Ładuję...

kolumber.pl


20 +
2009-09-02 - 2009-09-27

Cyklady 2009 - nasze wielkie greckie wakacje.

Opisywane miejsca: Ateny, Adámas, Oia, Páros, Syros, Mýkonos (382 km)
Typ: Blog z podróży

Ateny 2009-09-13

A więc stało się…

Po burzliwej dyskusji na temat lokalizacji tegorocznych wakacji padło znowu na Grecję. W zasadzie tak naprawdę było to już przesądzone od czasu ubiegłorocznego powrotu z Krety, ale tak na wszelki wypadek przedyskutowaliśmy wszystkie możliwe opcje i zdecydowaliśmy,
że nie dla nas Egipty, Turcje i inne tam…
Rezerwacja biletów lotniczych do Aten rozwiała wszelkie wątpliwości
(o ile takie były) i uświadomiła nam, że po raz pierwszy jedziemy zupełnie sami bez żadnego biura podróży, bez rezydentów, wycieczek fakultatywnych, itp.
Poszukiwania kwater i połączeń promowych przy dzisiejszym stanie Internetu jest banalnie proste.
Większość potrzebnych nam informacji zdobyliśmy dosłownie w kilka dni. Później po prostu dopracowywaliśmy nasz „rozkład jazdy”.
PLL LOT zaskoczył nas na plus bardzo sprawną, sympatyczną obsługą, cateringiem.
Rozczarował – opóźnionym startem z Warszawy, ale wszystko można wybaczyć… Myślami byliśmy już na Cykladach.

Ateny przywitały nas upałem oraz wielonarodowym zgiełkiem na lotnisku Venizelos.
Oddaliśmy bagaż do przechowalni i autobusem X95 pojechaliśmy na Syntagmę.
Z powodu opóźnienia naszego samolotu musieliśmy ograniczyć nieco nasze plany co do greckiej stolicy. Zrezygnowaliśmy więc z wspinaczki na Likavitos i najpierw udaliśmy się na zwiedzanie świątyni Zeusa pamiętając, że w roku ubiegłym zamknięto nam bramę przed nosem…
Następnie ruszyliśmy w stronę Akropolu, chcąc zaliczyć nowo otwarte muzeum.
Niestety. Zaliczyliśmy, ale pierwszą wtopę podczas tego wyjazdu.
Muzeum zamykano o 19.00 i strażnik przy wejściu nie wpuszczał już nikogo na pół godziny wcześniej!
No cóż… Może następnym razem?

Powłóczyliśmy się po Monastiraki, zjedliśmy gyrosa na Place, pogapiliśmy się na zmianę warty i złapaliśmy powrotny autobus na lotnisko,
gdzie zamierzaliśmy przeczekać większą część nocy.
Wodolot odpływał z Pireusu dopiero o 7.05 rano, jednak coś mnie podkusiło aby pojechać do portu już ok. 3.00 … 
Złudne marzenia o jakichkolwiek udogodnieniach dla turystów w porcie prysnęły niczym mydlana bańka.
   Pireus w nocy przypomina pustynię.
Nie można zjeść, napić się ani też przysiąść gdzieś wygodnie.
Cóż, za ciekawość się płaci – spędziliśmy więc 3 godzinki koczując na nadbrzeżnej ławce, gapiąc się w cumujący o 10 metrów od nas katamaran, który rankiem miał nas zawieźć na Milos. Całe szczęście gość z obsługi wodolotu widząc dwoje tak wytrwałych klientów SeaJeta zlitował się
i przyniósł nam 2 kubki pysznego shake’a o smaku owocowym
i czekoladowym.
Pogaduszki z nim zdecydowanie skróciły nam czas oczekiwania na świt…
Od ok.6.00 port zaczął się zapełniać i niebawem przed wodolotem zebrał się niezły tłumek.
Na pół godziny przed odjazdem wpuszczono nas na pokład i dokładnie o 7.05 opuściliśmy port w Pireusie kierując się powoli w stronę Milos…  
Dwugodzinny rejs minął nam stosunkowo szybko.
Morze było spokojne, lekkie monotonne bujanie usypiało.
Wykorzystaliśmy więc ten czas na szybką regenerację sił po nocnym czuwaniu w porcie.

