Ładuję...

kolumber.pl


19 +
2009-11-06 - 2010-07-06

Brytyjskie weekendy

zwyczaje alkohol zabytki muzeum pieszo hereford katedra black frias monastery the waterworks museum cider museum cider the mappa mundi & chained library exhibition mappa mundi pociąg święta edynburg autobus ross-on-wye wye valley goodrich castle samochód kymin góry czarne walia monnow bridge monmouth most obronny w monmouth zamek raglan zamki walii raglan castle the black & white villages czarno-biała wioska herefordshire jaskinie kopalnie clearwell caves & ancient iron mines forest of dean tintern abbey na zakupy z przyjaciółmi hay-on-wye town of books miasto książek wspinaczka góry park narodowy brecon beacons brecon beacons jeziora loch doon castle szkocja zamek stokesay castle anglia cardiff cardiff castle cardiff bay grwyne fawr park narodowy grwyne fawr dam grwyne fawr reservoir grosmont grosmont castle kilpeck sheelah-na-gig kilpeck church kościół w kilpeck kościoły romańskie st. devereux church wormbridge belmont abbey ludlow ludlow castle welsh marches llanthony priory manchester cottonpolis cornerhouse urbis elan valley white castle kington devil's bridge wodspady mosty rally of great britain wrc rheola rajd wielkiej brytanii three castles skenfrith castle zima w anglii partrishow partrishow church st. issui's church capel-y-ffin gospel pass pen y beacon kamienny krąg arthur's stone kamień artura neolityczne grobowce cwmyoy y mynyddoedd duon mynydd du black mountains czarne góry llanvihangel crucorney najstarszy pub w walii ysgyryd fawr skirrid holy mountain sacred hill abergavenny capel gwynfe carreg cennen castle
Typ: Album z opisami

Hereford... od przeszło czterech lat Moje Miasto. Przez ten czas jakoś ciężko było mi wygospodarować chwilę, by spokojnie pospacerować i cieszyć się jego... skromnymi, ale jednak... atrakcjami. Ostatnio trochę się w tej materii zmieniło i w kilka tygodni "zaliczyłem" wszystko co można w Hereford zobaczyć. Oczywiście zabrałem ze sobą aparat.

Katedra... To ona czyni z angielskiego miasta (town) city. Bez katedry, nawet największe, będzie tylko "mieściną". Tę herefordzką zbudowano, a właściwie budowano i przebudowywano przez kilka wieków, w miejscu gdzie już 1200 lat temu odbywały się pierwsze na Wyspach chrześcijańskie nabożeństwa. Poświęcono ją królowi Świętemu Ethelbertowi. Monumentalna i nieco fantastyczna, jak większość średniowiecznych budynków sakralnych w Anglii, wewnątrz jest nadzwyczaj surowa. Poza bajecznymi witrażami, największą ozdobą Katedry są... nagrobki sławnych mieszkańców miasta i miejscowych biskupów. Jej piękno tkwi jednak w prostocie i wielu zachowanych detalach z tysiącletniej historii.

Przy Katedrze znajduje się też niezwykłe muzeum - The Mappa Mundi & Chained Library Exhibition. Herefordzka Mappa Mundi jest największą średniowieczną mapą świata, jaka przetrwała do dzisiejszych czasów. Co ciekawe... jeśli nie zabawne... od XIII wieku, kiedy powstała, do połowy wieku XIX, mapa stała w Katedrze w drewnianej ramie, nie zwracając na siebie szczególnej uwagi. Dziś trzyma się ją w specjalnej gablocie/sejfie, w przedsionku mrocznej Biblioteki Przykutych Książek. W tej ostatniej obejrzeć można, niestety tylko z daleka, kilkaset klasycznych woluminów przykutych do półek łańcuchami. Nie jest to bynajmniej sposób na walkę ze złodziejami, ale rozwiązanie problemu... bałaganu w księgozbiorze. Rozwiązanie takie wymusiła kontrola przeprowadzona kilka wieków temu w katedralnej bibliotece, która stwierdziła niewyobrażalne nadużycia i bałagan w cennych, bo pochodzących nawet z VIII wieku, zbiorach.
 
Z bibliotecznych ciekawostek... Fragment pierwszego "Słownika języka angielskiego". Pod hasłem "owies" możemy przeczytać: pasza dla koni i innych zwierząt domowych, w Szkocji jedzona również przez ludzi...

Kolejna pamiątka po wiekach średnich... Black Frias Monastery, a właściwie ruiny jednego z budynków dawnego klasztoru Dominikanów, to jeden z dziwniejszych zabytków w mieście. Dziwny, bo raz, że trudno go znaleźć (w informatorach również), a dwa, że stoi sobie w małym parku na zapleczu jednej ze szkół i najczęściej trafia się tu zupełnie przypadkowo. Zakon, podobnie jak inne zakony w Anglii rozwiązano za czasów Henryka VIII, wraz z oddzieleniem się kościoła anglikańskiego od Rzymu. Dlatego pozostałości nie imponują rozmachem.

O kilka wieków młodszy jest Old House w centrum miasta. To siedemnastowieczny dom rzeźnika, w którym dziś oglądać można skromną kolekcję dębowych mebli i kilka malowideł ściennych znalezionych w innych wiekowych rezydencjach miasta. Domek jednak sam w sobie stanowi  atrakcję i jest ciekawym przykładem angielskiej czarno-białej architektury miejskiej (ten termin to nie mój wymysł; właśnie w takiej formie funkcjonuje w informatorach).

W Świecie... no może nie całym, ale dla Anglików Świat zazwyczaj ogranicza się do Wysp... Hereford znany jest przede wszystkim z dwóch rzeczy: z tutejszej, potężnej, mięsnej rasy krów i cidera. Nie wiem jak inni, ale ja przed przyjazdem do Wielkiej Brytanii nie miałem pojęcia o istnieniu tego drugiego wynalazku. Wyjaśniam więc... Cider, to coś na kształt musującego wina z jabłek, występującego tu w ogromnej różnorodności i cieszącego się wielką popularnością. Do tego stopnia, że w pubach (w całym Zjednoczonym Królestwie) można go kupić wprost z nalewaka. Najpopularniejsze marki to Woodpecker i Strongbow, ale zdaniem znawców tematu, najlepsze są produkty lokalne, niepasteryzowane... cloudy jak sami mawiają. Poza oczywistymi właściwościami każdego alkoholu, te ostatnie mają podobno również doskonałe właściwości przeczyszczające... Ja jakoś nie przekonałem się do "sajderka", jak zdrobniale nazywają go współ-emigranci. Nie przeszkadzało mi to jednak odwiedzić Cider Museum, gdzie poznać można proces produkcji tego trunku. Skromnie, ale ciekawie...

Miłośników techniki Hereford zaprasza do The Waterworks Museum. Jak na placówkę prezentującą różne metody pozyskiwania i transportowania wody przystało, muzeum leży niedaleko Rzeki Wye, dzielącej miasto na pół i mającej brzydki zwyczaj corocznego występowania z brzegów. Wśród eksponatów... działających eksponatów!!!... znajdują się najróżniejsze pompy i napędzające je silniki. Począwszy od tych parowych, przez silniki spalinowe, po najnowsze, elektryczne. Twórcy muzeum (stowarzyszenie inżynierów-miłośników techniki) pomyśleli też o dzieciach i przy większości maszyn, stoją ich małe i prymitywne modele, w których wszystkiego można dotknąć, pokręcić i... zostać oblanym wodą oczywiście.

Po więcej atrakcji, trzeba niestety ruszyć się za miasto, co też powoli, ale sukcesywnie mam zamiar robić. W miarę możliwości i czasu postaram się dorzucać kolejne etapy tej niekończącej się "podróży"...

  • Hereford
  • Hereford... Katedra...
  • Hereford... Katedra...
  • Hereford... Katedra...
  • Hereford... Katedra...
  • Hereford... Katedra...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Wnętrza Katedry...
  • Hereford... Z Katedrą w tle...
  • Hereford... Z Katedrą w tle...
  • Hereford...
  • Hereford...
  • Hereford... Spacer nad rzeką Wye
  • Hereford... Old Bridge...
  • Hereford...
  • Hereford...
  • Hereford... Old House...
  • Hereford... Old House...
  • Hereford... Old House...
  • Hereford...
  • Hereford... jedna z sypialni...
  • Hereford... domek na wzgórzu...
  • Hereford... Black Frias Monastery...
  • Hereford... Black Frias Monastery...
  • Hereford... Black Frias Monastery...
  • Hereford... Krzyż modlitewny przy Black Frias Monastery...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... Cider Museum...
  • Hereford... The Waterworks Museum...
  • Hereford... The Waterworks Museum...
  • Hereford... The Waterworks Museum...
  • Hereford... The Waterworks Museum...
  • Hereford... The Waterworks Museum...
  • Hereford... The Waterworks Museum...
  • Hereford... The Waterworks Museum...

Ross nad Rzeką Wye, przez mieszkających tam Polaków nazywane najczęściej Rosją... Małe miasteczko, które odwiedzałem wielokrotnie, ale raczej w celach towarzysko-imprezowych, niż żeby zachwycać się jego urokami. Bo szczerze mówiąc, nie bardzo jest się czym zachwycać. Ale zajrzeć warto...

Ross leży na zboczach Wye Valley, co wyraźnie widać w stromych uliczkach miasta, dodających mu uroku. Trzy z nich, a właściwie dwie główne i króciutki, dosłownie kilkumetrowy, deptak, krzyżują się przy placu targowym w centrum. Stoi tu jedna z najstarszych i najciekawszych budowli miasta - wsparta w całości na kamiennych kolumnach i mieszcząca izbę historyczną Market Hall.

Nota bene, widok na strome uliczki spomiędzy kolumn należy do najbardziej fotogenicznych w miasteczku.

Wstępu do Ross strzegą z jednej strony skalne urwisko i fragment murów miejskich z okrągłą basztą - skromna pamiątka po dawnych umocnieniach; z drugiej kilkusetletnia chatka, w której kiedyś opłacano wstęp do miasta. Do dziś zamieszkana, chyląca się lekko pod ciężarem lat, wygląda dość zabawnie z miniaturowymi okienkami, krytym strzechą dachem i... przytwierdzoną do komina anteną satelitarną.

Nad miastem góruje przeszło sześćdziesięciometrowa iglica kościoła pod wezwaniem Maryi Dziewicy. Siedemsetletnia świątynia stała się drugim domem dla niemal równie starych witraży ze zniszczonej kaplicy biskupiej z Stretton Sugwas. Na wieczny spoczynek złożono tu również kilka pokoleń przedstawicieli rodu Rudhall. Gdy w końcu zaczęło robić się ciasno, jednego z nich pochowano... na stojąco!

Wokół kościoła rozciąga się stary, trochę zaniedbany cmentarz, pełen celtyckich krzyży ozdobionych charakterystycznymi, spiralnymi wzorami. Pod jednym z nich spoczywa 315 ofiar zarazy z 1637 roku. Niedawno odkryto tu też pozostałości z czasów Rzymskiej Brytanii, ale póki co ciężko powiedzieć z czym mamy do czynienia.

Tym co wyróżnia Ross ale i inne kilku... kilkunastotysięczne angielskie miasteczka, jest brak wielkich sklepów, które praktycznie zdominowały handel w większych ośrodkach. Bez problemu można tu kupić chleb prosto z pieca, świeże mięso u rzeźnika, warzywa na straganie, a apple pie z cukierni przy Brookend smakuje po prostu bosko!

  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye
  • Ross-on-Wye

Począwszy od XII wieku, Zamek Goodrich miał bronić angielskich granic przed najazdami Celtów z Walii. Po przebudowie pod koniec XIII wieku, przez francuskiego szlachcica Williama de Valence spowinowaconego z królem Anglii Karolem I, stał się jedną z najpotężniejszych twierdz na zachodzie królestwa.

Konstrukcję opracowano zgodnie z ówczesną myślą techniczną i wyposażono w najnowocześniejszy sprzęt obronny epoki. Siła Goodrich miała być również sygnałem dla przeciwników de Valence (których jako obcokrajowiec z koneksjami na dworze miał nadzwyczaj wielu), że nie ma zamiaru im ulegać, i że ma zamiar zostać tu na zawsze.

Być może właśnie dzięki tej przezorności Francuza, zamek stoi do dziś i, mimo burzliwej historii, jest jednym z najlepiej zachowanych przykładów średniowiecznych twierdz w Wielkiej Brytanii.

  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle
  • Goodrich Castle

Do Monmouth zajechaliśmy przypadkiem, w drodze z zamku Raglan. (Chociaż tu występuje przed nim, ale to tylko po to, by "wyprostować" na mapie tę "podróż")

Właściwie jedynym celem odwiedzin tego niezdecydowanego geograficznie miasteczka, stojącego okrakiem pomiędzy Anglią i Walią, był słynny i niezwykle fotogeniczny Monnow Bridge, czyli most na Rzece Monnow.

Ta kamienna, licząca sobie osiemset lat przeprawa, to jedyny ocalały most obronny w Wielkiej Brytanii. Od wszystkich pozostałych - zwyczajnych i niezwyczajnych - mostów, odróżnia go mała, ufortyfikowana brama (gatehouse) w połowie jego długości. Dziś, bardziej niż złowieszczo, prezentująca się po prostu uroczo!

