Ładuję...

kolumber.pl


53 +
2008-02-28 - 2009-06-05

Nepal - magia, tradycja i rzeczywistość

Opisywane miejsca: Pokhara, Royal Chitwan National Park, Katmandu, Bhaktapur, Nepal (161 km)
Typ: Blog z podróży

"Stara legenda głosi, że zanim Dolinę Katmandu zamieszkali ludzie, była ona wielkim jeziorem Nanga Hrada i rządził nią Karkotaka, król wężów. Dlatego też nazywała się ona Grodem Węża lub Wężowiskiem. Pewnego dnia na środku jeziora wyrósł kwiat lotosu, z którego narodził się Gautama Budda. Pewnego dnia uczeń Gautamy Buddy, niejaki świętobliwy Manjushri jednym uderzeniem czarodziejskiego miecza rozciął góry, tworząc wielką szczelinę zwaną Czobhar. Ową wielką szczeliną wypłynęły wody Nanga Hrada do Gangesu. Gdy cała woda spłynęła, dno jeziora odsłoniło żyzną dolinę. Na osuszone dno Nanga Hrada zaczęli przybywać pierwsi ludzie i sadzić ryż... Działo się to 15 tysięcy lat temu..."  

I dziś po 13 godzinach w rozklekotanym autobusie indyjskie marki TATA na trasie Varanasi – Sunauli, po nocy bez prądu i ciepłej wody w Nepali Guest House na granicy, moim oczom ukazał się właśnie ten widok: piękna żyzna dolina, pokryte soczystą zielenią tarasowe poletka ryżowe i otaczające je góry ze szczytami niknącymi pod pierzynką z chmur. Zmęczenie prysnęło momentalnie. Zachwycające widoki sprawiły, że zapominam o bolących kolanach i wszelkich niewygodach.  

Jesteśmy w Nepalu - w królestwie wśród gór...

Ku mojemu zdziwieniu nie jest to jeszcze Dolina Katmandu. Okazuje się bowiem, że z racji na napiętą sytuację polityczno-ekonomiczną (maoiści kontra monarchia) nastąpiły kolejne blokady dróg i musimy jechać do Pokhary. Jedyna prowadząca z tej strony droga do Katmandu może bowiem zostać odblokowana za dni parę...

Pozostaje nam pogodzić się ze zmianą planów i cieszyć oczy widokami za oknem :) Zatrzymujemy się niemal w każdej wiosce i pomagier kierowcy zabiera pocztę od ludzi. Problemy komunikacyjne powodują bowiem, że każdy środek transportu jest wykorzystywany do umożliwiania kontaktów ze światem. Stromą, wąską i pełną serpentyn drogą Siddharta Highway mkniemy z zawrotną, jak na te warunki, szybkością. Czyli jakieś 40-50km/h przez malowniczo położone tereny.

Mijamy skromne chatki, wiele z nich to kryte strzechą lub blachą falistą lepianki. Krzątają się przed nimi ludzie. Przez rzekę przerzucone są wąskie wiszące mosty, które zapewniają mieszkańcom stoków jedyny kontakt z resztą kraju.

Odcinek 150 km pokonywaliśmy w 7 godzin nim wreszcie dodtarliśmy  do centrum Pokhary. Ze znalezieniem noclegu nie było problemu. Na dworcu roiło się od naganiaczy. Zdecydowaliśmy się na jedną z ofert. Hotel „Mount Fuji” okazał się strzałem w dziesiątkę. Czysty, zadbany, ciepła woda i miła obsługa (zresztą okazało się, że zwerbował nas sam właściciel). A cena wręcz śmieszna - 200 rupii nepalskich za pokój z łazienką.

Nie tracimy cennego czasu i po lekkim odświeżeniu ruszamy zobaczyć miasto. Pokhara leży na wysokości 900 m n.p.m. Stanowi bazę wypadową w rejon Annapurny. Na głównej ulicy spotykamy miłośników gór z całego świata. Mimo sporej liczby turystów jest niesamowicie cicho. Z niektórych sklepików z pamiątkami rozbrzmiewają kojące buddyjskie mantry. Po głośnych Indiach miasteczko wydaje się być oazą spokoju. Również mieszkańcy są wyciszeni. Żadnego naciągania, naganiania, czy nachalności ze strony sprzedawców. Uśmiechnięci pozdrawiają nas tylko „Namaste” dotykając czoła dłońmi złożonymi jak do modlitwy. Warto odwzajemnić ten gest – szybko zjednuje nam to sympatię.

Ponieważ zbliża się wieczór idziemy na zachód słońca nad długie na 2,5 km jezioro Phewa Tal. Jest ono największym spośród ośmiu jezior znajdujących się w Kotlinie Pokhary. Otaczające je wzgórza odbijają się w niczym nie zmąconej tafli wody. Z dala majaczy mała wysepka, na której znajduje się Złota Świątynia Warahi. Siedzimy zapatrzeni i wciąż oszołomieni ciszą. Decydujemy się zjeść kolację w restauracji nad brzegiem jeziora. Otuleni kocami, w blasku lampionów odpoczywamy po trudach podróży delektując się pierwszym od kilku tygodni mięsem :)

Tuż po 20.00 wyłączyli prąd i miasto spowiły ciemności. Ulice oświetlały lampki olejne, świece, gdzieniegdzie światło słabych żarówek zasilanych lekko buczącymi agregatami. Ledwo udaje nam się trafić do hotelu.

Nepal jest jednym z najbiedniejszych państw świata. Średni dochód na jednego mieszkańca nie przekracza 250 USD rocznie. Przerwy w dostawie energii to normalna sprawa. Szczególnie od kilku lat, gdy oprócz złej sytuacji ekonomicznej niewesoła jest również sytuacja polityczna tego liczącego 25 mln ludności
i 147 181 km2 powierzchni państwa. Właściwie od ponad 10 lat trwa tu  wojna domowa. Napiętą sytuację dostrzegamy gołym okiem: stacje benzynowe traktowane są niemal jak punkty strategiczne. Benzyna limitowana, więc kolejki ogromne. Na wszystkim można się targować, ale jeśli chodzi o cenę taksówek to ciężko jest ją zbić.

Potwierdza nam to Santos – właściciel hotelu, który przy świecach czeka już na nas z pyszną mleczną herbatą i zaprasza na rozmowę. Nie udało mu się załatwić dla nas lotu do Jomosom właśnie ze względu na problemy energetyczne. Ceny paliw znów poszły drastycznie w górę. Kryzys jest bardzo duży, w kraju obecnie odbywa się zaledwie ¼ całego transportu. A ludzie nie mają jak się przemieszczać. Są również problemy z gazem. Jak poczekamy tydzień to może zwolnią się jakieś miejsca i polecimy. Może...Ale czekać nie możemy. Zresztą na żaden dłuższy trekking nie jesteśmy przygotowani. Chcieliśmy lecieć na 2-3 dni nacieszyć oczy widokami. Jednak tym razem nie dane nam obcowanie z górami, zresztą nie zakładaliśmy tego, bo większość wyjazdu przeznaczyliśmy na Indie. Chyba będziemy musieli tu wrócić :)

  • Nepal- tarasowe poletka
  • Nepal- tarasowe poletka
  • Zakręt
  • W drodze do Pokhary
  • W drodze do Pokhary
  • Pokhara - Phewa Tal
  • Pokhara - Phewa Tal
  • Pokhara - Phewa Tal
  • Pokhara - Phewa Tal

Wstaliśmy o 4.30 i ubieraliśmy się w blasku świeczki, bo jeszcze nie było prądu. Wyruszyliśmy w kierunku słynnego wzgórza z widokiem na Himalaje – Sarangkot (1592 m n.p.m.). To łatwy, turystyczny szlak dający każdemu szansę podziwiania wschodu słońca z panoramą na sześcio - ośmiotysięczniki. Orzeźwiająca, poranna gimnastyka. Na górze jednak zaniemówiłam. Szczyty Annapurny otulone były jeszcze mgiełką. Powoli wynurzało się słońce, a jego pierwsze promienie rozświetlały pokryte lśniącym, białym lodem najwyższe góry świata. Znany z racji kształtu rybiego ogona – Machhapuchre (6.993 m n.p.m.) mienił się wyjątkowo pięknie. Nie potrafię wyrazić wrażeń słowami. Nie oddadzą tego również zdjęcia. Trzeba uwierzyć moim słowom, lub…spakować plecak i lecieć:)

Ponieważ zaczęło przybywać turystów postanowiliśmy wracać. Odbiliśmy jednak ze szlaku w jakąś boczną dróżkę.

Po kilkuset metrach miałam wrażenie, że wkroczyłam do świata baśni. Znaleźliśmy się w małej nepalskiej wiosce, w której czas się zatrzymał. Domki były skromne, ale zadbane i czyste. Zamiast dachów - falista blacha, na której poukładano cegły i dynie, żeby jej nie zwiało. W zagrodach pracowały kobiety i mężczyźni: zamiatali obejścia, karmili zwierzęta, przerzucali siano, układali drewno, myli naczynia. Ot poranna, niespieszna krzątanina. Kobiety nosiły na plecach kosze, które przewieszone były szeroką taśmą na głowie. Matki przeczesywały palcami długie czarne włosy dziewczynek iskając wszy. Po drodze biegały uśmiechnięte dzieciaki, witając nas radosnym „Namaste”. Niektóre pytały czy mamy cukierki, więc rozdałam zapasy w ciągu kilku minut. Mijało nas też sporo uczniów idących raźnie do oddalonej o kilka kilometrów szkoły. W mundurkach, z tornistrami, a młodsze tylko z wygniecionym zeszytem i ołówkiem w rączce. Szczęśliwcy z nich, bo analfabetyzm w Nepalu wynosi niemal 50%. Czasem któreś z dzieci poprosiło o słodycze, częściej o długopis, tylko jedno spytało o pieniądze. Te znające angielski cieszyły się, że mogły z nami porozmawiać, maluchy podbiegały, żeby chociaż się przywitać i dotknąć mojej ręki. Nie byli nachalni, dlatego postanowiliśmy podzielić się z nimi tym co przy sobie mieliśmy. Pieniędzy dzieciom nie daję, ale ołówki i kolorowe długopisy, które miały wystarczyć jako upominki na kilka dni, rozdałam błyskawicznie. Ileż radości może sprawić pisak za złotówkę! Dzieciaki biegły do szkoły, żeby pochwalić się kolegom. Prosili też o zdjęcia. Nadstawiali się pod aparat a później zafascynowani z otwartymi buziami podziwiali się na wyświetlaczu :) Ich entuzjazm wzbudzał zainteresowanie starszych. Niektórzy podchodzili i również podglądali co pokazujemy maluchom. Nie mogliśmy się porozumieć, jednak z uśmiechem składali ręce w nepalskim pozdrowieniu. Ta ich prostota, otwartość i serdeczność wręcz onieśmielają.

Chociaż jesteśmy na wysokości ponad 1200 metrów rosną banany, eukaliptusy. Całe zbocze pokrywa świeża, soczysta zieleń, kwitnie rzepak, a łąki usiane są niezapominajkami. Rozwojowi subtropikalnej roślinności na tej wysokości sprzyjają duże opady. W Kotlinie Pokhary jest ponadto kilka stopni cieplej niż np. w Katmandu, dlatego zbiory są tu możliwe nawet 3-4 razy w roku.

Zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek nad jeziorem, w którego zimnej, krystalicznej wodzie kobiety robią pranie. Czyste już rzeczy rozkładają bezpośrednio na trawie, by wyschły na słońcu. I znów ta cisza. Wspaniale się w nią wsłuchiwać.

Po półgodzinnym marszu podziwiamy lśniące szczyty Annapurny. Jesteśmy w malutkiej wiosce, skąd rozpościera się nieziemski widok. Zazdroszczę mieszkańcom, że każdego dnia budzą się i zasypiają w najpiękniejszej z możliwych scenerii. Bujna zieleń kontrastuje z bielą gór. Powiewające na zboczu buddyjskie chorągiewki modlitewne, a w dali błyszczące grzbiety ośmiotysięczników sprawiają, że w tym miejscu czuje się bliskość i obecność Boga…

Późnym popołudniem dotarliśmy do większej wsi z asfaltową już drogą. Zastanawialiśmy się, jak wrócić do Pokhary, gdy zobaczyliśmy kolorowy autobus. Zaczęliśmy machać, by się zatrzymał. W środku panował ścisk. Kierowca uśmiechnął się i wskazał ręką na dach – tam wam będzie wygodniej i widoki lepsze – wskakujcie. Nie wskoczyłam tylko wdrapałam się mozolnie na górę po małej drabince i usadowiłam w pozycji półleżącej na niewygodnych, metalowych prętach. No ale przecież normalnie to miejsce służy do przewożenia towaru i bagaży. Ruszyliśmy. Przez kilka pierwszych minut zamykałam oczy ze strachu i piszczałam. Jechaliśmy ostrymi serpentynami w dół. Zachwyt nad krajobrazami wygrał jednak z przerażeniem. Jazdę na dachu nepalskiego autobusu można zaliczyć do sportów ekstremalnych – niesamowita przygoda!

