Bangkok lotnisko, szybkie wyjście z samolotu przed 300 innymi pasażerami i lekki trucht za parą pewnie wyglądających turystów w poszukiwaniu okienek wizowych. Trzeba się spieszyć bo inaczej spędzimy na tych formalnościach kilka godzin. Znajdujemy najmniej oblegane okienko i po odstaniu 0,5 godziny dowiadujemy się, że... obywatele naszego pięknego kraju przyjmowani się w innym terminalu, gdzie kolejka jest 4 razy dłuższa. Wiemy, bo byliśmy tam wcześniej :/ Trudno, już bez truchtu idziemy na II terminal. Kolejka wije się i zakręca ze 4 razy, Beata idzie pluskać się do łazienki, a ja stoję. Formalności kosztowały nas 2 godziny i 1000 bahtów razy dwa z portfela (ok. 26$/osobę). Trochę niepokoją nas nieodebrane z pasa bagaże, ale jak się okazuję bezpodstawnie. Nasze dwa garby, leżące na środku ogromnej hali, miały przez ostatnie godziny osobistego ochroniarza, a raczej całkiem ładną ochroniarkę :-)
Zakładamy plecaki i z przyjemnej klimy wychodzimy w istny tropik. Wygląda to mniej więcej tak, że rozsuwają się drzwi, a ty wchodzisz w takie wilgotną, parną, ciepłą zawiesinę, która oblepia cię, twoja koszula szybko zmienia kolor, a ty oddychasz jak ryba i tęsknym wzrokiem odprowadzasz zasuwające się właśnie drzwi od klimatyzowanej sali lotniska. Bierzemy taksówkę, nie autobus, bo air-conditioned i nie trzeba czekać. Poza tym wiemy gdzie chcemy jechać - Khao San Road – mekka podróżników w Bangkoku. Pakujemy graty do bagażnika i ponownie mamy komfortowe 20 st. C. Kierowca coś próbuje wyjaśniać, że trudno tam dojechać, że "zamknięte i nie da rady", ale te numery znamy i twardo obstajemy przy swoim: ma być KSR i już. Taksówkarz wzbudza w nas jednak pewne zaniepokojenie - wygląda dziwnie, tak jakby niedomyty po goleniu. I samochód brudny - szyby wymazane jakimś gipsem. Przejazd z lotniska do centrum zajmuje nam ok. 1,5 godziny. Generalnie im bliżej celu tym ciaśniej na ulicy. Po drodze dociera do nas, że trafiliśmy na jakieś wielkie święto - sklepy i urzędy zamknięte, ba... zabarykadowane, mnóstwo narodu na ulicach. Tajowie bez różnicy czy dorośli czy dzieci, mokrzy, bo oblewają się wodą i wymazani czymś białym na twarzach. To Songkran – taki tajski sylwester. Witamy w roku 2549!
W pobliże KSR ostatecznie docieramy na piechotę. Taksówkarz miał rację - ten fragment miasta jest zamknięty z powodu święta. Jakoś udaje się nam dotrzeć do upatrzonego wcześniej, w miarę zacisznego hotelu. Na częste zachęty do zabawy reagujemy błagalnym „No, thank you” wskazując na nasze aparaty. O dziwo działa, Tajowie jak się okazuje są super delikatni i kulturalni. Recepcjonista hotelu uświadamia nas co do dzisiejszego święta, który to zależnie od regionu kraju świętuje się od 1 dnia (na południu) do tygodnia (na północy Tajlandii). Oblewanie wodą i mazanie talkiem symbolizuje oczyszczenie z grzechów całego ubiegłego roku. Zwyczaj, podobnie jak w przypadku naszego lanego poniedziałku, zaczął się lekko wymykać spod kontroli i z każdym rokiem wody leje się coraz więcej, a małe kubełki zastępowane są coraz większymi wiadrami. Warto jednak zaopatrzyć się w np. pistolet na wodę i przyłączyć się do zabawy, szczególnie, że aura jak najbardziej temu sprzyja.
Zostawiamy wszystkie cenne i przemakalne przedmioty i ruszamy na pobliski KSR, który dosłownie tonie w ludziach. Jeśli ktoś był na Love Parade w Berlinie to tak wyglądała ta ulica podczas Songkran. Po 5 minutach jesteśmy totalnie mokrzy i wymazani białą mazią. Oblewają się przechodnie (chociaż tłok spory), ale woda leje się także z okien hoteli, których bardzo dużo na tej ulicy. Tłumek międzynarodowy, ale chyba więcej turystów niż Tajów. Po kilku godzinach wracamy do hotelu. Przyjemnie jest chodzić w mokrym ubraniu gdy na zewnątrz ponad 30 st. C.