Milos 2009-09-02

   Milos przywitało nas dziesiątkami żaglówek cumujących w Adamas. Miasteczko sprawiało wrażenie stosunkowo niewielkiego, o typowo cykladzkiej białej kubistycznej zabudowie. Sprawnie się „wyokrętowaliśmy” i ruszyliśmy wzdłuż nabrzeża na poszukiwania przystanku autobusowego.
Podróż KTEL-em trwała zaledwie kwadrans. Spędziliśmy te piętnaście minut z nosami przyklejonymi do szyby, chłonąc widoki jakie oferowała nam wyspa.
W końcu nasz cel  został osiągnięty. 
Pollonia to mała, cicha rybacka wioska.
Mieszkańcy zajmują się połowem ryb, niektórzy pracują w oddalonej o kilka kilometrów kopalni. Turystycznie ten region dopiero się rozwija. Nie ma tutaj hoteli-molochów, tłumów wrzaskliwych turystów… Jest cicho i spokojnie.   
   Pollonia to kilkanaście domków skupionych wokół maleńkiego portu,
gdzie cumują jachty i łódki rybaków. Pollonia jednak to również półwysep Pelekouda oddalony od portu o ok.300 metrów cypel wrzynający się w morze, gdzie pobudowano całe osiedle małych, białych piętrowych domów – typowo pod wynajem. Tam właśnie mieszkaliśmy. Za dwuosobowy pokój z łazienką, klimatyzacją oraz przecudownym małym gankiem ocienionym oliwkami płaciliśmy 44 euro za dobę. Tuż obok za 150 euro można było wynająć cały domek dla 6 osób. Moim zdaniem ceny zupełnie umiarkowane, do przyjęcia. Gospodarzem był Christian - Niemiec osiadły na Milos w 1969 roku. Jego ofertę możecie obejrzeć na stronie: www.milosmilos.de . Jeżeli ktoś chce spędzić wakacje w ciszy i spokoju, z prywatną pustą plażą
i zagwarantowanym przepięknym zachodem słońca za niewielkie pieniądze – polecam szczerze. Pozostały czas w dniu przyjazdu poświęciliśmy na rekonesans po najbliższej okolicy.
   Kilka godzin wystarczyło nam, aby dogłębnie poznać Pollonię. Życie toczy się tam własnym, greckim tokiem. Nikomu nigdzie się nie spieszy. Jest cicho, wszyscy są uśmiechnięci i najwyraźniej zadowoleni z takiego status quo. Dopiero wieczorem w tawernach rozlokowanych przy porcie zobaczyliśmy więcej ludzi. Z wolnym stolikiem nie było jednak najmniejszego kłopotu, a souvlaki z frytkami, ryżem i sałatką grecką okazały się być chyba najlepszymi jakie dotychczas jadłem.
   Następny dzień postanowiliśmy spędzić aktywnie.
Ponieważ z Pollonii można wydostać się autobusami KTEL albo o 7.10 albo dopiero o 10.50 zdecydowaliśmy, że spacer dobrze nam zrobi na wieczorne obżarstwo i ruszyliśmy drogą w stronę Adamas.
Około 40 minut zajęło nam dojście do Filakopi, ruin starożytnego miasta, jednego z najważniejszych miejsc osadnictwa z okresu lat 3300 - 1100 p.n.e. Prace wykopaliskowe rozpoczęto tam w latach 1896 – 1899,
a tzw. „Mur Cyklopów” zbudowany z wielkich głazów pochodzenia wulkanicznego rzeczywiście robi wrażenie. Teren jest ogrodzony, jednakże zwiedzanie możliwe jest nieodpłatnie.
Wypaleni słońcem ruszyliśmy dalej na zachód i dosłownie po kilku minutach doszliśmy do Papafragas.
    Papafragas to trzy małe ukryte zatoczki, które z głównej drogi wyglądają jak podłużne dziury w ziemi.Gdy podejdzie się bliżej dopiero widać ich piękno. Strome, niemal pionowe ściany i morze wlewające się do wnętrza o dobre kilkanaście metrów poniżej. Są to po prostu jaskinie morskie z zarwanymi sufitami. Całość sprawia niezapomniane wrażenie.Jedna z zatok dysponuje nawet mikroskopijnej wręcz wielkości piaszczystą plażą,  jednak kiedy zobaczyliśmy zejście wykute w skale, przestałem się dziwić dlaczego całość jest ogrodzona linami a tabliczka ustawiona nieopodal zakazuje zejścia na dół.
Nadmiar wrażeń i coraz mocniej operujące słoneczko sprawiło, że przeprosiliśmy się z KTEL-em i na najbliższym przystanku złapaliśmy jadący do Adamas autobus. W głównym porcie Milos przy nabrzeżu cumują stateczki pływające dookoła wyspy. Ponieważ mieliśmy wcześniej upatrzony własny typ – „Delfini Express” za 30 euro oferujący wszystko to, czego oczekiwaliśmy – załatwienie biletów na dzień następny nie zajęło nam zbyt wiele czasu.
Rzut oka na tablicę rozkładu jazdy KTEL i szybka decyzja – jedziemy do Tripiti!  
   Kierowca wysadza nas przy tabliczce na napisem „Catacombes”.
Tam właśnie chcemy się dostać. Po kilkunastominutowym spacerze w dół zbocza docieramy na miejsce. Kolejne zaskoczenie – słynne katakumby czynne są do godziny 13.00 i dzisiaj już nici ze zwiedzania! Koszmar!
Panie z obsługi są tak miłe i otwierają nam furtkę za którą rozpoczyna się stroma ścieżka prowadząca do Klimy. Korzystamy skwapliwie i przez następne kilkanaście minut schodzimy w stronę morza po krętej, miejscami brukowanej dróżce wijącej się wśród spalonej słońcem skąpej roślinności.
Do samej Klimy można dojechać również samochodem. Odkrywamy to, widząc co najmniej kilkanaście aut i skuterków zaparkowanych na wąskiej asfaltowej drodze dochodzącej na tyły domków w wiosce.
   Klima to kilkanaście typowych dla Cyklad białych pudełek z różnokolorowymi okiennicami i drzwiami. Wszystkie mają na parterze garaże dla łodzi.
Takie budownictwo to sirmata. Ciężko przejść przed nimi suchą nogą.
Fale praktycznie obmywają drzwi domostw. Niesamowite wrażenie,
choć nieco tu brudno – morze wyrzuca spore ilości wodorostów, których nikt nie uprząta i leżą sobie po prostu wydając na słońcu lekki fetorek…
Nikomu to nie przeszkadza, ani nam – ani kilkudziesięciu innym turystom wałęsającym się po wiosce. W końcu jesteśmy w słynnej Klimie, pokazywanej na każdym dotyczącym Milos folderze. Siedzący przed domkami mieszkańcy są jakby zobojętniali na przechodzących ludzi. Wyglądają jak żywe eksponaty w greckiej Cepelii. Brakuje mi tutaj autentyzmu, klimatu… Nie wiem.
Może moja opinia jest krzywdząca, ale Klima wydaje mi się jakaś sztuczna, nieprawdziwa…
   W palącym słońcu wracamy do Tripiti. Non stop pod górkę asfaltem. Zbocze góry, na którą wchodzimy jest podziurawione niczym szwajcarski ser. To dziesiątki grót najprawdopodobniej służących do pochówku pierwszych chrześcijan, tak jak pobliskie katakumby. Teraz wykorzystywane są jako schronienie dla kóz… O dziwo kondycyjnie dajemy radę i po niedługim czasie zagłębiamy się w wąskie uliczki Tripiti i docieramy do samej Plaki.
   Plaka to oficjalna stolica Milos. Urokliwe miasteczko nad którym dominuje Kastro, zostało podobno zbudowane z kamieni zebranych na pobliskich wykopaliskach. Robimy sobie przerwę na obiadek w maleńkiej tawernie zawieszonej na szczycie stromych schodów. Następny cel to najwyższy punkt okolicy – Kastro. Ruiny zamku zbudowanego w tym miejscu przez Wenecjan u schyłku XIII wieku. Widok z góry zapiera dech w piersiach. Widać całą zatokę Milos, Adamas wraz z okolicznymi miasteczkami, całe północne wybrzeże… Spędziliśmy tam godzinkę gapiąc się po prostu dookoła, tak aby nacieszyć oczy tym niepowtarzalnym widokiem. Szczerze mówiąc bardziej niż słońce doskwierał nam meltemi. Wiało na górze strasznie. Przykleiliśmy się do ruin, bo czasami ciężko było ustać na nogach. Tuż obok zamku jest kościółek Mesa Panagia, który również odwiedziliśmy schodząc powoli w dół do Plaki.
Dzień pełen wrażeń mijał powoli, a my chcieliśmy jeszcze zdążyć na zachód słońca do naszego domku w Pollonii…

