Ładuję...

kolumber.pl


Lampedusando 3 czyli my na Lampeduzie :)



Dzień 1 - lecimy na Lampeduzę! 2011-10-01

Dziś lecimy na Lampeduzę! Po nieprzespanej niemalże nocy - już drugiej - zbieramy się do lotu.

(o marzeniach o Lampeduzie znajdziesz TUTAJ, o drodze z Warszawy przez Mediolan i Bergamo - TUTAJ)

Lampedusa, aspettami, sto arrivando! 

(po pół dnia) 

Na lotnisko dotarłyśmy ze sporym wyprzedzeniem (autobus 2 euro, 15 min drogi z centrum Bergamo). Odprawiłyśmy się z powodzeniem, mimo, że w ostatnim momencie zauważyłyśmy błąd w nazwisku u Alki. Ale błąd przeszedł niezauważony.

Poszukując kawy i kanapki (to ONA, nie ja, ja po prostu cappuccino e brioche) byłybyśmy się spóźniły na samolot, bo się okazało, że kolejka do kontroli bagażu była ogromna, a potem, że na małym lotnisku trzeba było iść i iść, chyba dwukrotnie okrążając lotnisko. Wpadłyśmy do wyjścia ostatnie!

Lot małym samolotem najpierw wzdłuż gór, potem zachodniego wybrzeża Włoch, a potem nad morzem. Niestety, lekkie zamglenie sprawiło, że nie widziałyśmy Rzymu, Neapolu, Wysp Eolskich… one tam były, ale nie dały się zauważyć. Pasażerowie – nie tylko ja – miotali się po samolocie od jednej strony do drugiej żeby zobaczyć coś, cokolwiek.

Ale prezent dostałam od Pantellerii, pokazała się po mojej stronie, w całej okazałości, mogłam palcem narysować trasę mojej wędrówki, a Lago Specchio di Venere błyszczało zielono…

Lampeduzę okrążyliśmy obniżając się, ale nie przewidziałam, że przy lądowaniu będzie ją widać w oknach po lewej stronie – siedziałam przypięta po prawej i mogłam się tylko zachwycać, zdjęcia zrobić się nie dało…

Po wyjściu z bagażami wypatrywałam kogoś z tabliczką La Roccia, Angelo stał i machał tabliczką, roześmiany. Załadowaliśmy się w kilka osób i pojechaliśmy przez miasteczko, port, zachwycone atmosferą.  Teren campingu – całkiem niezwykły, nie wyobrażałam sobie, że jest tu tak ładnie! Ale niespodzianka czekała nas w recepcji – okazało się, że mają dla nas całkiem niezwykły prezent. „ponieważ jesteście z tak daleka i zarezerwowałyście tak dawno, postanowiliśmy wam zamiast przyczepki (z użyciem wspólnych łazienek i toalet) dać tzw. chalet, (czyli drewniany domek campingowy) z KUCHNIĄ I ŁAZIENKĄ!!! Nasza radość nie zna granic, podoba nam się wszystko, nie przeszkadza nam prostota tego domku, wykonanego ze starych desek, małe rozmiary wszystkiego – mamy własną kuchnię, a więc możemy coś ugotować, włożyć do lodówki, no i przede wszystkim ta łazienka!!! Gorąca woda, wypróbowałam!

Po rozpakowaniu schodzimy w stronę zatoczki. Camping leży nad zatoczką Cala Greca, jest ona całkiem niezwykła – jakby czworokątna, plaża jest króciutka, okolona wapiennymi skałami. Wypróbowujemy nasz kawałek morza – woda chłodna, ale nie zimna. Na plaży dosłownie dwie osoby oprócz nas. Wiem, że ta nasza zatoczka nie może się równać tym wszystkim które mamy zamiar tutaj poznać, ale robi na nas wielkie wrażenie, jest taka niezwykła…

I jeszcze jedno ogromnie miłe zaskoczenie: zaraz po przyjściu do naszego domku nasi sąsiedzi zapytali, czy nie chcemy zaopiekować się rzeczami, które oni zostawią, bo zaraz wyjeżdżają. W ten sposób dostałyśmy makaron, pesto, oliwę, środki czystości… Było to przesympatyczne, a właśnie jesteśmy po własnoręcznie przyrządzonym prostym obiedzie – makaron z Pesto!

Teraz odpoczywamy, potem mamy zamiar zrobić małe zakupy w sklepiku na campingu, i w drogę do miasteczka. Mamy zamiar dzisiaj spenetrować uliczki, zajrzeć wszędzie, posmakować Lampeduzy, pójść na passeggiatę na Via Roma…