W drodze na bałkany zaplanowaliśmy sobie przystanek z jednym noclegiem na maleńki łyk nastroju i smaku stolicy dawnego imperium. Podróż przebiegła bez zakłóceń, jedynie nieznośny upał atakujący przy każdym wyjściu z samochodu dawał się nieco we znaki.
Na czeskim parkingu tuż nad granicą austriacką cyganka podająca się za obywatelkę byłej jugosławii próbowała ode mnie uzyskać środki pieniężne niezbędne jej w podróży do domu jak stwierdziła. Oczywiście nie żebrała tylko była gotowa zrewanżować mi się potężnie wyglądającym sygnetem ze złota o wspaniałej próbie jak zapewniała. Niestety nie jestem amatorem takiej biżuterii...
Na ostatniej stacji po stronie czeskiej gdzie zatrzymaliśmy się w celu nabycia winiety doszło do przezabawnej sytuacji. Dziewczyna o zjawiskowych kształtach będąca częscią załogi tej stacji zaproponowała mycie szyb. Samochód był czysty więc nie widziałem takiej potrzeby. Stojący przy sąsiednim dystrybutorze mocno starszy pan jadący samochodem z austriacką rejestracją z ochotą przystał jednak na tę propozycję, mimo że jego auto było nawet bardziej czyste niż nasze. Kiedy odjeżdżaliśmy, on patrząc z anielskim uśmiechem na twarzy na uwijającą się z płynem do szyb dziewczynę, mrugnął do nas pokazując dłoń z wyciągniętym do góry kciukeim:-)
O Wiedniu ciężko jest coś sensownego napisać spędzając w nim jedno popołudnie. To miasto wymaga zdecydowanie dłuższego czasu i spokoju przy zwiedzaniu. Tym razem był to raczej dłuższy rodzinny, wakacyjny spacer niż zwiedzanie. Nawet zdjęć wiele nie zrobiłem, bo te najlepsze trzeba wychodzić, raczej nie w opętanym wakacyjnym tłumie, mając rodzinkę ze sobą. No chyba że się chce zrobić reportaż:-)
Celem i bazą na ten urlop był Piran. Zjawiskowe miasteczko na riwierze słoweńskiej zbudowane przez Wenecjan. 'Odkryli' je nasi serdeczni znajomi. Moim zdaniem jeśli chodzi o wakacje to miejsce jest idealne z jednym minusem - brak piaszczystej plaży. Taka jest dostępna w odległym o 4-5 km Portoroz (Port Róż - też mi się strasznie podoba ta nazwa:-) ), będącym ogromnym kurortem ze wszystkimi jego wadami - tłumami ludzi, hałasem i światełkami a la Las Vegas. Jeśli plaża nie jest totalnie niezbędna to spokojnie można się rozkoszować spokojem, ciszą i klimatem tego nadmorskiego miasteczka. To że centrum letniej rozrywki jest położone gdzie indziej powoduje, że wąziuteńkimi uliczkami można się snuć w zupełnym spokoju, bez pośpiechu i przepychanek niezależnie od pory dnia. Zegar na kościelnej wieży wybijający kwadranse cudownie melodyjnymi dźwiękami dołącza się do tego szczególnego nastroju. A o poranku w porcie kupić świeże ryby i owoce morza od miejscowych rybaków. Czegóż chcieć więcej?
Ceny zdecydowanie przystępniejsze dla obywateli Niemiec czy Włoch. Dla nas odrobinę wysokie. No ale to w końcu wakacje, prawda?:-)
Mieszkaliśmy w apartamencie położonym przepięknie na klifie otaczającym zatokę z mieszczącym się w niej portem. Widoki nizapomniane.
Najbardziej niezwykłe miejsce jakie było nam dane zobaczyć podczas tego wyjazdu. Zasłużona pozycja listy światowego dziedzictwa UNESCO. Jedne z najpiekniejszych i największych jaskiń w tej części świata. Z dodatkową atrakcją w postaci kanionu podziemnej rzeki Reka.
Niestety w jaskiniach nie wolno robić zdjęć. W sumie kiedy weszliśmy do środka zrozumiałem od razu skąd taki zakaz. Otóż wrażenia są tak oszałamiające, że jeśli dopuszczonoby możliwość fotografowania, to bez użycia siły nikt z obsługi nie byłby w stanie zmusić turustów do podporządkowania się tempu i porządkowi zwiedzania. Widziałem sporo jaskiń w swoim życiu, ale takich wrażeń nie dostraczyły mi dotąd żadne ze zwiedzanych wczęsniej.
W części 'suchej' największe wrażenie robi ogrom i przestrzeń podziemnych grot połączona z niespotykaną wielkością i bogactwem form wszelkich znanych form naciekowych. Gigantyczne, kilkunastometrowe stalagmity, bajecznie kolorowe i niewyobrażalnie piękne skalne wodospady, figury, stalaktyty - totalny odlot!