   7 sierpnia. Budzimy się wcześnie i już o 7.10 jedziemy autobusem do Adamas.
„Delfini Express” leniwie kołysze się przy portowym nabrzeżu.
Przypominamy się kapitanowi, otrzymujemy bilety i wchodzimy na pokład.
Jest przed 8.00 więc jesteśmy jedynymi pasażerami. Zajmujemy wygodne miejsca i czekamy. Powoli schodzą się następni chętni na rejs dookoła wyspy. Przed 9.00 jest już kilkadziesiąt osób. Ruszamy. Wraz z nami płynie nieco mniejsza jednostka – „Captain Giangos” należąca do tego samego właściciela. Wypływamy na spokojne wody zatoki. Pomimo stosunkowo silnego wiatru nie ma tutaj fal – morze jest równe jak stół. Zmienia to się niebawem, kiedy wypływamy na otwarte wody mijając przylądek Vani kryjący opuszczoną kopalnię rudy żelaza.  Skały na wybrzeżu przyjmują wszelkie odcienie czerwieni. Jest pięknie. W planach mamy odwiedzenie Vani drogą lądową – do czego niestety nie dojdzie, ale o tym później…
Naszym Delfinem nieco buja, mijamy po drodze odludną plażę Triades, morskie jaskinie Sikia zbliżając się do południowego wybrzeża wyspy.
Skały na brzegu zaczynają powoli zmieniać kolor na szaro-biały, w końcu robią się śnieżnobiałe a ich kształty przybierają tak fantastyczne formy,
że czujemy się jak w umieszczeni na planie jakiegoś filmu sciene-fiction…Dopływamy do Kleftiko. Nie wiem czemu średniowieczni piraci upodobali sobie to miejsce jako swoje schronienie, ale wiem jedno – brak choćby jednej osoby na pokładzie, której nie zafascynowałby otaczający nas widok.
Białe, pełne grot i zagłębień skały, morze raz błękitne raz szmaragdowe… Cóż, może to dobrze, że miejsce to jest dostępne wyłącznie od strony morza. Stoimy na kotwicy około 40 minut. Całkiem sporo osób zażywa morskiej kąpieli, skacząc do wody wprost z pokładu. My sami, schowani w cieniu delektujemy się widokami oraz robimy zdjęcia. Niebawem płyniemy dalej wzdłuż południowych krańców Milos.Provatas, Gerontas, Paliochori – nazwy nielicznych tutaj plaż zmieniają się wraz ze zmianą koloru linie brzegowej.
Po raz pierwszy widzę tak kolorowe i fantastycznie ukształtowane formy skalne. Również woda przybiera różne barwy. Raz jest błękitna, raz szmaragdowa, innym znowu razem granatowo-czarna.
   Dochodzimy do wniosku, że Milos to najbardziej kolorowa Cyklada jaką widzieliśmy… Wschodnie wybrzeże utwierdza nas w tym przekonaniu.
Mijamy opuszczoną kopalnię siarki, kierując się powoli w stronę wyspy Kimolos. Cumujemy w Psathi – jedynym porcie na Kimolos.
Miasteczko raczej nieciekawe, kilka domków wzdłuż wąskiej plaży i… kolejki do tawern. Brakuje wolnych stolików, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że nasze 2 stateczki to lekko licząc setka wygłodniałych turystów.
Wszyscy oczywiście chcą się posilić na Kimolos. Dajemy się ponieść temu szaleństwu zakładając słusznie, że nie wystarczy nam czasu aby odwiedzić Chorę… Półtorej godziny mija bardzo szybko i znowu płyniemy. Tym razem płyniemy wzdłuż północnych brzegów Milos. Podpływamy do Kalogeros, małego kawałka zastygłej lawy wystającego z morza. Jest przedziwnie ukształtowany na co niewiele osób zwraca uwagę ponieważ w międzyczasie zaczyna mocno bujać. Daje o sobie znać meltemi, wiejący z północy wiatr, który na plaży daje wytchnienie podczas opalania, jednakże tutaj na morzu zaczyna nas nieco niepokoić. Fale robią się coraz większe i kilka osób składa hołd Posejdonowi. My twardo się trzymamy. Trzymamy się dosłownie,
bo ciężko jest nie spaść z miejsca podczas nieustannego kołysania.
Mijamy Glaronissię, nasz kapitan decyduje się nie podpływać do Sarakiniko jak było zakładane w programie rejsu. Obsługa statku przeprasza, usprawiedliwiając się silnym wiatrem – dla nas to zupełnie zrozumiałe. Bezpieczeństwo pasażerów jest najważniejsze.
Do Sarakiniko dotrzemy od strony lądu… Tymczasem wpływamy do zatoki i wszyscy oddychają z ulgą. Tutaj morze jest już spokojne. Statek zatrzymuje się na nieprzewidziany postój przy plaży Plathiena, aby zrekompensować nam przygody na ostatnim odcinku. Niektórzy znowu się kąpią. Większość jednak odpoczywa wspominając niedawne wysokie fale. Mijają minuty. Ruszamy dalej, mijamy Klimę, która od strony morza wygląda jakby lepiej i po niedługim czasie wpływamy do portu w Adamas. Jest około 20.30.
Spędziliśmy na pokładzie prawie 12 godzin!
Łapiemy autobus do Pollonii i szczęśliwi, nasyceni widokami acz zmęczeni jak diabli jedziemy do domu. Na dzisiaj mamy dosyć. Zaczynam się zastanawiać, czy nie przyjąłem zbyt dużego tempa dla nas jeżeli chodzi o zwiedzanie Milos. Wiem jednak, że nazajutrz znów będziemy jedynymi pasażerami autobusu do Adamas o 7.10…
   Milos wciąga. Wsysa jak narkotyk. Musisz oglądać jej piękno od świtu do zmierzchu. Słuchać jej odgłosów po zachodzie słońca. W końcu to nasze trzecie greckie wakacje. Powinniśmy być już przyzwyczajeni…Odpoczniemy po powrocie do Polski.