Wieczór ponownie spędziliśmy leniwie nad Phewa Tal rozkoszując się ciszą. „Kto nie ma czasu, jest biedniejszy niż żebrak” głosi nepalskie przysłowie, które dziś usłyszeliśmy na szlaku.

 

  • Dom moich marzeń :)
  • W nepalskiej wiosce
  • Kobieta z dzieckiem
  • Spacer
  • Chatki
  • Staruszka
  • W drodze do szkoły
  • Nepalka
  • Pranie
  • Wschód słońca
  • Wschód słońca
  • Wschód słońca
  • W nepalskiej wiosce
  • W nepalskiej wiosce
  • W nepalskiej wiosce
  • W nepalskiej wiosce
  • W nepalskiej wiosce
  • Ślicznotka
  • W drodze do szkoły
  • Śniadanko :)
  • W nepalskiej wiosce

Dziś stawiamy na aktywny wypoczynek i idziemy wypożyczyć rowery. Nie ma z tym problemu, bo wypożyczalni jest bardzo dużo, ceny niskie, a rowery jak rowery – byle mknęły do przodu ;) Niestety niebo jest zachmurzone, ale mamy nadzieję, że deszcz nas ominie :) Na początek oczywiście zapominam o obowiązującym w Nepalu ruchu lewostronnym i zdziwiona marudzę pod nosem „co za wariactwo na tutejszych drogach, czy ci ludzie jeździć nie potrafią?”;)

Jedziemy do starej dzielnicy Bagar, gdzie obserwujemy pracujących na straganach ludzi i zastanawiamy się, czy kurczak, który tak nam smakował wczoraj wieczorem pochodził z któregoś ze stoisk mięsnych obecnie przez nas mijanych?;) Ale teraz to już chyba nie ma znaczenia. Zresztą tradycyjnie już w czasie tej podróży każdy posiłek popijamy dwoma – trzema łykami wódki i nic nas nie rusza. Za to po powrocie do kraju pewnie trzeba się będzie wybrać na odwyk ;) Ale od dwóch dni jest mi niedobrze na myśl o procentach. Skończył nam się bowiem alkohol i skazani byliśmy kupić lokalny, nepalski wyrób „Whisky Virgin”. W życiu nie piłam czegoś tak paskudnego.

Ale teraz postanawiamy kupić dla odmiany lokalne piwo i pojechać nad rzekę. Po drodze odwiedzamy świątynię bogini Bhagwati. Ze zdziwieniem patrzę na kamienny stół ofiarny, do którego podchodzą rodziny niosąc żywego kurczaka, czasem koguta i składają je w ofierze przy pomocy tasaka. Głowa i krew zostają dla bogini, a z mięsem wracają do domu...

Z kolei na podeście świątyni siedzi po turecku starzec. Przed nim długa kolejka. Okazuje się, że udziela wiernym błogosławieństwa dotykając głów tygrysią łapą. Tuż obok leży zresztą ususzona tygrysia głowa z wyłupiastymi martwymi oczami... Ludzie w podzięce składają mu datki...


Droga jest kręta, pnie się częściej do góry niż w dół. Docieramy nad rzekę, z której czerpane są kamienie wykorzystywane w budowie. Zmęczeni odpoczywamy na wielkich głazach mocząc nogi w zimnej  wodzie. Widoki nie są zachwycające, bo chmur uzbierało się całkiem sporo, ale
i tak jest bardzo przyjemnie. Głodni postanawiamy wrócić do miasta korzystając z przewieszonego przez rzekę stalowego mostu dla pieszych o szerokości ok 1,5 metra. No i po tym mostku towarzystwo postanawia się przejechać :) Dla mnie to zbyt duże ekstremum i tchórzę powoli przeprowadzajac rower :)

Powrót do miasta serpentynami w dół to już jazda z zawrotną prędkością. Wspaniałe, radosne przeżycie, trzeba jednak bardzo uważać na wybiegające na ulicę ciekawskie dzieci, lub bydło.

Na popołudnie chcieliśmy wypożyczyć kajaki i popływać po jeziorze, ale gdy usłyszeliśmy od znajomego historię jego kajakowej wywrotki i zamoczeniu sprzętu foto - zrezygnowaliśmy. Nie poszliśmy również obejrzeć słynnej stupy pokoju, bowiem jest remontowana. Włóczyliśmy się po mieście zaglądając na stragany, wchodząc do sklepików, rozmawiając z ludźmi.

Zaczepiły mnie starsze kobiety z Tybetu i zaoferowały biżuterię. Co mi szkodzi rzucić okiem? Próbowały mi wmówić, że to tybetańskie srebro. Nabrać się nie dałam, ale bransolety i wisiory są naprawdę śliczne. I zajmują mało miejsca w plecaku, ważą niewiele, kosztują po długich targach jeszcze mniej, więc jak tu nie skusić się na jedną, no może dwie, to może jeszcze dla siostry, ale przecież mam trzy siostry... No a co przywiozę mamie i koleżance?... Ale jak kupię jednej to i przecież dla drugiej też wziąć muszę... I w ten oto prosty sposób spędziłam wieczór jak sroka przebierając świecidełka i nabyłam blisko 20 bransolet ;)

Wieczorem domówiliśmy z Santosem szczegóły wyjazdu do Royal Chitwan National Park. Zdecydowaliśmy się skorzystać z jego oferty i jechać do hotelu jego przyjaciela. W Nepalu nie zginiesz ;) Jeśli pochwalisz się komuś jakie masz plany, to zorganizują wszystko za ciebie :) Ale Santos okazał się tak fantastycznym człowiekiem, przegadał z nami tyle czasu opowiadając z pasją o historii i sytuacji swojego kraju, tyle się od niego dowiedzieliśmy nowych rzeczy, że...nie potrafię odmówić jego ofercie. Cena - 70 USD od osoby i obejmuje: przejazd z Pokhary do Chitwan w pierwszym dniu, a następnie przejazd z Chitwan do Katmandu w dniu trzecim, dwa noclegi, pełne wyżywienie, opiekę przewodnika, safari na słoniach, jungle walk, spływ łodzią po rzece, wieczór folklorystyczny. Ciekawa jestem ile przepłacimy? :)

 

  • Skrzydełko czy nóżka?;)
  • Dzieciaki
  • Modlitwy
  • Błogosławieństwo
  • Przed świątynią
  • Odpoczynek
  • Święty byk
  • Składanie ofiar
  • Mięsny ;)
  • Pokhara - ludzie
  • Pokhara
  • Pokhara - ludzie
  • Wiszący most
  • Wiszący most
  • Wiszący most
  • Z górki na pazurki ;)
  • Kwiatuszki dla mnie :)
  • Mężczyzna udzielający błogosławieństwa
  • Zabawy
  • Pokhara

Z samego rana wyruszyliśmy małym, ciasnym autobusem do Royal Chitwan National Park – ostatniej ostoi nosorożca na subkontynencie indyjskim. Nasz „turist bus” zdecydowanie nie jest przystosowany na europejskich turystów, raczej nadaje się tylko dla ludzi o azjatyckim typie budowy: drobnych i szczupłych. Tradycyjnie zatrzymywaliśmy się na każdym zakręcie i zabieraliśmy miejscowych, którzy niemal z niego zwisali. Turlaliśmy się w zwolnionym tempie, dzięki czemu mogłam znów kontemplować niesamowite widoki. Jestem pewna jednego – po tych zaledwie kilku dniach w Nepalu wiem już, że muszę tu wrócić i udać się na trekking w góry.

Tarasowe poletka okalają niskie murki, aby ziemia nie obsuwała się w czasie deszczów. Na tych małych, wydartych górom skrawkach ziemi, ciężko pracują ludzie. Ich życie podporządkowane jest rytmowi natury, wschodom i zachodom słońca, porom roku...

Po kliku godzinach docieramy do miejscowości Sauraha, która jest bramą do Royal Chitwan National Park. Oczywiście obstępują nas od razu naganiacze. Jest ich zdecydowanie dwa razy więcej niż turystów wysiadających z autobusu :) Z tłumu wyciągnięci zostajemy przez osobę z Gorkha Guest House, w którym mieliśmy wykupiony nasz pakiet (ciekawe skąd facet wiedział, że to właśnie my jesteśmy ich gośćmi?). Jeszcze półgodzinna jazda jeepem przez wertepy i jesteśmy na miejscu.

Gorkha Guest House znajduje się zaraz na początku wioski. Kilkanaście małych, skromnych ale czystych, drewnianych domków w pięknym ogrodzie. Jest bardzo cicho i przyjemnie. I woda ciepła :) A przed domkami na tarasach porozstawiane leżaki. W prostej jadłodajni zjedliśmy całkiem smaczny dwudaniowy obiad i wypiliśmy po kawie. Przyszedł do nas młody chłopak, który przedstawił się Tarik i miał być naszym przewodnikiem po parku. Ponieważ wizyta w typowej wiosce ludu Tharu, którzy są autochtonicznymi mieszkańcami regionu, zaplanowana była na 15.00 to mieliśmy jeszcze godzinę na relaks. Położyliśmy się wygodnie na leżakach w ogrodzie obserwując chmurki i słuchając ciszy. Nie trwała ona za długo, bo panowie zaczęli snuć marzenia o wypaleniu fajki pokoju (Drewnianą fajkę kupił w Pokharze mój niepalący mąż, który stwierdził, że to będzie jedyna jego pamiątka z podróży. A skorzysta z niej na emeryturze, którą zamierza spędzić w Nepalu właśnie. Zbuduje drewnianą chatkę krytą strzechą z widokiem na Annapurnę, fotel bujany postawi przed domkiem i będzie palił fajkę, popijał miejscową whisky (fuj) i patrzył na góry). No i od tej fajki zaczęły się rozmowy, jakby to było miło, gdyby jakąś „marysię” udało się zapalić. Rozmarzony mój mąż stwierdził, że zwiedzi ogród. Wrócił dosłownie po minucie z wielkim uśmiechem na twarzy wołając z daleka, że sami musimy ocenić jego znalezisko. Za jedną z chatek rosły ogromne krzaki marihuany. Zrobiliśmy więc sesję „buszujący w marysi;)”

Ruszyliśmy do wioski ludu Tharu. Ich nazwa wywodzi się od niziny, którą zamieszkują - Taraj. Te niezwykle urodzajne, żyzne tereny były niegdyś największym siedziskiem malarii w regionie. Lud Tharu był jednak wyjątkowo odporny na tę chorobę. Problem malarii został wyeliminowany w latach 50 XX wieku w wyniku reform rolnych oraz znacznego wylesienia. Cechą charakterystyczną lepianek ludu Tharu jest to, że nie posiadają okien, aby żadne dzikie zwierzę nie dostało się do środka. Aktualnie dziki zwierz raczej się nie pojawi, ale dawniej, gdy były to tereny łowieckie istniało realne zagrożenie ataku. Cała wioska jest bardzo czysta i zadbana. Niewątpliwie trochę dla turystów i pod turystów. Przed domami toczy się życie mieszkańców: gotują, przesiewają i mielą zboże, pletą kosze i liny.

Przez wioskę, pola na których uprawiana jest kukurydza, jęczmień i pszenica, doszliśmy do centrum hodowli słoni. Zwierzaki są tu wychowywane, karmione i tresowane. Jest to także ośrodek rozrodczy. Najsympatyczniejsze są dwu metrowe „maluchy”. Pierwszy raz w życiu czułam się jak kruszynka :) Widok zwierząt skutych grubymi łańcuchami do potężnych drewnianych pali do przyjemnych jenak nie należy.