Oprócz Monnow Bridge, Monmouth nie ma zbyt wiele do zaoferowania przyjezdnym: bardziej niż skromne ruiny zamku, kilka wiekowych kościółków i przyjemne uliczki, podobnie jak w Ross-on-Wye, wciąż jeszcze wolne od mega-sklepów. W miasteczku, o czym niestety dowiedziałem się już po powrocie do domu, jest też (podobno) rewelacyjna meksykańska restauracja.

Milę spacerem od miasta, a jakieś trzy samochodem, krętą i wąską drogą szerokości jednego auta, leży Kymin. Opisany jako Circular Banqueting House, przypomina miniaturową, śnieżnobiałą fortecę. Z wysokiego wzgórza, na którym stoi, roztacza się niesamowity widok na Monmouth i doliny rzek Wye i Monnow. Horyzont zamykają zaś Góry Czarne - Black Mountains - i Park Narodowy Brecon Beacons...

  • Monmouth... Monnow Bridge
  • Monmouth... Monnow Bridge
  • Monmouth... Monnow Bridge
  • Monmouth... Monnow Bridge
  • Monmouth... Monnow Bridge
  • Monmouth... Widok na miasto przez Monnow Bridge
  • Monmouth... Ruiny zamku
  • Monmouth... Ruiny zamku
  • Monmouth... Kościół
  • Monmouth... Kościół
  • Monmouth
  • Monmouth
  • Monmouth
  • Monmouth
  • Monmouth... Naval Temple na wzgórzu Kymin
  • Monmouth... Widok na miasto ze wzgórza Kymin
  • Monmouth... Zachód słońca nad Górami Czarnymi... Widok ze wzgórza Kymin
  • Monmouth... Circular Banqueting House na wzgórzu Kymin
  • Monmouth... Circular Banqueting House na wzgórzu Kymin
  • Monmouth... Circular Banqueting House na wzgórzu Kymin
  • Monmouth... Ławeczka na wzgórzu Kymin

Zbudowany by imponować wielkością... niekoniecznie zaś by służyć obronie. Tak o Zamku Raglan piszą w informatorach.

I rzeczywiście, wybudowany w czasach, gdy na Wyspach nikt już kamiennych fortec nie stawiał, do dziś robi wrażenie. Baszty, wieże, fosy, mosty, sale balowe... Co prawda lata świetności mają już za sobą, ale pozwalają wyobrazić sobie jak wyglądało życie angielskiej szlachty 400-500 lat temu. Trudno natomiast wyobrazić sobie, jakimi pieniędzmi trzeba było dysponować, by postawić takie zamczysko!

Na szczęście za wstęp płaci się tylko £3.10...

  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle
  • Raglan Castle

Do Weobley pojechaliśmy trochę się przewietrzyć po intensywnym piątkowym wieczorze. To kilkanaście minut autobusem od Hereford, więc choroba lokomocyjna (bo przecież nie kac...) nie miała szans na atak. Wybór, poza odległością, podpowiedział nam mały informator... właściwie ulotka... przedstawiający Weobley jako jedną z najciekawszych Czarno-Białych Wiosek (na turystycznych mapach hrabstwa Herefordshire funkcjonuje region The Black & White Villages). Znaleźliśmy tam... trasę spaceru po polach, łąkach i okolicznych wzgórzach. Niezbyt forsowną i dość krótką.

Sama wieś, całkiem spora, jest rzeczywiście urocza. Chatki, często kilkusetletnie, są zadbane i, o czym świadczy gruba warstwa farby, często odnawiane. Bawi tylko widok wiekowych, pochylonych domków, przed którymi parkują najnowsze i najdroższe samochody. W jednym funkcjonuje nawet czarno-biała stacja benzynowa z dystrybutorami sprzed wielu, wielu lat i warsztat samochodowy. Cóż... Anglia...

Z trochę innej beczki... Technicznej, że tak powiem... Zadziwiająca jest troska, jaką na Wyspach przykłada się do zachęcenia turystów do przyjazdu i zadbania o nich, kiedy już dadzą się skusić. W Weobley na gości czekają muzeum, biblioteka, galerie, pracownie artystyczne, kilka hoteli i kilkanaście pubów i restauracji. Największe zdziwienie wywołuje jednak... publiczna toaleta przystosowana dla osób niepełnosprawnych! Czy ktoś wyobraża sobie takie "luksusy" na polskiej wsi? No... ja w każdym razie się nie spotkałem. Cóż... Anglia...

Ciekawa jest też "idea spacerowania". Co prawda trasy szlaków spacerowych są w każdym informatorze, ale w Weobley po raz pierwszy z nich skorzystaliśmy. Chodzi się, jak już wspomniałem, polami, łąkami, lasami... Ale nie po ścieżkach i miedzach. To znaczy, czasem owszem, głównie jednak public footpaths prowadzą przez prywatne, ogrodzone działki, pastwiska, podwórka, itp. I nikt nie ma nic przeciwko temu! Mało tego. Szlaki są rewelacyjnie oznaczone, a nad płotami, rzeczkami, czy innymi niewygodnymi przeprawami buduje się kładki (których ilość jest zazwyczaj wymieniona w opisie trasy). Mistrzostwem świata, jak dla mnie, było świeżo zaorane pole, którego właściciel wyjeździł ścieżkę traktorem, żeby łatwiej było po niej iść. Cóż... Anglia...

  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Czarno-Biała Wioska
  • Weobley... Kościół świętych Piotra i Pawła
  • Weobley... Kościół świętych Piotra i Pawła
  • Weobley... Kościół świętych Piotra i Pawła
  • Weobley... Przykościelny cmentarz
  • Weobley... Przykościelny cmentarz
  • Weobley... Angielsko-wiejskie klimaty
  • Weobley... Angielsko-wiejskie klimaty
  • Weobley... Angielsko-wiejskie klimaty
  • Weobley... Angielsko-wiejskie klimaty
  • Weobley... Angielsko-wiejskie klimaty
  • Weobley... Spacer z zoomem
  • Weobley... Spacer z zoomem
  • Weobley... Spacer z zoomem
  • Weobley... Spacer z zoomem
  • Weobley... Spacer z zoomem

Wycieczka do Clearwell Caves & Ancient Iron Mines miała być jedną z bardziej ekscytujących wypraw w ramach weekendowych wypadów za miasto. Starożytne kopalnie, w których natrafiono na ślady wydobycia sprzed 4500. lat, wykorzystywane przez Rzymian, Normanów i kolejnych angielskich królów, a to wszystko w naturalnych jaskiniach w środku Forest of Dean... Brzmi nieźle, przyznajcie.

Rzeczywistość okazała się trochę mniej fascynująca. Cały kompleks, a właściwie ten jego fragment, który można samodzielnie zwiedzać, to kilkaset metrów podziemnych korytarzy z porozrzucanymi tu i ówdzie pamiątkami po pracy górników. Nic szczególnie zachwycającego. Fakt, fajne jest właśnie to, że podziemny labirynt można zwiedzać samemu, a nie w zorganizowanych grupach z przewodnikiem (co przy brytyjskiej obsesji zabezpieczania wszystkiego przed wypadkami jest wręcz szokujące), ale przy oznakowanej i łatwej trasie to żadna przygoda.

Z ciekawostek... Clearwell Caves są jedyną kopalnią w Wielkiej Brytanii, w której wciąż uprawia się tzw. free mining. Zgodnie z zawiłościami wyspiarskiego prawa górniczego, którego korzenie sięgają często kilkuset lat wstecz, górnicy, którzy ukończyli dwadzieścia jeden lat, przepracowali rok i jeden dzień pod ziemią i pochodzą z obszaru Forest of Dean, mogą kiedy chcą schodzić do kopalni i na własny rachunek wydobywać węgiel, rudy, minerały, itp. I nikt nie może im tego zabronić!

  • Clearwell Caves & Ancient Iron Mines
  • Clearwell Caves & Ancient Iron Mines
  • Clearwell Caves & Ancient Iron Mines
  • Clearwell Caves & Ancient Iron Mines
  • Clearwell Caves & Ancient Iron Mines
  • Clearwell Caves & Ancient Iron Mines
  • Clearwell Caves & Ancient Iron Mines

Z Clearwell chcieliśmy podjechać jeszcze do Zamku Chepstow, ale... zabłądziliśmy. Brytyjskie drogi kategorii B to spore wyzwanie nawigacyjne. Jednak, jak to często bywa, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Gdy już wydawało nam się, że dobrze jedziemy nagle, zza górskiego zakrętu wyłoniły się ruiny Tintern Abbey. Hmmm... Nie powinno ich tu być, ale skoro są...

"By w pełni rozkoszować się urokami Tintern Abbey i wypoczywać, zabierz ze sobą wina, zimne mięso i kukurydzę dla koni (chleb, piwo, cider i, zazwyczaj, łosoś są dostępne w [zajeździe] Beaufort Arms). Rozłóż swój stół w ruinach, a walijskiego harfiarza sprowadź z Chepstow." W ten sposób, już w XVIII wieku reklamowano niezwykłe piękno dawnego opactwa cystersów i jego okolicy.

Tintern Abbey wybudowano "z dala od ludzkich osiedli", w najpiękniejszym zakątku Wye Valley. Na tym obszarze Rzeka Wye wije się zygzakiem, omijając strome, zalesione wzgórza.

Przez pierwszych czterysta lat funkcjonowania, począwszy od 1131 roku, opactwo rosło w siłę. Dzięki hojnym darczyńcom z pobliskiego Chepstow, ze skromnej kolonii ciężko pracujących zakonników, Tintern rozrosło się do rozmiarów najpotężniejszego klasztoru w Walii. Rozbudowa trwała niemal bez przerwy. Do tego stopnia, że, jak podają historycy, "tylko kilku mnichów dożyło tu starości nie oglądając rusztowań kamieniarzy powiększających którąś z części opactwa". Do czasu...

Oderwanie się kościoła angielskiego od Rzymu za czasów Henryka VIII, oznaczało koniec potęgi klasztoru. Z dnia na dzień monumentalny kompleks stał się ruiną. Srebro i całą zastawę wywieziono do królewskiego skarbca, ołów pokrywający dachy zerwano, a witraże po prostu powybijano. Odtąd, a minęło już prawie pięćset lat, opactwo stanowi nieodłączną i piękną część krajobrazu doliny Rzeki Wye...

  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey
  • Tintern Abbey

W Hay-on-Wye byłem ponad rok temu, ale skoro leży na trasie do naszego ubiegłotygodniowego "miejsca docelowego" wrzucam tekst, który powstał po tamtej wycieczce i wegetuje na dawno umarłym blogu.

Po datowaniu zdjęć wchodzi mi, że byłem tam pierwszego września. Bardzo pasowałoby to do klimatu miejsca. Hay-on-Wye to bowiem Town of Books, czyli Miasto Książek. Ok, jest jeszcze jedna nazwa - pięknie brzmiące, walijskie Y Gelli. Ale wracając do książek... Założę się, że nikt, nigdy nie widział tylu księgarni w jednym miejscu. Szczególnie biorąc pod uwagę, że Hay liczy niecałe dwa tysiące mieszkańców i można je obejść w 15 minut. Księgarni natomiast jest tu kilkadziesiąt. I to nie jakichś małych budek z pięcioma woluminami. Nie nie... Niektóre zajmują ogromne hale, podzielone na kilka poziomów strasznie trzeszczącymi i wyglądającymi dość prowizorycznie stropami. Są księgarnie dla dzieci, księgarnie z mapami, księgarnie "za funta", księgarnie techniczne, typowe antykwariaty z książkami za tysiące funtów i są "kopalnie książek". Te ostatnie, mniej lub bardziej uporządkowane, są miejscami najciekawszymi, w których (bez grama przesady) można spędzić dzień... dwa... trzy...

My (ja i sąsiedzi) wyskoczyliśmy tam tylko na chwilkę, po niedzielnym obiedzie, więc na prawdziwe poszukiwania czasu było niewiele. Ale i tak się opłaciło. Nie pamiętam już, w której z długiej listy księgarni zakotwiczyliśmy się na dłużej, w każdym razie był tam jakiś milion książek, dokładnie skatalogowanych i poukładanych tematycznie na tysiącach kilometrów regałów. Znalazłem np. jakąś "Historię Imperium Rzymskiego", "Podstawy prawa" i kilkadziesiąt innych pozycji... po polsku (!!!)

Oczywiście ja szukałem małej półeczki (jak się spodziewałem), gdzieś w ciemnym rogu, podpisanej "Latin America". Cóż... znalazłem kilka wielkich regałów, na których takiemu... no niech będzie Belize... przeznaczono kilka pokaźnych poziomów! Bliski szaleństwa dokopałem się w końcu oczywiście do "M" jak "Meksyk"... i ręce mi opadły! Nie ma sensu, żebym znów pisał o długich regałach uginających się od książek. Tak po prostu było. Szybkie wybory nie są jednak moją dobrą stroną. Koniec końców udało mi się nie zwariować (co równałoby się niestety również bankructwu). Bardziej nasyciłem oczęta niż zasiliłem biblioteczkę, ale (przynajmniej) jedną perełkę znalazłem. "Mexican Color"... Z pozoru jeden z setek albumów zachwycających się kolorystyką sztuki i (bardziej) architektury meksykańskiej. Mam takich przynajmniej 15 (wiem, wiem... no ale taką mam słabość...).

