Ładuję...

kolumber.pl


Pogranicze

Słowo wstępu - relacja przeleżała rok w najgłębszych zakamarkach serwera kolumbera. Wtedy nie udało się dodać zdjęć. Cieszę się, że portal wrócił zza światów. Zapraszam na majówkę na Bałkany. 

 

Siedzieliśmy na kanapie i oglądaliśmy odcinek „Dzikiej Europy”. Za oknem szaro, buro i mokro. Na ekranie telewizora wiosna na rozlewiskach Lonsko Polje w Chorwacji. Po kilku chłodnych i deszczowych majówkach podjęliśmy decyzję – pojedziemy szukać wiosny kawałek na południe. W taki sposób zapadła decyzja, co prawda nie trafiliśmy nad Drawę, tylko nad Koranę, za to oczekiwania były takie same – spędzić kilka dni na łonie natury.  

Podróż była uciążliwa, szybko można się przyzwyczaić do wygód, bo ostatnio jak podróżowaliśmy to autostradami praktycznie spod domu do celu. Wąskie i kręte drogi przez Kotlinę Kłodzką i Czechy, aż do Mohelnic koło Ołomuńca, brakująca autostrada od granicy czesko-austryjackiej do Wiednia i wiecznie w budowie autostrada od Ptuja na Słoweni do Chorwacji przypomniały mi podróże sprzed wielu lat na południe Europy. W kolejce na granicy słoweńsko-chorwackiej była okazja, żeby uświadomić córkę ile się zmieniło przez ostatnie lata, co to jest Unia Europejska, strefa Schengen…Zmęczeni, ale podekscytowani dotarliśmy do naszej kwatery z pięknym widokiem na zielone góry i łąki.

Pomimo długiej i męczącej podróży obudziłem się o świcie. Wyjrzałem przez okno i stwierdziłem, że szkoda marnować tak piękny dzień. Szybka kawa i już byłem na rowerze. Po kilkuset pierwszych metrach szybkiego zjazdu bałem się, że jak się zatrzymam to spadnę z roweru zamarznięty na kość i będę leżał w oszronionej trawie. Na szczęście ukształtowanie terenu pozwoliło mi się po chwili rozgrzać, a słońce robiło swoje. Skierowałem się przez pagórki w stronę granicy z Bośnią i Hercegowiną, nad wąwóz Korany, drogą która w atlasie była zaznaczona jako żółta. Martwiłem się, czy będzie to przyjemna wycieczka, ze względu na ruch samochodowy. Wkrótce moje wątpliwości się rozwiały – droga zamieniła się w szutrową, a zarastające drzewa świadczyły, że dawno nikt tędy nie jeździł. Za kolejnym zakrętem wpadłem na stado owiec. Zwierzaki powoli się rozstępowały, a ja za sobą usłyszałem niepokojący dźwięk – trzy pasterskie psy pojawiły się znikąd. Jeden, najprawdopodobniej dominujący zbliżył się na kilka metrów i głośno ujadał, pozostałe czekały na rozwój wypadków. Przede mną stado owiec, które szczelnie blokowało drogę, po bokach gęste krzaki – nie ma jak uciec. Z nadzieją wypatrywałem właściciela stada, ale nikt się nie pojawił. Nacisnąłem na pedały bardziej zdecydowanie, owce zaczęły się rozstępować, a psy ze złośliwym jazgotem odprowadziły mnie przez kolejne kilkaset metrów. Dawno się tak strachu nie najadłem i szybko poczułem, że jestem na Bałkanach i nie jest to deptak w Trogirze. Kontynuowałem swoją wycieczkę przez wieś Kordunski Ljeskovac, chociaż ciężko było się dopatrzeć zabudowań. Obejścia były doszczętnie zarośnięte, a budynki zburzone lub spalone. Skóra cierpła na myśl, co się tutaj, przecież nie tak dawno musiało wydarzyć. O wiele drastyczniejsze zdjęcia oglądane na szklanym ekranie nie robią takiego wrażenia, jak namacalne świadectwa ludzkiej tragedii. Wrażenia dopełnił cmentarz, jako niemy świadek okrutnej historii. Później rozmawiałem z lokalnym przewodnikiem. Opowiadał mi, że wioskę zamieszkiwali Serbowie. Z 1400 mieszkańców zostały 4 rodziny. Byłem zaskoczony, bo bardziej spodziewałem się Bośniaków. Uświadomiło mi to, że chyba więcej wiem o II wojnie światowej niż o konflikcie na Bałkanach, który rozgrywał się na moich oczach. Po powrocie do Wrocławia przekonałem się, że o wiele prościej jest kupić książkę o najdalszych zakątkach, najodleglejszych kontynentów, niż reportaż o Bośni.

 

 

Przez kolejne dni wymykałem się rano i poznawałem okolicę z wysokości rowerowego siodełka. Często moje wycieczki kończyły się zaskoczeniem, bo trafiałem przed bramę poligonu wojskowego, albo na jakieś średniowieczne ruiny. Za to za każdym razem towarzyszyły mi piękne krajobrazy.