W drodze powrotnej czekała nas przeprawa łodzią przez rzekę Rapti, która jest naturalną granicą parku Chitwan. Nie czekaliśmy jednak na czółno tylko, biorąc za wzór kobiety przeganiające bydło przez rzekę, postanowiliśmy również ruszyć piechotą. Wreszcie domyliśmy nogi ;)

Gdy przebrnęliśmy przez rzekę i szliśmy już w kierunku wioski przeżyliśmy przygodę niemal mrożącą krew w żyłach. Minął nas wóz, na którym siedziała gromadka uśmiechniętych dzieciaków w mundurkach. Nagle wszystkie one gwałtownie zeskoczyły z wozu i zaczęły biec w przeciwnym kierunku. Pomyślałam, że się popisują lub chcą zrobić jakiś numer woźnicy, który również zeskoczył i zaczął je gonić, przeskakując przez pobliskie ogrodzenie. Nasz przewodnik zamarł w bezruchu – zza drzew wytoczył się powolnym krokiem wielki nosorożec. A my zafascynowani zamiast przeskakiwać przez płot jak reszta towarzystwa, ruszyliśmy w jego kierunku, żeby zrobić zdjęcie. Tarik krzyknął, że powariowaliśmy i dopiero w tym momencie dotarło do nas, że to wyszedł z lasu dziki zwierz, a nie domowy pieszczoch. I chociaż cielsko ma ociężałe, to potrafi się rozpędzić do 40 km/h i staranować choćby ciężarówkę. Szybko przeskoczyliśmy ogrodzenie i stanęliśmy w bezruchu za drzewami. A nosorożec minął nas spokojnie i poszedł w kierunku rzeki… A zdjęcia i tak nie wyszły- ręka z wrażenia za bardzo drżała.

Wieczorem czekała na nas jeszcze jedna typowo turystyczna atrakcja. Zostaliśmy zaprowadzeni do małego „domu kultury”, gdzie oglądaliśmy występ muzyczno - taneczny pokazujący dzieje ludu Tharu, ich codzienne życie, polowania. Prowadzący wciągnął widownie do tańca i po chwili wszyscy na drewnianej scenie udawali dzikie tygrysy ;)

Do domków wracaliśmy już późnym wieczorem. Gdy po kolacji odpoczywaliśmy na leżakach
w ogrodzie i wspominaliśmy pełen wrażeń dzień przyszedł Tarik i podał nam zawiniątko z pachnącym suszem i życzeniami miłego wieczoru...

  • Ciężka praca
  • Dzieciaki
  • W wiosce Tharu
  • Pędzenie bydła
  • W wiosce Tharu
  • Ciężka praca
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • Pędzenie bydła
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • W wiosce Tharu
  • Kolacja
  • Słonik
  • Słoń
  • Dzieci

Wstaliśmy bardzo wcześnie i zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy z dwójką przewodników nad rzekę. Tam czekała na nas wydłubana z pnia drzewa długa, wąska piroga. Przewodnicy stanęli na obu końcach w rolach flisaków i zaczęli odpychać łódeczkę za pomocą długich żerdzi. Miałam wrażenie, że się wywrócimy. Nie było to przyjemne uczucie bo na brzegu wśród traw wygrzewały się w słońcu krokodyle, a dokładniej gawiale gangesowe, czczone przez wyznawców hinduizmu jako zwierzęta poświęcone bogu Wisznu. Niezależnie od gatunku zęby i paszcze i tak miały spore i nie interesuje mnie czy odżywiają się rybami, czy może od czasu do czasu wolę bardziej konkretne mięsko ;) Wolałabym nie sprawdzać.

Spokojne wody Rapti niosły nas w coraz ładniejsze tereny. Towarzyszyło nam mnóstwo wodnego ptactwa wydającego przeróżne odgłosy: kormorany, dzikie kaczki, mewy i wiele gatunków, których nazw niestety nie znam.

W międzyczasie Tarik opowiadał nam o parku. Królewski Park Narodowy Chitwan utworzony został w 1973 roku. Był to pierwszy obszar chroniony w Nepalu. Obejmuje obecnie ponad 1000 km2 powierzchni. Przez lata królewskich i arystokratycznych polowań dzikie zwierzęta zostały w znacznym stopniu przetrzebione. Części zwierzyny groziło wręcz wyginięcie. W 1950 roku nosorożców było ponad 1000, w związku z gwałtownym rozwojem kłusownictwa w 1966 roku ich liczba spadła poniżej 100 sztuk. Dzięki objęciu terenu ochroną żyje tu teraz już ponad 500 nosorożców indyjskich, co stanowi ¼ światowej populacji. Dzikie słonie liczą tylko 20 sztuk, reszta to już zwierzęta hodowane. W parku żyje obecnie również około 120 tygrysów bengalskich i ponad 450 gatunków ptaków.

Po około godzinie wysiedliśmy na brzegu i rozpoczęliśmy marsz po dżungli. Nie jest to żadna dzika gęstwina, raczej piękny las z wydeptanymi wąskim dróżkami. Ale w prawdziwej dziczy niekoniecznie chciałabym się znaleźć. Szliśmy dobrą godzinę aż dotarliśmy do wysokich na około dwa, dwa i pół metra traw, które nazywane są „trawami słoniowymi”. Bardziej niż trawy przypominały one pole wysuszonych kijków bambusowych. Faktycznie w gęstwinie zobaczyliśmy grzbiet słonia, ale… okazało się, że to nie żaden wolno żyjący słoń, tylko prowadzony przez człowieka młody słonik ze słoniową mamą. Nad rzeką znów spotkaliśmy leniwie wygrzewające się gawiale. Kilka małp szybko przeskakiwało po gałęziach uprzyjemniając nam spacer swoimi okrzykami, ale wskoczyć pod obiektyw niestety nie chciały ;)

Obiecanego tygrysa w czasie trzy godzinnego marszu nie zobaczyliśmy i może lepiej. Pozostawmy dzikie zwierzęta w spokoju.

Na popołudnie zaplanowane było safari na grzbietach słoni. W wiosce jest specjalny punkt, który nazwałam słoniowym taxi ;) W rzędzie stało kilkanaście tych pięknych zwierząt. Aby się wdrapać do lektyki należało wejść najpierw po drabince na specjalną platformę, z której tylko mały skok i było się na grzbiecie. Na jednym zwierzęciu siedziało 4 turystów w lektyce i „kierowca” na jego karku ;) Było twardo i trzęsło niesamowicie, bo z każdym krokiem wielkiego zwierzaka kolebało nami raz na jedną raz na drugą stronę, tak że zdjęcia po krótkiej chwili sobie darowaliśmy. Szliśmy dżunglą, przez trawy słoniowe, bajorka i wzdłuż rzeki. Spotkaliśmy kilka ukrytych w gęstwinie nosorożców. Nie byliśmy dla nich widoczni. Raz, że zapach słonia zniwelował ludzki zapach, więc nie mogły nas wyczuć, a dwa, że w swym grubym pancerzu nie są w stanie zadrzeć głowy i widzą tylko do swojej wysokości. Dlatego pasły się spokojnie i w ogóle nie zwracały na nas uwagi. Nie wystraszyły się nas również jelenie i sarny, dlatego zdecydowanie więcej zwierząt można zaobserwować z grzbietu słonia, niż w czasie spaceru, chociaż i ten ma swój niewątpliwy urok.

Nagle jednak zrobiło się chłodniej, zerwał się gwałtowny wiatr, liście zaczęły sypać z drzew, jak deszcz, a niebo zrobiło się granatowo-czarne. Po chwili usłyszeliśmy grzmoty i ciemne niebo zaczęły rozdzierać i rozświetlać błyskawice. Na ciele poczułam pierwsze, grube, zimne krople … Burza w dżungli na grzbiecie słonia – niesamowite uczucie! Przez rzekę w strugach deszczu wróciliśmy do wioski.

Podsumowując: Chitwan to nie dżungla jaką się ogląda w filmach. W każdym razie nie ta część udostępniona dla turystów. Ale może i lepiej, bo my turyści w błyskawicznym tempie zadeptalibyśmy resztki tej dziczy. Warto pozostawić trochę natury…naturze. Co do cen – w trakcie pobytu i rozmów z Tarkiem oraz wizyt w lokalnych biurach udało mi się zorientować co i ile by kosztowało, gdybyśmy nie skorzystali z gotowego już pakietu, tylko przyjechali tu sami. Podaje ceny dla 1 osoby: 3 godzinne safari na słoniu to jakieś 1000 rupii, jungle walk – 400-500 rupii, wycieczka łódką – 300-400 rupii, wstęp do parku – 500 rupii za dzień, bilet autobusowy z Pokhary do Saurahy -200-250 rupii.

 

  • Chitwan National Park
  • Łódeczka na rzece Rapti
  • Kwiatuszek
  • Na rzece Rapti
  • Na brzegu rzeki Rapti
  • Rzeka Rapti
  • Flisak
  • Rzeka Rapti
  • Rzeka Rapti
  • Krokodyl
  • Mostek w Chitwan
  • Na brzegu rzeki Rapti
  • Na brzegu rzeki Rapti
  • Rzeka Rapti
  • Rzeka Rapti
  • Na brzegu Rapti
  • Rrzeka Rapti
  • Postój taksówek ;)
  • Początek safari
  • Słonie w
  • Z grzbietu słonia
  • Z grzbietu słonia
  • Z grzbietu słonia
  • Krokodyl

Po śniadaniu przyszło nam się pożegnać z Royal Chitwan National Park i autobusem wyruszyliśmy w kierunku nepalskiej stolicy. Droga była nie mniej malownicza niż wszystkie dotychczasowe. Góry, wąwozy, rzeki, wiszące mosty, tarasowe poletka i małe chatki przyklejone do stromych zboczy tuż nad przepaścią.

Jakieś 30 km przed Katmandu zaczął się ogromny korek. Ciężarówki, autobusy, samochody, wozy, poruszały się w żółwim tempie do przodu, pod górę. Często po kilkanaście minut po prostu staliśmy w kolejce. Warunki sprzyjały nawiązywaniu kontaktów ze współpasażerami. Turystów było niewielu, więcej Nepalczyków. Po niedługim czasie wszyscy się znali i nasz autobus zamienił się w wesoły autobus ;)

Wjazd do Katmandu nie napawał optymizmem. Miałam wrażenie, że wracam do Indii: brud na ulicach, slumsy i smog. Do tego mijane po drodze posępne wypalarnie cegieł. Zachmurzone niebo tylko spotęgowało pierwsze nieprzyjemne wrażenie.

Do centrum przyjechaliśmy późnym popołudniem. W korkach spędziliśmy ponad trzy godziny. Na dworcu znów roiło się od naganiaczy. Mieliśmy wizytówkę hotelu od znajomego z Varanasi i wzięliśmy taksówkę by nas tam zawiozła. Thamel to centrum obieżyświatów pełne tanich hoteli i knajpek. Turystyczna mekka. Jest w czym wybierać, dlatego szybko zrezygnowaliśmy z hotelu na który mieliśmy namiary. 500 rupii to trochę za dużo. Ale naprzeciwko dostajemy pokój za 200 a standard taki sam. Co prawda wieczorem znów nie ma prądu, a zatem i ciepłej wody, ale czego wymagać za taką cenę ;) Targować nam się zachciało no to teraz mamy ;)

W Nepalu z racji na dosyć dużą ilość godzin słonecznych woda jest nagrzewana w zbiornikach na dachu. Oczywiście są w hotelach bojlery, którymi się wodę podgrzewa, no ale jak nie ma prądu, a benzyna droga i szkoda włączyć agregat, no i do tego dzień wyjątkowo pochmurny, to można zapomnieć o ciepłej kąpieli. Szczególnie jeśli nie ma w danym hotelu akurat zbyt wielu turystów, a na tych co są nie dało się za dużo zarobić…

Dlatego szybki zimny prysznic i wręcz bezcenne w tej podróży chusteczki nawilżające muszą wystarczyć.

Wieczorem wychodzimy na Thamel i jemy wyśmienitą kolację siedząc na wielkich poduchach i popijając piwo. Zwiedzanie miasta zostawiamy na nowy dzień i czas przeznaczamy na rozprostowanie nóg po dniu spędzonym w ciasnym autobusie.

  • W drodze do Katmandu
  • Przy drodze
  • Wioska przy drodze
  • W drodze do Katmandu
  • Wioska przy drodze
  • Wioska przy drodze
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • W drodze do Katmandu
  • Droga do Katmandu
  • Droga do Katmandu
  • Droga do Katmandu

Królewskie miasto powitało nas ferią barw, dźwięków i zapachów. Po całym dniu głowa mi pęka od nadmiaru wrażeń i obrazów. Stara cześć miasta to po prostu jedno wielkie muzeum. Nagromadzenie zabytków jest takie, że nie jestem w stanie opisać ich wszystkich. Skupię się więc na tym, co faktycznie przykuło moją uwagę.