Pozory rozwiewa nazwisko współautorki. Otóż literackiego opisu doskonałych (szczególnie tych "detalistycznych") zdjęć Amandy Holmes podjęła się Elena Poniatowska. Dla mniej zorientowanych - meksykańska pisarka z polskimi (na co niewątpliwie wskazuje nazwisko) korzeniami. Wprawdzie do owego dziedzictwa autorka nie przywiązuje jakiejś szczególnej wagi, ale na szczęście, była w Polsce wydawana. Jedna z najważniejszych, moim zdaniem, powieści meksykańskich wyszła właśnie spod pióra Poniatowskiej. Wznowiona niedawno "Do sępów pójdę" - autentyczna, choć nieco sfabularyzowana i ubarwiona historia życia prostej, meksykańskiej kobiety. W zasadzie to nawet nie historia, ale opowieść. Nagrana na kilometrach taśmy, podczas codziennych wizyt Poniatowskiej. Oczywiście najnowsza historia Meksyku (rewolucja i kilka następujących po niej dziesięcioleci) widziana z perspektywy "kobiety z ludu", różni się od tej znanej z naukowych opracowań. Jest jednak nie mniej fascynująca.

Co jednak zachwyca w twórczości Poniatowskiej, nie wyłączając albumu "Mexican Color", to jej wielka miłość do własnego kraju nękanego tyloma nieszczęściami. Do jego dziedzictwa, kultury, tradycji, kuchni, twórców, kolorów...

--
Meksyk nigdy nie był tak wspaniały, jak wtedy, gdy jego malarze chwycili za swoje czerwone pędzle: Orozco, Rivera, Siqueiros - Tamayo też, tylko że jego pędzel był różowy, bo nie podzielał idei swoich starszych mędrców. Diego Rivera wrócił z Paryża, rzygając wiecznie zachmurzonym niebem, szarymi chodnikami, jasną skórą, białymi ramionami marszczącymi się na łokciach. Już nie pragnął niebieskookich kobiet. Chciał na powrót oszaleć - zobaczyć czerwień.

[Amanda Holmes, Elena Poniatowska, Mexican Color, Stewart, Tabori & Chang, New York 1998]
--


W innej księgarni znalazłem kolejny skarb. Zdecydowanie mniej literacki, ale bardzo kolorowy i praktyczny. "The Cities Book", w podtytule "Podróż po najlepszych miastach świata", wydawnictwa Lonely Planet. Lubie to wydawnictwo, jak wszystko co wiąże się z podróżami. Rzecz jasna, jak przystało na Lonely Planet, "The Cities Book" jest przewodnikiem. Trochę jednak nietypowym. Mimo pokaźnych gabarytów i słusznej wagi, nie udało się autorom zawrzeć na kilkuset stronach informacji o transporcie, noclegach, muzeach, pralniach, kawiarenkach internetowych, itp w "najlepszych miastach świata". No bo po co? Ten przewodnik ma inspirować, a nie prowadzić ewentualnego turystę/podróżnika za rękę. A jak?

Każdemu miastu... od mega metropolii, po "po prostu miasteczka"... poświęcono dosłownie kilka linijek. Jak powstały? Kto w nich mieszka? Jakimi cechami obdarzeni są najbardziej typowi mieszkańcy? Słabości? Mocne strony? Ale też informacje na temat tego w jakim filmie lub książce dane miasto "występowało", jakie przezwiska nadają mu mieszkańcy, co należy zjeść/wypić/zobaczyć/kupić/robić po zmierzchu... by pobyt w nim uznać za pełnowartościowy.

I tak na przykład Kraków: typowy Krakowianin (czy Krakowiak?) - zdecydowanie bardziej konserwatywny niż ziomkowie z Warszawy; przyjacielski i gościnny, ale grzeczny i formalny; ma obsesje na punkcie uścisków dłoni na powitanie (???); mocne strony: Rynek, Wawel, scena jazzowa, restauracja u Wierzynka; słabości: pogoda, Nowa Huta, kiszona kapusta do wszystkiego...

...albo Miasto Meksyk (no nie mógłbym się powstrzymać:-): ksywki: el DF, Chilangotlán, Chilangolandia, La Ciudad de los Palacios, La Ciudad de la Esperanza; "złoty medal": murales Rivery, Orozco i Siqueirosa; mocne strony: polepszająca się jakość powietrza, tysiące stoisk z tacos, nieustające życie nocne; słabości: poranny hejnał na Zócalo, "ciekawscy" współpasażerowie w metrze w godzinach szczytu (w oryginale happy-handed, ale nie wiem jak to przetłumaczyć, żeby zachować oczywiste i zabawne jednocześnie znaczenie).

Mało interesujące? No dobra... W takim razie z cyklu "miejskich mitów": Moskwa... Kto wiedział (ja nie), że po śmierci Lenina, Stalin kazał zbadać jego mózg, by dowiedzieć się co napędzało "czysty komunistyczny umysł"? Mało? W takim razie kto wiedział, że smoki zdobiące Smoczy Most w Ljublianie merdają ogonami kiedy przechodzi po nim dziewica? Albo kto zdaje sobie sprawę, że tradycja bożonarodzeniowej choinki ma korzenie w... Rydze? Hmm.... albo... Kto wiedział, że w ramach zemsty za narzucenie nowej religii, sprowadzeni do Salvador de Bahia w Brazylii i zmuszeni do budowy kościoła i klasztoru Świętego Franciszka afrykańscy niewolnicy celowo pozniekształcali twarze cherubinów, a aniołom dorobili ogromne genitalia?

Polecam! Podobnie jak "The Travel Book", w taki sam sposób opisującą wszystkie kraje planety. Może ani jedna, ani druga nie posłuży za praktyczny przewodnik w podróży (szczególnie biorąc pod uwagę rozmiary), ale zdecydowanie może zaciekawić, czasem rozbawić, (dlaczego nie?) zainspirować... W dodatku obie "Księgi" zilustrowano setkami świetnych fotografii, więc i wzrok można nacieszyć.

  • Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye
  • More books
  • Tom i jego interes
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Księgarnie Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye... Chwilę po deszczu
  • Hay-on-Wye
  • Hay-on-Wye
  • Nie tylko w Hawanie
  • Zielono
  • Hay-on-Wye Castle
  • Hay-on-Wye Castle
  • Zaczytanie
  • Hay-on-Wye

W ubiegłą sobotę, kiedy link do tej "podróży" wisiał sobie na głównej stronie gazeta.pl (a co?!? pochwalę się!:-), ja nieświadomy niczego czekałem na telefon od sąsiadów w sprawie ewentualnego wyjazdu. Czekałem długo, i kiedy już nie spodziewałem się niczego poza spacerem po browarek do tesco, odezwali się. Było dobrze po czternastej kiedy wyjeżdżaliśmy. Zdecydowanie za późno na wyjazd w góry, ale co robić?

Na miejscu, czyli w Brecon, byliśmy przed czwartą. Zuchwały plan zakładał szybkie zdobycie Pen y Fan - najwyższego szczytu w Parku Narodowym Brecon Beacons - i spokojny powrót. Wystarczyło jednak, że weszliśmy na pierwsze ze wzniesień, żeby całkowicie zmienić plany. Deszcz, wiatr i błoto przekonały nas, że lepiej będzie pospacerować trochę dolinami, poganiać owce i porobić fotki, niż zbyt się forsować. W końcu każdy alpinista przyzna, że w górach najważniejsze jest wiedzieć kiedy zrezygnować:-)

Fotki wyszły "pochmurne", my omal nie pozabijaliśmy się na stromych zejściach, a zabłocone buty ciągle stoją w przedpokoju...

  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park
  • Brecon Beacons National Park

Wyszło trochę spontanicznie. Po Meksyku byłem tak spłukany, że Święta miałem zamiar spędzić w domu, albo z sąsiadami. Mi Amor już dawno miała bilety do Polski, więc zostawała mi samotność. Gryzło mnie to odrobinę, bo zaproszeń było sporo. Rodzinka w Polsce zrzędziła, że rzadko przyjeżdżam. Rodzinka w Niemczech bardzo zapraszała. Kuzyn z Dublina też czuł się samotnie. No i Żunior (Mniejszy Zwierz) w Edynburgu nalegał, że może... gdybym nie miał lepszego pomysłu? Jakoś mnie przekonał.

Podróż z Hereford do stolicy Szkocji, to wyprawa większa niż wyjazd do Polski. Samolot odpadał ze względu na koszty. Autobus ze względu na jedenastogodzinną odyseję. Został więc pociąg za 115 funtów i "tylko" sześć godzin w podróży. OK, w końcu Święta są tylko raz w roku, a i Braciszka nie widziałem chyba od lutego.

Niestety, pociąg już na pierwszej stacji miał przeszło dwugodzinne opóźnienie. W Crewe ledwo zdążyłem na przesiadkę, a na miejscu zamiast o czwartej byłem po siódmej. Szajt! Ale nic to... Jeszcze tylko pół godziny szukania Żuniora, który czekał koło Scotsmana, czyli tam gdzie ja. Hmmm... Prawie. Tylko Szkoci mogą nazwać dwa miejsca w centrum miasta tą samą nazwą. Nieważne...

Później było już całkiem świątecznie, czyli (za) dużo jedzenia (tak naprawdę Żunior zaprosił mnie do siebie, żebym przygotował mu moje doskonałe węgierskie szaszłyki;-), (za) dużo alkoholu i ogólna sielanka. Na zwiedzanie raczej nie było czasu. Co prawda udało nam się wymknąć na chwilę w pierwszy dzień Świąt i tym samym uniknąć przygotowań do wieczornej imprezy imieninowej Pani Ewy (przyszłej teściowej Żuniora), ale pogoda była tak zniechęcająca, że po dwóch godzinach siedzieliśmy w najdroższej taksówce świata wracając do domu.

Lepiej zapowiadało się popołudnie Boxing Day (według Anglosasów drugi dzień Świąt). Połaziliśmy po atakowanym bezlitośnie przez lodowaty wiatr centrum. Objedliśmy się ciepłych pączków. Ja zdziwiłem się, że w Edynburgu mieszka więcej Polaków niż Szkotów. I wszystko byłoby fajnie, gdyby Żunior nie namówił mnie na diabelski młyn przy Scotsmanie (tym drugim). Zawsze podejrzewałem, że mam lekki lęk wysokości, ale te cztery czy pięć kółek na skrzypiącej przeraźliwie maszynie, to, jak dotąd, najdłuższe dziesięć minut w moim życiu. A wszystko tylko po to, żeby pokazać mi, gdzie oświadczył się swojej Myszy. Znaczy tam, gdzie ja kurczowo trzymając się ławki próbowałem nie otwierać oczu...

Kilka fotek z tego wyjazdu to nieplanowany dodatek. Przez fatalna pogodę i skromne umiejętności fotografa wyszły średnio. Dorzucam też kilka zdjęć z poprzedniego wyjazdu do Ediego. Wtedy pogoda była lepsza, ale umiejętności podobne.

Acha... Jeszcze jedna uwaga dla anglofońskich purystów językowych. Znalazłem to w którymś sklepie ze szkockimi souvenir'ami... Edinburgh nie rymuje się z Pitsburgh. Orrrajt?;-)

...i jeszcze. Głupi dowcip, który mnie rozłożył na łopatki! Przepraszam, że w oryginale, ale znany jestem z tego, że ni cholery nie potrafię opowiadać kawałów. Dlatego, żeby przypadkiem nie "spalić" czegoś przy tłumaczeniu, wersja angielska: Being from Scotland, I love the summer. It's my favourite DAY of the year...

  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh
  • Edinburgh

Tak mi się przypomniało... Wracając z poprzedniego wypadu do Edynburga, zachciało nam się zobaczyć jakiś zamek, którymi Szkocja jest naszpikowana. Uznaliśmy, że nie ważne jaki, byle był w miarę po drodze na południe. Najbardziej przypasował nam Loch Doon.

Dojazd, bez GPS'a byłby absolutnie niemożliwy. Droga, przez większą część szerokości jednego auta, z rzadko rozsianymi mijankami, wiodła przez pagórkowate pastwiska, których zieleń zakłócały tylko biało-czarne kropki z owiec. Jazda byłaby może przyjemna, gdyby nie cattle bridges. To takie dziwne kratki w jezdni mające powstrzymać krowy i owce przed przechodzeniem na sąsiednie pastwiska bez konieczności budowania bram. Dla terenowych aut farmerów to żadne wyzwanie, ale dla sportowego auta, którym jechaliśmy... Cóż... czasem fajnie jest polatać. Gorzej z twardym lądowaniem.

Gdy, według GPS'a, byliśmy już prawie na miejscu, lało jak z cebra. Ale jak to często w Szkocji bywa, po kilku minutach niebo zrobiło się niebieskie i na czas "zwiedzania" pogodę mieliśmy piękną. Co prawda zajęło nam to kilka chwil, bo Loch Doon Castle okazał się sporą kupką kamieni, ale nie można nie docenić łaskawości szkockiej aury.

Kiedyś zamek stał na małej wysepce na jeziorze, od którego zaczerpnął nazwę, ale gdy na wypływającej z niego rzece postawiono zaporę, trzeba było go przenieść na ląd.

