala
  • 240035 - Mulgirigala
  • 240040 - Mulgirigala
  • 240043 - Mulgirigala
  • 240044 - Mulgirigala

O tym jeszcze nie wspominałem, więc napomknę, że w sklepach obowiązują ceny urzędowe. Niemal każdy produkt ma nadrukowaną cenę detaliczną. To wygodne. Natomiast zdarza się, częściej i agresywniej w miejscowościach turystycznych, że ceny są zawyżane. Jeśli okażesz sprzedawcy, że nie jesteś zorientowany i nie szukasz ceny na produkcie, możesz być prawie pewnym, że zostanie ona zawyżona. No i za napoje schłodzone płaci się zawsze więcej. Za energię elektryczną lodówki.

Przekąski wszelkiego rodzaju kupowane na ulicy czy nawet w piekarenkach pakowane są zawsze w gazety. Bądź kartki z zeszytu szkolnego. Zapisane kartki. Nowych byłoby szkoda.

Opuściliśmy cudne plaże Tangalle i przemieściliśmy się do Galle. Już sama podróż była bardzo malownicza. Jechaliśmy brzegiem oceanu upstrzonego gdzieniegdzie wysepkami z wystawnymi budowlami, do których dostać się można tylko łodzią. Takie małe fortece.

Samo Galle to w swej starej części duża forteca. Pobudowana przez Portugalczyków i rozbudowana przez Holendrów i następnie Brytyjczyków osadzona jest na półwyspie i odgrodzona od wody i lądu potężnym murem. Solidnym na tyle, że ochronił tę część miasta od pamiętnego tsunami z 2004 roku. Wypada dodać, że tuż opodal, trzysta metrów dalej, na dworcu autobusowym śmiercionośna fala pochłonęła zatrważającą liczbę ofiar.

Obszar fortu wypełniają zaciszne, bardzo klimatyczne, wąskie uliczki i siedemnasto- i osiemnastowieczna zabudowa kolonialna. Mieszka tu liczna społeczność muzułmańska. Wieczorny czy nawet dzienny spacer to przyjemne wyciszenie. Można snuć się po murach bastionu i przypatrywać wielkiej liczbie statków, będących po zmroku ledwie świetlnymi punktami. Widać dużo się tu łowi, a być może wiedzie tędy jakiś szlak żeglugowy… Dla odmiany w środku dzielnicy widoki równie niecodzienne – otwarte na oścież drzwi domów, a w nich telewizor, liczna wokół niego muzułmańska rodzina i… motor na środku pokoju.

  • 240046 - Galle
  • 240050 - Galle
  • 240051 - Galle
  • 240052 - Galle
  • 240057 - Galle
  • 240060 - Galle
  • 240061 - Galle
  • 240063 - Galle
  • 240064 - Galle
  • 240067 - Galle
  • 240072 - Galle
  • 240073 - Galle
  • 240075 - Galle
  • 240077 - Galle
  • 240078 - Galle

Poranek zaczął się czyszczeniem walizy. Dwa ciastka z podróży zwabiły kolonię mrówek. Rzeczy do trzepania, walicha do płukania. Jest plastikowa, więc do jutra wyschnie. A no właśnie – czemu walizka, a nie plecak ze mną w podróży? Ano dlatego, że jest twardą skorupą, nie trzeba jej dźwigać na plecach (a one nieco ostatnio niedomagają), a tylko wygodnie wlec za sobą. No i najważniejsze – jest optymalnym sposobem na bagaż przy naszym sposobie podróżowania, czyli zakładaniu bazy, że posłużę się alpinistyczną nomenklaturą, i urządzaniu sobie z niej wycieczek „na lekko”. Choć przyznać trzeba, że walizka jest absolutnie nie globtroterska i pozbawiona prawdziwie włóczęgowskiego sznytu.

