Ładuję...

kolumber.pl


17 +
2009-11-11

Sposób na chorobę

Opisywane miejsca: Zurich, Grindelwald, Chamonix-aiguille du midi (156 km)
Typ: Inna

Jak w prosty sposób nabyć chorobę bez kontaktu z zarazkami?  

Szkolne czasy przypominają, by zjeść surowego ziemniaka. Połknąć do pieczenia proszek. Rozrysować sokiem wilczomlecza podróbkę półpaśca na plecach. Przykłady można by mnożyć, a ja wyjawię kolejny prostszy jeszcze sposób na chorobę. Daleką od szkolnych sadystycznych praktyk. Bez niestrawności, bez swędzenia, pieczenia i bez zwyczajnego w przypływie bólu AŁA.  

Otóż.. wystarczy wyjechać.  

Kto pomyślał o Ukrainie, ten w błędzie (ma być przecież bez zarazków!) Wyjechać należy w troszeczkę inny teren.  

I już kilka chwil po przyjeździe na miejsce wstrząsająca diagnoza. Wcale nie świńska grypa, tylko alpejska galopująca zauroczenioza. Przewlekła, nieuleczalna choroba. Dopada znienacka atakując wszelkie zmysły. Odbiera mowę pozostawiając jedynie miejsce dla nieartykułowanych dźwięków tudzież całkowicie niecenzuralnych słów, które wydobywając się bezwiednie z paszczy określają stopień zauroczenia chorego. Powoduje niekontrolowany wytrzeszcz oczu i odłączenie się dolnej od górnej szczęki. Upośledza meszki włosowe powodując permanentny tzw. dziki agrest na ciele. Wzmaga chęć głaskania tego, co oczy są zdolne dojrzeć, a nawet tego, co dostrzega jedynie wyobraźnia. Wpływa na ciepłotę ciała. Organizm podatny na odmrożenia, nagle zimna nie dostrzega. On tylko fioletowieje. Traci co prawda czucie, ale nie pozwala narzekać. I promienieje. W każdych warunkach. Przez 24 godziny na dobę. Z radości. Ze szczęścia. Alpejska głupawka każe za sobą tęsknić. I tęsknię. Każdego dnia.  

A zaczęło się tak..

Wszystkie po kolei stacje meteo były dla nas bezwzględne. Wciąż nie chciały pokazać tego, co dostrzec pragnęły moje oczy. Nawet Al Jazeera prognozowała, że nad Szwajcarię nadciąga niekorzystny front. Znaczne ochłodzenie, deszcze, mgły i w ogóle wszystkie atmosferyczne zarazy świata. A przecież my, Alpy i pogoda pod psem to o jeden element za dużo. Szczególnie o ten ostatni!!

Żeby była jasność.. nie był to wyjazd typu włóczęga po górach.. raczej rzut okiem na to, po czym włóczyć się możemy. Majówka na wyjeździe, czyli byle sponiewierało i byle sercu radość przyniosło.

Tyle, że im bliżej wyjazdu tym radość jakby mniejsza.. uciemiężona w meteorologiczny sposób. Jednak z uwagi na fakt, że szczerzące się do wszystkich ze szklanego ekranu pogodynki już nie raz zdążyły nas swoimi przepowiedniami wykiwać, nie uwierzyliśmy temu, co uszy słyszały i co oczy na mapach meteo dojrzały. Ignorowana była też łupiąca na zmianę pogody zwichnięta dawno temu kostka.

W końcu nastał długo wyczekiwany dzień. Wyjazd. Niekoniecznie z futrami. Niekoniecznie z czymś na deszcz. Niekoniecznie z preparatem przeciwmgielnym, za to z nadzieją, że słońce jednak nic nie przesłoni. Nadziei dwie walizy.

A kilkanaście godzin później Zurych i pierwsze wyrzuty:

.. przecież miałam jeszcze neseseser, do którego mogłam wsadzić nadzieję..

..do plecaka też by jej trochę weszło..

..i  dlaczego nie wypchałam nadzieją choćby swoich w kurtce kieszeni.. 