   Trudy wyprawy dookoła Milos okazały się jednak dla nas wystarczające, aby usprawiedliwić dzień bezgranicznego lenistwa na plaży przed naszym domkiem w Pollonii. Plaża całkowicie pusta, wyłącznie dla nas… Jej dużym plusem było usytuowanie w kierunku północno-zachodnim. Przy porywistych podmuchach meltemi można było wylegiwać się na leżaczkach przez cały dzień nie bacząc na piekące słońce. Żeby nie było, że jestem aż takim leniem ponurkowałem trochę, pooglądałem morskie żyjątka…
Na plaży jedynym naszym towarzystwem był wiatr i kraby.
Nie wiedzieć czemu mieszkający w sąsiedztwie Niemcy znajdowali satysfakcję z siedzenia całymi dniami przed drzwiami swojego domku, co absolutnie nam nie przeszkadzało – wręcz przeciwnie…
Wieczorkiem zafundowaliśmy sobie kolację w naszej ulubionej tawernie Araxovouli. Stoliki stały na plaży, morze cichuteńko szumiało, piliśmy wyborne różowe winko i zastanawialiśmy się co zrobić aby można zamieszkać na stałe w Pollonii .
   Plany mają to do siebie, że szybko się zmieniają…
Nam popsuł szyki brak środka lokomocji. Naiwnie myślałem, że nie będę uzależniał się od wcześniejszej rezerwacji internetowej i wypożyczymy coś na miejscu. Niestety. Wypożyczalnie były puściuteńkie, a mgliste obietnice dostarczenia autka za dzień/dwa szły w parze z sugerowaną ceną – 60 euro za dobę…
No nic – pomyśleliśmy. Od czego mamy nogi ?
Ponownie skorzystaliśmy z KTEL-a  (oczywiście autobusem o 7.10 rano) i wybraliśmy się do…Tripiti .
   Tym razem zwiedzanie rozpoczęliśmy od spaceru do ruin starożytnej Klimy i pozostałości po romańskim amfiteatrze. Co roku urządzane są tam przedstawienia w ramach tzw. Festiwalu Milos. Nas jednak te atrakcje ominęły, a szkoda bo wyobrażam sobie klimat panujący podczas widowiska typu „światło i dźwięk” w takiej lokalizacji.Opodal na wzgórzu ujrzeliśmy mały, oczywiście biały kościółek. Co zrobić. Przedzierając się przez zarośniętą ostami ścieżkę wdrapaliśmy się do niego i jak w każdym takim kościółku zapaliliśmy świeczkę za naszych zmarłych. Widok z tego wzgórza, nieco niższego niż to, na którym wzniesiono Kastro był równie piękny co uwieczniliśmy na wielu zdjęciach.
O dziwo – na tyłach budynku natknęliśmy się na studnię pełną wody. Rzadki widok na wyspach.Wracając odwiedziliśmy katakumby.
Przewodniczka miała chyba wyjątkowo dobry dzień, gdyż (w przeciwieństwie do innych zwiedzających) poświęciła nam ok. 40 minut opowiadając niezwykle barwnie o historii powstania grobów. Szczęście nam sprzyjało – otwarte już są dwie komory. W sumie kilkadziesiąt metrów wędrówki wydrążonymi w ziemi korytarzami. Niezapomniane przeżycie!
W powietrzu unosił się lekki zapaszek jakby formaliny, jednak ogólne wrażenie jest powalające. Chodząc po katakumbach czułem się jak pyłek w ogromnej machinie historii. Dziwne uczucie spacerować po korytarzach, które stały się miejscem pochówku ponad trzech tysięcy pierwszych chrześcijan.
   Znowu więc byliśmy w Place i zastanawialiśmy się co też można zobaczyć… Oczywiście w planach mieliśmy zjawiskową Mandrakię, ale bez samochodu…?Skoro nie ma samochodu, skutera, itp. Skoro nie jeździ tam autobus i raczej nie można liczyć na autostop – wybraliśmy jedyne dopuszczalne dla nas rozwiązanie.
Do Mandrakii poszliśmy na pieszo .
   Z Plaki droga prowadzi ostro z górki, więc przy moich kolanach spacer bywał bolesny, ale nie marudziłem. Wiedziałem bowiem jaki widok czeka na nas na końcu tej drogi. Szliśmy tak wąską, asfaltową drogą ok. 30 minut dobrym marszem, gdy przed naszymi oczami ukazała się zatoka przy której przycupnęła mikroskopijna rybacka wioska – Mandrakia.
W samo południe byliśmy tam jedynymi turystami, co biorąc pod uwagę niezwykłe piękno tego zakątka ziemi jest dla mnie niepojęte.
Mandrakia to dosłownie jeden mały kościółek oraz kilka domostw.
Piętrowych z garażami na łodzie na parterze (tzw.sirmata).
Ściany bielutkie. Okiennice i drzwi to wprost tęcza kolorów. Widać nie wszyscy Grecy preferują barwy narodowe i urozmaicają swoje domy wprowadzając czerwień, zieleń, pomarańcz.
  