  • Loch Doon Castle
  • Loch Doon Castle
  • Loch Doon Castle
  • Loch Doon Castle
  • Loch Doon Castle
  • Loch Doon
  • Loch Doon

Angielska pogoda zdecydowanie nie sprzyja ostatnio wychodzeniu z domu. Zimno, mokro, mgliście i ogólnie niekorzystny biomet. Czasem jednak, przez zwykłą przyzwoitość, trzeba rozprostować kości.

W zasadzie od kiedy zaczęliśmy nasze weekendowe wypady, przy okazji zbierając masę informatorów i przewodników po Wielkiej Brytanii, upatrzyłem sobie Stokesay Castle. Tylko jakoś, zupełnie przypadkiem, zawsze lądowaliśmy gdzieś na południu. Jadąc na Święta do Braciszka do Edynburga, zauważyłem jednak, że "mój" zamek leży raptem pół godziny pociągiem od Hereford, a w dodatku tylko kilka kroków od stacji w Craven Arms.

Sąsiedzi zapadli w zimowy letarg kanapowy przerywany tylko przykrym obowiązkiem zarabiania na chleb, więc wybraliśmy się sami. Jedenaście funtów, kilka mil i byliśmy na miejscu. Co prawda na fotkach zamek wydawał się nieco większy, ale to zdecydowanie najurokliwsze z dotychczas odwiedzonych miejsc.

Stokesay Castle zamkiem jest tylko z nazwy. W rzeczywistości to fortified manor house, czyli, po naszemu, obronny dwór szlachecki. Burzliwe dzieje walijsko-angielskiego pogranicza obeszły się z dworkiem wyjątkowo łaskawie. W zasadzie, poza oczywistymi remontami i modyfikacjami na przestrzeni niemal siedmiuset lat istnienia, dzisiejszy Stokesay Castle, jest tym samym zamkiem, który wybudował sobie Lawrence of Ludlow - jeden z najbogatszych handlarzy wełną w średniowiecznej Anglii.

Dwór, mimo kamiennych murów obronnych i, płytkiej co prawda, fosy, sprawia wrażenie... przytulnego. Małe pomieszczenia z dużymi oknami z widokiem na okoliczne wzgórza. Żółta, drewniano-ceglana brama, nieco przekrzywiona, ale jakby żywcem wyjęta z "Robin Hooda", albo innej, przeniesionej na ekran, angielskiej legendy. Nawet stary, pełen celtyckich krzyży cmentarz, tuż za fosą i żywopłotem, nie psuje tej sielanki...

  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle
  • Stokesay Castle

Do Cardiff wybierałem się przeszło trzy lata i nigdy szczególnie mi to nie wychodziło. Wszystko pewnie dlatego, że do walijskiej stolicy mam ledwie godzinę pociągiem. Na usprawiedliwienie dodam, że mam namierzone atrakcje w zasięgu długiego spaceru, do których jeszcze nie dotarłem...

Ale... W końcu, w piękny i słoneczny lutowy dzień, postanowiliśmy z Panią Zwierzową sprawdzić, jakież to atrakcje oferuje Cardiff. A jak się okazuje, miasto ma się czym pochwalić.

Centrum... No, to akurat nie najmocniejszy punkt programu. Jak na przeszło trzystu tysięczną, było nie było, stolicę, city w Cardiff prezentuje się dość skromnie. Powiedzmy, że bliżej mu "rozmachem" do średniej wielkości wyspiarskiego miasta, niż do Londynu, Birmingham, czy Manchesteru. Szkła i aluminium tu niewiele (chyba że akurat jest po meczu; wtedy puszki i butelki pewnie walają się wszędzie...). Wieżowców, ale takich prawdziwych, nie zauważyłem. Króluje ciężka, betonowa zabudowa. Drobnym wyjątkiem jest handlowa Queen Street, gdzie (wygląda, że niedawno) postawiono kilka galerii.

Trochę z boku tego średnio atrakcyjnego (średnio, nie wcale!) centrum, rozłożył się stołeczny zamek. Inny niż dotychczas przez nas odwiedzane. Przede wszystkim nie zrujnowany, jak większość walijskich zamków i ciągle "używany".

Na dzień dobry małe i nieprzyjemne zaskoczenie: cena za wstęp. Przeszło osiem funtów! Drogo. Dla porównania, obiekty pod opieką CADW (spośród tu opisanych, między innymi, Tintern Abbey, Zamek Raglan, czy Zamek Grosmont), to wydatek od 0 do 5. funtów. A nie da się ukryć, że zazwyczaj dostarczają wielu wrażeń! Co w takim razie dostajemy za osiem?

Na początek, nieco infantylną, multimedialną prezentację przedstawiającą dzieje miasta. Od prehistorii, przez czasy rzymskie, mroczne średniowiecze i równie przygnębiający okres rewolucji przemysłowej, po dzień dzisiejszy. Żeby nieco ochłonąć po tym spektaklu, warto przespacerować się po flankach, z których rozciąga się widok na ruchliwe centrum.

Miłośnicy militariów i, jak dla mnie w wydaniu brytyjskim zawsze groteskowej, wojskowej pompy, poczują się doskonale w zamkowym Welch Regiment Museum. Poroża i wypchane trocinami doczesne szczątki kolejnych kóz - maskotek walijskich żołnierzy w służbie Koronie, to tylko jedne z wielu tutejszych kuriozów.

Równie zabawni są, jak najbardziej żywi, ale udający skamieliny strażnicy zamku, reprezentujący właśnie Walijski Regiment. Można ich rozśmieszać, skakać przed nimi, robić głupie miny, opowiadać dowcipy, fotografować z każdego ujęcia... i nic. Nie drgnie im nawet powieka. Tylko pióra na beretach lekko falują poruszane wiatrem.

Oprócz pilnowania głównej bramy i patrolowania ogromnego zamkowego dziedzińca, żołnierze strzegą też wejścia do bogato zdobionych komnat w dawnej mieszkalnej części zamku. Tu uczta czeka miłośników sztuki (mniej lub bardziej użytkowej) sprzed stuleci.

Najciekawszą jednak częścią Cardiff Castle, oczywiście zupełnie subiektywnie, jest otoczony fosą keep, czyli stołp - jedyna pozostałość po normańskim zamku z XI wieku. Reszta to efekt kilku kolejnych adaptacji do nowych czasów i nowych celów, prowadzonych przez rodzinę Bute'ów (nota bene Szkotów) na początku XIX stulecia.

Keep zostawiono pewnie jako ciekawostkę; niecodzienna "altanę" w zamkowym "ogrodzie". I słusznie! Kamienny bastion, do którego prowadzi zbyt wiele schodów, oprócz tego, że sam uroczy, oferuje świetne widoki! Zarówno na sam zamek, jak i na miasto. A wśród owych widoczków klasyk: zamkowe wieże i Millennium Stadium w jednym kadrze...

I mówiąc szczerze, z tej perspektywy nowoczesny stadion wygląda najlepiej. Z bliska to tylko betonowy potworek. Choć nie wątpię, że dla fanów rozgrywanych tu meczów rugby, nie estetyka ma pierwszorzędne znaczenie.

Skoro wróciliśmy do centrum, można trochę pobłądzić w uliczkach odchodzących od St. Mary Street. Warto... Naprawdę warto (!!!) zajrzeć do tutejszej informacji turystycznej. Materiałów jest tu po prostu masa! A przy tym większość darmowych. Siłą rzeczy, najwięcej jest o Walii, ale i pozostałe regiony Zjednoczonego Królestwa mają tu swoje półki. O jakości centrum świadczy jednak nie tylko ilość darmowej makulatury, ale przede wszystkim kompetentna obsługa. Przemiłe starsze panie są w stanie udzielić każdej informacji na temat miasta, powiedzieć "co, gdzie i jak", a nawet rozrysować na mapie sugerowaną trasę zwiedzania. Rewelacja!

Z centrum sąsiaduje miejski targ, na którym (ze zdziwieniem?) można przekonać się, że na Wyspach wciąż do kupienia są brudne ziemniaki i marchew, szczypior w pęczkach, czy jadalny chleb o terminie przydatności krótszym niż trzy miesiące. Tutaj swoje zaciszne przytułki znaleźli też, zapomniani wydawać by się mogło, magicy: szewce, ślusarze dorabiający klucze, zegarmistrze, itp.

Tuż obok informacji turystycznej znajduje się również St. David's Hall z bogatym programem koncertów i występów, na które my nie mieliśmy jednak czasu. Blisko stąd też do Katedry poświęconej patronowi Walii, kościoła Świętego Jana (St. John's Church) i wielu innych miejsc, na których zobaczenie jeden dzień to, niestety, zdecydowanie za mało.

Szczególnie, że będąc w Cardiff, grzechem byłoby nie odwiedzić dawnych doków, stanowiących dziś, po całkowitej przebudowie, wizytówkę miasta. Bez najmniejszego problemu, za półtora funta, do Cardiff Bay można dojechać miejskim autobusem. A że nie wiesz gdzie dokładnie wysiąść? Nie szkodzi. Kierowca na cały autobus wykrzyczy ci, że właśnie dojechałeś do celu...

Cardiff Bay wciąż pachnie nowością. Choć cały kompleks odnowionych, lub nowoczesnych i futurystycznych budowli zdobi nabrzeże już od kilku dobrych lat, można odnieść wrażenie, że i mieszkańcy walijskiej stolicy, i turyści, ciągle czują się tu nieswojo. Ruch uliczny właściwie nie istnieje. Pieszych spotyka się tylko od czasu do czasu. A może to wina pogody i środka tygodnia? W sumie średnio istotne. Ważne, że jest czym cieszyć oczy.

Na początek... hmmm... Na początek może trochę sztuki współczesnej w prywatnej BayArt Gallery i spotkanie z grafiką Ian'a Grainger'a kontemplującego (między innymi oczywiście) strukturę pączka na modłę technicznych szkiców Leonarda Da Vinci.

Dla równowagi, w Gildii Twórców - Craft in the Bay, podziwiać można (tak tak, nie boję się tego słowa) najwyższej klasy rękodzieło artystyczne, mniej lub bardziej inspirowane tradycja celtycką. Wystawia się tu, również na sprzedaż, użytkowe cacka z różnorakich tkanin i włókien, szkła, papieru i, przede wszystkim, drewna. Z tego ostatniego zrobione były fantastyczne, ogromne misy na owoce. Ceny niestety zaczynały się od czterystu funtów...

I w końcu obowiązkowy punkt w programie zwiedzania Cardiff - Wales Millennium Centre. Ten gigantyczny, kilkupiętrowy budynek jest "domem" między innymi Narodowej Opery Walijskiej, kilku teatrów, zespołów baletowych i tańca nowoczesnego, gości niezliczone wystawy i wydarzenia kulturalne, a spragnionym i głodnym oferuje ukojenie w kilku barach i restauracjach. Poza tym, nawet w deszczu, świetnie wygląda.

Dla nas była to ostatnia atrakcja. Czas gonił nas, gonił nas, gonił nas cały czas... Na kolejny raz zostawiliśmy sobie Norwegian Church Art Centre, Women's Art Association, Butetown History & Arts Centre, Cardiff Bay Visitor Centre - słynną the Tube - i pewnie jeszcze kilka miejsc, o których nie wiem.

Na osłodę pożegnania, pozostał nam już tylko wyśmienity chiński bufet przy St. Mary Street, a później nocny pociąg do domu...

Hwyl fawr Caerdydd!
[Do widzenia Cardiff!]

  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff
  • Bardzo pochmurne Cardiff

Manchester... Cottonpolis - Bawełniane Miasto. Miasto, które w XIX wieku z podrzędnej mieściny, urosło do rangi największego ośrodka przemysłowego na świecie, stając się symbolem rewolucji przemysłowej. Miasto, w którym ulice zastąpiono kanałami, by barki z węglem do silników parowych, docierały pod same bramy fabryk. Miasto, którego centrum zabudowano nie pałacami i bogatymi kamienicami, ale magazynami i faktoriami. Miasto, które zostawiło za sobą zakurzoną i brudna przeszłość, by stać się nowoczesną, bogatą, wielokulturową i tętniąca życiem metropolią. I w końcu, Manchester - ukochane miasto Właścicielki Mojego Serca, gdzie zaczęła się jej przygoda z Wyspami. Stąd ciągłe porównania tego dawnego robotniczego molocha do przeszło tysiącletniego, arystokratycznego Herefordu, w których ten ostatni, o dziwo, zawsze wypada bardzo słabo...

Co można i co warto zobaczyć w jeden dzień? Cóż... Warto bardzo wiele, bo lista atrakcji Manchesteru jest bardzo długa: od pozostałości rzymskiego fortu, po stadiony Manchester United i Manchester City. A można? Znacznie mniej. Tyle na ile pozwalają nogi i nieubłaganie biegnący czas.

My zaczęliśmy od szybkiego spaceru. Przez Piccadilly, kolorowe Chinatown, obok trochę bajkowego ratusza i sąsiadującej z nim, nieco ociężałej biblioteki miejskiej, mijając The Temple (Świątynię) - knajpę mieszczącą się w zaadaptowanym, podziemnym szalecie publicznym, doszliśmy do Cornerhouse'u.

