Nastały takie chwile, że pogoda padła nam do stóp i robiła co mogła, by zrewanżować się za ostatnie wybryki. A my robiliśmy co mogliśmy, by nie zemdleć z wrażenia, bo to, co zastaliśmy w Chamonix….
Po prostu odebrało mi mowę. Podniecenie sięgnęło zenitu. Głupawka pełną gębą. Właściwie to nie pamiętam co wyprawiałam, ale pamiętam uderzenia gorąca. Z wrażenia i ze strachu. Szczególnie na widok kolejki, a dokładniej punktu, do którego zmierzała. I w tej kolejce.. ja.. za chwilę..
Kapiący z dłoni pot.
Mokry z tego powodu bilet.
Zdrowaśki do wszystkich świętych.
Nogi jak z waty.
Wbijanie pleców w rurkę.
Gapienie się w jeden punkt na szybie.
Za nic w świecie pod nogi.
Co za idiota otwiera szybę!!!!
Prośba, bym zrobiła zdjęcie..
NIE MOGĘ!!!! A tak w ogóle to ratunku i niech mi ktoś w końcu da grunt pod nogi!
Przesiadka.Chwila na oddech.
taka cienka linka….
w pionie….
nas…...
yyyyyyyyyyy…..
tak wysokooooo…
Puls 160.
Miętoszenie biletu.
Zagryzanie warg.
Zlane potem czoło.
Czy w końcu ktoś wymyśli pastylkę na lęk wysokości???
W końcu nastał grunt! Na wysokości 3.842m n.p.m. Aiguille du Midi w odległości 8km od Mont Blanc. I ja o dziwo w jednym kawałku. Cała i zdrowa. Szczególnie na ciele, bo na umyśle niekoniecznie. Zauroczenioza robiła swoje. A Sabaudzkie Alpy zaczęły jeść mi z ręki..
Jak w takich okolicznościach zachowywać się normalnie? Najnormalniej w świecie N I E D A S I Ę. Głupawka rządzi. Szczęście targa. Radość rozpiera. I tylko pozostaje chłonąć piękno świata.. nasiąkać widokami.. upajać się błogą ciszą..
.. i zbierać siły na kolejkowy zjazd, który dostarczyć może mnóstwo żołądkowych atrakcji.. (skąd ja to znam?)