   Mandrakia to takie miejsce, gdzie w sposób magiczny zatrzymał się czas. Mógłbym tam siedzieć godzinami gapiąc się po prostu przed siebie, bez wyraźnego celu. Chodzi wyłącznie o to, aby tam być. Nie ma tam nic.
Żadnej tawerny, żadnego sklepu, żadnych pamiątek…
Nie ma turystów, których kilka kilometrów dalej w Place czy Tripiti można spotkać na każdym kroku.
To miejsce to skarb narodowy Grecji. 
Tak zapamiętałem Mandrakię, kiedy po raz ostatni odwróciłem głowę wracając drogą do Plaki. Mam nadzieję, że kiedy kiedyś tam wrócę ( a wrócę na pewno) miejsce to będzie takie jak tego sierpniowego dnia…
    Planując pobyt na Milos dowiedziałem się, że wyspa ta obok Kimolos jest jedynym na Cykladach siedliskiem jadowitej żmiji lewantyńskiej.
Wszyscy, z którymi w tej kwestii kontaktowałem się za pośrednictwem Internetu twierdzili, że prawdopodobieństwo spotkania gada jest niewielkie, gdyż prowadzi on nocny tryb życia i unika ludzi.
Pech – szczęście sprawiło, że wracając z Mandrakii napotkaliśmy na poboczu drogi przedstawicielkę owego gatunku zwiniętą w kłębek, wygrzewającą się jakby na prażącym słońcu.
Kiedy ciekawość wzięła górę nad strachem i zorganizowaliśmy sobie odpowiedniej długości kijek, okazało się, że żmija jest martwa.
Może i lepiej. Dla nas oczywiście…
   Tak minął nam kolejny, cudowny dzień na Milos.