Adam’s Peak nie daje mi spokoju. Dziś runął pomysł, z którym nosiłem się od kilku dni, a który w Galle miał być zrealizowany. Miałem mianowicie zamiar wypożyczyć motor i stąd wyruszyć na Adam’s Peak. W te i z powrotem w ciągu jednej doby. Wypożyczalni motorów (a i samochodów) na wyspie wielu nie ma, lecz w Galle udało mi się sprawę nagrać. Miało to kosztować ok. 100 zł za dzień. Bestii bym wprawdzie nie dostał, bo dopuszczalna tu prawem pojemność to tylko 350 cm3, niestety plan padł ze względów logistycznych. Droga miała mi bowiem zająć ok. siedmiu godzin w jedną stronę (to tylko 350 km, jednak po górskim w większości terenie; własnym sprzętem przeleciałbym ten dystans może szybciej, choć nie jestem o tym do końca przekonany, gdy widzę jak wariacko tu się jeździ i jakie zagrożenia na drogach sprawiają sobie nawzajem ich użytkownicy; a ruch jest lewostronny, co też życia nie ułatwia, zwłaszcza na rondach). Do tego wspinaczka w nocy, nad ranem zejście i kolejny dzień w drodze powrotnej praktycznie bez spania. No i nie zdążyłbym się z dziewczynami do Negombo przenieść, ostatniego punktu naszej podróży. Za dużo argumentów przeciw. Odpuściłem. Kiedyś pewnie bym się nie wahał. Eh, starzeję się… :/

Szukaliśmy dziś czegoś, z czego Sri Lanka słynie, zwłaszcza na fotografiach pamiątkowych. Chodzi o ‘stilt fishers’, rybaków łowiących na wędkę z tyczek wbitych w morskie dno dość daleko od brzegu. Aktualnie nikt już prawie takiego sposobu ryb poławiania nie praktykuje. Wiedzą natomiast miejscowi, że każdy turysta zdjęcie ‘stilt fisher’a mieć chciałby, więc są miejsca, gdzie oni… pozują.

Trafiliśmy na takich, owszem. Już z daleka jeden z nich siedzący na tyczce na przynętę zakrywał się workiem, by go nie sfotografować. Wnet obskoczyła nas reszta modeli. Gwiazdy „Wędkarza Lankijskiego” przedstawiły nam cennik za fotografowanie, przy czym cena (zdumiewająco wysoka) uzależniona była od żądanej ilości rybaków na zdjęciu. Nie wiem właściwie, czy nazywać ich ‘rybakami’, bowiem nie łowili dając się przy okazji fotografować, a ewidentnie prowadzili mikrobiznes polegający wyłącznie na pozowaniu. Podziękowaliśmy w każdym razie serdecznie i chyba nie do końca grzecznie.

Zajrzeliśmy też do Folk Museum w jednej nabrzeżnych wiosek. Zabawne doświadczenie – eksponaty tam umieszczone były, są i pewnie jeszcze długo będą w ciągłym użyciu przez tutejszą społeczność wiejską. Z tego powodu nie było informacji o okresie, z którego każdy z przedmiotów pochodził, bo i po co, gdy mogły one być zarówno sprzed tysiąca lat, jak i sprzed trzech lat. Na wsi nie dokonała się żadna rewolucja od wieków, nawet ewolucja nie postępowała szczególnie widocznie. Cała różnica między wioską sprzed wieków a współczesną polega jedynie na tym, że pojawiły się tuk-tuki i motoryzacja w ogóle. Reszta – bez zmian.

Muzeum (wstęp: dzieci – 10 rupii, dorośli – 20 rupii, obcokrajowcy – 200 rupii; serio!) było równocześnie mauzoleum jakiegoś ważnego, acz nieznanego nam, bo i skąd, współczesnego pisarza lankijskiego. Jedyne, co się nam spodobało, to szczere i oryginalne prezenty od przyjaciół pisarzy Związku Radzieckiego. Zwiedzających, poza dziatwą szkolną przybyłą wieloma autokarami, nie było.

Zdążyliśmy jeszcze na wrócić na zakupy do Galle. Trzeba pomyśleć o pamiątkach, wszak niebawem wyjeżdżamy. A to, powiedzmy sobie szczerze, jest tutaj wielkim problemem. Sri Lanka to kraj, z którego trudno cokolwiek rozsądnego w formie souvenirów wywieźć. No bo żywego słonika czy małpy w torbie nie przemycę, odzież jest tu beznadziejnej jakości i urody, a prócz herbaty i krykieta Sri Lanka niczym w świecie nie słynie. Owoców wieźć nie ma sensu, no, może przyprawy.

No i zupełnie nie ma tu księgarń. Jeśli trafiamy do jakiegoś z trudem znalezionego bookshop’u, to okazuje się on czymś w rodzaju sklepy papierniczego. Tak więc wybacz MS. Na prośbę o wyszukanie mi „Małego księcia” po sinhalsku czy tamilsku spotykałem się zawsze z wprzódy zaskoczeniem (zręcznie po lankijsku chowanym), a potem bezradnym ‘sorry’.