W części mokrej coś co tygrysy lubią najbardziej - podziemny kanion o wysokości przekraczającej w niektórych miejscach 100 metrów. Wąskie ścieżki wiodące jego urwistymi brzegami. Mroczna kipiel szalejąca gdzieś głęboko w ciemności, lub wyłaniające się z tej ciemności rwące wodospady w miejscach oświetlonych. Niecichnący huk przewalających się opętańczo tysięcy litrów wody. Unosząca się w powietrzu tropikalna wilgoć, tyle że w dość niskiej temperaturze. I miejsce wywołujące u bardziej wrażliwych zawroty głowy - kładka przerzucona pomiędzy obydwoma brzegami kanionu na wysokości 50 metrów nad jego dnem. Obrazek nieodparcie przywodzący na myśl "Włądcę pierścieni" i przeprawę przez Moria. Coś niesamowitego. Zdjęć nie ma - trzeba zobaczyć na własne oczy:-)
Słowenia to dobry kraj urlopowy dla miłośników wina. Akurat piszący te słowa nieskromnie określa się jako członek tego zacnego grona;-) Trafiłem gdzieś na wzmiankę o winnicy o pięknej nazwie Tilia, co oznacza po prostu lipę. Aż mi Kochanowskim zaleciało:-) Poszukałem kontaktu i zadzwoniłem do właścicela - Pana Matjaza Lemuta. Nieszczęśliwie się złożyło że akurat był za granicą, ale stwierdził że z przyjemnością przyjmie nas jego ojciec. Pojechaliśmy. Winnica leży w dolinie Vipavy. To jeden z najlepszych regionów winiarskich w Słowenii. Z jednej strony oparty o przedmurze słoweńskich Alp, z drugiej otwarty nizinnie na Adriatyk. W drodze do rodziny Państwa Lemutów złapała nas taka ulewa, że zacząłem się zastanawiać czy to jakiś znak. Ale najbardziej przykuły moją uwagę spotykane raz po raz stojące przy drodze wyświetlacze pokazujące prędkość wiatru. Nie miałem pojęcia z jakiego powodu tam stoją. Dopiero długa rozmowa ze wspomnianym ojcem właściciela winnicy uświadomiła mi ich przeznaczenie. Ale po kolei. Niezmiernie miły starszy i posiwiały pan przywitał nas mieszanką języka włoskiego, angielskiego i niemieckiego. Mimo tego małego językowego kłopotu spędziliśmy przemiłe popołudnie degustując po kolei reprezentatywną selekcję produktów jego syna, dyskutując o burzliwej historii i teraźniejszości umilanej takimi rozkoszami jak wino czy prosciutto - w tym regionie nazywane 'prsut'. Okazało się też, że wspomnane wskaźniki siły wiatru są po prostu sposobem ostrzegania kierowców. Kiedy Bora nadciąga znad Adriatyku to potrafi wiać z taką siłą, że z łatwością może zmiatać samochody z drogi. W okresie takich nawałnic drogi są zamykane i żeby nikt nie został zaskoczony, w bardzo wielu miejscach prędkośc wiatru jest na bieżąco wyświetlana.
Z uwagi na rolę kierowcy jaką odpowiedzialnie pełniłem ograniczyłem się do czystej degustacji i nie wyszedłwm poza bukiet i smak boskich trunków winnicy Tilia. Do Polski pojechała z nami jednakże solidna skrzyneczka zawierająca sporo butelek z płynami złotymi i rubinowymi wybranymi podczas degustacji:-)
Mając to cudo na wyciągnięcie ręki - Piran leży jakieś 120 km od Wenecji - grzechem byłoby nie odwiedzić znów tej perełki. Pogoda nie była zachęcająca, ale ryzykując wyruszyliśmy nad ranem. Trzeba było przejechać Triest i pomknąć prosto kawałek autostradą. Dotarliśmy na miejsce po siódmej. Tutaj też nie rzyjechałem dla eć, bo do tego trzeba by się zupełnie inaczej nastawić i zorganizować. Ale to miasto o poranku jest zdecydowanie ciekawsze niż w środku dnia, kiedy milionowy tłum zaleje jego wąskie uliczki. Wczesnym rankiem sprawia wrażenie niezmiernie przyjaznego dla przybysza z daleka. Nie widać pośpiechu, nikt nie biega, nie przepycha się, nie krzyczy, nie ustawia kolejnej grupy japończycków do zbiorowej fotografii (nie mam nic do japończyków!:-) ). Starsze panie otwierają okiennice swoich mieszkań w kamienicach pamiętających czasy kilka wieków wstecz. W wąskich uliczkach zaczyna się rozchodzić zapach świeżo parzonej kawy, pitej bez pośpiechu przez pierwszych bywalców małych, pustawych jeszcze kafejek. Nieco zaspani właściciele otwierają podwoje swoich kramów, sklepików i rozkładają swoją ofertę w oczekiwaniu na pierwszych klientów. Na kanałach nie ma jeszcze typowego turystycznego ruchu gondol - uwijają się za to dostawcy towarów, śmieciarki, jeszcze puste wodne tramwaje.NIkt nie zasłania widoku każdego, najmniejszego detalu wypatrzonego wśród oszałamiającego bogactwa architektury tego niezwykłego miasta. Tak mi się ten nastrój podobał, że nawet nie robiłem wielu zdjęć tylko chłonąłem go z ogromną przyjemnością.