 

   Do pełni szczęścia brakowało nam jeszcze wizyty na Sarakiniko.
Jak zwykle, pierwszym autobusem odjeżdżającym z naszej miejscowości wyruszyliśmy na naszą ostatnią wycieczkę po Milos. 
Aby dostać się do Sarakiniko należy złapać autobus KTEL, który odjeżdża z Adamas o godz. 11:00.
 Nam nie chciało się czekać, więc jadąc do Adamas poprosiliśmy kierowcę aby wysadził nasz możliwie najbliżej Sarakiniko. Teraz czekał nas ponad dwukilometrowy spacerek pod górkę i osiągnęliśmy nasz cel pośredni – ujrzeliśmy drogowskaz z napisem „Sarakiniko 1 km” …
Od tej pory droga wiodła już w dół wąwozu, którego koniec stanowiła słynna plaża.
Faktycznie, kiedy asfalt się skończył zaczęło robić się biało. Typowa dla sierpniowych Cyklad kolorystyka, wypalonych słońcem żółci i brązów ustąpiła śnieżnej bieli.
   Białe skały przybrały tak fantastyczne formy, iż wydaje się, że jesteśmy na Księżycu…
Kontrastująca z błękitem morza biel potęguje to wrażenie.
Na Sarakiniko byliśmy od godziny 8:00 do 11:15, kiedy to przyjechał z Adamas autobus z turystami.
Dodam, że byliśmy zupełnie sami… Niesamowite.
   Napływ plażowiczów spowodował, że plaża przestała być taka magiczna jak na początku i ociągając się nieco postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedną lokalizację na Milos.
Padło na Firopotamas, wioskę bliźniaczo podobną do Mandrakii, która tak mnie zachwyciła.

   Ponownie więc maszerowaliśmy dzielnie poczynając od Tripiti w stronę północnego wybrzeża wyspy. Po godzinnej wędrówce górską drogą, na której spotykaliśmy jedynie jaszczurki osiągnęliśmy cel.
 Schodząc do Firopotamas widzi się najpierw małą plażę, w końcu której przycupnęło kilka domków tzw. Sirmata, na parterze których przechowuje się rybackie łodzie.
Idąc kilkadziesiąt metrów dalej odkrywamy następne sirmata, pośród których stoi mały kościółek.
Dalej jest skalisty cypel z ruinami weneckiej twierdzy i… bezkres błękitnego morza.

Zwiedzenie wioski zajmuje niewiele czasu, gdyż podobnie jak w Mandrakii – niewielka to wioska.
Urok Firopotamas polega jednak właśnie na tym.

W przyszłości zapewne będziemy chcieli wrócić na Milos. Jednym z głównych powodów będą właśnie Mandrakia i Firopotamos. Potwierdziło się twierdzenie, że Milos to wyspa kolorów.
Taka dla nas pozostanie. Taką ją zapamiętamy… 
Aż do następnego razu.

   Z żalem odpływaliśmy z Adamas. Z tym większym żalem, że mniej więcej wiedzieliśmy czego spodziewać się na Santorini. Wszak byliśmy tam w ubiegłym roku.
Thira jednakże zaskoczyła nas ponownie i w wielu przypadkach odkrywaliśmy ją na nowo, ale to już temat na inną opowieść…

    

Pełna galeria zdjęć na mojej stronie: http://www.jarek-jasinski.pl

Serdecznie zapraszam !!!  

 

  • Milos001
  • Milos012
  • Milos014
  • Milos031
  • Milos042
  • Milos051
  • Milos054
  • Milos081
  • Milos089
  • Milos095
  • Milos108
  • Milos128
  • Milos008
  • Milos021
  • Milos047
  • Milos063
  • Milos074
  • Milos076
  • Milos079
  • Milos083
  • Milos094
  • Milos103
  • Milos105
  • Milos107
  • Milos110
  • Milos115
  • Milos120
  • Milos125
  • Milos142
  • Milos146

Santorini. 2009-09-13

Dlaczego ludzie pchają się na Santorini?
Co sprawia, że setki - tysiące turystów tłoczą się w maleńkim porcie Athinos czekając aż ktos zabierze ich na szczyt klifu, gdzie przycupnęły najbardziej znane miasteczka - Fira i Oia ?
Odpowiedź jest prosta.
Magia.
Ta sama magia, która spowodowała, że wrócilismy tutaj po zaledwie rocznej przerwie...