  • 240079 - Koggala
  • 240082 - Koggala
  • 240084 - Koggala
  • 240086 - Koggala
  • 240087 - Koggala
  • 240088 - Koggala
  • 240092 - Koggala
  • 240094 - Koggala
  • 240096 - Koggala
  • 240103 - Koggala
  • 240108 - Koggala
  • 240109 - Koggala

Dzień zapowiadał się bardzo niemrawo, a okazał jednym z fajniejszych. Pojechaliśmy rano przesadnie klimatyzowanym busikiem do wioski, w której zobaczyć chcieliśmy muzeum masek. Tak, tak, nic ciekawszego już w okolicy do odwiedzenia nam nie pozostało. Lotu balonem na przykład nie odbędziemy, bo ceny od 170 euro za osobę. Dzięki.

Muzeum nie znaleźliśmy i nikt z nas specjalnie z tego powodu nie rozpaczał. Udaliśmy się zatem do innej wioski, no i właśnie… Z powodu zamieszania przy wsiadaniu do autobusu, dziewczyny i ja rozdzieliliśmy się. Trudno, postanowiłem spędzić dzień samemu. No to jazda!

Najpierw trafiłem na plażę, skąd wypłynąłem w półgodzinny rejs po rafie koralowej łodzią ze szklanym dnem. Rafa nie prezentowała się oszałamiająco, bowiem oberwała mocno podczas tsunami. Ale i tak było co oglądać. Najbardziej podobało mnie się oczywiście karmienie kolorowych rybek z ręki. Superoza! Żółwie płynące pod łodzią oraz niezwykłe koralowce też były warte zobaczenia.

Potem dobrnąłem do nieodwiedzanej przez turystów świątyni, gdzie uczyli się młodzi mnisi. Przypatrywałem się temu dyskretnie. Zajęcia jak w typowej szkole, tyle że uniformy bardzo inne.

Wróciłem do Galle, gdzie odbywały się jakieś wiece wyborcze. Korki w mieście, harmider, tańce na ulicach, przemówienia puszczane z głośników na autach, ale też i alkohol (raczej nie w ramach kampanii), jak i darmowe jedzenie (zapewne w ramach kampanii). Tutaj doświadczyłem, że jednak niektórzy Lankijczycy lubią i umieją wypić.

Mimo paraliżu komunikacyjnego udało mi się dostać do wioski słynącej z ‘jungle beach’. Ścieżka do celu nie była w ogóle oznakowana, na szczęście na rozdrożach było kogo spytać o drogę. Budda czuwa. Zgrzałem się okrutnie, bo droga wiodła czasami ostro pod górę, a duchota nie pozwalała swobodnie oddychać, ale w końcu zobaczyć u celu dżunglę spływającą po stokach wprost do oceanu – bezcenne. Klasycznej plaży tu nie było; ocean od zielonej gęstwiny oddzielały ogromne głazy.

Wydostać się stamtąd też nie było lekko, ale kiedy już dobrnąłem do drogi, siłą rozpędu podreptałem w kierunku Galle. Po drodze zagadnął mnie pewien życzliwy człowiek, czy nie podwieźć mnie do miasta. Dysponował motorem. Aaaaaa, jak motorem, to oczywiście. Mało tego, że się spontanicznie zaoferował, to jeszcze absolutnie nie chciał za to pieniędzy (choć do końca byłem sceptyczny czy też umiarkowany w entuzjazmie, mogła się bowiem przysługa skończyć wysokim rachunkiem). Nie mówił mój nowy przyjaciel prawie ani słowa po angielsku, powtarzał za to jeden zwrot – my heart is open. No dobrze, niech i tak będzie. Mało tego wszystkiego – kolega dał mi poprowadzić kawałek!!! O, to było mi bardzo potrzebne, bo przestałem wątpić w słuszność mojej decyzji o zaniechaniu eskapady motocyklowej na Adam’s Peak. Ruch na drogach Sri Lanki jest bowiem naprawdę nieprzewidywalny. Niech nie zaskoczą cię sytuacje, gdy dojeżdżasz do wzniesienia lub zakrętu, a z naprzeciwka trzy wyprzedzające się równocześnie pojazdy. Przy czym jeden z nich to na przykład motor z dwoma policjantami na pokładzie. Zupełnie normalna sytuacja! Jeśli nie zjedziesz na pobocze – po tobie. Linie ciągłe na drodze? Są, a jakże. Chyba tylko po to, by mieć się czego trzymać podczas jazdy nocą. Nocą zresztą zdarza się, że auta poruszają się bez włączonych świateł. Taaak…

Przesiadłem się na miejsce pasażera, by nie nadużywać uprzejmości dobroczyńcy (no, powiedzmy, że tylko z tego powodu ;). Tu było jeszcze gorzej. Raz przejechaliśmy niemalże pieszego, który beztrosko wyszedł zza stojącej ciężarówki. Innym razem prawie dosłownie spadł nam na motor facet wyskakujący z jadącego autobusu. Notabene, mężczyźni wskakują i wyskakują z autobusów, by nie doprowadzać pojazdu do niepotrzebnego wyhamowania do zera; i robią to w klapkach!