"Dom na rogu", to jedno z tych magicznych miejsc, które chciałbym mieć, a jak!, za rogiem. Tak, żebym w każdej chwili mógł tam zajrzeć, cieszy oczy i karmić duszę nowoczesną, podążającą swoimi ścieżkami, niecodzienną i ambitna sztuką. To taki kulturalny multipleks z tradycyjnymi wystawami, video-instalacjami, eksperymentami z udziałem widzów (i na widzach; jak "rozmowy" z rybą za pomocą przedziwnej aparatury akustyczno-komputerowej), kinem (¡Dios mío! Trwał akurat  15. Festiwal Kina Hiszpańskiego i Latynoamerykańskiego, z prawie trzydziestoma tytułami w programie!), dwiema artystycznymi księgarniami, kawiarnią, barem, restauracją i Bóg jeden raczy wiedzieć z czym jeszcze! Właściwie można do Manchesteru przyjechać tylko po to, by spędzić dzień w Cornerhouse.

Po tej dawce wrażeń i niezaspokojonych pragnień, ukojenia szukaliśmy wśród miejskich kanałów. Jakież figle potrafi płatać historia! Dawne drogi zaopatrzenia fabryk, dziś stanowią turystyczną atrakcję, a pływające po nich barki, bynajmniej, nie wożą węgla i surowej bawełny, a jedynie ekscentrycznych burżujów. Podobnie przeznaczenie zmieniły magazyny i fabryki. Z brudnych i hałaśliwych miejsc nieludzkiego wyzysku (dziewiętnastowieczny kapitalizm, thatcheryzm, itp.), przeistoczyły się w luksusowe lofty dla średniej i wyższej klasy. Ironia...

Wzdłuż kanałów doszliśmy do, niemal tak kolorowej jak Chinatown, Canal Street - Mekki tutejszego środowiska gejowskiego, pieszczotliwie (?) przezywanej Anal Street. Stąd, uliczkami oferującymi najróżniejsze "towary kolonialne i swojskie", przez ogromny kompleks rozrywkowy (knajpy, bary, kino, itp)  Printworks, dotarliśmy do Urbis'u - kolejnej kulturalnej świątyni miasta.

Jako Miejskie Centrum [Kultury], Urbis jest trochę bardziej konwencjonalny niż Cornerhouse, ale, bynajmniej, nie nudny! Nam przytrafiły się trzy wystawy. Dwie "tylko" ciekawe i jedna genialna (!!!). Pierwsze to okładki "The Economist" od, o ile mnie pamięć nie myli, wczesnych lat 70. (wyglądała na wystawę bardzo tymczasową), z których sporo zdobyło prestiżowe nagrody; i Reality Hack: Hidden Manchester - fotograficzny spacer po na co dzień niedostępnych zakamarkach miasta, autorstwa Andrew Brooks'a.

Black Panther: Emory Douglas & Art of Revolution - trzecia propozycja - to absolutnie powalający i świetnie przygotowany przegląd bezkompromisowych prac ministra kultury w Partii Czarnych Panter. Słowa są tu absolutnie bezsilne! Jeden obraz wart jest tysiąca słów... Nic dodać, nic ująć...

Moją ulubiona atrakcję Manchesteru znalazłem jednak dopiero następnego dnia, gdy po lekko zakrapianej imprezie u znajomych, wracaliśmy do Hereford. Oldham Street - ulica pełna płytowych secondhand'ów... Ceny już od funta! Dla mnie raj! Tam na pewno wrócę...

  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Manchester: widok (z) okna
  • Oldham Street
  • Piccadilly Records
  • Eastern Bloc
  • Piccadilly Lofts
  • The Temple
  • Raza
  • Azjatycka moda
  • Ratusz
  • Ratusz
  • Żurawie
  • Gotyk
  • Salford Quays
  • Old Trafford
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Salford Quays
  • Wspólne zdjęcie w Salford Quays:-)

Mieliśmy ostatnio z Moją Panią poważna rozbieżność zdań w kwestii: dokąd pojechać w tak rzadki wspólny wolny dzień? Ona chciała jechać do Queenswood pooddychać świeżym powietrzem, a mnie od dawna kusi Ludlow - the loveliest market town in England, jak twierdzą niektórzy.

Jak nic doszłoby do rodzinnej kłótni, ale na szczęście zadzwonił Cienias z propozycją wyjazdu w góry. Choć góry to określenie bardzo przesadzone w odniesieniu do sięgających maksymalnie ośmiuset metrów Black Mountains i Brecon Beacons. Ale trzymajmy się lokalnego nazewnictwa. Co prawda hasło brzmiało "wodospady", a nie "góry", skoro jednak wodospady miały być "gdzieś koło Abergavenny", należało spodziewać się opcji "2w1".

Oczywiście, jak to zwykle bywa przy tego typu okazjach, wyjazd trochę się opóźnił i na miejscu byliśmy chwilę po drugiej. Na dobry początek... rzeczka do przejścia. W bród! Dziewczyny miały klapki (w górach!), więc raz-dwa i po sprawie. Cienki buty trekingowe, co jeszcze bardziej ułatwiało "przeprawę". Tylko ja, osioł, w trampkach pojechałem. Nic to... Rozbieranko, ubieranko i idziemy dalej. A dalej? Oczywiście kolejny potok. Na szczęście ten miał bardzo praktycznie porozrzucane kamienie.

Kilka kroków w górę i są wodospady. Hmm... Lekko wyschły chyba, bo Cienias zarzekał się, że są widowiskowe. Tymczasem te tutaj ledwo kap... kap... kap... Za to okolica ładna. Zielono, na wzgórzach zaczynają odrastać paprocie i wszędzie pełno owiec.

Dobrze... W planie była woda. Wodospady niemal wyschły, więc trzeba poszukać innej. Z mapy wynikało, że dużo wody jest na końcu rzeczki... Tak tak, tej samej. Znowu rozbieranko, do lodowatej wody i ubieranko.

Mniej więcej dwa kilometry dalej, zupełnie niewyczynową, polną drogą... asfaltową, na gęsto zasraną przez owce, ale wiodącą dnem Doliny Grwyney, doszliśmy do... ściany. Poważnie! Takiej murowanej. Z kamienia. Wysokiej na kilkadziesiąt metrów.

Ściana, a konkretnie Grwyne Fawr Dam, dzieli dolinę na pół. Z jednej strony sielski wychodek dla owiec; z drugiej Grwyne Fawr Reservoir - sztuczne jezioro dostarczające wody Walijskim Wodociągom.

Z całej "wyprawy", wspinaczka na tamę okazała się największym wyzwaniem. Najwyraźniej budowla z lat trzydziestych ubiegłego wieku, lekko przecieka, bo przylegające do niej zbocza przypominają błotną ślizgawkę. A przypominam: trampki i klapki... Musieliśmy wyglądać dość zabawnie. Szczególnie dla rowerzystów, którzy na zaporę dojechali komfortową polną dróżką biegnącą szczytem góry stanowiącej jedną ze ścian doliny.

Nie mając specjalnej ochoty na ekstremalne zjazdy, do auta wróciliśmy ich śladem. I śladem owczych ekskrementów rzecz jasna!

  • Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr
  • Owce z Grwyne Fawr
  • Owce z Grwyne Fawr
  • Owce z Grwyne Fawr
  • Owce z Grwyne Fawr
  • Dolina Grwyne Fawr
  • Dolina Grwyne Fawr
  • Dolina Grwyne Fawr
  • Dolina Grwyne Fawr
  • Zapora Grwyne Fawr
  • Zapora Grwyne Fawr
  • Zapora Grwyne Fawr
  • Zapora Grwyne Fawr
  • Grwyne Fawr Reservoir
  • Survival

W drodze powrotnej z Grwyne Fawr próbowałem namówić Cieniasa na zaliczenie Trzech Zamków (Three Castles), ale się nie udało. Stanęło na jednym - Grosmont Castle.

Wraz z White Castle i Skenfrith dopełniającymi "trójkę", Grosmont od XII wieku stanowił istotny element umocnień walijsko-angielskiego pogranicza (tzw. Welch Marches). Właściwie wszystko co odnosi się do niego, odnosi się również do pozostałych dwóch zamków i na odwrót.

Prawdopodobnie najwcześniejszy zamek wybudował William fitz Osbern. Earl ówczesnego Herefordshire wykorzystał (znów) prawdopodobnie miejsce po dawnym, ziemno-drewnianym forcie normańskim. Sugeruje to choćby nazwa pochodząca od francuskiego gros mont - wielki kopiec.

Na marginesie... Kolonizacyjna działalność fitz Osbern'a i rozciągniecie władzy sprawowanej z zamku w Hereford na Monmouth, Chepstow i spory obszar wschodniego Gwent, spowodowały w późniejszych wiekach sporo zamieszania co do przynależności tego regionu. Przez "zasiedzenie" i kolonizację, prawa do tych ziem rościli sobie Anglicy. Walijczycy zaś, uważali je za bezspornie i historycznie swoje. Obecna granica przebiega wzdłuż Rzeki Monnow. Ze swojego "wielkiego kopca", jej walijskich brzegów strzeże Zamek Grosmont.

Krótki okres świetności zamku przypada na pierwszych kilka lat XIII wieku, gdy władał nim Earl hrabstwa Kent - Hubert de Burgh. Można uznać, że praktycznie wszystko co przetrwało do dzisiejszych czasów, to efekt modernizacji przeprowadzonej zgodnie z duchem epoki, przez de Burgh'a. kilka późniejszych, kosmetycznych zmian, głównie upiększających i ułatwiających codzienne życie w zamku, to zasługa kolejnych właścicieli Grosmont - rodziny Lancaster.

Po raz ostatni na kartach historii,pojawia się Grosmont w 1404 roku, kiedy to bezskutecznie oblegali go powstańcy Owain'a Glyndwr próbującego uwolnić Walię spod angielskiego panowania.

Choć Grosmont nigdy nie był ważnym zamkiem, leżąc na uboczu i z dala od wielkich spraw, na niespokojnym pograniczu dawał iluzję bezpieczeństwa. W jego cieniu wyrosło spore miasteczko do połowy XIX wieku cieszące się statusem gminy ze stojącym na czele burmistrzem. Dzisiaj to urocza cicha, ale wciąż dość duża wioska.

Jedyną, obok zamku oczywiście, pamiątką po dawnej świetności, jest kościół Świętego Mikołaja. Niegdyś zapewniający posługę załodze i mieszkańcom zamku, dziś zbyt duży jak na potrzeby wsi, częściowo nieużywany, służy po prostu za graciarnię.

Swoją drogą... Ciekawy przykład "umierania" miasta...

  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle

Z klejnotami jest ten problem, ze najczęściej są małe i trudno je znaleźć. Chowają się gdzieś z dala od ludzkich spojrzeń, starając nie zwracać na siebie uwagi. Cenią spokój. Co dziwne, po odnalezieniu klejnotu, jego właściciel przejmuje wszystkie te cechy i chowa swój skarb przed obcymi, by samemu się nim cieszyć.

Dokładnie tak wygląda sytuacja z "romańskim klejnotem Herefordshire" - kościołem w Kilpeck. Od przeszło ośmiuset lat stoi sobie wśród pól i łąk tego wiejskiego hrabstwa, nie niepokojony przez intruzów. Próżno szukać go na turystycznych mapach. Nawet na bogatej i ciekawej mapie kościołów Herefordshire nie ma o nim wzmianki. Ja znalazłem go przypadkiem na... schemacie lokalnej komunikacji. I właśnie ta tajemniczość trochę mnie zaintrygowała. Jak nic, ktoś próbuje ukryć coś wartościowego!

Kościół w Kilpeck zbudowano około 1140 roku. W czasach gdy gościńcami chadzały złośliwe stwory z innych światów, w leśnej gęstwinie czaiły się najstraszliwsze bestie, a diabeł czyhał niemal wszędzie. A to namawiając szeptem do grzechu, to znów biorąc sobie ciała i dusze śmiertelników w posiadanie. Lud tutejszy, choć od kilku setek lat klękający przed krzyżem, nadal ukradkiem kłaniał się celtyckim bożkom. Tak na wszelki wypadek, żeby ich nie złościć. Bogacze zaś, jak to bogacze, egzystencjalne lęki próbowali rozpędzać złotem.

Jeden z nich - Hugh de Kilpeck – władający, większą podówczas niż dziś, wsią i okolicą, grzesznikiem musiał być sromotnym, bo w nadziei na życie wieczne pośród anielskich zastępów, sam, z własnej kiesy, ufundował przepiękny kościół. Budowę powierzył Oliver'owi de Merlimond, który wracając przez północna Francję z pielgrzymki do Santiago de Compostela, poznał i zaadaptował do lokalnych warunków i według własnej fantazji, tamtejszy styl budownictwa sakralnego. Lub, jak twierdzą niektórzy, przywiózł ze sobą tamtejszych kamieniarzy.

Dziś, ów unikatowy dla południowego pogranicza angielsko-walijskiego styl, nazywa się the Herefordshire school. Jedną z jego najbardziej charakterystycznych, a obecnie wzbudzających także największy zachwyt cech, są niezwykłe zdobienia. Framugi drzwi i okien, filary, konsole... ozdabiano przede wszystkim motywami celtyckimi i anglo-saksońskimi, odwołującymi się nierzadko do pradawnych legend i, nie do końca zapomnianych, pogańskich wierzeń. Zdarzają się też motywy bizantyjskie, skandynawskie i, co zaskakuje współczesnych badaczy, nie odwołujące się do niczego poza talentem i umiejętnościami twórców. W Kilpeck do tych ostatnich zalicza się część konsoli z cyklu "Polowanie", z niemal disnejowskimi "psem i zającem" na czele.

