Ładuję...

kolumber.pl


Studencka wyprawa stopem na Bliski Wschód, 15.08–30.09.1973



Jak nie pojechaliśmy krążownikiem szos...

Po kolejnym dniu, kolejny nasz uczynny kierowca zaprasza nas do domu... Tym razem kolacja jest wyjątkowo obfita, potem...  w gościnnym pokoju czekają na nas prawdziwe łóżka z prawdziwą, pachnącą pościelą!!! Podczas całej podróży (nie licząc tych paru marnych hotelików na samym początku) ten jeden jedyny raz spaliśmy na łóżkach! Już zapomnieliśmy, jakie miękkie mogą być łóżka - przecież normalnie spaliśmy na matach na tarasie, na piasku, na twardej ziemi, a czasem na podłodze w restauracji po zamknięciu -

DYGRESJA – w restauracjach robiło się tak - zamawiamy herbatę, i siedzimy godzinę, potem znów zamawiamy herbatę, a trzeci raz już nam przynoszą na koszt firmy, no a potem przysiada się właściciel i pyta o co chodzi, więc pytamy, czy moglibyśmy tu przenocować, - OK, tylko dopiero po zamknięciu, a rano przed otwarciem musicie wstać. I nic od nas nie chcieli, a jeszcze nieraz przynieśli herbatę na dzień dobry... 

A więc śpimy na mięciutkich łóżkach (trochę chyba za miękkich żeby się wyspać:), a rano zbieramy się jeszcze pełni po obfitej kolacji, kiedy gospodarze podają nam śniadanie! Pijemy herbatę, ledwo żywi z przejedzenia ukradkiem chowamy do plecaków pomidory, owoce, chleb... Gospodarz podwozi nas kilka kilometrów do szosy, Güle Güle!- żegna się, tesekkür ederim! - dziękujemy...

Stoimy przy szosie, a tu nie jedzie nic... Mijają długie minuty, pół godziny, godzina... Najpierw liczymy na jakiś wygodny samochód (te łóżka nas rozpieściły...), potem na ciężarówkę, potem modlimy się o traktor... Nie jedzie nic...

Droga biegnie na wysokim nasypie. Nagle po przeciwnej stronie drogi spod nasypu pojawia się kobieta, idzie w naszym kierunku, niosąc w rękach tacę, wyładowaną herbatą, chlebem, pomidorami... Ta kobieta nie wie, kim jesteśmy, bo przecież przywieziono nas tu z innej wioski, no ale skoro tu stoimy już dłuższy czas, widać jesteśmy głodni i spragnieni... Podchodzi do nas, podaje nam tacę, skłaniając głowę w powitaniu, po czym ... znika za nasypem...

Co mamy zrobić? Nie jesteśmy głodni, wręcz przeciwnie... W dodatku jak na złość właśnie w tym momencie podjeżdża w naszym kierunku wspaniała limuzyna... Wiemy, że nie możemy teraz odjechać, musimy zjeść, musimy oddać tacę, podziękować, więc nie patrzymy na samochód, nie machamy rękami, nie zatrzymujemy go, tym bardziej, że nadjeżdża ze strony, w którą my zmierzamy... Marzyliśmy o nim, ale nie możemy skorzystać.

Samochód zatrzymuje się sam... Kierowca zaprasza nas do środka... Dziękujemy, tłumacząc, że zmierzamy w przeciwnym kierunku. – Tamam! mówi, i odjeżdża, ale zaraz wraca z piskiem opon – tamam! możemy jechać tam gdzie chcecie! Jesteśmy załamani, proponujemy mu poczęstunek, ale odmawia i ... odjeżdża.

Pakujemy chleb, pomidory do już wypakowanych prowiantem plecaków, wypijamy herbatę. Biorę tacę i przechodzę przez drogę, szukając kobiety. Kiedy tylko podchodzę do domów poniżej drogi, pojawia się znów, pozdrawiając mnie skinieniem głowy i podaje mi ... tacę z owocami...

Dalszy etap podróży odbywamy napotkanym po długim czasie traktorem... Pojazd trzęsie niemiłosiernie i jedzie z prędkością niemalże zerową, a do tego trafia nam się traktorzysta – romantyk: co chwila zatrzymuje się, żeby nam pokazać z niemym zachwytem to szczególnie piękny widok, to jakiś kwiatek, to jakieś drzewko...