 

Zurych to przykurcz i adaptacja. Przykurcz pod wpływem zimna. Adaptacja do warunków atmosferycznych zupełnie niepodobnych do tych panujących w majowy słoneczny, ciepły poranek. Niemiłosierny ziąb i ulewa przesłoniły całe miasto. Obraz widziany oczyma migotał pod wpływem szczękającej z powodu zimna szczęki. Wełniana rękawica robiła co mogła, by nieco ogrzać skrywającą w sobie dłoń. Jak się okazało, próżne były jej wysiłki, bo skostniała kończyna górna z trudem trzymała rękojeść parasola. Zatem wynik walki z deszczem był z góry przesądzony. Wskutek braku dostatecznej ochrony umbrelli, za kołnierz wlewała się cała zawartość chmury. Ponadto od dołu nogawki wsysały każdą napotkaną kałużę. I jeszcze ogromny gawron, który porwać nam chciał wyjazdowy niezbędnik typu kabanos. My, Alpy, front i głód to już o dwa elementy za dużo. Oczywiście o dwa ostatnie.

I nagle przebłysk. Nie żeby słoneczny. Ot, taki na złączach myślowych, że przecież nie przyjechaliśmy tutaj po grypę tylko w zupełnie innym celu. Zapada decyzja: STAWIAMY WROGOWI CZOŁA. Nie damy się byle szaremu obłoczkowi. Wyciągamy działo, którym jest uśmiech na twarzy, wysuszone buty i suche odzienie. A tymczasem były to pierwsze objawy zauroczeniozy. Odtąd oberwanie chmury to tylko urocza mżawka czy też smaczny kapuśniaczek z dodatkiem koperku, marchewki i koniecznie maggi. Syberyjskie powietrze.. ktoś zjadł tutaj halls’a i dmucha w nas czymś rześkim? Wilgotna mgła zakrywająca dokładnie wszystko przeistacza się w mleczną nieuchwytność, poprzez którą wyobraźnia widzi więcej aniżeli w rzeczywistości kaprawe oko ledwo dostrzec może.

W ten oto sposób krocząc w Lucernie po Kaplicznym Moście „widzimy” Pilatusa. Załącza się głupawka na jego widok, która wmawiać nam sobie każe, że fioletowy z zimna nos to nowe w tym sezonie trendy.

Berno.. moje oko wcale nie dostrzega coraz to większych bałwanów na niebie..

Meiringen i wąwóz rzeki Aare. No dobra.. niechaj pogodzie będzie, że wcale dziś prysznicu nie brałam. Poddam się przymusowej kąpieli.. tylko dlaczego od razu bicze wodne na mym otulonym skrzętnie szmatami ciele?! Dlaczego jedno na głowę PAC obejmuje od razu ¼ jej powierzchni?! Należy nadmienić, że głowa ma do małych nie należy, więc można sobie wyobrazić jaka była siła rażenia jednego pocisku wodnego oderwanego od skał znajdujących się ponad naszymi czuprynami.

W końcu Interlaken. Siedzimy na ławce. Przed nami szczyt Dziewicy. Się zachwycać powinniśmy czy jakoś tak. Jednak szczytem jest to, że ktoś w takiej chwili zarzucił mi na oczy biały eteryczny welon i niewiele przez niego widzę. Co najwyżej 30 metrów przed siebie.. ale od czego mam wyobraźnię.. uhuhuuuuuu rzeczywiście jakaś dziewica bezwstydnie się do nas pręży.. i nawet zgrabnie jej to wychodzi mimo ciała wysokiego na cztery tysiące sto pięćdziesiąt osiem metrów!

Grindelwald i podróż kolejką na przełęcz w/w waćpanny (bez skojarzeń panowie, panie). Bilet w cenie złota. W związku z tym złote winny być również za oknem krajobrazy. Złoto dla mnie, bo zdradzę tajemnicę jak taki złoty widok mieć przed oczyma codziennie… otóż potrzebna jest nam jedynie biała kartka i gdzieniegdzie czarny punkt imitujący świstaka albo innego kudłatego zwierza, który operować potrafi sreberkami. Śnieżne zaspy chwilami niemal do połowy kolejkowych szyb, a co jakiś czas do drzew przytwierdzone szufle i łopaty.

