Ładuję...

kolumber.pl


Czatyr-dah

Czatyr-dah Nie największa, nie najpiękniejsza, nie najgroźniejsza, ale dla Polaka to właśnie ona jest najważniejsza na Krymie (obok Ajudahu). Bo na jej szczycie stanął Adam Mickiewicz. A po co Mickiewicz pchał się na Czatyrdah? A co innego miał do roboty? Jego zesłanie było faktycznie jednym bardzo długim urlopem. Jedyne jego niedogodności to fakt, ze był przymusowy, bez możliwości wcześniejszego powrotu do domu i kontrolowany przez policję. Wielu by chciało takiej kary... 1527 metrów czyni z Czatyrdahu trzecią górą Krymu po Roman-Koszu (1545 m) i Demir-Kapu (1539 m) w masywie Nikitskiej Jajły. Choć w zasadzie Czatyrdah to cały masyw, a najwyższy punkt nosi nazwę Eklizi Burun. Bo góry Krymu to potężne płaskowyże, ponad które niewysoko wznoszą się najwyższe szczyty. Drugi, niższy szczyt to Angar Burun (1453 m). Masyw Czatyrdahu rozciąga się na ponad 12 km pomiędzy Symferopolem a Ałusztą. Jest osamotniony; od Demerdżi, Jajły Dołgorukiego i Babugan-Jajły (masyw z Roman-Koszem) dzielą go głębokie doliny. Dzięki temu jest zewsząd dobrze widoczny. Zależy z której strony oglądany, przypomina namiot albo leżącego potwora. Najbardziej imponujący widok jest od północy; z płaskiego terenu nagle wręcz wyrasta potężna góra o pionowych niemal zboczach i wielokilometrowej szerokości płaskim jak stół szczycie. Płaskowyż Czatyrdahu, podobnie jak pozostałych gór, był jeszcze przed wojną wykorzystywany przez Tatarów jako letnie pastwiska (jajła po tatarsku). Jajła Czatyrdahu była szczególnie popularna, gdyż ze względu na częste mgły i deszcze, roślinność jest tam wyjątkowo bujna. Niżej zbocza góry porastają gęste, dębowo-grabowe lasy. Ponad nimi rośnie odmiana sosny czarnej, sosna krymska (Pinus nigra subsp. nigra var. pallasiana), a na południowym zboczu odmiana sosny pospolitej, różniąca się składem chemicznym żywicy i mająca szyszki z wyrostkami (Pinus silvestris var. hamata). W pobliżu szczytu rośnie też sporo wiekowych cisów. Ciekawym gatunkiem jest dający wspaniałe owoce dereń jadalny. Wypasanie owiec i kóz nie było na Czatyrdahu bezpieczne, podobnie jak dziś wędrówki po płaskowyżu. Czatyrdah jest bowiem pocięty licznymi, acz niewidocznymi w roślinnej masie szczelinami i jaskiniami. Jaskinie Marmurowa, Emine-Bair-Chosar, Tysiąca Głów, Chłodna, Partyzancka są warte zwiedzenia. Właśnie ze względu na te groty i rozpadliny, skały Czatyrdahu gromadzą dużo wody, wypływającej w postaci licznych strumyczków zasilających rzeczki Angarę, Demerdżi i Ułu-Uzeń. Jedyna większa rzeczka, Kosa, zasila Almę płynącą do Zatoki Kalamickiej.      My na Czatyrdah wybraliśmy się trolejbusem z Jałty. Trzeba wysiąść na przystanku na Przełęczy Angarskiej i dalej już piechotą na szczyt. Dotarliśmy na niego tylko dzięki połączeniu wiadomości z dwóch przewodników, ponieważ nigdzie nie dostrzegliśmy oznaczenia szlaku. Nie obyło się bez lekkiego błądzenia w lesie ale w końcu udało się. Najpierw idziemy lasem, droga coraz bardziej stromo zaczyna się piąć w górę. W końcu już nie wiemy czy iść tylko na nogach, czy równocześnie z nogami na rękach. Jest już prawie pionowo pod górę. W końcu wchodzimy i widok jaki mamy przed oczami nas zaskakuje zupełnie. Jakbyśmy się wdrapali na ogromną półkę. Jest płasko. Tylko gdzieniegdzie teren lekko pofalowany i ogromna otwarta przestrzeń. Idziemy dalej jak każe przewodnik. Wyczytaliśmy że ze szczytu rozpościera się przepiękny widok na Morze Czarne. Jednak czym dłużej idziemy tym powietrze staje się mniej przejrzyste. Już nie wiemy czy jesteśmy w chmurach, czy to mgła zaczyna nas zewsząd otaczać. W końcu zaczyna padać deszcz. Zakładamy peleryny i twardo idziemy dalej. Widoczność już jest taka że musimy iść gęsiego i trzymać się bardzo blisko siebie , żeby się nie zgubić na tej ogromnej otwartej przestrzeni. Jakimś cudem po omacku dotarliśmy. Kiedy stajemy na szczycie jesteśmy już dokładnie przemoczeni, a z widoku jaki miał nas zachwycić niestety nici….. Wracamy. Kiedy doszliśmy do Przełęczy Angarskiej, świeci piękne słońce, żar leje się z nieba, a my wylewamy wodę z butów, zdejmujemy kurtki i peleryny. Nie ma na nas nic suchego. Podjeżdża trolejbus, jak na złość jeden z tych nowoczesnych, eleganckich. Wchodzimy, pełno ludzi, którzy jakoś dziwnie na nas patrzą, a po chwili wokół nas pojawiają się kałuże, tak z nas kapie woda. Już nawet nie próbowaliśmy usiąść na tych ładnych tapicerowanych siedzeniach. Ale warto było, to była wspaniała przygoda.