Wieczorem jeszcze wyskakujemy na nad rzekę, aby przypadkowo być świadkami wyborów lokalnej Miss. To ponoć obok „lanego poniedziałku” obowiązkowy punkt obchodów Songkran.
Zakładamy plecaki i z przyjemnej klimy wychodzimy w istny tropik. Wygląda to mniej więcej tak, że rozsuwają się drzwi, a ty wchodzisz w takie wilgotną, parną, ciepłą zawiesinę, która oblepia cię, twoja koszula szybko zmienia kolor, a ty oddychasz jak ryba i tęsknym wzrokiem odprowadzasz zasuwające się właśnie drzwi od klimatyzowanej sali lotniska. Bierzemy taksówkę, nie autobus, bo air-conditioned i nie trzeba czekać. Poza tym wiemy gdzie chcemy jechać - Khao San Road – mekka podróżników w Bangkoku. Pakujemy graty do bagażnika i ponownie mamy komfortowe 20 st. C. Kierowca coś próbuje wyjaśniać, że trudno tam dojechać, że "zamknięte i nie da rady", ale te numery znamy i twardo obstajemy przy swoim: ma być KSR i już. Taksówkarz wzbudza w nas jednak pewne zaniepokojenie - wygląda dziwnie, tak jakby niedomyty po goleniu. I samochód brudny - szyby wymazane jakimś gipsem. Przejazd z lotniska do centrum zajmuje nam ok. 1,5 godziny. Generalnie im bliżej celu tym ciaśniej na ulicy. Po drodze dociera do nas, że trafiliśmy na jakieś wielkie święto - sklepy i urzędy zamknięte, ba... zabarykadowane, mnóstwo narodu na ulicach. Tajowie bez różnicy czy dorośli czy dzieci, mokrzy, bo oblewają się wodą i wymazani czymś białym na twarzach. To Songkran – taki tajski sylwester. Witamy w roku 2549!
W pobliże KSR ostatecznie docieramy na piechotę. Taksówkarz miał rację - ten fragment miasta jest zamknięty z powodu święta. Jakoś udaje się nam dotrzeć do upatrzonego wcześniej, w miarę zacisznego hotelu. Na częste zachęty do zabawy reagujemy błagalnym „No, thank you” wskazując na nasze aparaty. O dziwo działa, Tajowie jak się okazuje są super delikatni i kulturalni. Recepcjonista hotelu uświadamia nas co do dzisiejszego święta, który to zależnie od regionu kraju świętuje się od 1 dnia (na południu) do tygodnia (na północy Tajlandii). Oblewanie wodą i mazanie talkiem symbolizuje oczyszczenie z grzechów całego ubiegłego roku. Zwyczaj, podobnie jak w przypadku naszego lanego poniedziałku, zaczął się lekko wymykać spod kontroli i z każdym rokiem wody leje się coraz więcej, a małe kubełki zastępowane są coraz większymi wiadrami. Warto jednak zaopatrzyć się w np. pistolet na wodę i przyłączyć się do zabawy, szczególnie, że aura jak najbardziej temu sprzyja.
Zostawiamy wszystkie cenne i przemakalne przedmioty i ruszamy na pobliski KSR, który dosłownie tonie w ludziach. Jeśli ktoś był na Love Parade w Berlinie to tak wyglądała ta ulica podczas Songkran. Po 5 minutach jesteśmy totalnie mokrzy i wymazani białą mazią. Oblewają się przechodnie (chociaż tłok spory), ale woda leje się także z okien hoteli, których bardzo dużo na tej ulicy. Tłumek międzynarodowy, ale chyba więcej turystów niż Tajów. Po kilku godzinach wracamy do hotelu. Przyjemnie jest chodzić w mokrym ubraniu gdy na zewnątrz ponad 30 st. C.
Wieczorem jeszcze wyskakujemy na nad rzekę, aby przypadkowo być świadkami wyborów lokalnej Miss. To ponoć obok „lanego poniedziałku” obowiązkowy punkt obchodów Songkran.
Ładuję...

obserwuj