Kiedy w południe doszliśmy w coraz bardziej gęstniejącym tłumie do placu Św. Marka stwierdziliśmy że tę wycieczkę tutaj zakończymy. Po zjedzeniu nieprzyzwoicie drogiej i nieprzyzwoicie marnej pizzy wróciliśmy do Piranu:-)
Tym razem to był króciutki urlop. Ale bardzo udany. Spędzony w pięknych miejscach. Pełen spokoju i całkiem sporej liczby udanych zdjęć.
Do Krakowa wracaliśmy szczęśliwie bez żadnych utrudnień przejeżdżając Słowenię, Austrię i Czechy. Utknęliśmy w korkach dopiero pod Pszczyną. Ale co tam korki po takich miłym tygodniu:-)
Zaloguj się, aby skomentować tę podróż
Komentarze
-
No nawet jesli bym cos podejrzewal to chcialem cos szybkiego i - o zgrozo - taniego:-)
-
No ale to,że broń boże pizza w Wenecji to powinieneś był wiedzieć .
-
i biorę się do zupy dyniowej... ;)
-
a plusiki ja mogę porozdawać ;)
-
oj, tam. dasz radę ;)
-
A taki maly ekranik przynajmniej trudniej trafic jogurtem przy parskaniu:-D
-
Kurde klikam na komorce przez opere bo jestem daleko i cos ta przegladarka plusikow nie pozwala wcisnac. Beda musialy poczekac az sie podlacze czyms bardziej standardowym.
-
Plucie czy parskanie - z udzialem jogurtu efekt jest taki sam:-P
-
no ba. parskamy raczej. z radości i zachwytu ;)
-
To jeszcze plujecie przy tym??? Jak dzieci, jak dzieci...:-))
-
mhm... oraz jogurt na monitorze ;)))
-
Jak Wy jecie przy tych komputerach?:-P Okruszki w klawiaturze i te sprawy?
-
a ja dodam za rebel, że.. bardzo przyjemnie spędzić można również czas przy kolacji:)
-
dokładnie tak :)
-
nie wiem o jaki dojazd płatny chodzi, bo niczego takiego nie spotkałem. no chyba że się chce wjechać do ścisłego centrum. ale to jest tak małe i ciasne, że nie widzę innej możliwości.
-
Wspaniale zobaczyć zdjęcia z Piranu. Przypominają mi o mojej własnej wycieczce do Słowenii podczas której zepsuł mi się aparat i przywiozłam tylko kilka zdjęć. Pozdrawiam!
-
Rzeczywiście Piran to magiczne miejsce. Bardzo fajnie rozwiązali problem z dojazdem - jedna droga, do tego płatna. A czy jesteś pewien co do tej piaszczystej plaży w Portoroż? Myślałem, że jedyna taka mieści się w Słowenii w miejscowości Ankaran. BTW. Bardzo fajna relacja :)
-
cała przyjemność po mojej stronie:-) hmmm... śniadanko... właśnie sobie pomyślałem o śniadankach na tarasie widocznym częściowo na ostatnim zdjęciu:-)
-
piękny tydzień... ;) świetne zdjęcia i naprawdę fajnista relacja. bardzo przyjemnie spędziłam czas przy śniadaniu, dzięki! ;)
-
Jeszcze tylko dodam - bo wcześniej pisałam po przeczytaniu tekstu jedynie - zdjęcia robisz cuuuuuucne! Potrajam plusy za każde!
-
Baaardzo mi się podobała relacja! Napisana ciekawie, przejrzyście... A co do Wenecji wcześnie rano - absolutnie podzielam zachwyt! W Wenecji z reguły omijam San Marco, Rialto i te wszystkie trasy turystyczne, ale San Marco o 7 rano wspominam bosko. Po nocy spędzonej w pociągu, nieprzespanej, z bólem głowy i podpuchniętymi oczami, chroniąc wzrok przed światłem stałam w podcieniach pustego jeszcze z rana Piazza San Marco i chłonęłam wszystkimi zmysłami ten spokój, tę ciszę... Tłumy w Wenecji mają jeden plus (trochę jak ta koza z dowcipu) - kiedy ich nie ma, doceniasz urok tego miasta o wiele bardziej, niż gdyby ich tam nigdy nie było...
Mnie tylko leciutko zakłuło, że przejechaliście tak mimochodem przez mój ukochany Triest, no ale rozumiem... Wszystkiego się nie da... Słowenia jest piękna i godna polecenia, gratuluję urlopu:)
Ładuję...




obserwuj