Życie Katmandu koncentruje się na placu Hanumana (Hanuman Dhoka) – indyjskiego boga – małpy i na placu Durbar. Pierwszego wrażenia nie da się opisać. Znów przenieśliśmy się do innej epoki. Liczące setki lat świątynie w kształcie pagód tętnią życiem. Od rana dzieci, kobiety, mężczyźni idą do licznych świątyń i kapliczek złożyć poranną ofiarę. Twarze bóstw pokrywają czerwonym barwnikiem, zakładają wianki z nagietków i palą maleńkie oliwne i maślane świeczki. Na wysokich kamiennych schodach rozkładają się liczne przekupki. W powietrzu unosi się zapach kadzideł, suszonych ryb i pierożków momo. Między świątyniami odbywa się normalny ruch uliczny: pełno jest samochodów i riksz. Panuje zgiełk i wrzawa.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od wejścia na dziedziniec domu żywej bogini – Kumari Bahal - królewskiej patronki i bogini Taleju. Stała tam wycieczka Japończyków, więc chcieliśmy się wycofać, bo było dosyć ciasno, gdy zobaczyliśmy jak wyjmują z portfeli zielone banknoty. Uzbierali ich całkiem pokaźny plik. Czekaliśmy zaciekawieni co będzie dalej. Ich przewodnik zabrał pieniądze i wręczył komuś ze służby żywej bogini. Po dosłownie kilku minutach oczekiwania na niewielkim drewnianym krużganku na piętrze pojawiła się ciemnowłosa, ładnie pomalowana ale też chyba lekko speszona dziewczynka. Popatrzyła na nas przez jakieś 15-20 sekund i zniknęła za kotarą. Widzieliśmy żywą boginię :) Opuszcza ona swój pałac tylko raz do roku, a jej stopy nie mogą dotknąć ziemi. Bogini jest wybierana spośród kilkuletnich dziewczynek należących do buddyjskiego plemienia Nawarów. Ciekawe jest to przeplatanie się religii i ich idealne współgranie ze sobą. Mimo, iż Nepal jest w większości krajem hinduistycznym (ponad 80% ludności kraju jest tego wyzwania) i sama Kumari reprezentuje bóstwo hinduistyczne, to dziewczynka ma korzenie buddyjskie. Niezwykle trudno jest zostać boginią. Kandydatka musi posiadać 32 wyróżniające ja cechy fizyczne oraz silną psychikę. Musi mieć pierś jak lew, rzęsy jak krowa, ciało jak banan, uda jak sarna… To m.in. te cechy są atrybutami jej boskości. Jak już kandydatka posiada wszystkie niezbędne cechy fizyczne poddawana jest trudnej próbie. Dziecko musi spędzić spokojnie, bez wpadania w panikę, noc w samotności w ciemnej sali, którą wypełniają krwawiące łby byków i innych zwierząt zabitych w rytualnej ofierze… Dziewczynka jest boginią do czasu pierwszej miesiączki. W czasie swej kadencji nie może upuścić nawet jednej kropli krwi, równiez w żadnen inny sposób, nawet draśnięcia, bowiem wówczas przestaje być świętą. Bogowie nie krwawią. Gdy jednak tą pierwszą kroplę krwi upuści zastępuje ją kolejna dziewczynka, a ona wraca do domu rodziców z pokaźnym posagiem. Kult ten jest praktykowany od 1757 roku i sam król oddaje Kumari cześć. Po tej krótkiej audiencji mogliśmy skoncentrować się na przykuwających uwagę misternie rzeźbionych drewnianych oknach, framugach i krużgankach.

Poszliśmy dalej na plac Durban, gdzie stoi okazała, 3-piętrowa pagoda. Od jej nazwy - Kastamandap, oznaczającego „drewniany dom”, wzięła się nazwa Katmandu. Świątynia pochodzi z XII w. i jest jedną z najstarszych w Dolinie Katmandu. Według legendy powstała z jednego drzewa, sal. Początkowo był to gmach publiczny, w którym zbierano się w oczekiwaniu na ważne uroczystości, a dopiero później przekształcono go w świątynię Gorakhnatha. Wejścia strzegą brązowe lwy, a gzymsy na dolnym poziomie trzypiętrowej świątyni zdobią sceny z indyjskich eposów. Wokół tętni życie, a ściany świątyni podpierają liczne przekupki.

Wdrapujemy się na schody największej na placu świątyni trzy dachowej Madźu Dewal Śiwa Temple i obserwujemy uliczny zgiełk. Uwagę zwraca Świątynia Śiwy i Parwati – drewniane rzeźby boskich małżonków spoglądają z okna i obserwują ludzi:) Na dole siedzi grupka dziewczynek ucharakteryzowanych na Kumari. Ludzie dają im datki. Podchodzimy bliżej i dyskretnie robię kilka zdjęć. To, co jednak najbardziej przykuwa moją uwagę na placu to widok ludzi dźwigających na plecach ogromne, niewyobrażalne wręcz ciężary. „Ludzkie ciężarówki” myślę o nich ze smutkiem… Nie mniej poruszający jest rząd ludzi siedzących po turecku wzdłuż całego długiego. Przez chwilę zastanawiałam się co robią, gdy zauważyłam, że podchodzi do nich kobieta z workiem i każdemu wsypuje do miseczki lub woreczka po garści ryżu. To rząd żebraków czekających na jałmużnę. Niedaleko stoi stragan z ryżem, kukurydzą, owocami. Można kupić trochę i podzielić się z potrzebującymi. Jest to powszechna praktyka w hinduizmie: nie zostawia się ludzi w potrzebie…

 

Ruszamy w kierunku Hanuman Dhoka. Przestraszyć się można płaskorzeźby Kala Bhairav (Czarny Bhajrawa), będącego jedną z postaci Śiwy. Ma osiem rąk i ozdobiony jest trupimi czaszkami. Przed nim kolejki wiernych składających ofiary i bijących pokłony. Podobno każdy kto skłamie pod tą figurą wykrwawi się na śmierć i dlatego przyprowadzano tu złoczyńców i zmuszano, by przysięgali, że są niewinni.

Najstarsza na Placu Durbar budowla – Jagannath Mandir – pochodząca z XVII wieku świątynia Kriszny oraz stojąca obok świątynia dedykowana boskości króla – Degutale Mandir, jak również stojący na kolumnie posąg króla Pratapa Malli przypominały...jeden wielki gołębnik. Tysiące gołębi siedziało na dachach kilkusetletnich obiektów. Niekiedy płoszone przez przechodniów zrywały się tworząc klimat z Hitchcocka.

Pałac królewski Hanumana (Hanuman Dhoka Durbar) z zewnątrz jest imponujący. Przed wejściem stoi strzegący pałacu posąg boga – małpy Hanumana z 1672 roku. Osłonięty jest bordowym parasolem i okryty szatami oraz tradycyjnie wysmarowany czerwoną farbą. Prawdę powiedziawszy trzeba sobie wyobrazić, że to posąg małpy, bo odsłaniany bywa tylko od święta. No ale nie tylko figurka strzeże wejścia :) Są również wartownicy w tradycyjnych mundurach dynastii Malla. Tuż przy wejściu znajduje się rzeźba Narsinghi człowieka -lwa, będącego wcieleniem Wisznu, który rozszarpuje demona. Dziedziniec Nassal Cauk robi wrażenie. Niestety wnętrz nie można fotografować. Jak dla mnie są one trochę klaustrofobiczne: wąskie strome schody, drewniane kolumny w ciemnych komnatach, do których małymi oknami na poddaszu przenika niewiele światła. Biorąc pod uwagę krwawą historię władzy w Nepalu, setki pałacowych intryg to miejsce faktycznie nadaje się idealnie do zamachów i skrytobójczych mordów. Nie trzeba nawet szukać przykładów w zaprzeszłych wiekach, wystarczy rzucić okiem kilka lat wstecz na współczesne zdarzenia w Nepalu.

Późne popołudnie przeznaczamy na szybki spacer po nowych dzielnicach miasta. Nie ma w nich jednak nic zachwycającego. Szliśmy długą Kanti Path (King's Way) wzdłuż Tuuundikhel – to coś w stylu długiego placu porosłego trawą. W miejscu tym odbywają się różne defilady. Uwagę przykuwa Rani Pokhari – Staw Królowej z malutką białą świątynią pośrodku jeziora. Mijamy ogromne kolejki motocykli, które stoją przed stacją benzynową z nadzieją na otrzymanie przydziału paliwa. Uzbrojeni żołnierze, wozy pancerne, ogrodzenia z drutu kolczastego strzegą tego miejsca, jak jakiejś fortecy.

Poszliśmy również pod nowy pałac królewski Narajanhiti. Niestety zobaczyć za wiele się nie da, ponieważ dla zwiedzających otwarty jest raz w tygodniu i tylko przez 2 godziny. Zresztą z zewnątrz nie robi na nas żadnego wrażenia. Jednak to tu miała miejsce masakra w 2001 roku.

Zdań kilka o najnowszej historii Nepalu

Najnowsza historia Nepalu to okres nieustannych walk o władzę pomiędzy wojskami rządowymi a maoistyczną partyzantką wywodzącą się z Komunistycznej Partii Nepalu. „Czerwone sztandary na dachu świata” pisał o nich Wojciech Jagielski. Przez setki lat Nepal był królestwem, a jego kolejni władcy uważani byli za wcielenie boga Wisznu i czczeni z najwyższym oddaniem i miłością, tak jak czci się bogów w tym pięknym kraju. Jednak sytuacja zmieniła się diametralnie od 1996 roku. Wówczas maoiści postanowili obalić monarchię konstytucyjną istniejącą od 1990 roku i wprowadzić ustrój komunistyczny doprowadzając do powstania ludowego. W lutym rozpoczęła się tzw. „wojna ludu”. Od tego momentu król nie miał chwili spokoju.

1 czerwca 2001 roku w nowym pałacu królewskim miała miejsca jedna z większych tragedii w historii Nepalu. Doszło wówczas do masakry, w której zginął ówczesny król Birendra i królowa Aishwarya wraz z większością członków swojej najbliższej rodziny – razem dziewięć osób. Zabójcą był 29 letni królewicz Dipendra – ich najstarszy syn, który rzekomo zemścił się w ten sposób za odmówienie mu przez rodziców prawa do wyboru własnej żony, gdyż jego ukochana nie pasowała według rodziców do obrazu przyszłej królowej. Mimo iż zabójca zapadł w śpiączkę, gdyż w czasie masakry postrzelił również siebie, koronowano go na króla. Zmarł jednak kolejnego dnia i nowym władcą został jego wuj – książę i biznesmen Gayanendra. W ciągu zaledwie kilku dni Nepal miał trzech królów. Zaczęły pojawiać się różne teorie spiskowe, jedna z nich mówiła o tym, że zamach był zorganizowany przez maoistów. Inna, że musiał w zamachu maczać palce Gayanendra, gdyż jego syn książę Paras uszedł bez szwanku z miejsca zbrodni. A wielu ludzi wierzy, że nad królewskim rodem ciążyła klątwa…

Lider maoistów Prachandra zerwał krótkotrwały rozejm i znów krajem wstrząsnęły zamieszki. Dochodziło również do aktów terrorystycznych. Maoiści w celach propagandowych wysadzili w powietrze rozlewnie Coca-Coli w Katmandu. Miały również przypadki pobierania specjalnej „opłaty” od turystów oraz daniny od chłopów.

1 lutego 2005 roku król Gyanendra wprowadził w Nepalu stan wyjątkowy i objął władzę absolutną, zawieszając prawa obywatelskie i aresztując przeciwników politycznych. Spotkało się to z negatywnym przyjęciem zarówno przez opozycję w Nepalu, jak i na arenie międzynarodowej.

W kwietniu 2006 r. król Gyanendra, w wyniku nasilających się protestów, rozpoczął restytucję parlamentaryzmu. 21 listopada 2006 podpisano umowę pokojową kończącą dziesięcioletnią wojnę domową. W czasie jej trwania zginęło ok. 13 tys. ludzi.