Koniec końców dotarliśmy do fortu. Facet naprawdę nie wziął ani grosza, a nawet zapraszał na chatę do siebie. Nie wiem, jak mogłoby to się skończyć, hehe, więc stanowczo podziękowałem i pożegnałem się. Lecz mój lankijski przyjaciel snuł się za mną jeszcze dłuższy czas. Gdy w końcu udało mi się go zgubić, ten nieoczekiwanie odnajdywał mnie po powiedzmy kwadransie. Tak, raz już to przerabiałem, w Kandy facet ciągnął mnie do swojego sklepu z godną podziwu zawziętością. Mój osobisty komentarz do tych sytuacji pozwolę sobie przemilczeć.

Po drodze napotkałem jeszcze innych nieznajomych mi „znajomych”.

-Ja ciebie znam! Gdzie twoje dwie przyjaciółki?

-He??!

-Tak, tak, widziałem was tutaj wczoraj; szedłeś w pomarańczowych spodniach…

Niby Białasów dużo, ale zapomnij o anonimowości pośród nich. Zdaje się, że nic nie ujdzie uwadze miejscowych.

Z dziewczynami spotkałem się przypadkiem w knajpce, do której polubiliśmy przychodzić. W sumie nie zaskoczyło mnie to. Okazało się, że podczas rozłąki robiły zakupy i udało im się ustrzelić parę fajnych rzeczy na pamiątkę. To dobrze. Jestem spokojniejszy.

  • 240111 - Ambalangoda
  • 240112 - Ambalangoda
  • 240113 - Ambalangoda
  • 240115 - Ambalangoda
  • 240116 - Ambalangoda
  • 240118 - Ambalangoda
  • 240121 - Ambalangoda
  • 240122 - Ambalangoda
  • 240123 - Ambalangoda
  • 240124 - Ambalangoda
  • 240125 - Ambalangoda
  • 240126 - Ambalangoda
  • 240127 - Ambalangoda
  • 240128 - Ambalangoda
  • 240135 - Ambalangoda
  • 240136 - Ambalangoda
  • 240137 - Ambalangoda
  • 240138 - Ambalangoda
  • 240139 - Ambalangoda
  • 240140 - Ambalangoda
  • 240144 - Ambalangoda

Ładujemy się w pociąg i docieramy do stolicy. Brzydkiej, betonowej, zaśmieconej z perspektywy pasażera pociągu. By dostać się do dworca autobusowego, na którym rządzi chaos, idziemy kilka przecznic wprost po jezdni, bo chodniki są wielkim, niekończącym się targowiskiem, przez które nie sposób przebrnąć z bagażami.

Negombo, w którym spędzimy ostatnie dwie noce, zaskakuje. Nie dość, że odnajdujemy pierwsze na naszej drodze spektakularne symbole wiary chrześcijańskiej, to jeszcze okazuje się, że kościołów i posągów świętych chrześcijańskich więcej tu, niż jakichkolwiek innych świątyń. Wyraźnie Europa odcisnęła na tych stronach mocne wyznaniowe piętno. W skali całego kraju chrześcijaństwo wyznają naprawdę nieliczni spośród dwudziestomilionowej populacji.

Samo Negombo to prócz miasteczka, jakich na Sri Lance wiele, także prężny kurort, do którego tłumnie zjeżdżają biali. Zapewne dlatego, że to pierwsza tak ładna miejscowość w pobliżu stolicy. Mnóstwo tu zatem małych, większych i całkiem luksusowych hoteli ulokowanych wzdłuż głównej drogi.