Udało się jednak dotrzeć na przełęcz Jungfrau bez machania przez kogokolwiek przyrządem do kopania. Jak wmawiali nam Szwajcarzy, zaczęliśmy stąpać po Top of Europe. Trudno stwierdzić, że to rzeczywiście jest jakiś TOP skoro wokół cała masa rozwieszonych białych kartek. Od białości oczy bolą. Biel pod nogami, przed i za korpusem, a nawet w formie lecącej z nieba zawartości rozprutej pierzynki. Gdybym nie była pod wpływem alpejskiej zauroczeniozy, stwierdziłabym, że śnieżyca i zamieć ograniczająca jakąkolwiek widoczność, a tymczasem śnieżna głupawka. Człek nieznoszący wręcz zimna i zimy, zaczyna obrzucać się śnieżkami, tarzać w białym puchu, zjeżdżać po nim na pupie, robić szpagaty w lodowcowym pałacu, pstrykać zdjęcia „kartkom białym”... Bananisko na twarzy od ucha do ucha i ogólna zimowa w maju szczęśliwość. Pomijam fakt, że jeszcze trochę i zapewne to ogólne na wątpiach szczęście zakończyć się mogło odmrożeniem wszystkich najbardziej odstających od uradowanego ciała członków..

I w najmniej oczekiwanym momencie nastąpił nagle przełom. Pomiędzy jednym na śniegu fikołkiem a drugim. Front uległ załamaniu. Aura stała się bezsilna wobec naszej z nią walki, wobec naszego do niej nastawienia. Zaczęło brakować jej pomysłów jak jeszcze bardziej uprzykrzyć nam życie i w ogólnym zamyśleniu porzuciła dotychczasowe praktyki. I w tym momencie……

Rozstąpiły się chmury na niebie i zaczęło się przejaśniać, a my zaczęliśmy w końcu coś widzieć! No kurcze rzeczywiście jesteśmy w górach, a nie tylko w zaspie śniegu! Widać jakieś szczyty! Widać nawet jęzor wijącego się w dół lodowca Aletsch! I nawet zauważyć można meteorologiczną stację Sphinx, z której podziwiałam przed chwilą rozlane wokół mleko i prognozom której nie tak dawno zupełnie niedowierzałam! Jakie były inne reakcje, patrz: objawy zauroczeniozy, które podane są na wstępie.

A później było już tylko lepiej. Jezioro Genewskie otulone nie tylko górami, ale także tak bardzo wyczekiwanym słońcem. Szwędanie się wzdłuż jeziora pośród nomen omen syberyjskich maczków.. z widokiem na zamek Chillon.. z widokiem na francuskie Alpy..

Montreux-Lozanna-Morges-Genewa. Oto wstęp do sabaudzkiej odmiany zauroczeniozy.

  • Wyczesany zwierz
  • Wyczesana trawa
  • Wąwóz Aare
  • W wąwozie rzeki Aare
  • Interlaken, platan
  • Grindelwald i oczekiwanie na wjazd we mgłę
  • Czego nie widzimy..
  • Czyżby przejaśnienie?
  • Przejaśnienia ciąg dalszy
  • Aletschgletscher
  • Aletschgletscher
  • Nad Jez.Genewskim gdzieś w Morges
  • Syberyjskie maczki
  • Za wodą Sabaudia
  • Zamek Chillon, Montreux
  • Widok z zamku
  • Widok z zamku

Nastały takie chwile, że pogoda padła nam do stóp i robiła co mogła, by zrewanżować się za ostatnie wybryki. A my robiliśmy co mogliśmy, by nie zemdleć z wrażenia, bo to, co zastaliśmy w Chamonix…. 

Po prostu odebrało mi mowę. Podniecenie sięgnęło zenitu. Głupawka pełną gębą. Właściwie to nie pamiętam co wyprawiałam, ale pamiętam uderzenia gorąca. Z wrażenia i ze strachu. Szczególnie na widok kolejki, a dokładniej punktu, do którego zmierzała. I w tej kolejce.. ja.. za chwilę..  

Kapiący z dłoni pot.

Mokry z tego powodu bilet.