W styczniu 2007 roku podpisana została tymczasowa konstytucja, na mocy której rozwiązano dotychczasowy parlament i powołano nowy, dopuszczając do jego składu dotychczasowych rebeliantów – maoistów. Zadaniem nowego parlamentu jest przygotowanie wyborów powszechnych, po których zapadnie decyzja, czy kraj pozostanie królestwem, czy może jak chcą maoiści przekształci się w republikę. Spokój był tylko chwilowy. Już w lutym 2007 roku w czasie największego święta hinduistycznego król chciał złożyć ofiarę w świątyni Paśupatinath. Wrogi tłum obrzucił go wówczas kamieniami i okrzykami „królobójca” i „morderca”. Maoiści naciskali na likwidację monarchii. Wybory zapowiedziano na kwiecień 2008 roku.

 

Gdy jesteśmy w Nepalu kraj ogarnięty jest kampanią przedwyborczą, propagandą. Zewsząd patrzą na nas z billbordów twarze polityków. Wielu z nich ma zaciśniętą w górze pięść i sierp i młot za plecami. Widać jak silni są maoiści. Szczególnie w stolicy napięcie jest wyczuwalne a atmosfera gorąca. Niemal na każdym kroku widzimy różne pochody i demonstracje. Czuć, że będą to niezwykle ważne dla kraju wybory, gdyż wkrótce zapadnie decyzja czy przetrwa 700 letnia monarchia…

Post Scriptum

Już z kraju nasłuchujemy wieści o tym, co dzieje się w oddalonym o tysiące kilometrów małym Nepalu. 10 kwietnia 2008 roku w wyborach wystartowały 54 ugrupowania, które łącznie wystawiły ponad 9500 kandydatów. Trzy najsilniejsze partie to: Kongres Nepalski, Komunistyczna Partia Nepalu – Zjednoczeni Marksiści Leniniści i Komunistyczna Partia Nepalu (Maoistowska). Ponieważ analfabetyzm w Nepalu wynosi na niektórych obszarach kilkadziesiąt procent przygotowano również obrazkowe karty do głosowania, aby jak największa część obywateli poszła do urn. I tak komuniści otrzymali czerwone słońce, maoiści sierp i młot, monarchiści – krowę a partia kongerowi – drzewo. Pomysł przyniósł pozytywny skutek, ponieważ frekwencja wyborcza wyniosła 60%. W wyborach zwyciężyli maoiści, jednak muszą zawiązać koalicję. W czasie głosowania w parlamencie 28 maja 2008 roku za powstaniem republiki opowiedziało się 270 z 330 posłów. Monarchia przestała istnieć. Dynastia króla Gyanendry panowała w Nepalu 240 lat, a sama monarchia istniała od XIII wieku. Przywódca zwycięskich maoistów Parchandra zapowiedział, że chce wprowadzić w Nepalu kapitalizm z ludzką twarzą…

 

  • Dom bogini Kumari
  • Dom bogini Kumari
  • Dom Kumari
  • Dom bogini Kumari
  • Dziewczynki ucharakteryzowane na Kumari
  • Dziewczynki ucharakteryzowane na Kumari
  • Dziewczynki ucharakteryzowane na Kumari
  • Dziewczynki ucharakteryzowane na Kumari
  • Brązowy lew przed światynią Kastamandap
  • Wnętrze Kastamandap
  • Drewniany dom - Kastamandap
  • Plac Durbar - Katmandu
  • Plac Durbar - Katmandu
  • Śiwa i Parwati w oknie
  • Madźu Dewal Śiwa Temple
  • Świątynia Śiwy i Parwati
  • Madźu Dewal Śiwa Temple
  • Jagganath Mandir
  • Plac Hanumana
  • Plac Hanumana
  • Plac Hanumana
  • Plac Hanumana
  • Pod pomnikiem Czarnego Bhajrawy
  • Ośmioręki Czarny Bhajrawa
  • Ośmioręki Czarny Bhajrawa
  • Pod pomnikiem Czarnego Bhajrawy
  • Barwniki na Placu Hanumana
  • Strażnik przed pałacem Hanumana
  • Strażnik przed pałacem Hanumana
  • Pałac królewski Hanumana
  • Pałac królewski Hanumana
  • Pałac królewski Hanumana
  • Pałac królewski Hanumana
  • Pałac królewski Hanumana
  • Drewniane drzwi w pałacu Hanumana
  • Posąg przed pałacem Hanumana
  • Plac Hanumana
  • Kolumna z posągiem króla Pratapa Malli
  • Ośmioboczna Światynia Kryszny
  • Świątynia Ganeszy na Placu Durbar
  • Ulice Katmandu
  • Ulice Katmandu
  • Garuda - wierzchowiec Wisznu (Plac Durbar)
  • Na placu Durbar
  • Na placu Durbar
  • Na placu Durbar
  • Na placu Durbar
  • Sadhu na placu Durbar
  • Pamiątki na placu Durbar
  • Plac Durbar
  • Garuda- wierzchowiec Wisznu
  • Plac Hanumana
  • Uliczki Katmandu
  • Uliczki Katmandu
  • Uliczki Katmandu
  • Uliczki Katmandu
  • Szczur - wierzchowiec Ganeszy
  • Uliczki Katmandu
  • Mięsny
  • I jeszcze raz mięsny
  • Uliczki Katmandu
  • Światynia na stawie królowej
  • Uliczki Katmandu
  • Ulice Katmandu
  • Ulice Katmandu
  • Pamiątki
  • Pamiatki
  • Pamiatki-bransolety
  • Okna na placu Durbar
  • Maski
  • Młynki modlitewne
  • Bransolety
  • Wieko szkatuły
  • Mnich
  • Dziewcznka
  • Suszone ryby
  • Uliczki Katmandu
  • Staw królowej
  • Jeszcze jeden mięsny
  • Sklep z pamiątkami
  • Sadhu
  • Sprzedawca owoców
  • Barwniki
  • Mięsny na Thamelu w sąsiedztwie naszego hotelu
  • Czyszczenie mięsnego ;)
  • Uliczki Katmandu
  • Uliczki Katmandu
  • Uliczki Katmandu
  • Uliczki Katmandu
  • Ciężki los
  • Nowy pałac królewski
  • Katmandu - boiska
  • Stacja benzynowa
  • Ochrona przed stacją benzynową
  • Kolejki do stacji benzynowej
  • Jałmużna
  • Jałmużna
  • Jałmużna

Jest 6 marca 2008 roku – mamy problem, żeby wydostać się z Katmandu w kierunku oddalonej o 3 kilometry świątyni w Paśupatinath, będącej jednym z najważniejszych miejsc kultu dla hinduistów w Nepalu. Tłumy ludzi i pojazdów zalewają ulice. Jest ciasno, duszno, a w powietrzu wyczuwa się napięcie. Rozpoczyna się trwający dwa dni i dwie noce "Maha Shivaratri Festival" – poświęcone Śiwie największe uroczystości religijne w Nepalu.

Śiwa, tworzący razem z Brahmą i Wisznu tzw. trimutri, to jedna z głównych postaci w niezliczonym hinduskim panteonie bóstw. W tej trójcy Brahma reprezentuje stworzenie, Wisznu trwanie a Śiwa zniszczenie świata. I to jemu - groźnemu Śiwie - oddaje się największą cześć. Z jednej strony to pan śmierci, z drugiej płodności. To niszczyciel symbolizujący upływ czasu, przemijalność rzeczy materialnych, bez którego jednak niemożliwe byłoby tworzenie. Jego twórczą wolę wyobraża czczony przez wiernych falliczny symbol – linga. Jest również panem zwierząt i mistrzem tańca. Za atrybut służy mu trójząb, a wierzchowcem jest silny byk Nandi. Tyle mniej więcej wiedzy wyczytanej w książkach, ale rozpiera nas ciekawość, jak w praktyce oddaje się hołd bogom u stóp Himalajów.

Wreszcie po blisko godzinie dostajemy się na teren przylegający do świątyni. Nasze blade twarze zostają wyłapane z tłumu przez pilnujących porządku policjantów, którzy prowadzą nas do kasy dla turystów, obawiając się chyba, że nie kupimy biletów. Wydajemy po 250 NPR/os. Już za chwilę wiemy, że było warto. Mężczyzna w pomarańczowych szatach proponuje zrobienie znaku „tika”. Od razu przystaję na propozycję, bo domyślam się, że na terenie sanktuarium co druga osoba będzie chciała namalować mi „zdrapkę” na czole. W tym samym momencie mam wrażenie, że przekraczam jakiś zaczarowany próg do innego świata, innej rzeczywistości. Poddaję się tłumowi i faluję wraz z nim, nie wiedząc dokąd mnie zaprowadzi...

Tysiące wiernych przeciska się na drugą stronę rzeki Bagmati w kierunku miejsca kultu Śiwy. Nam i tak nie można przekroczyć progu hinduistycznej świątyni, więc znajduję trochę wolnej przestrzeni na jednej z wysokich, stromych gath i obserwuję obrzędy. Ludzie schodzą do zaśmieconej, ale dla nich świętej rzeki i dokonują rytualnego obmycia (ablucji). W tym samym czasie inni odmawiają mantry, śpiewają, a nawet tańczą. Siedzący na schodach, medytujący jogini wydają się w ogóle nie słyszeć panującej dookoła wrzawy. Przechodzimy do niedużego namiotu, w którym grany jest koncert. Wsłuchujemy się w rytmiczne, melodyjne pieśni chwalące wielkość Śiwy (o tym, że są to pieśni poświęcone Śiwie informuje mnie stojący obok chłopak). Opuszczamy namiot, by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza.

Wąską ścieżką dochodzimy do małego placu, na którym zastajemy kilkudziesięciu sadhu – świętych mężów. Widzieliśmy ich już dzisiaj wielu, jednak nie spodziewałam się, że wejdziemy wprost do ich obozowiska! Ci święci mężowie, dalecy od codziennych trosk tego świata, siedzą niemal nadzy, przepasani tylko skrawkami szmat i materiałów, bez poczucia wstydu, poszukując jedności z Śiwą. Oddają mu cześć i upodabniają się do niego. Śiwa przedstawiany jest często jako pogrążony w medytacji ascetyczny jogin, z pokrytym popiołami ciałem. Z jego długich włosów wypływają święte wody Gangesu. Sadhu też noszą długie, splątane włosy, często brody. Malują twarze, a ciało na znak pokuty nacierają popiołami. Wielu z nich porzuciło rodzinę i społeczne zobowiązania, często cały majątek, by całkowicie oddać się poszukiwaniom duchowym, medytacji, pielgrzymkom. Patrzymy zdziwieni, jak ci mężczyźni siedzą i …zwijają skręty! W powietrzu czuć zapach haszyszu i marihuany, które uważane są tu za pokarm bogów. Niemal wszyscy mają przekrwione od przepalenia oczy. „Zioła” leżą przed nimi w papierowych zawiniątkach, tuż obok mają miseczki na datki i jedzenie. Gdzieniegdzie tlą się małe ogniska. Zafascynowani taką ilością orientu w jednym miejscu robimy zdjęcia. Nie mają nic przeciwko, jednak niektórzy wykonują znany wszystkim gest pocierania palcami i z uśmiechem wołają „bakszysz”. Zatem szybko pozbywamy się wszystkich drobnych…Po około dwóch godzinach przebywania w ciężkich oparach gryzącego w oczy i gardło dymu mam wrażenie, że jestem pijana. A przecież nic nie próbowałam, w przeciwieństwie do kolegów, którzy skusili się na wypalenie „fajki pokoju” przy jednym z ognisk. Ich krztuszenie się rozbawiło towarzystwo i zjednało nam sympatię miejscowych.

Gdy opuściliśmy plac stanęłam na schodach, skąd rozpościerał się widok na drugi brzeg rzeki. Doleciał do mnie mdły i słodkawy zapach. Spojrzałam w jego kierunku i oniemiałam. Na drugim brzegu, na wprost szaleńczego tłumu, na stosach płonęły ludzkie ciała. Zafascynowana imprezą zapomniałam, że Bagmati jest dopływem Gangesu i odbywają się tu jedne z najliczniejszych w Nepalu kremacje. Usiadłam na kamiennym podeście, żeby obserwować ceremonię, od której dzieliło mnie zaledwie 20 metrów, bo rzeka w tym miejscu jest wąska. Widoczność jest dużo lepsza niż w Vanarasi w Indiach. Inne są tu również zwyczaje – z tej „bezpiecznej” odległości można robić zdjęcia nie obrażając tym samym religijnych uczuć. Nie korzystam jednak z tego przywileju. Pewne obrazy warto trzymać tylko w pamięci...