Wieczorem piękny aż do kiczowatości zachód słońca chowającego się za linią oceanu…

  • 240147 - Negombo
  • 240149 - Negombo
  • 240151 - Negombo
  • 240153 - Negombo
  • 240154 - Negombo

By dnia nie stracić, ruszamy na ostatnią wycieczkę do trudnej do odnalezienia wioski. Nawet tuk-tukowiec dopytywał miejscowych o drogę. Wsiadamy na łódkę i ruszamy w dwugodzinny rejs po lagunie i kanałach, które zbudowali onegdaj Holendrzy. Ładnie i widokowo. Z dziupli w pniu palmy zerka na nas zaciekawiona papuga. Łódź kołysze się miarowo na rozległych wodach laguny. Podejrzeć się dają niezwykłe, egzotyczne ptaki i brunatne małpki.

Ostatnie nasi goreng. Pakowanie kufrów.

Wracamy.

 

 

Każdemu, kto przeczytał całą tę relację i/lub obejrzał wszystkie zdjęcia - szczerze gratuluję. To naprawdę godna podziwu zawziętość.

  • 240157 - Ja Ela
  • 240158 - Ja Ela
  • 240159 - Ja Ela
  • 240160 - Ja Ela
  • 240161 - Ja Ela
  • 240162 - Ja Ela
  • 240164 - Ja Ela
  • 240165 - Ja Ela
  • 240166 - Ja Ela
  • 240167 - Ja Ela
  • 240168 - Ja Ela
  • 240169 - Ja Ela
  • 240170 - Ja Ela
  • 240173 - Ja Ela
  • 240175 - Ja Ela
  • 240177 - Ja Ela
  • 240179 - Ja Ela
  • 240180 - Ja Ela
  • 240182 - Ja Ela
  • 240183 - Ja Ela
  • 240186 - Ja Ela
  • 240189 - Ja Ela
  • 240190 - Ja Ela
  • 240191 - Ja Ela
  • 240192 - Ja Ela
  • 240193 - Ja Ela
  • 240194 - Ja Ela
  • 240195 - Ja Ela
  • 240196 - Ja Ela
  • 240197 - Ja Ela
  • 240199 - Ja Ela
  • 240201 - Ja Ela

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. anna.wujec
    anna.wujec (25.08.2013 12:19) 0 + -
    Z dużym zaciekawieniem przebrnęłam przez całą relację. Znakomite zdjęcia i komentarz do poszczególnych miejsc.
  2. syrokomla8
    syrokomla8 (09.06.2012 8:10) 0 + -
    No i cholerka zainfekowałeś mnie. Trza się jednakowoż wybrać na Cejlon!
  3. lmichorowski
    lmichorowski (02.06.2012 0:21) +1 + -
    Przeczytałem relację i obejrzałem zdjęcia z wyprawy naprawdę z dużą przyjemnością. Było warto. Gratuluję ciekawych opisów, z których można sporo dowiedzieć się o kraju, no i zdjęć - szczególnie tych, pokazujących życie Lankijczyków. Pozdrawiam.
  4. lmichorowski
    lmichorowski (31.05.2012 22:43) 0 + -
    Gratuluję wrażeń i wspaniałych zdjęć. Jeszcze tu wrócę jutro.
  5. traveluk
    traveluk (13.09.2011 23:50) 0 + -
    A ja wlasnie przegladam foty, jutro bede komentowal... zdjecia niesamowite, kolory jak z reklamy fimow Kodaka :) cudnie i dla mnie to orzedsmak bo 26 pazdziernika obieram kierunek na Sri lanke.
  6. milanello80
    milanello80 (21.12.2010 18:15) 0 + -
    Bym zapomniał, Adam's Peak również :)
  7. milanello80
    milanello80 (21.12.2010 18:11) 0 + -
    Przeglądnąłem już wszelkie relacje ze Sri Lanki i nie wiem jak to się stało,że tak późno na Twoją trafiłem. Świetnie napisana, bogata w humor,wiele ciekawych i trafnych reporterskich spostrzeżeń. Zdjęcia przejrzałem trochę pobrzeżnie, chyba zbyt wiele ich wrzuciłeś. Mnie Sri Lanka zachwyciła, czego zresztą dałem wyraz w mojej relacji. Być może wskutek tego,że tak długo trwała tam wojna i masowa turystyka nie trafiała tam w takiej skali na jaką wyspa zasługuje, Sri Lanka zachowała swoją autentyczność, prostotę i serdeczność ludzi. Poczuć tutaj można taką prawdziwą azjatyckość, pełną egzotyki, niekłamanego uśmiechu, wolną od logiki zysku, od konsumpcyjnego pojmowania świata. Sri Lanka dysponuje niesamowitym potencjałem turystycznym, ma wszystko czego od kraju określanego rajskimi przymiotami można wymagać - niesamowite bogactwo kulturowe, cudowną przyrodę, przepiękne plażę, wspaniałych ludzi. W tym kraju naprawdę można się zakochać.
    Co smutne, niestety zauważyłem pierwsze znaki wkraczającego tu nowotwora materializmu, zwłaszcza w kurortowych miastach wybrzeża, jak Bentota, Beruwala, Hikkaduwa. Ludzie są nastawieni na zysk, ich uśmiech jest wymuszony myślą o zarobku. To kolejny kraj Azji, którego autentyczność, azjatycka dusza zmuszona będzie ustąpić globalizacyjnemu duchowi postępu. Tym samym walory, którymi zachwyca, stracą niestety na blasku.