Zdrowaśki do wszystkich świętych.

Nogi jak z waty.

Wbijanie pleców w rurkę.

Gapienie się w jeden punkt na szybie.

Za nic w świecie pod nogi.

Co za idiota otwiera szybę!!!!

Prośba, bym zrobiła zdjęcie..

NIE MOGĘ!!!! A tak w ogóle to ratunku i niech mi ktoś w końcu da grunt pod nogi!

 

Przesiadka.Chwila na oddech. 

 

taka cienka linka….

w pionie….

nas…...

yyyyyyyyyyy…..

tak wysokooooo… 

 

Puls 160.

Miętoszenie biletu.

Zagryzanie warg.

Zlane potem czoło.

Czy w końcu ktoś wymyśli pastylkę na lęk wysokości???

W końcu nastał grunt! Na wysokości 3.842m n.p.m. Aiguille du Midi w odległości 8km od Mont Blanc. I ja o dziwo w jednym kawałku. Cała i zdrowa. Szczególnie na ciele, bo na umyśle niekoniecznie. Zauroczenioza robiła swoje. A Sabaudzkie Alpy zaczęły jeść mi z ręki..

Jak w takich okolicznościach zachowywać się normalnie? Najnormalniej w świecie  N I E  D A  S I Ę. Głupawka rządzi. Szczęście targa. Radość rozpiera. I tylko pozostaje chłonąć piękno świata.. nasiąkać widokami.. upajać się błogą ciszą.. 

.. i zbierać siły na kolejkowy zjazd, który dostarczyć może mnóstwo żołądkowych atrakcji.. (skąd ja to znam?)

  • W drodze
  • W drodze
  • Mocząc stopy w jeziorze
  • Linki, czubek i my
  • Rzut okiem w dół
  • Górki i dolinki
  • Górki, dolinki i chmurki
  • Grunt to mieć grunt
  • Rzut okiem na Chamonix
  • Zygzak
  • Mosteczek
  • Sabaudia
  • Kto widzi ludzi ręka do góry
  • Sabaudia
  • Dolna platforma
  • Gęsiego
  • Ptaszyska
  • Sabaudia
  • Sabaudia
  • Sabaudia
  • Sabaudia
  • Sabaudia
  • Mont Blanc (4.810m npm)

Najlepszym sposobem leczenia alpejskiej galopującej zauroczeniozy jest porzucenie myśli, by w ogóle zacząć tę przypadłość leczyć.

Z tą chorobą należy żyć.

A najlepiej robić wszystko, by rozwijać kolejne jej stadia.. typ zimowy, wiosenny, letni, jesienny.. podtyp „na nogach”, „na rowerze”, „na boazerii tudzież jednej desce”, itepe itede..

 

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. kuniu_ock (14.02.2010 5:24) +1 + -
    lol... :D w końcu można wstać z ziemi i się dopisać :D leżałem i kwiczałem :D to już nawet nie skurczo-wzdrygi, a konwulsje jakoweś! :D
    Zazdraszczam Sylwio, zastanawiając się jednocześnie - jak ja bym zareagował na taką jazdę kolejką linową?
  2. stefanr2 (26.01.2010 21:11) +1 + -
    Z powodu mniej przyjemnej choroby musiałem zeszłego lata odpuścić wyjazd do Szwajcarii i Sabaudii.
    Jestem z tego powodu bardzo smutny :-(((
    Ale dzięki Twojemu wspaniałemu opisowi odzyskałem radość i jestem pocieszony tym, że nie tylko mnie odbiła palma na punkcie tej części Europy.
    Biję głębokie pokłony w podzięce.
    Mam nadzieję, że z powodu tej choroby na którą cierpią kolumbowicze, spotkamy się gdzieś pomiędzy Murren a Lauterbrunnen.