Dwa stosy już płoną, jeden czeka pusty. Patrzę jak ciało zmarłego owinięte całunem przyniesiono nad rzeką a następnie oblano święta wodą. Owinięto w szaty i zaniesiono na pale pogrzebowe, gdzie ułożono starannie. Oblano olejkami. Podłożono siano i młody mężczyzna, prawdopodobnie syn zmarłego, podpalił ogień, który bardzo szybko strzelił w górę i nagle zobaczyłam, jak ludzkie ciało zajmują płomienie. Obejmują twarz, ręce, nogi. Mimo hałasów po mojej stronie słyszę skwierczenie płomieni i trzask suchego drewna.

Mężczyźnie, który podpalił stos na znak żałoby ogolono głowę pozostawiając tylko cienki kosmyk z tyłu. Niesamowite z jakim spokojem przyjęli ten moment bliscy zmarłego. Widać smutek ale brak wielkiej rozpaczy. Wiara w reinkarnację sprawia, że życie i śmierć współgrają tu idealnie, panuje między nimi harmonia. Tu spotyka się przeszłość z teraźniejszością. Życie toczy się cyklicznie, zatem żyć trzeba tak, aby wypełnić dharmę, gdyż tylko wówczas zyskuje się szansę narodzin w wyższej klasie i lepszych warunkach. Przez kilka godzin obserwuję, jak święty ogień i święty dym dokonują oczyszczenia. Ciało spłonęło. Po kilkunastu minutach podchodzi mężczyzna i wszystkie prochy wraz z resztkami drewna zrzuca z kamiennego podestu wprost do rzeki… Jestem poruszona…

 

Wieczorem znów wyłączą na kilka godzin prąd w Katmandu. Obawiając się, że w ciemnościach dotarcie do hotelu może okazać się trudnym zadaniem powoli opuszczamy Paśupatinath. Odwracam się jeszcze ze smutkiem w kierunku tego pełnego magii miejsca. Kolejka do świątyni tak samo długa. Wciąż na wprost płonących stosów tańczą ludzie. Zapada zmierzch. Trans odbywa się już w blasku oliwnych kaganków. Taniec jest coraz bardziej mistyczny. Cześć groźnemu Śiwie…

 

  • Kremacja nad Bagmati
  • Pielgrzym
  • Barwniki
  • Paśupatinath
  • Paśupatinath
  • Sadhu
  • Pielgrzymi w Paśupatinath
  • Paśupatinath
  • Paśupatinath
  • Paśupatinath
  • Sadhu
  • Sadhu
  • Sadhu
  • Sadhu
  • Sadhu
  • Sadhu
  • Modlitwa
  • Sadhu
  • Staruszka
  • Pielgrzymi nad Bagmati
  • Sprzedawca kwiatów ofiarnych
  • Sadhu-portret
  • Sadhu
  • Sadhu
  • Sadhu
  • Stosy nad Bagmati
  • Płonący stos nad Bagmati
  • Pamiatki przed wejściem na teren świątyni

W Dolinie Katmandu oprócz stolicy znajdują się jeszcze dwa miasta o randzie królewskiej: Patan i Bhaktapur. Każde z nich było niegdyś oddzielnym królestwem. Władca Yaksha Malla (dynastia Mallów panowała w Nepalu od XIII wieku) podzielił dolinę w XV wieku na trzy części między swoich synów. Dziś Patan, w wyniku przyrostu ludności i rozbudowy Katmandu, zlał się już ze stolicą i traktowany jest jako jedna z jej dzielnic. Bhaktapur położony jest kilkanaście kilometrów na południowy wschód. Do połowy XVIII wieku trzy królestwa toczyły między sobą liczne walki o dominację. Znamy już trochę Katmandu wybieramy się zatem do dwóch pozostałych królewskich miast.

 

W pięknym mieście Patan

Królewskie miasto Patan ma jeszcze jedną nazwę – Lalitpur co znaczy „piękne miasto” I takim faktycznie jest. Durbar w Patanie jest wspaniały. Na jednym małym placu są setki dzieł XVI - XVIII wiecznej sztuki ufundowanych przez newarską dynastię Malla. Jest tu ponad 50 świątyń poświęconych Hanumanowi, Kali, Wisznu, Śiwie, Ganeszy. Pełno tu również małych podwórek i dziedzińców z licznymi kapliczkami. Generalnie nagromadzenie zabytków jest tak duże, że bardzo łatwo wszystko się kręci i bez notatek lub porządnej mapy można szybko się pogubić co się już widziało, a co jeszcze przed nami. Warto zwiedzone miejsca odhaczać, tym bardziej, że nazwy brzmią podobnie.

Podziwiam kolumnę z posągiem króla Joganarendra, nad którego głową zwisa kobra. Pomnik liczy już ponad trzysta lat. Niebo jest pochmurne i nad kolumną raz po raz wzlatują płoszone przez dzieciaki gołębie. Patrzymy na pałac królewski, świątynię poświęconą Wisznu, następną poświęconą Śiwie.

Uwagę przykuwa wybudowana w 1637 roku trzykondygnacyjna i ośmiokątna Kriszna Mandir. Dach zwieńczony sikharą pokryty jest 21 złotymi sterczynami. Budowla inspirowana architekturą Wielkich Mogołów. Jest też świątynia, której wejścia strzegą kamienne słonie - Mandir Biswanath. Nie można też przejść obojętnie obok złotego okna nad bramą Sun Dokha przez które król zwykł się pokazywać ludowi.

Podpatrujemy życie przy miejskiej łaźni (Manga Hiti). Rzygacze z krokodylowymi głowami doprowadzają wodę do korytka. Mężczyźni obmywają się. Kobiety myją włosy. Inne nabierają wody do wiader i plastikowych baniaków.

 

W spokojnym Bhaktapurze

Do Bhaktapur dostaliśmy się lokalnym autobusem, płacąc zaledwie 15 rupii od osoby. Jakieś 15-17 km jechaliśmy jednak 50 minut. Gdy tylko dojechaliśmy do miasta poproszona nas o zakup biletów wstępu. Był to dla nas dotychczas najdroższy bilet - aż 750 rupii lub 10 USD. Całe stare miasto wpisane jest na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. W przeciwieństwie do Katmandu centrum jest zamknięte dla ruchu kołowego, dlatego panuje przyjemna cisza. Wszystkie domy i świątynie zbudowane są z czerwonej cegły. Generalnie jest to kolor dominujący w architekturze Nepalu. Bhaktapur istnieje od IX wieku, jednak w 1934 roku wiele świątyń uległo zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi. Mimo tego jest najlepiej zachowanym średniowiecznym miastem Nepalu.

Znajduje się tu największa, 30 metrowa, pięciodachowa pagoda w kraju – Nyatapola. Wybudowano ją w 1702 roku. Strzeżona jest przez pary posągów: sławnych zapaśników Malla, słoni, lwów i gryfów, a na samej górze bogiń Baghini i Singhini. Ciężko wdrapać się na jej stopnie. Zresztą nawet mieszkańcy nie mogą zajrzeć do wnętrza świątyni poświęconej bogini Lakszmi – małżonce Wisznu. Ciekawe co kryją jej wnętrza?

Obok znajduje się kolejna ciekawa świątynia Mandir Bhairavanath. Ta ma dach trzykondygnacyjny a prostokątna podstawa znajduje się bezpośrednio na placu i nie ma żadnych wysokich stopni, na które trzeba by było się wspinać ;)

W mieście kręcono „Małego Buddę” i nie potrzeba było żadnej dodatkowej dekoracji. Rzeźbione drzwi, balustrady, framugi, portale – wszystko tu jest zabytkiem. Uwagę zwraca kunsztowna i misterna złocona brama z miedzi (sun Dokha, czyli Złota Brama) prowadząca do pałacu królewskiego. Wykonano ją w poł. XVIII w.

Ale postanawiamy zapuścić się też w dalsze zakamarki miasta. Zaglądamy w wąskie uliczki, na malutkie dziedzińce. Uśmiechamy się do ludzi a oni do nas. Podglądamy co robią: piorą, gotują, myją się, rzeźbią, szyja, siedzą i rozmawiają. Po kilku minutach znów mamy nowych przyjaciół
w postaci gromadki towarzyszących nam dzieci.

Wracając stykamy się już po raz kolejny w Nepalu z demonstracjami. Najpierw mijamy pochód kobiet. Skandują hasła poprawy warunków pracy. Gdy czekamy na autobus dochodzą do nas bardziej gromkie okrzyki. Kilkuset osobowa demonstracja maoistów z czerwonymi flagami sierpa i młota. Z pięściami zaciśniętymi w górze wyglądają mało przyjaźnie i rezygnuję ze zdjęć. Towarzyszy im ciągnik z cegłami, prawdopodobnie na wypadek starcia. Z lekką ulgą wsiadamy do rozklekotanego busa i wracamy do Katmandu.

 

Wieczór znów spędzamy zwiedzając bary na Thamelu. Plecakowicze z całego świata spotykają się w tutejszych knajpkach. Nepalskie kapele grają na żywo kawałki Beatlesów, Boba Marleya, czy Queen. Dobre piwo i doskonałe jedzenie. Rozmowy kto gdzie był, co zwiedził, co zobaczyć trzeba, co rozczarowuje…Niesamowity klimat!

 

  • Patan - złote okno
  • Patan - ludzie
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - Mandir Kriszny
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - Ganesza
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - Mandir Biśwanath
  • Patan - Mandir Biśwanath
  • Pamiatki
  • Pamiątki
  • Patan - plac Durbar
  • Pamiątki
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan - plac Durbar
  • Patan -Garuda
  • Patan - Mandir Kriszny
  • Bhaktapur - Złota brama
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur
  • Bhaktapur - palc Durbar
  • Bhaktapur - dziewczynka
  • Bhaktapur - chłopiec
  • Bhaktapur - mięsny
  • Bhaktapur - staruszka
  • Bhaktapur
  • Bhaktapur - dziewczynka
  • Bhaktapur - demonstrujące kobiety
  • Bhaktapur - pamiątki
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - pozdrowienie
  • Bhaktapur
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - maski
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - domy
  • Bhaktapur - domy
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - rybny
  •  Bhaktapur - pochód kobiet
  •  Bhaktapur - pochód kobiet
  •  Bhaktapur - pochód kobiet
  •  Bhaktapur - pochód kobiet
  • Bhaktapur - plac Durbar
  •  Bhaktapur
  •  Bhaktapur
  •  Bhaktapur
  •  Bhaktapur
  •  Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plakaty wyborcze
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - plac Durbar - pamiatki
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur pamiątki
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - domy
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - pamiątki
  • Bhaktapur - pamiątki
  • Bhaktapur - plac Durbar
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - mięsny
  • Bhaktapur - ludzie
  • Bhaktapur - maoiści
  • Bhaktapur - dziewczynka
  • Bhaktapur - Mandir Bhajrawnath
  • Bhaktapur - Światynia Nyatpola
  • Bhaktapur - Świątynia Nyatpola

Chwila odpoczynku od hinduistycznych kompleksów świątynnych jest nam bardzo potrzebna i dlatego dziś postanawiamy poświęcić dzień na obcowanie z buddyzmem. Niewiele ponad 10% Nepalczyków wyznaje tą religię, jednak budowle sakralne robią wrażenie. Przeznaczamy czas tym najznamienitszym - Boudhanath i Shwayambhunath.

 

Boudhanath - Ten, Którego Oczy Widzą Każdego…

Gdy przeszliśmy przez bramę prowadzącą do świątyni Boudhanath stanęłam lekko zmieszana, gdyż spojrzały na mnie z góry piękne, wielkie i przepełnione dobrocią ale i przenikliwością oczy Buddy. To Budda Współczucia, Ten Którego Oczy Widzą Każdego, zwany również Kochające Oczy. I do tego dochodząca jakby z głębin miarowa, jednostajna tybetańska muzyka – kojąca każde nerwy, przenikająca duszę... Cudowne uczucie.

Stupa jest cała biała, stoi na wielkiej mandali, która symbolizuje wszechświat. Z samego szczytu rozchodzą się setki girland z trzepoczącymi na wietrze modlitewnymi chorągiewkami. Całość otoczona jest przez rzędy malutkich kolorowych kamieniczek. Mieszczą się w nich sklepiki, kawiarnie, restauracje, domy. Znajduje się tu największe skupisko Tybetańczyków w Nepalu – ok 16 tys., zaś w całym kraju żyje około 20 tys. uchodźców. Dlatego Boudhanath jest jednym z najprężniej działających ośrodków buddyzmu tybetańskiego na świecie. Z tego zresztą miejsca prowadził dawniej do Tybetu szlak handlowy.