W ubiegłym roku bylismy na Santorini przez dwa dni, wizytując wyspę podczas pobytu na Krecie. Ten krótki czas wystarczył nam, aby błyskawicznie objechać Thirę wynajętym Nissanem Micrą. Odwiedzilismy większosć znanych miejsc na wyspie, a jednak czulismy wielki niedosyt, który sprawił że zawitalismy tutaj ponownie.

Podczas 5-dniowego pobytu naszą bazę na Santorini stanowiła Oia.
Miasteczko znane chyba na całym swiecie z powodu słynnych zachodów słońca, podczas których tłumy turystów zbierają się na północno-zachodnim krańcu kaldery aby obserwować jak wielka czerwona kula chowa się w odmętach Morza Egejskiego...

Dwuosobowy, dwupoziomowy (tak, tak!) pokój z balkonem wychodzącym na wulkan
zarezerwowalismy sobie przez internet. Kwatera znajdowała się nad spokojną tawerną Kasteli i dumnie nazywała się Stelios Rooms.
Dumnie, bo tych "roomsów" było raptem cztery, w tym dwa włącznie z naszym gwarantowały przepiękny widok kaldery.
Koszt takiego pokoiku to zaledwie 55€/noc. Jak na sierpień i lokalizację - taniocha!
Polecam każdemu - http://www.santorini.com/hotels/steliosrooms/ .

Jako, że poprzednim razem zabrakło czasu - wybralismy się oczywiscie na wycieczkę na wulkan, którą to imprezę oferuje większosć lokalnych biur podróży za 27€ od osoby. Startuje się o 10:00 rano w porcie Ammoudi w Oia, dokąd zostalismy dowiezieni busem.
Stylowym stateczkiem płynie się do portu Armeni, a następnie prosciutko na wulkan, czyli na wysepkę Nea Kameni położoną posrodku kaldery.
Chodząc po czarnym żwirku na wulkanie poczułem się przez moment nieswojo wiedząc, że pod moimi stopami drzemie potwór, którego wybuch wieki temu unicestwił tysiące istnień ludzkich.
W niektórych miejscach spomiędzy kamieni wydobywa się zółty dym - to opary siarki.
Niesamowite.

Z wulkanu popłynęlismy na Palea Kameni gdzie biją źródła siarki. Chętnych na kąpiel w żółtej wodzie było wielu. My nie skusilismy się i dobrze. Wszyscy kąpiący po powrocie na pokład wyglądali jakby przechodzili własnie żółtaczkę...
Następny punkt podróży - Thirassia. Podpłynęlismy do portu Korfos, gdzie bezposrednio na nabrzeżu morza ulokowało się kilka tawern. Ceny umiarkowane - mozna sobie dogodzić.
Z Korfos można dostać się na grzbietach osiołków do wioski Manolos.
My niestety nie mielismy czasu na zwiedzanie. Po obiadku i krótkiej siescie, podczas której urządzilismy sobie szybką sesję zdjęciową, musielismy wracac na pokład naszego statku.
Powrót do portu Ammoudi z powodu dosyć wysokiej fali przyprawił nas o przyspieszone bicie serca :-).
Widok jaki przedstawia Oia widziana z morza zrekompensował natomiast wszelkie niedogodnosci
i wynagrodził trudy całodziennej wyprawy.
O 17:00 zmęczeni ale szczęsliwi wrócilismy do domu.

Po raz kolejny okazało się, że pójscie "na żywioł" w kwestii wypożyczenia samochodu na Santorini w szczycie sezonu jest pomysłem chybionym...
Załatwienie autka kosztowało mnie dwa dni biegania po biurach w Oia i 60€ dziennie...
W końcu - dysponując już wyproszonym Nissanem moglismy ruszyć na dalsze zwiedzanie wyspy.

Zdecydowalismy się na trasę wschodnim wybrzeżem, mniej uczęszczanymi drogami.
O dziwo ciężko tam spotkać turystów. Santorini wygląda zupełnie inaczej...
Odwiedzilismy praktycznie puste plaże Baxedes, Koloumbos, Pori, Monolithos...
Odkrylismy wiele uroczych kosciółków przystrajanych na 15 sierpnia, jak również całe osiedle domków w kształcie wiatraka budowanych na wynajem.

Krętą, wąską dróżką dotarlismy na Mesa Vouno - wzgórze pomiędzy Kamari a Perissą, na którym znajdują się ruiny starożytnego miasta - Thery.
Co niesamowitego - jak można było kilka wieków przed naszą erą wybudować tak wielkie miasto na szczycie niedostępnego wzgórza?
Szwędając się po Santorini trafilismy do Pyrgos, które zachwyciło nas podczas ubiegłorocznych wakacji.
Szczerze mówiąc brakowało mi zdjęcia na osiołku, więc mielismy powód...:-)
Dziadek, którego fotki widnieją na większosci folderów z Santorini był na miejscu, czyli przed wejsciem do Kastro. Kiedy już zakończylismy sesję, pozwoliłem namówić się na zakup domowego winka za całe 4€.
Wieczorem, podczas degustacji bylismy zaskoczeni (na plus oczywiscie!) jego smakiem i mocą...
Mocą - przede wszystkim :-).