Patrząc na tę zabawną parę można odnieść wrażenie, że misterne rzeźbienia służą głównie rozrywce. W rzeczywistości był (jest) to rodzaj przekazu - pisma obrazkowego - który miał dotrzeć do prostego ludu. Obok "sielskich" scenek z "Polowania", czy "Festynu", występują tu przecież bestie pożerające ludzi i inne, czasem do dziś jednoznacznie nierozszyfrowane symbole, utożsamiające grzech lub przed nim przestrzegające.

Dla tropicieli jawnych pogańskich zapożyczeń, nie lada gratką jest Sheelah-na-gig - najbardziej dosadny i obsceniczny (XII wiek! Pamiętajmy!) motyw na kościele. Z nieproporcjonalnie wielkim i wyzywająco rozwartym sromem, Sheelah jest symbolem wieloznacznym. Dla Celtów, z których mitologii się wywodzi, wyraża płodność, cykliczne odradzanie się życia (nota bene, podobnie jak wąż, który dla Celtów i wczesnych Anglosasów, nie oznaczał biblijnego szatana-kusiciela, ale, przez zmianę skóry, właśnie ciągłe odradzanie się życia), Gaję, Matkę Ziemię, życiodajne siły przyrody, itp. Nie wolne jednak od kaprysów i złośliwości. Wczesnośredniowieczny kościół wyspiarski wprowadził Sheelę do katalogu swoich symboli, przypisując jej jednak wyłącznie złe cechy. Przede wszystkim wyuzdanie, rozpustę, nieczystość i wszelkie grzechy cielesne.

Podobnych "smaczków" i ukrytych znaczeń jest w Kilpeck jeszcze wiele. Tak zwani "walijscy wojownicy", zdobiący kolumnę podpierająca łuk nad drzwiami, naprawdę z Walijczykami nie mają nic wspólnego. Pytanie kogo przedstawiają pozostaje bez odpowiedzi. Ich strój - czapki, spodnie, buty - nie pasują do żadnej z ówczesnych kultur. Skąd się wzięli? Czyżby tylko z fantazji twórców? A jest jeszcze "Green Man" utożsamiany z siłami przyrody, są smoki i bazyliszki, potwory, święci, nimfy, baranki boże... I masa zagadek, dla których warto tu zajrzeć.

Jest jeszcze coś - magiczny, święty spokój. Może to dzięki niemu "romański klejnot Herefordshire" przetrwał niemal nienaruszony przeszło osiemset lat?

  • Kilpeck Church
  • Kilpeck Church
  • Kilpeck Church
  • Kilpeck Church
  • Kilpeck Church
  • Kilpeck Church
  • Kilpeck Church
  • Kilpeck Church - detale
  • Kilpeck Church - detale
  • Kilpeck Church - detale
  • Kilpeck Church - detale
  • Kilpeck Church - detale
  • Kilpeck Church - detale
  • Kilpeck Church - detale
  • Kilpeck Church - detale

Tak w ogóle, do Kilpeck wybraliśmy się na spacer. Kilka mil autobusem, a później pieszo, bocznymi drogami pośród zielonych wzgórz.

Na jednym z nich, idąc do Kilpeck, wypatrzyliśmy kolejny kościół. Co prawda nie romański, ale jak większość starych, kamiennych angielskich kościołów, sympatycznie się prezentujący. Zaszliśmy tu wracając.

W zasadzie nic nadzwyczajnego. Trzynastowieczna świątynia pod wezwaniem Świętego Dyfriga, stoi w miejscu, gdzie prawdopodobnie już w połowie pierwszego tysiąclecia odprawiano nabożeństwa. Świadczyć o tym ma okrągły kopiec, na którym ją wybudowano. Ostatnie ważniejsze poprawki datuje się na siedemnasty wiek.

Od tamtej pory, z rzadka tylko niepokojony przez wiernych, St. Devereux Church coraz głębiej wtapia się w wiejski krajobraz.

  • Kościół w Saint Devereux
  • Kościół w Saint Devereux
  • Kościół w Saint Devereux
  • Kościół w Saint Devereux
  • Gdzieś między St. Devereux a Wormbridge

Jako że słońce wciąż stało wysoko i grzało wyjątkowo przyjemnie, uznaliśmy, że warto iść dalej. Do Wormbridge...

Tu też, największą, o ile nie jedyną atrakcją jest wiekowy kościół.

Około 1190 roku, już istniejącą świątynię, wraz z przylegającymi włościami, król Ryszard I podarował rycerzom Zakonu Świętego Jana z Jerozolimy. Ci powiększyli go i dobudowali wieżę (tak na marginesie, mi kojarzącą się z bieszczadzkimi cerkwiami).

Kościół szczyci się, podobno wspaniałymi, witrażami z XIV, XV i XVII wieku. Nam, niestety, nie dane było ich zobaczyć, bo w przeciwieństwie do Kilpeck i St. Devereux, w Wormbridge drzwi zamykają na klucz...

Swoją drogą, spory cmentarz świadczy o tym, że niegdyś musiała to być całkiem spora wieś.

Mając jeszcze trochę czasu do ostatniego powrotnego autobusu, daliśmy się skusić drogowskazowi [Abbeydore 3]. Cóż to dla nas trzy mile!?! Nawet w palącym słońcu (w tym wyjątkowym przypadku określenie jak najbardziej trafne, co niezwykle rzadko zdarza się w odniesieniu do angielskiej pogody).

Nie wzięliśmy tylko poprawki na fakt, że znak wskazywał wieś, a nie zabytkowe opactwo. Choć przyjemna droga wiodła między polami kwitnącego rzepaku z miedzami wyznaczonymi przez ogromne stare dęby, musieliśmy się poddać i zawrócić. W domu okazało się, że całkiem słusznie. Z mapy wynikało, że od Abbeydore (wsi) do Dore Abbey (opactwa) czekały nas co najmniej dwie kolejne mile. Ważne jednak, że jest dokąd wrócić...

  • Kościół w Wormbridge
  • Kościół w Wormbridge
  • Na rostaju dróg
  • Rzepak po angielsku
  • Ścieżką w prawo
  • Stary dąb

Czasem zdarza się tak, że cały dzień siedzimy w domu, uskuteczniając błogie lenistwo, by wieczorem napadła nas nieodparta ochota, żeby "coś" zobaczyć. Nie po prostu wyjść na spacer nad rzekę, ale nadziwić się, czy choć obejrzeć coś, czego jeszcze nie widzieliśmy. Taki niezbyt wyszukany substytut podróży. Dobrze na takie chwile mieć jakieś "nudne", albo "nie po drodze" miejsca, do których można dojść i wrócić przed zamknięciem tesco. W końcu jeść też coś trzeba!

W Hereford miejsc takich zostało nam bardzo niewiele. Jakieś niedobitki zdala od głównych ulic. Wśród nich - Belmont Abbey.

Belmont to, w zasadzie, już (albo jeszcze) nie Hereford. Kilka-kilkanaście lat temu stanowiło odrębną wieś na dalekich przedmieściach. Dziś to jedna z jego "sypialni".

Belmont Abbey zaś, to niewielka wspólnota benedyktyńskich mnichów, założona w 1859 roku przez zakonników działających dotąd na kontynencie. Czy przy wyborze miejsca kierowali się pięknem okolicy, czy może nie chcieli zbytnio rzucać się w oczy protestanckim sąsiadom, nie wiem. Pewne jest, że widoki z okien na dolinę Rzeki Wye mają wyjątkowe. Samo opactwo zresztą, a najbardziej zbudowany z różowego piaskowca kościół, też wspaniale wrosło w krajobraz. Nie powinien więc dziwić fakt, że częściej można tu spotkać letników i kuracjuszy przyklasztornego sanatorium, niż braciszków w habitach...

  • Belmont Abbey
  • Belmont Abbey
  • Belmont Abbey
  • Belmont Abbey

Ludlow - zdaniem niektórych the loveliest market town in England, czyli... No właśnie... Próbuje znaleźć polski odpowiednik owego "loveliest", ale żadne słowo, które przychodzi mi do głowy, nie zawiera w sobie jednocześnie słodkiego kiczu, odrobiny tandetnej patyny i autentycznego, godnego podziwu piękna. A już szczególnie, gdy wypowiadane jest z tą angielską egzaltacją, dzięki której (jak ktoś to kiedyś zabawnie ujął, nawet "skarpetki" potrafią brzmieć dostojnie). Pomijając jednak te raczej nieistotne lingwistyczne dywagacje, bez dwóch zdań, Ludlow jest uroczym miasteczkiem, w którym czas płynie zdecydowanie wolniej, niż woda w Rzece Teme.

Zresztą, "wolny" to kolejne słowo, które jak ulał pasuje do miasta. Ludlow jest bowiem pierwszym na Wyspach Cittaslow - miastem wolnym od pośpiechu i stresów związanych z życiem w betonowej dżungli. Ponadto, Ludlow uważa się za główna kwaterę ruchu Slow Food w UK. Jego idee w pełni materializują się podczas Ludlow Food & Drink Festival - jednej z największych i najbardziej prestiżowych imprez tego typu w Zjednoczonym Królestwie.

No tak... Ale jak tu się spieszyć, kiedy wokół mnóstwo krzywych, kilkusetletnich domków, ulice są tak wąskie, że nawet rowerem nie za bardzo da się zaszaleć, a The Broadgate (Szeroka Brama) - jedyna z siedmiu średniowiecznych bram miejskich, która przetrwała do dziś - jest tak wąska, że nie zmieści się w niej nawet van z lodami? Jak nie kontemplować krwistego steak'a popijanego lokalnym piwem, siedząc w tawernie, albo pubie, w którym od czterystu lat zmienia się tylko obsługa i filtry do kawy?

Ale co tu oglądać i podziwiać? Tak, to jest problem. Szczególnie biorąc pod uwagę, że w dziesięciotysięcznym miasteczku, ponad pięćset (!!!) budynków znajduje się na liście zabytków.

Oczywiście jest w Ludlow zamek. Normański. Co ciekawe, wciąż w rękach tego samego rodu, który go wybudował! Na przestrzeni niemal tysiąca lat istnienia, zamek gościł cała masę królów (przyszłych, urzędujących i niedoszłych), książąt i wszelkich, bardzo zacnych osobistości. Poza tym, przez ponad dwieście lat - od XV do XVII wieku - zarządzano stąd Walią i Welsh Marches.

Dzisiaj, jak większość wyspiarskich zamków, Ludlow Castle to malownicza ruina. Niemal naturalny element krajobrazu. To w jego murach, teraz chroniących najwyżej przed wiatrem, odbywają się Food & Drink Festival, letni Festiwal Szekspirowski, średniowieczne festyny i wiele wiele imprez, którymi zapełniony jest miejski kalendarz.

Po odwiedzeniu zamku, warto przespacerować się dość karkołomną ścieżką w dół, na Most Dinham spinający brzegi Rzeki Teme. To kolejna budowla, której wiek liczy się w setkach lat. Przy okazji oferująca świetny widok "z zamkiem w tle".

Kilkaset metrów dalej, idąc jednym ze szlaków widokowych wzdłuż rzeki, dochodzi się do następnej średniowiecznej przeprawy - wybudowanego w XIV wieku Ludford Bridge. Wieki temu, Ludford stanowiło osobną osadę z własnym kościołem parafialnym stojącym kilka kroków od mostu i dworem szlacheckim. Dziś to integralna część Ludlow.

Zaczynająca się tuż za mostem i pnąca ostro w górę Lower Bridge Street, to dawne podgrodzie, niegdyś licznie zamieszkane przez tkaczy. Właśnie na ich ciężkiej pracy budowano dobrobyt miasta, słynącego w średniowieczu z wyrobów z wełny.

W końcu, przez ciasną The Broadgate, wchodzimy na właściwą starówkę. Tutaj praktycznie każdy budynek, to zabytek. Część przetrwała w niezmienionym stanie od XV czy XVI wieku. Pozostałe przebudowano na modłę kolejnych epok.

Za najcenniejsze skarby uważa się Bodenham's i przylegające do niego budynki - typowe trzystu-czterystu letnie, a czasem nawet starsze, czarno-białe domki na szczycie Broad Street, wybudowane techniką przypominającą znany z Polski "pruski mur".

Ye Olde Bull Ring Tavern i The Feathers Hotel, to kolejne przykłady "monochromatycznej architektury" przy sąsiedniej Bull Ring. Przy czym ten drugi, funkcjonujący jako zajazd od lat siedemdziesiątych XVII wieku (!!!), to absolutne dzieło sztuki, przypominające bardziej archaiczny domek dla lalek, albo tło historycznego filmu, niż prawdziwy (chciałoby się powiedzieć "z krwi i kości") dom.

Równie zachwycający jest The Parish Church of St. Laurence, czyli Kościół Parafialny pod wezwaniem Świętego Wawrzyńca, nazywany często "Katedrą Pogranicza" (the Cathedral of the Marches). Późnogotycka świątynia ma niewiele wspólnego ze, skromnym zapewne, normańskim kościołem z początków XII wieku, z którego, po wielu zmianach, wyrosła. Dzisiejsza bryła, to efekt niemal całkowitej przebudowy z XV wieku. Imponujący i monumentalny, jak na niewielkie miasteczko kościół, słynie ze swych średniowiecznych i późniejszych witraży, przedstawiających, między innymi, męczeńską śmierć patrona parafii, nieszczęśliwego Księcia Artura (jednego z niedoszłych następców tronu, który zmarł w Zamku Ludlow w 1502 roku), czy Palmer Guild - znaczące niegdyś bractwo religijne.