Zgodnie z ruchem wskazówek zegara ruszamy za mnichami, aby okrążyć świątynię. Jej podstawę otacza krąg ze 108 wizerunkami bóstw i 147 niszami z młynkami modlitewnymi. Mnisi kręcą nimi, szepczą swoje mantry, biją pokłony. Gdy obserwuję tych ludzi z ich pogodnymi uśmiechami na twarzy, patrzę w górę na Kochające Oczy i słucham zaklętych buddyjskich mantr to zaczynam rozumieć ich pokojową filozofię życia.

Decydujemy się na obiad na dachu jednej z kamienic. Ceny są, jak na Nepal, dosyć wysokie, ale widoki rozpościerające się z dachu warte są przepłacenia. Zresztą jedzenie jest tradycyjnie już w wyśmienite.

 

Shwayambhunath - królestwo małp 

Po południu przedzierając się przez zakorkowane miasto dojeżdżamy do kolejnej buddyjskiej świątyni, będącej symbolem Nepalu - występującej na większości pocztówek Złotej Świątyni - Shwayambhunath. Liczy ona ponad 2,5 tys. lat. Uważana jest za najpiękniejszą buddyjską świątynię i klasztor w Nepalu. Dach pokryty jest złotem. Do świątyni prowadzą długie, liczące 365 stopni, strome, kamienne schody. Jak już się wgramoli na górę to zaskakuje człowieka informacja o wydaniu 150 rupii na bilet. Rozumiem, chce się zwiedzić to trzeba płacić, ale jakby ktoś zapomniał gotówki?;) Stopnie prowadzą wśród drzew, małych kapliczek, posągów zwierząt i ptaków, pomników Buddy. A dookoła siedzą lub skaczą setki małp i dlatego zwykło się o niej mówić Świątynia Małp. To one sprawują tu faktyczną władzę. I trzeba bardzo pilnować swoich rzeczy bo inaczej…”szukaj małpy w polu”;) Dwunastoletni chłopiec jest jednym z głównych kapłanów świątyni i codziennie rano i wieczorem okrąża plac dzwoniąc modlitewnymi dzwonkami i zwołując mnichów na modlitwę. Szepcą oni swoją mantrę „zbawienie jest w kwiecie lotosu”.

Wchodzę również do gompy – buddyjskiego klasztoru, gdzie setki maślanych lampek palą się u stóp ogromnego posągu Buddy.

Na placu są setki małych stup. Po wszystkich oczywiście skaczą małpy, które same chętnie zaczepiają turystów, ale irytują je nasze „zaloty”;) To one mają pierwszeństwo i decydują komu warto poświęcić uwagę;)

Z góry roztacza się wspaniała panorama na miasto. Tu również trzepoczą setki kolorowych chorągiewek niosących modlitwy w przestworza. Podziwiamy zachód słońca. Na niebie szybują orły. …Jest pięknie i niezwykle klimatycznie...

 

 

 

  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath - mnich
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath - kamienice
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath - mnisi
  • Świątynia Boudhanath - kamienice
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath - kamienice
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Świątynia Boudhanath
  • Małpy w Złotej Światyni
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia - widok na Katmandu
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia - widok na Katmandu
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia - widok na Katmandu
  • Złota Światynia - widok na Katmandu
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath
  • Złota Światynia Shwayambhunath

To już przedostatni dzień w pięknym Nepalu. Od rana biegaliśmy po mieście próbując załatwić bilety na lot do Delhi. Po kilku godzinach w kolejkach u różnych przewoźników udaje nam się kupić dwa ostatnie bilety na jutro - 120 USD/os.

Pozostaje po raz ostatni zanurzyć się w uliczki Katmandu i wydać pieniądze na pamiątki. Zakupów zrobiłam tyle, ze część ubrań zostawiłam w hotelowym pokoju, żeby dać radę dopiąć plecak ;)

Kolejny poranek 10 marca 2008 roku to już pożegnanie z pięknym Nepalem. I to pożegnanie na wysokim poziomie. Okazuje się bowiem, że dwa ostatnie miejsca, które dostaliśmy są w business class :)

 

A gdy samolot startuje i unosimy się nad miastem płaczę za wzruszenia, gdy przez okno widzę himalajskie szczyty…

 

 

Tekst: Agnieszka Stabińska

Zdjęcia: Agnieszka i Tomasz Stabińscy 

  • Katmandu - lotnisko
  • Katmandu - lotnisko
  • Katmandu - lotnisko
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem
  • Pożegnanie z Nepalem

Nepal - niezbędnik podróżnika

Jak się dostać?

Najtaniej i najszybciej samolotem z Delhi. Loty do Delhi z Warszawy są w najlepszych cenach. Bilet w dwie strony można dostać już za 1800 zł. Z Delhi są bezpośrednie połączenia do Kathmandu - lot w dwie strony to koszt w okolicach 180 - 250 USD. Oczywiście autobusem będzie znacznie taniej (ok. 20 - 30 USD), ale, jak pisałam w relacji, polecam tylko osobom, którym nie straszne potworne niewygody :) A tym, którzy cierpią na chorobę lokomocyjną to w ogóle autobus odradzam (trasa do Katmandu ma ponoć 3 tys. zakrętów na odcinku 170 km). Za to widoki z okna samolotu na Himalaje zrekompensują pustkę w kieszeni :)

Kiedy jechać?

Najlepiej między październikiem a marcem.

Wiza?

Jest wymagana. Można ją otrzymać na lotnisku w Katmandu lub na granicy, jeśli wybierze się podróż autobusem. Kosztuje - 30 USD. Wymagane jest zdjęcie, ale jak się nie ma zdjęcia to też dają. Pobierana jest wówczas dodatkową opłatę w wysokości 100 rupii.

Czy się szczepić?

Nie ma żadnych wymaganych szczepień. My zaszczepieni byliśmy (z racji łączenia wyjazdu z Indiami) na dur brzuszny, tężec, błonice oraz WZW A i B (czyli żółtaczkę).

Jak się poruszać?

Najlepsze są połączenia autobusowe. I bardzo tanie. Kolej w Nepalu praktycznie nie istnieje (ok. 100 km torów). Trzeba się jednak nastawić psychicznie, że podróż do wygodnych nie należy. Siedzenia w autobusach są małe i ciasne. Drogi pełne niebezpiecznych zakrętów, więc prędkość też nie jest zawrotna. Po mieście najlepiej jeździć rikszami i taksówkami (cenę należy uzgodnić zanim się wsiądzie). Wypożyczyć samochodu na własną rękę raczej nie jest możliwe. Szybciej z kierowcą. Ze względów bezpieczeństwa nocą między 22 a 4 praktycznie nie odbywa się żaden transport. Należy pamiętać, ze ruch jest lewostronny.

Co zabrać?

  1. przewodniki: najwięcej informacji praktycznych jest w Pascalu i LP, ale warto pokusić się o coś ze zdjęciami. Ułatwia to bardzo zwiedzanie i zorientowanie się która świątynia jest która, bo nagromadzenie podobnych na pierwszy rzut oka zabytków w jednym miejscu jest ogromne i łatwo stracić orientację (nam pomógł Nepal z serii „Podróże marzeń”)
  2. latarka (np. czołówka) – obowiązkowo, z racji na przerwy w dostawie prądu
  3. linki stalowe i kłódka do zabezpieczenia bagażu (np. żeby nie zleciał z dachu; i warto się samemu na dach pofatygować, żeby dobrze umocować plecak, w przeciwnym wypadku może się zgubić ;) warto też obwinąć plecak płachtą, a jeszcze lepiej zwykłym workiem np. na śmieci, bo można go później nie poznać od ilości kurzu
  4. scyzoryk (przydaje się do obierania owoców)
  5. chusteczki nawilżające (w tej podróży niezastąpione)
  6. alkohol i/lub leki na biegunkę

 

Dobre rady?

  1. Nepal to doskonałe miejsce na zakupy. Srebro, maski, noże, malowidła, rzeźbione figurki, modlitewne dzwony buddyjskie, misy grające, wyśmienite herbaty, barwniki, szale z paszminy...jest w czym wybierać. Tym bardziej, ze rzeczy są naprawdę piękne i starannie wykonane. O wszystko oczywiście należy i trzeba się targować (ale przy tym myślę, że warto pamiętać, iż Nepal jest jednym z najbiedniejszych państw świata i ludzie żyją naprawdę w ciężkich warunkach. Te kilka złotych o które niekiedy człowiek się wykłóca dla wielu z nich stanowi majątek). Oprócz pamiątek z podróży można zaopatrzyć się w bardzo dobre gatunkowo podróbki odzieży trekkingowej i sprzętu turystycznego.
  2. Pocztówkę z pozdrowieniami z podróży najlepiej wysłać w pierwszym dniu :) nasza do adresata dotarła bowiem w kwietniu grubo ponad miesiąc od powrotu do kraju ;)
  3. Przed wejściem do świątyń należy pamiętać o zdjęciu butów.
  4. Warto znać i stosować nepalskie pozdrowienie „Namaste”.
  5. Warto też pamiętać, że posiadanie haszyszu, marihuany oraz wszystkich innych narkotyków jest oficjalnie zakazane, czyli nielegalne (mimo, iż rosnące krzaki widać w co drugim ogródku, w ciemnych uliczkach roi się od sprzedawców, i często można wyczuć charakterystyczny zapach w powietrzu).

 

Co ile kosztuje?

100 rupii nepalskich (NPR) = ok. 4,5 zł.

Średni dzienny budżet 8-12 USD

Przykładowe ceny dla 1 osoby z marca 2008 roku:

  1. noclegi od 150 do 350 rupii za dwójkę z łazienką (standard niewysoki, ale czysto i schludnie); w czasie przerw w dostawie prądu nie wszystkie małe hoteliki posiłkują się agregatami, więc wieczór można spędzić przy świecach.

  2. 15 NPR – papier toaletowy

  3. 25 NPR herbata

  4. 15 NPR mała pepsi

  5. 20-30 NPR sok ze świeżych owoców za szklankę

  6. 20 NPR duża woda mineralna

  7. 80 NPR nepalska whisky Virgin (tylko dla zaprawionych w boju ;) )

  8. 100 -130 NPR nepalskie piwo, np. Everest (duże, dobre i schłodzone )

  9. 20 NPR ciepła drożdżówka z piekarni

  10. 20 NPR kiść nepalskich bananów (są dużo mniejsze ale smaczne)

  11. cena obiadu zależy oczywiście od miejsca, w którym się je; generalnie można się najeść za grosze w małych ulicznych knajpkach. Zestaw z napojem kosztował 100 -150 NPR. W najdroższej restauracji, w której byliśmy zapłaciliśmy ok. 350 NPR/os

  12. taxi: ceny do negocjacji (ale najtrudniejsze do zbicia), w obrębie centrum Katmandu ok. 50 NPR, z centrum na Patan – 100 NPR; taxi na pół dnia – ok. 6 godzin kierowca i samochód do dyspozycji na obwiezienie po okolicach Katmandu – 700 NPR na 4 os.

  13. 15 NPR lokalny autobus z Katmandu do Bhaktapur (ok. 17 km)

  14. 15-30 NPR godzina w kawiarence internetowej

  15. 100 NPR wypożyczenie roweru górskiego na 5 godzin w Pokharze

  16. 100-200 NNR płyta z muzyką

  17. 100-250 NPR wzorzyste bransoletki – cena zależy od szerokości i ornamentu

  18. 700 – 1000 NPR dambang - grająca misa o średnicy 15 cm z ciekawymi buddyjskimi wzorami, wykonana ze stopu kilku metali

  19. Szal z paszminy (80%) – 1200-1500 NPR


Wybrane ceny biletów wstępu (dla 1 osoby):

  1. Katmandu Plac Durbar - 250 NPR

  2. Patan - 250 NPR

  3. stupa buddyjska Bouddhanath – 100 NPR

  4. świątynia małp – 100 NPR

  5. Świątynia Pashupatinath – 250 NPR

  6. wejście do miasta Bhaktapur (tak – niemal całe miasto to jeden wielki stary tętniący życiem zabytek) – 750 NPR (najdroższy bilet w Nepalu)

  7. 70 USD – 3 dniowy pobyt w Chitwan National Park (cena obejmowała: pierwszy dzień od rana dojazd z Pokhary do Chitwan, przejazd z Chitwan do Katmandu w trzecim dniu; 2 noclegi, wyżywienie, wstęp do parku i przewodnicy po parku (wstęp do parku tylko z przewodnikiem), 2 godzinne safari na słoniach, wycieczka czółnem po rzece, kilkugodzinne „jungle walk” i wieczór folklorystyczny.