    ;-)
  3. sagnes80 (14.12.2009 20:49) +1 + -
    stosuję ten sam sposób na chorobę :)
    świetny tekst :) i piękne zdjęcia :) relacja - rewelacja!
  4. andrzejmkb (21.11.2009 19:55) +2 + -
    Fajny i dowcipny opis!! Qrde, całe szczęście, że są jeszcze tacy, którzy tu umieszczają zdjęcia gór a nie kaczuszek, koteczków, pieseczków itp... :-)))
  5. fiera_loca (21.11.2009 0:50) +1 + -
    dolaczam sie do grona zarazonych...
    fajnie napisane,naprawde,gratuluje...lece ogladac fotki :)
  6. aerodynamiks (20.11.2009 19:29) +1 + -
    ojoj jaki jestem chory ..ojojoj
    ostatnio lekarz zabronil mi ogladania zdjec z "tamtad"
    mówi, ze to nałóg czy cos...uzaleznienie?
    teraz pewnie dostane upomnienie /ostrzezenie za wejscie na Twoja podroz.

    ps. psssss.....duuuze brawo (ale nie mow nikomu)
  7. mr_fixit (17.11.2009 21:36) +2 + -
    świetny język, ubawiłem się:-)
  8. zfiesz (16.11.2009 8:17) +2 + -
    co prawda objawy zarówno kolumberiozy, travellozy, czy zauroczeniozy wszelakiej i u siebie dostrzegam, ale mnie lata temu... kto wtedy o niej słyszał!!!! ...zwykła meksykańska grypa. i tak trzyma do dziś. im dłużej jestem daleko, tym objawy dotkliwsze. całkowicie cię rozumiem sylwio:-)
  9. 2_koty (14.11.2009 14:56) +4 + -
    jejku - też to mam... może dają L4 na łagodzenie objawów górskim powietrzem?
  10. iwonka55h (13.11.2009 13:27) +4 + -
    to chyba pierwszy przypadek tak wielkiej radości z powodu wstrętnego choróbska.

    p.s. ostrzegam przed wyjazdami do Norwegii, tam objawy mogą się nasilić.
  11. dino (12.11.2009 21:55) +3 + -
    na kolumberiozę też cierpię, ale na to zwykły psychiatra pomaga..... :)
  12. kubdu (12.11.2009 20:50) +4 + -
    Dziękuję, że mogę i pooglądać (zdjęcia) i poczuć (opis). Ale to z całą pewnością zaraża szybciej niż grypa !
  13. lmichorowski (12.11.2009 20:23) +5 + -
    Cóż, wszyscy jesteśmy chyba zainfekowani tą chorobą, która ma wiele odmian. A po Twojej relacji i pięknych zdjęciach czuję, że znowu mnie bierze... Pozdrawiam.
  14. rebel.girl (12.11.2009 15:43) +6 + -
    !!!!!
    bosh... ;)))

    no i skąd ja to znam? niemal déjà vu... poza tym - do alpejskiej zauroczeniozy i travellozy poświatowej mogłabym dorzucić jeszcze parę innych chronicznych schorzeń... np. kolumberiozę... nawet skierowanie na odwyk dostałam - tym łapczywiej chwytam w zęby ostatnie kęsy i unoszę ze sobą... padło na twoje mięsko, tym lepiej dla mnie ;) wspaniałości ;)
  15. zipiz (12.11.2009 15:18) +6 + -
    dino... leżę również.... kaszelek mną telepocze na przemian z tektonicznymi ruchami żeber... aż się boję czy pikawka wytrzyma, choć mówią, że śmiech to zdrowie... więc śmieję się i śmieję, a jak już się opanowałem, to postanowiłem raz jeszcze przeczytać ostatecznie zwycięską walkę Deżawi z naturą i... efekt był identyczny! Szkoda, że tylko jednego + mogę Ci podarować :(

    Na szczęście jeszcze zdjęcia przede mną... :)))) ale i tak już Ci bardzo dziękuję!!!
  16. dino (12.11.2009 0:53) +6 + -
    leżę, nie mogę się podnieść,
    nie wiem, czy to z powodu nagłego napadu śmiechu dostałem ciężkiego bólu przepony, czy też odezwała się moja choroba....travelloza poświatowa...objawia się takim nostalgicznym pragnieniem ucieczki gdzieś daleko na otwartą przestrzeń, na płasko lub w górach lub na morze, byle dalej.... i jak ci taka cholera wejdzie w kości to się trudno pozbierać....

dejavu.pl

sylwia t.
Punkty: 8909