*****

Uff... Trochę przynudziłem. Wiem! Ale - to moje całkowicie subiektywne zdanie - Ludlow trzeba albo zobaczyć i powzdychać, albo poszukać jakichś dobrych zdjęć (moich szukać nie trzeba, więc "dobrych" się do nich nie odnosi;-), albo przebrnąć przez taki właśnie suchy opis inwentaryzacyjny. Poza tym, o ile w miarę łatwo opisać jeden zamek, o tyle wystawić laurkę niezwykłemu miastu, bez popadania w przesadne zachwyty, jest cholernie trudno. Mi oczywiście... Ale kto wie, może ktoś bardziej uduchowiony teraz się tam wybierze i dopełni ten opis "ochami" i "achami". Polecam!

  • Broad Street
  • Ludford Bridge
  • St.Giles' Church
  • St.Giles' Church
  • The Broadgate
  • Czarno-białe kamienice przy Broad Street
  • Czarno-białe kamienice przy Broad Street
  • The Feathers
  • The Feathers
  • The Feathers
  • Market Street
  • St. Laurence's Church
  • St. Laurence's Church
  • Sklepienie St. Laurence's Church
  • Witraż w St. Laurence's Church
  • Witraż w St. Laurence's Church
  • Detal jednego z grobowców w St. Laurence's Church
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle
  • Ludlow Castle nad rzeką Teme
  • Ludlow Castle
  • Dinham Bridge nad rzeką Teme
  • Dinham Bridge nad rzeką Teme
  • Dinham Bridge nad rzeką Teme
  • Panorama Ludlow
Byliśmy ostatnio na ognisku. Pierwszy raz od... nie wiem... chyba pięciu lat. Miejsce wybraliśmy doskonałe - Dolinę Grwyne Fawr. (Zdaje się, że w maju byliśmy tam oglądać wodospady, które trochę przyschły - opis kilka notek wyżej). Były kiełbaski (morlińskie!), szaszłyki (afrykańskie), piwko (meksykańskie) i ogólna sielanka z szumiącym potokiem w tle.

Ale żeby dopełnić szczęście, uznaliśmy że w drodze powrotnej warto jeszcze coś zobaczyć. Padło na Llanthony Priory. Bo najbliżej. W linii prostej, przez góry, wychodziło jakieś dwa-trzy kilometry. Drogą - przeszło dwadzieścia.

Dojechaliśmy akurat na zachód słońca. Akurat kiedy szeroka "na nie więcej niż trzy strzały z łuku" Vale of Ewyas zatopiła się w płynnym złocie. Widok, jak na ciągle skąpane w deszczu, albo ukryte pod pierzyną mgieł Góry Czarne, zupełnie niecodzienny i nieopisanie piękny!

Idę o zakład, że taki właśnie obrazek ujrzał William de Lacy, rycerz na służbie Hugh de Lacy, gdy około 1100 roku przysiadł w ruinach kapliczki poświęconej Świętemu Dawidowi - patronowi Walii - i postanowił zbudować tu sobie samotnię. Porzucił miecz, zbroję i zaszczyty i oddał się kontemplacji, co w takim otoczeniu musiało być zajęciem wyjątkowo przyjemnym i łatwym.

William szybko znalazł naśladowców i po niespełna dwudziestu latach zgromadzenie liczyło już czterdziestu kanoników. Najwyraźniej jednak braciszkowie zaniedbywali modlitwy, bo w 1135 roku, Stwórca zesłał na nich rozwścieczonych walijskich powstańców. Na kilka lat Llanthony opustoszało.

Dopiero w latach siedemdziesiątych XII wieku klasztor podniósł się ze zgliszczy. Dzięki hojnym darczyńcom i nadaniom ziemskim, Llanthony szybko odzyskało świetność i stało się dość ważnym i bogatym zgromadzeniem. Z tego okresu pochodzą między innymi doskonale zachowane, wczesnogotyckie łuki, które kiedyś były częścią klasztornego kościoła, a dziś... dziś wspaniale wyglądają oglądane przez nie Black Mountains.

Rozwody Henryka VIII, w tym ten najważniejszy - z Watykanem, oznaczały dla Llanthony, podobnie jak dla wszystkich zakonów na Wyspach, rozwiązanie. Zabudowania przeszły w prywatne ręce i z biegiem stuleci coraz bardziej niszczały.

Romantyczne ruiny urzekły Walter'a Savage Landor'a - poetę drugiego sortu, żyjącego na przełomie XVIII i XIX stulecia. Marzyło mu się stworzenie idealnej posiadłości dla idealnego wiejskiego dżentelmena. Po marzeniu zostały tylko długi i gościniec obsadzony drzewami. Idealny zaś dżentelmen, obrażony na niesprawiedliwy los, wyjechał na wyspę Jersey, zostawiając Llanthony wierzycielom.

Gdzieś mniej więcej w tym czasie znaczna część klasztoru runęła pod ciężarem zaniedbań. Ocalałe budynki przerobiono najpierw na zajazd, a później na zaciszny hotel funkcjonujący do dziś. Zatrzymują się tu amatorzy jazdy konnej korzystający z sąsiadującej z Llanthony Priory szkółki jeździeckiej i miłośnicy górskich wędrówek.

Ciekawe ilu z nich, wyglądając w słoneczny wieczór przez okno, wzorem Williama de Lacy ma ochotę zostać tu na zawsze? Przyznaję, że przez chwilę i ja o tym pomyślałem...
  • Vale of Ewyas
  • Vale of Ewyas
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory - St. David's Church
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory - St. David's Church
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory
  • Llanthony Priory

Sowy, owce, kozy i inne stworzonka... www.owlcentre.com

[a.s.a.p.]

  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • Sowy z Kington
  • (w)kurza(jąca) perspektywa
  • Rogacizna z Kington
  • Rogacizna z Kington
  • Rogacizna z Kington
  • Rogacizna z Kington
  • Rogacizna z Kington
  • Rogacizna z Kington
  • Rogacizna z Kington
  • Rogacizna z Kington
  • Lama z Kington
  • Osioł z Kington
  • Tłuścioch z Kington

Devil's Bridge... 'Diabelski Most' i diabelnie piękna okolica... www.devilsbridgefalls.co.uk

[a.s.a.p.]
  • Dolina rzeki Afon Mynach
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Dolina rzeki Afon Mynach...
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Wodospady Devil's Bridge
  • Wodospad Gyfarllwyd
  • Trzy mosty w Devil's Bridge
  • Trzy mosty w Devil's Bridge

Czy wodociągi mogą być piękne? Walijskie na pewno! A w każdym razie sam ich początek. Szczególnie gdy kończy się całkiem ładny jesienny dzień... www.elanvalley.org.uk

[a.s.a.p.]
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley
  • Elan Valley

Jeden z odcinków specjalnych tegorocznego (2009) Rajdu Wielkiej Brytanii (WRC). Pogoda była fatalna, sprzęt kiepski, a umiejętności... hmmm... przemilczę...

[a.s.a.p.] 

  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
  • Rally of Great Britain (WRC) - SS16: Rheola
Once again... Opis kilka notek wyżej...Tym razem jednak udało się odwiedzić wszystkie The Three Castles...
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont Castle
  • Grosmont
  • Grosmont
  • Grosmont
  • Grosmont

Drugi spośród Trzech Zamków... W końcu!

[a.s.a.p.]
  • Skenfrith Castle
  • Skenfrith Castle
  • Skenfrith Castle
  • Skenfrith Castle
  • Skenfrith Castle
  • Skenfrith Castle
  • Skenfrith Castle
  • Skenfrith Castle
  • Jazda po grzybach?
  • Skenfrith
  • Skenfrith
  • Skenfrith
  • Skenfrith
  • Church of St. Bridget
  • Church of St. Bridget
  • Church of St. Bridget
  • Church of St. Bridget

Trzeci, największy i najlepiej zachowany spośród Trzech Zamków...

[a.s.a.p.]
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • White Castle
  • W sąsiedztwie White Castle
  • W sąsiedztwie White Castle

Niby tylko jedna godzina różnicy czasu, a jakże różna aura! Święta mieliśmy mokre i ponure. Nowy rok przywitaliśmy w słońcu. Za to wczoraj, tuż przed południem - katastrofa! Zasypało Hereford! I to tak poważnie... Z piętnaście centymetrów śniegu spadło w ciągu kilku godzin. Szkoły odwołują zajęcia, ludzie nie dojeżdżają do pracy, w sklepach pustki, że aż przyjemnie zakupy robić!

Lokalsi są przerażeni! Nie mają się w co ubrać, więc wyciągają gumowce albo buty do chodzenia po górach. Nawet kurtki powyciągali z szaf! Mało tego. Dziś widziałem tylko jedną (!!!) osobę w szortach! Armageddon!

A ja się cieszę! Do tego stopnia, że o trzeciej w nocy zachciało mi się ganiać w śnieżycy i robić historyczne fotki. Historyczne, bo takiego śniegu nie widziano tu od... ho-ho... od dziesięcioleci! Za kilka dni ślad po nim nie zostanie i znów, na kilka lat, Herefordianie zapomną co to zima...

  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu
  • Hereford w śniegu

Maleńki kościół położony na zboczu Gader Range w dolinie Grwyne Fawr w Czarnych Górach.

[Teraz tylko fotki. Z czasem mam zamiar zebrać materiał na wiekszą relacją z Black Mountains]

  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Kościół Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Krzyż przy kościele Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Krzyż przy kościele Świętego Issui w Partrishow (Patricio)
  • Cmentarz przy kościele Świętego Issui w Partrishow (Patricio)

Capel-y-ffin to maleńka, licząca dosłownie kilku mieszkańców wioska w Dolinie Ewyas. Stoi tu jeden z najmniejszych kościołów walijskich, poświęcony Świętej Maryi.

Tuż za Capel-y-ffin droga pnie się ostro w górę, by po przekroczeniu przełęczy Gospel Pass osiągnąć niewielki płaskowyż, na którym zachowały się pozostałości prehistorycznego kręgu kamiennego Pen Y Beacon.

Z płaskowyżu rozciągają się też świetne widoki na szczyty Hay Bluff (677 m n.p.m.) i Twmpa [znany również jako Lord Hereford's Knob] (690 m n.p.m.).

Dalej droga prowadzi do (opisanego kilka rozdziałów wyżej) Hay-on-Wye.

[Teraz tylko fotki. Z czasem mam zamiar zebrać materiał na wiekszą relacją z Black Mountains.]

  • Capel-y-ffin
  • Capel-y-ffin
  • St. Mary's Church w Capel-y-ffin
  • St. Mary's Church w Capel-y-ffin
  • Przez Black Mountains
  • Black Mountains
  • Gospel Pass
  • Gospel Pass
  • Gospel Pass
  • Gospel Pass
  • Gospel Pass
  • Black Mountains
  • Black Mountains
  • Twmpa
  • Twmpa
  • Twmpa
  • Pen Y Beacon
  • Pen Y Beacon
  • Pen Y Beacon
  • Hay Bluff
  • Hay Bluff
  • St. Mary's Church w Capel-y-ffin
  • St. Mary's Church w Capel-y-ffin
  • St. Mary's Church w Capel-y-ffin
  • Cmentarz przykościelny w Capel-y-ffin
  • Dzikie kuce przy Pen Y Beacon
  • Twmpa
  • Hay Bluff
  • Nie oglądaj się za siebie!
  • Black Mountains

Arthur's Stone czyli Kamień Artura, to neolityczny grobowiec liczący sobie około pięciu tysięcy lat. Dość niepozorną budowlę (o ile można go tak nazwać) wybudowali pasterze wypasający swe stada na zboczach Złotej Doliny. Trzeba przyznać, że bardziej urokliwe miejsce trudno byłoby im znaleźć. Ze wzgórza, na którym stoi rozciągają się fantastyczne widoki na Golden Valley i Black Mountains!

Przykrytego ważącym 25 ton grobowca co prawda nigdy dokładnie nie zbadano, ale archeolodzy domyślają się, że oprócz ludzkich szczątków, znajdują się w nim zarówno przedmioty pierwotnych kultów religijnych, jak i codziennego użytku. Tego typu konstrukcje służyły bowiem i jako swego rodzaju świątynie, i jako miejsca spotkań prehistorycznej wspólnoty.

Opowieści wiążące grobowiec z Królem Arturem pochodzą z początków drugiego tysiąclecia. Jedna z nich mówi, że w tym miejscu legendarny władca miał zabić giganta, który upadając odcisnął ślad łokcia na jednym z głazów. Weług kolejnej, niewielkie ślady na kamieniach miał odcisnąć sam Artur modląc się przed ważną bitwą. To tu Artur miał też ponoć wydobyć Excalibur ze skały. Przez stulecia nie brakowało również takich, którzy wierzyli, że to właśnie tu, na wieczny spoczynek, złożono ciało Króla.

Nawet jeśli w historiach tych nie ma kszty prawdy i tak warto tu zajechać. I dla wspaniałych widoków, i dla chwili zadumy nad prehistorycznym przodkami...

  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Arthur's Stone
  • Golden Valley i Black Mountains
  • Golden Valley i Black Mountains
  • Golden Valley i Black Mountains
  • Golden Valley i Black Mountains
  • Morze falujące zielenią

Kolejny śliczny, choć niemożliwie wręcz koślawy, kościół ukryty w Czarnych Górach...