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. tykuspl (24.07.2010 18:06) 0 + -
    „Kto nie ma czasu, jest biedniejszy niż żebrak” -podoba mi się to.
    Więc znalazłem czas żeby przeczytać całe Twoje opowiadanie i popatrzec
    na zdjęcia. Piękne!
  2. aggie_2010 (11.04.2010 21:27) +1 + -
    Agnieszko...dziś dotarłam do końca Twojej niesłychanie klimatycznej podróży. Kawał naprawdę porządnej roboty nam wykonałaś. Dzięki Tobie czuję jakbym tam była...
  3. chingon (21.03.2010 19:30) +1 + -
    na raz oczywiście nie dam rady, ale zaczyna się wyśmienicie! :) plus za całość już poszedł, a ja będę sobie wracał w miarę wolnego czasu... :D
  4. sagnes80 (12.02.2010 19:41) +1 + -
    Dziękuję za opinie. A Nepalczycy są rzeczywiście niesamowicie serdecznymi i dobrymi ludźmi :)
  5. chelsea79 (12.02.2010 13:30) +1 + -
    Cudo relacja!!! Gratuluje podróży.W malutkim miasteczku w którym mieszkam jest cudowna nepalska restauracja Mooli. Uczęszczamy z zona do niej co jakiś czas. Fantastyczne jedzenie i cudowni gospodarze. Mniemam, ze większość Nepalczyków emanuje właśnie podobna serdecznością i dobrocią?!
  6. milanello80 (11.02.2010 22:17) +1 + -
    Wróciłem do Twojej relacji, by poczytać trochę o PN Chitwan i skonfrontować to z filmem, jaki nie tak dawno miałem okazję oglądać. Lubię takie atrakcje, nie tak dawno byłem w Azji na podobnej, choć jeepem. Ów Chitwan jawi się niesamowicie kusząco i już go w kajecik zdążyłem wpisać.
  7. sagnes80 (07.02.2010 10:55) +1 + -
    Dziękuję za wszystkie komentarze :)
    polecam Nepal gorąco - to piękny kraj!
  8. lmichorowski (05.02.2010 23:17) +1 + -
    Dokończyłem i jestem pod dużym wrażeniem. Gratuluję zarówno podróży jak i relacji. Pozdrawiam jeszcze raz.
  9. lmichorowski (05.02.2010 15:49) +1 + -
    Agnieszko, świetna relacja. Daję już zasłużonego plusa, choć na razie "dojechałem" dopiero do Patanu. Pozdrawiam.
  10. latomania (05.02.2010 14:22) +1 + -
    Twoj opis + zdjęcia stanią niezwykły przewodnik! Pozdrawiam:)
  11. kasai.eu (12.01.2010 18:54) +1 + -
    REWELACJA!! Chyba przestane kupować przewodniki - ta relacja wystarczy, już mogę się pakować! :) Nie ukrywam, że teraz tylko przejrzałam - wrócę do tej relacji jak będę planować podróż. pozdrawiam
  12. loka1963 (04.01.2010 1:27) +1 + -
    piękna sprawa, nie da się tego połknąć za jednym zamachem
  13. anka.g1 (21.11.2009 16:20) 0 + -
    Słyszałam dziś w radiu apele, by nie wybierać się do Nepalu bo sytuacja tam jest bardzo niepewna.I od razu przypominała mi się Twoja relacja.Dobrze, ze zdążyłaś odwiedzić to miejsce i jeszcze nam o nim opowiedziałaś:)
  14. renata-1 (22.09.2009 20:42) +1 + -
    wspaniała relacja, piękne zdjęcia, aż chce się tam pojechać
  15. 2_koty (19.09.2009 17:18) +1 + -
    Świetna relacja. Przystawiałam się do niej kilka razy. ale czekałam, aż najdzie mnie ochota na zaaplikowanie sobie jej właśnie w całości. Dzięki Agnieszko za te chwile spędzone w Nepalu!
    Jak podejmę decyzję o pakowaniu plecaka w tamte rejony, na pewno wrócę do Twojej relacji.
  16. anka.g1 (18.08.2009 23:07) +2 + -
    I ja dałam w pełni zasłużonego plusika.Opowieść baaaardzo ciekawa i mimo że Nepal to nie do końca moje klimaty to z zainteresowaniem przeczytałam całość (oczywiście tak jak i innym zajęło mi to kilka wieczorów;).
  17. slawannka (08.07.2009 12:02) +1 + -
    A ja myślę, że przebrnięcie na siłę przez wszystko na raz to nie jest to o co tu chodzi... Lepiej, jeśli się smakuje po troszkę, łatwiej też więcej zapamiętać jak najwięcej! A więc, Ci co czytają i oglądają po troszkę nie są tacy znowu be;)
  18. costa1 (08.07.2009 11:21) +1 + -
    Dziekuje za piekne zdjecja i opis ,sa swietne ,szkoda ze sama tego nie zobacze
  19. kuniu_ock (06.07.2009 23:02) +1 + -
    los bumerangos ;p
  20. sagnes80 (06.07.2009 18:58) 0 + -
    oj to prawdziwe wyzwanie :) jeśli ktoś taki jest niech się przyzna - w nagrodę powinnam postawić piwo ;) ale mi samej było ciężko przeczytać od deski do deski i obejrzeć zdjęcia raz jeszcze nim kliknęłam "udostępnij podróż innym". ale miło było obserwować jak wracacie do tej relacji :)
  21. kuniu_ock (06.07.2009 18:46) +1 + -
    hyhy.. tak czytam co piszecie i zastanawiam się, czy jest tu osoba, która przebrnęła przez wszystko (tekst i fotki) za jednym podejściem :P
    Przyzna się ktoś? :P
  22. sagnes80 (06.07.2009 18:45) 0 + -
    uśmiech jest skarbem w podróży - zjednuje sympatię ludzi :) a oni sami byli często ciekawi jak aparat działa. szczególnie dzieciaki nie kryły zdumnienia i zachwytu jak zobaczyły swoje buzie na wyświetlaczu :) dziękuję Piotrze za wszystkie plusiki i komentarze :)
  23. pt.janicki (06.07.2009 17:59) +1 + -
    ...że też udało Ci się zrobić ludziom tyle zdjęć z tak bliska, ...moje uznanie!
  24. sagnes80 (06.07.2009 17:48) 0 + -
    dziękuję panowie :)
  25. guccirushone (06.07.2009 1:24) +1 + -
    Sagnes... Pascal może zapożyczać wiele ciekawych informacji z Twojego artykułu;-)
    Tak na marginesie, kiedyś mało dziecko mówi do swojego ojca wyciągającego paczke fajek z kieszeni...
    "Tato NEPAL" ;P
  26. stefbra (05.07.2009 22:22) +1 + -
    ja też tam chcę :) ! super relacja, będę wracał.
  27. sagnes80 (05.07.2009 20:03) 0 + -
    aerodynamiks i Jurku - dziękuję Wam bardzo :)
  28. jurek19511 (05.07.2009 20:01) +1 + -
    Pieknie opisana i udokumetowana fotkami podroz
  29. aerodynamiks (04.07.2009 22:27) +1 + -
    narazie jest genialnie i napewno bede wracal do Twej niesamowitej podrozy (nie mam zbytno czasu aby ogarnac calosc na raz ),chce sie delektowac :)powolutku krok za krokiem poznawac "Twoj" Nepal ,o ktorym ciagle marze!
    pozdrawiam .
  30. sagnes80 (01.07.2009 21:07) 0 + -
    Mam taką cichą nadzieję Piotrze :)
  31. pt.janicki (01.07.2009 16:07) +1 + -
    Agnieszko, jeszcze wrócę...
  32. sagnes80 (30.06.2009 21:27) 0 + -
    Dziękuję este :) bardzo mi miło :) i dziękuję też tedesse, bo od niego też wpadł przedostatni wielki plus na podróż :)
  33. gość (30.06.2009 21:23) +1 + -
    ZNAKOMITA LEKTURA!
  34. sagnes80 (22.06.2009 11:54) 0 + -
    Oficjalne wyniki ogłoszone :)
    DZIĘKUJĘ BARDZO wszystkim, którzy oddali swój cenny głos na moją relację :) :) :)
    Przede wszystkim dziękuję Wam, że przeczytaliście tak długi tekst - wielki plus dla każdego z Was za wytrwałość :) :) :) Dziękuję też za setki plusików na zdjęcia i wszystkie komentarze!!! Powiadomienia o nich czasami zapychały wręcz skrzynkę i nie nadążałam na bieżąco na wszystkie odpowiadać, ale mam nadzieję, że w podziękowaniach nie pominęłam nikogo :)
    Dziękuję!!!
  35. sagnes80 (22.06.2009 9:05) 0 + -
    duzinku dziękuję za wielkiego plusa :) :) :)
    zfieszu poczekajmy na oficjalne wyniki Kolumbera :) :) :) dziękuję :)
  36. zfiesz (22.06.2009 0:17) +1 + -
    to już? można gratulować?:-D
  37. duzinek (21.06.2009 22:46) +1 + -
    wow. jestem pod szczerym wrażeniem - opowieści i zdjęć. Plusik zdecydowanie zasłużony :)
  38. roberthipp (19.06.2009 17:00) +1 + -
    Agnieszko - Twoje podróże to prawdziwa rewelacja. Gratukuję i zazdroszczę. Pozdrawiam Rob
  39. sagnes80 (17.06.2009 12:56) 0 + -
    caly_czas_do_przodu dziękuję za plusa :)
  40. sagnes80 (16.06.2009 14:17) 0 + -
    Dziękuję Mimblo za ciepłe słowa i plusika :) A przede wszystkim za znalezienie czasu na lekturę :) W wolnej chwili zapraszam do galerii :) A z książkami to się wstrzymam, no bo ile znajdę takich wytrwałych osób jak Kolumberowicze? :) wielkie dzięki :)
  41. mimbla.londyn (16.06.2009 14:01) +2 + -


    Agnieszko ....

    ja Cie prosze : Ty ksiazki pisz !




    Opowiesc ... i 411 zdjec ....

    Czy juz mowilam,ze jestem pod NIESAMOWITYM wrazeniem ? : )



    Przeczytalam... na zdjecia musze zarezerwowac wieczor : )


    Swietnie ,ze tak sobie z mezem podrozujecie ...

    Niezwykle krainy zyskuja na niezwyklosci,gdy jest ta wlasciwa osoba obok,
    z ktora podziwia sie swiat ... : )



    .
  42. sagnes80 (14.06.2009 21:04) 0 + -
    dziękuję Robercie :) i w wolnej chwili zapraszam do zdjęć :)
  43. milanello80 (14.06.2009 20:59) +1 + -
    Gratuluję bardzo ciekawej relacji Agnieszko. Wielce daje do myślenia. Za zdjęcia biorę się wkrótce :)
  44. sagnes80 (14.06.2009 18:16) 0 + -
    pt.janicki, czerwony arbuzie, citty - wielkie dziękuję za Wasze komentarze i plusy :) bardzo mi miło :)
  45. city_hopper (14.06.2009 17:43) +1 + -
    No cóż, warto było szczegółówo przeczytać do końca. Naprawdę znakomita relacja i świetne zdjęcia. :-)
  46. czerwony_arbuz (14.06.2009 15:54) +1 + -
    Agnieszka, cudowna relacja i wspaniałe zdjęcia:)
  47. pt.janicki (13.06.2009 14:41) +1 + -
    ...niby długi weekend, ale taki ogrom wrażeń, że Twoją Agnieszko podróż muszę rozkładać na raty...
  48. slawannka (10.06.2009 17:52) +1 + -
    Swoją drogą, przydałoby się takie jakieś miejsce gdzie by można o ciekawych sprawach podyskutować... ja mam zawsze opory przed pisaniem w komentarzu do kogoś, czegoś - wydaje mi się że tu na przykład powinniśmy pisać tylko o Tobie i o Nepalu!
  49. sagnes80 (10.06.2009 15:29) +1 + -
    ale Sławo przecież to tematy jak najbardziej na właściwym miejscu :) o marzeniach, podróżach i doświadczeniach :) mnie bardzo cieszy, że ciekawa dyskusja właśnie tu, pod moją podróżą, się toczy :)
  50. slawannka (10.06.2009 11:38) 0 + -
    O to prawie chodzi:) Oddajmy Agnieszce jej miejsce na komentarze:)

sagnes80

Agnieszka Stabińska
Punkty: 43604