    Co do porównania naszej trasy. Większość miejsc odwiedziliśmy wspólnie, było też kilka różniących nas destynacji. Żałuję Tangalli, nie tylko z Twojej relacji wiem, że to cudowne miejsce. Rozczarowała mnie wizja Trinco, po lekturze Twoich sądów na temat tego kurortu. Żałuję też Horton's Plains wraz z End of the world.
    Tobie z kolei winno być szkoda Mihintale, wspaniałego miejsca w pobliżu Anurradhapury oraz innych rajskich plaży w pobliżu Galle, mianowicie Mirissy i Unawatuny.
  8. dingo11
    dingo11 (08.04.2010 19:51) 0 + -
    relacja interesująca i zachęcająca, fotki dooglądam innym razem ")))
  9. loka1963
    loka1963 (22.03.2010 3:29) 0 + -
    Bardzo mi sie ta wyprawa podobala :D
  10. jendell
    jendell (21.03.2010 22:06) 0 + -
    Świetnie opisana i obfotografowana podróż, z dużą dawką humoru. Czyta się rewelacyjnie.
  11. fiera_loca
    fiera_loca (17.03.2010 23:49) 0 + -
    przeeeeczytalam!Relacja interesujaca z garscia wlasnych odczuc ,uwag, tez praktycznych no i humoru.A do tego mnostwo zdjec, i dobrze.
  12. sagnes80
    sagnes80 (16.03.2010 19:38) 0 + -
    Marcinie przeczytałam - świetna relacja :) konkretna, pełna ciekawych uwag, porad praktycznych i dobrego humoru!
    Przez Ciebie tak zatęskniłam za Azją, że najchętniej spakowałabym się w minutę i poleciała :)
    zdjęć obejrzałam dopiero połowę, ale wrócę na pewno!!!pozdrawiam i dzięki za tę podróż!
    na chwilę przeniosłam się w bliskie memu sercu regiony :)
  13. slawannka
    slawannka (16.03.2010 14:58) 0 + -
    Przekartkowałam:) obejrzałam pobieżnie miniaturki, i wiem, że to jest warte plusa, to raz, czytania to dwa, oglądania to trzy. Zajmie mi to pewnie sto dwadzieścia lat, ale nic to!
    Ponieważ wiem że warto, stawiam plus. Wszystko inne przyjdzie potem:)
    PS fajnie, że nie ja jedna tyle piszę:)
  14. bkrystina
    bkrystina (16.03.2010 14:28) 0 + -
    o raju ależ to tomisko ...................................
  15. sagnes80
    sagnes80 (15.03.2010 21:18) 0 + -
    o rany zaszalałeś :) dopiero zaczęłam, a zapowiada się fantastycznie! dziś już nie dam rady - taki tekst to na spokojnie muszę i przy całym dzbanku cejlońskiej herbaty, filiżanka za mało :) zatem na jutro mam lekturę i album na cały wieczór, bo Sri Lankę też chciałabym kiedyś zwiedzić!
  16. mapew
    mapew (15.03.2010 20:07) 0 + -
    ja tez musze tu koniecznie jeszcze wrocic. Na razie tylko tak na szybko zajrzalem, bo mnie ciekawosc pozerala i chcialem sobie troche odswiezyc wlasne wspomnienia. Dluzsze czytanie i ogladanie zapowiada sie bardzo ciekawie. Gratuluje :)
  17. kuniu_ock
    kuniu_ock (15.03.2010 19:32) 0 + -
    O rajusku...! Marcinie, dałeś po robocie! Tak cichutko siedziałeś, potem się pojawiłeś i ani be, ani me... no i bach! Muszę teraz zarezerwować sobie troszkę czasu. Nie wiem jak mi to wyjdzie, ale ostrzegam - jeszcze tu wrócę! :D :P
    Pozdrówki! :D
chingon

chingon

marcin
Punkty: 23379