[Teraz tylko fotki. Z czasem mam zamiar zebrać materiał na wiekszą relacją z Black Mountains.]

  • Krzyż na cmentarzu w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy - detale
  • St. Martin's Church w Cwmyoy - detale
  • St. Martin's Church w Cwmyoy
  • St. Martin's Church w Cwmyoy - wnętrze
  • St. Martin's Church w Cwmyoy - wnętrze

Jedne z najpiękniejszych widoków na Wyspach. ...przynamniej dla mnie:-)

[Teraz tylko fotki. Z czasem mam zamiar zebrać materiał na wiekszą relacją z Black Mountains.]

  • Vale of Ewyas
  • Llanthony Priory
  • Vale of Ewyas
  • Vale of Ewyas
  • Vale of Ewyas
  • Vale of Ewyas
  • Vale of Ewyas
  • Gdzieś za Capel-y-ffin
  • Przez Gospel Pass
  • Przez Gospel Pass
  • Przez Gospel Pass
  • Przez Gospel Pass
  • Przez Gospel Pass
  • Przez Gospel Pass
  • Przez Gospel Pass
  • Przez Gospel Pass
  • Twmpa
  • Dzikie kuce przy Pen Y Beacon
  • Dzikie kuce przy Pen Y Beacon
  • Dzikie kuce przy Pen Y Beacon
  • Dzikie kuce przy Pen Y Beacon
  • Hay Bluff
  • Konie na zboczu Hay Bluff
  • Gdzieś pod Hay Bluff
  • Gdzieś pod Hay Bluff
  • Gdzieś pod Hay Bluff
  • Gdzieś pod Hay Bluff
  • Gdzieś pod Hay Bluff
  • Hay-on-Wye z góry
  • Muuuu

Najstarszy pub w Walii - The Skirrid Mountain Inn odnotowany w dokumentach z 1110 roku - i XV-wieczny kościół Świętego Michała i Wszystkich Aniołów.

Przy okazji jedna z "bram" Czarnych Gór. Tu zaczyna się najbardziej malownicza trasa Black Mountains, prowadząca Doliną Ewyas, obok ruin opactwa w Llanthony, przez Capel-y-ffin, Gospel Pass, aż do "miasta książek" - Hay-on-Wye.

  • The Skirrid Inn
  • The Skirrid Inn
  • The Skirrid Inn
  • The Skirrid Inn
  • Kościół Świętego Michała i Wszystkich Aniołów
  • Kościół Świętego Michała i Wszystkich Aniołów
  • Cmentarz przykościelny
Ysgyryd Fawr, Skirrid, Holy Mountain albo Sacred Hill - najbardziej na wschód wysunięty szczyt Czarnych Gór. Przed wiekami znajdowało się na nim pogańskie miejsce kultu. Później wzniesiono tu kaplicę Świętego Michała, z której do dziś pozostały tylko dwa kamienie znaczące do niej wejście i... absolutnie oszałamiające widoki na Black Mountains - szczególnie na sąsiedni szczyt Sugar Loaf i położone u jego stóp miasteczko Abergavenny.
  • Ysgyryd Fawr
  • Ysgyryd Fawr
  • Ysgyryd Fawr
  • Ysgyryd Fawr
  • Widoki z Ysgyryd Fawr
  • Sugar Loaf w drodze na Ysgyryd Fawr
  • Widoki z Ysgyryd Fawr
  • Na szczycie Ysgyryd Fawr
  • Na szczycie Ysgyryd Fawr
  • Na szczycie Ysgyryd Fawr
  • Na szczycie Ysgyryd Fawr
  • Na szczycie Ysgyryd Fawr
  • Sugar Loaf
  • Sugar Loaf
  • Sugar Loaf
  • Ścieżka z Ysgyryd Fawr
  • Ścieżka z Ysgyryd Fawr
  • Omszały murek
  • Omszały murek
  • Supły
  • Ysgyryd Fawr panoramicznie
  • Ysgyryd Fawr panoramicznie
  • Ysgyryd Fawr panoramicznie
  • Black Mountains
  • Black Mountains
  • Black Mountains
  • Doliny
  • Doliny
  • Black Mountains
  • Black Mountains
  • Black Mountains
  • Doliny
  • Sugar Loaf widziany z Ysgyryd Fawr
  • Sugar Loaf widziany z Ysgyryd Fawr
Bardzo szybki spacer po miasteczku u stóp Black Mountains...
  • Abergavenny
  • Abergavenny
  • Abergavenny
  • Market Hall
  • Abergavenny
  • St. Mary’s Priory
  • St. Mary’s Priory
  • St. Mary’s Priory
  • St. Mary’s Priory
  • St. Mary’s Priory
  • Abergavenny Castle
  • Abergavenny Castle
  • Abergavenny Castle
  • Smok Walijski
Chyba jedna z najbardziej malowniczych tras przez Park Narodowy Brecon Beacons. Nas akurat przywitała ulewą i przetaczającymi się przez szczyty chmurami...
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Z głową w chmurach
  • Dzikie konie w Brecon Beacons
  • Dzikie konie w Brecon Beacons
  • Dzikie konie w Brecon Beacons
  • Dzikie konie w Brecon Beacons
Walijskie "orle gniazdo" na samym krańcu Parku Narodowego Brecon Beacons...
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle
  • Carreg Cennen Castle

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. dingo11 (23.06.2010 23:24) 0 + -
    dużo do czytania, dużo do oglądania - bardzo interesująco
  2. zfiesz (23.06.2010 22:44) 0 + -
    czytania niewiele, ale oglądania trochę się nazbierało:-)

    a dokąd jechałaś? to powiem ci czy przejeżdżałaś;-)
  3. amused.to.death (13.06.2010 17:57) +1 + -
    Przez Hereford chyba kiedyś przejeżdżałam, ale nie pamiętam, żebym się tam zatrzymywała.
    A może?
    A jeśli chodzi o cidera, to ja właśnie najbardziej lubiłam "Woodpeckera"
    :)
  4. amused.to.death (13.06.2010 17:53) 0 + -
    ale czytania i oglądania!
    :)
  5. zfiesz (11.06.2010 14:23) 0 + -
    według kolumbera półtora tysiąca kilometrów:-) według mnie kilka lat;-)

    ale naczytać, to się tu nie naczytasz - to taki trochę magazyn, na który nie mam jeszcze pomysłu:-)
  6. ye2bnik (11.06.2010 14:16) 0 + -
    Zacznę od końca, ale widzę, że droga przede mną daleka... :)
  7. zfiesz (10.06.2010 3:06) 0 + -
    wiesz loca, ja od zawsze mówię/piszę, żeby nie ufać LP;-) ale z drugiej strony... czy aby ryga nie była swego czasu zniemczona? inflanty to nie tam były? jakiś zakon kawalerów mieczowych... ale ja też nie wiem:-)
  8. fiera_loca (26.05.2010 23:27) 0 + -
    ciekawie,ciekawie....no,no.
    A z ta choinka to na pewno Ryga???A zwyczaj nie przyszedl z ziem germanskich?a nie dolozyl sie do tego niejaki sw.Bonifacy?hhmm....no nie wiem ja.
  9. zfiesz (31.01.2010 20:58) 0 + -
    no już, już! nie rycz mała nie rycz... pomyśl, że mogło być gorzej! na przykład, mogłaś tu utkwić jak ja;-) a oczy ciesz do woli!
  10. kubdu (31.01.2010 19:37) 0 + -
    Baba chlipie w kącie, że swoją okazję przegapiła i do polski wróciła.Nie rycz, możesz przynajmniej oczy nacieszyć brytyjskimi weekendami.
  11. zfiesz (08.01.2010 22:23) 0 + -
    jak nie za często:-p to zapraszam! moze zabierzesz się z rebel?:-D

    i fakt - z gdańska do białego (pociągiem) jedziesz osiem godzin. samochodem jakies sześć (chyba że z tomkiem, wtedy cztery z haczykiem i reklamowką pod brodą;-)
  12. kokopelmana (08.01.2010 9:34) +1 + -
    może też zacznę wypadać do UK na weekendy? Bliżej (czasowo) z Gdańska niż Podlasie... :(
  13. zfiesz (07.01.2010 21:57) +1 + -
    ależ patrycjo! ja nigdy, nawet przez chwilę, tych "skarbów" nie chowałem! wiszą tu samotne już przeszło rok i czasem tylko coś dorzucę przy okazji. ale zapraszam! czuj się jak u siebie:-)
  14. kokopelmana (07.01.2010 11:37) +1 + -
    Mein Gott! jakie skarby tu widzę! Nie pozwalasz się nudzić mojemu ospałemu umysłowi. Po opowieści Krynkowej wracam tutaj, na razie tylko śnieżny Hereford, bo Gdańsk dzisiaj też bieluteńki.
  15. zfiesz (23.11.2009 22:54) 0 + -
    wkrótce... i to zupełnie niedługo... będą jeszcze bardziej różnorodne i zdecydowanie bardziej intensywne;-)
  16. pt.janicki (23.11.2009 20:15) +1 + -
    ...różnorodne te brytyjskie weekendy...
  17. zfiesz (08.10.2009 19:34) 0 + -
    a ja zapraszam!:-) na sajderka, ale, albo jakiegoś łiskacza;-)
  18. pt.janicki (08.10.2009 19:31) +1 + -
    Zfieszu, jak "sperkę" taką jak Twoje zdjęcia się zostawia, to i nie dziwota, że koty harcują w czas niepilnowania. Myślę zresztą, że i przy pilnowaniu by hasały. Ja w każdym razie ostrzegam, że wrócę! I to z przyjemnością...
  19. zfiesz (20.09.2009 23:20) 0 + -
    byłem już blisko... w st. david's na samym zachodnim "czubku" walii. stamtąd do sąsiadki ledwie rzut beretem. prawie widziałem!;-) ale... mam na zielonej wyspie kilku znajomych, więc kto wie... może pewnego dnia?:-)
  20. gosiaczek6669 (20.09.2009 7:38) +1 + -
    ...superek,choc szczerze zaluje ze ciut dalej Cie nie ponioslo :)...pozdro z wyspy"ciut dalej" ;)))
  21. zfiesz (17.07.2009 0:27) 0 + -
    jeszcze nie tak intensywne, jak byśmy chcieli:-) za często mamy lenia! no i wyspiarska pogoda nie rozpieszcza:-) w sekrecie powiem ci, że na następny wypad upatrzyliśmy sobie kamienny grobowiec sprzed pięciu tysięcy lat (o ile się nie mylę) i, znów, kilka wiekowych kościołów... teraz tylko jakiś wspólny weekend by się przydał:-)

    wielkie dzięki za plusy... tego 'dużego' i te przy zdjęciach:-)
  22. sagnes80 (16.07.2009 17:06) +1 + -
    bardzo intensywne te Twoje brytyjskie weekendy :) super :) za opisy jak zwykle wielki plus :)
  23. zfiesz (15.07.2009 0:17) 0 + -
    a pelikanie to dobrze czy źle? bo przy tych zdjęciach trochę mnie konfunduje...
  24. powsinoga45 (13.07.2009 16:24) +2 + -
    Co za pióro! Wręcz - pelikanie!
    I te zdjęcia!
  25. rebel.girl (13.07.2009 0:46) +1 + -
    dzięki ;) zdecydowanie bardziej zatęsknię ;)
  26. zfiesz (13.07.2009 0:24) 0 + -
    kilka nowych punktów wyjaśniających co znajduje się na dawno wrzuconych fotkach i jeden głupi dowcip, więc podróż jak nowa:-) nadrobiłem zaległości!!!! (żabo: to się nazywa "wkrótce":-)

    p.s. a zdjęcia z manchesteru jak były kiepskie, tak są...
  27. zfiesz (16.03.2009 23:53) 0 + -
    zdjęcia z manchesteru wrzucam jeszcze raz, po przerobieniu ich zgodnie z zaleceniami dino. thx kolego:-)
  28. zfiesz (18.10.2008 21:08) +1 + -
    ufff... wróciłem... od razu na pierwszą stronę:-) jak zmyje z siebie błoto, dorzuce kilka fotek.

    a w temacie traktorów i innego ciężkiego sprzętu czającego się na turystów... nie wiem czy to powszechnie obowiązująca reguła, ale piesi, rowerowi i konni "spacerowicze" są w UK niemal święci i gdziekolwiek szlak przecina jakąś poważniejszą drogę, stawia się ograniczenia prędkosci i znaki informujące o zagrożeniu.
  29. kikk (18.10.2008 14:08) +1 + -
    Ścieżka wyjeżdżona traktorem robi wrażenie. Zatęskniłam za wsią. Tu jednak traktorem raczej wyjeżdżono by turystę- spacerowicza. Ale za to mamy żubry :D
  30. zfiesz (18.10.2008 13:11) 0 + -
    a konkretnie to gdzie?:-)

    za oknem fantastyczne "indian summer" (jak tubylcy nazywaja brytyjskie wydanie polskiej zlotej jesieni), więc czekam na telefon od sąsiadów co robimy z sobotą. bedzie koleny etap:-)
  31. rzaleski (18.10.2008 12:34) +1 + -
    zostałem przekonany, jadę tam!

zfiesz

Zwierz Meksykański
Punkty: 61819