Mając to cudo na wyciągnięcie ręki - Piran leży jakieś 120 km od Wenecji - grzechem byłoby nie odwiedzić znów tej perełki. Pogoda nie była zachęcająca, ale ryzykując wyruszyliśmy nad ranem. Trzeba było przejechać Triest i pomknąć prosto kawałek autostradą. Dotarliśmy na miejsce po siódmej. Tutaj też nie rzyjechałem dla eć, bo do tego trzeba by się zupełnie inaczej nastawić i zorganizować. Ale to miasto o poranku jest zdecydowanie ciekawsze niż w środku dnia, kiedy milionowy tłum zaleje jego wąskie uliczki. Wczesnym rankiem sprawia wrażenie niezmiernie przyjaznego dla przybysza z daleka. Nie widać pośpiechu, nikt nie biega, nie przepycha się, nie krzyczy, nie ustawia kolejnej grupy japończycków do zbiorowej fotografii (nie mam nic do japończyków!:-) ). Starsze panie otwierają okiennice swoich mieszkań w kamienicach pamiętających czasy kilka wieków wstecz. W wąskich uliczkach zaczyna się rozchodzić zapach świeżo parzonej kawy, pitej bez pośpiechu przez pierwszych bywalców małych, pustawych jeszcze kafejek. Nieco zaspani właściciele otwierają podwoje swoich kramów, sklepików i rozkładają swoją ofertę w oczekiwaniu na pierwszych klientów. Na kanałach nie ma jeszcze typowego turystycznego ruchu gondol - uwijają się za to dostawcy towarów, śmieciarki, jeszcze puste wodne tramwaje.NIkt nie zasłania widoku każdego, najmniejszego detalu wypatrzonego wśród oszałamiającego bogactwa architektury tego niezwykłego miasta. Tak mi się ten nastrój podobał, że nawet nie robiłem wielu zdjęć tylko chłonąłem go z ogromną przyjemnością.
Kiedy w południe doszliśmy w coraz bardziej gęstniejącym tłumie do placu Św. Marka stwierdziliśmy że tę wycieczkę tutaj zakończymy. Po zjedzeniu nieprzyzwoicie drogiej i nieprzyzwoicie marnej pizzy wróciliśmy do Piranu:-)