Następnego dnia zaliczylismy latarnię morską na samym końcu Półwyspu Akrotiri. Niestety, słynne wykopaliska w tym regionie są ciągle zamknięte i nic nie wskazuje aby cokolwiek miało się zmienić.
Zwiedzanie Akrotiri połączylismy z kilkugodzinnym relaksem na Red Beach.
Czerwona Plaża piękna była do godziny 10:00, kiedy to zaczęły tam docierać dziesiątki turystów...
Ciekaw jestem jak wygląda tam wieczór? Może kiedys się dowiem?

Oglądanie Firy ograniczyłem do niezbędnego minimum.
Ponieważ moja małżonka postawiła sobie najwyraźniej za główny cel odwiedziny w każdym, najmniejszym nawet sklepiku na słynnej tzw.złotej uliczce - Fira do dzisiaj kojarzy mi się niespecjalnie...
Samo miasteczko, zatłoczone, duszne, nie bardzo mi się spodobało. Byłem tam po raz drugi i po raz drugi stwierdziłem, że Fira nie umywa się do Oia.
Nie ma klimatu, charakteru.
Pewno się komus narażę takimi opiniami... :-).

O wiele milej wspominam pobyt w Emporio, cudownej wiosce gdzie czas się zatrzymał.
Wystarczy zagłębić się w boczne uliczki, aby znaleźć się w tradycyjnej greckiej społecznosci.
W miejscu, gdzie każdy napotkany Grek wita cię usmiechem. Gdzie bugenwilla kontrastuje z bielą domków. I gdzie nie ma turystów... Tak. Nie ma tam turystów. Wałęsając się po Emporio sporadycznie można kogos spotkać. Czułem, jak bysmy mieli całą wioskę dla siebie.

Tym razem dotarlismy do Imerovigli, miejscowosci którą całkowicie pominęlismy podczas ubiegłorocznego pobytu.
Zachwyciłem się - straciłem głowę.
Wioska położona jest w najwyższym punkcie klifu. Widoki są fantastyczne.
Dodatkową atrakcją jest Skaros. Niegdys ważne miejsce dla społecznosci Thiry.
Zamek wybudowany przez Wenecjan był symbolem wyspy przez wiele wieków, zanim niszczony przez kolejne trzesienia ziemi popadł w ruinę.

Ostatnia noc na Santorini...
Siedzielismy na balkonie gapiąc się na ludzi spacerujących deptakiem pod nami.
Magię tego miejsca można poczuć własnie w takich własnie chwilach.
Wiesz, że musisz wyjechać. Że czas się pakować, przygotować do drogi, w którą ruszasz nazajutrz.
I nic nie robisz...
Siedzisz i gapisz się na kalderę skrytą w mroku nadchodzącej nocy.
I wiesz, że chcesz tutaj zostać.
Albo przynajmniej wrócić przy najbliższej okazji.
To jest własnie magia Santorini...

c.d.n.

--
moja galeria
http://jarek-jasinski.pl
blog z podróży
http://jarek-jasinski.blogspot.com

Zapraszam !!!

  • Pyrgos
  • Oia
  • Imerovigli
  • Palea Kameni - siarkowe źródła.
  • Oia - port Armeni.
  • Oia
  • Oia
  • Mesa Vouno - starożytne miasto Thera
  • Emporio
  • Imerovigli
  • Skaros
  • Imerovigli - w oddali Oia

Paros 2009-09-18

To będzie krótki wpis. Tak jak krótka i niespodziewana była nasza przygoda z Paros...

Opuszczając Santorini czułem "przez skórę", że cos będzie nie tak. Wodolot SeaJet mający zabrać nas na Mykonos pojawił się w porcie Athinos z ponad godzinnym opóźnieniem. Steward ostentacyjnie wynosił pękate, czarne plastikowe worki na smieci...
Musiało mocno bujać po drodze z Krety - pomyslelismy.
Od razu jednak zaczelismy sie pocieszac, że wokół Thiry morze jest spokojne a wiatr niemal całkowicie ucichł.
Spokojnie było faktycznie - do Antiparos. Już ruszając z Ios zaczęło lekko bujać, jednak było to jedynie preludium tego, co nastąpiło później.
Kiedy mijalismy wyspę Antiparos  pojawiły się ogromne fale napływające z różnych stron, co powodowało kolebanie biednego SeaJeta we wszystkich możliwych kierunkach oraz w górę i w dół.
Po raz pierwszy (i mam nadzieję - ostatni) w życiu widziałem równoczesnie przez okienko po mojej lewej - błękitne niebo, a po prawej ciemnogranatową spienioną odchłań Egeo. Strach ma wielkie oczy, jednak wydaje mi się, że fale miały ok. 2-3 metrów wysokosci. Zdecydowana większosć pasażerów oddawała hołd
najwyraźniej wkurzonemu Posejdonowi. Obsługa wodolotu poinformowała, że dalsza podróż jest niemożliwa i jednostka kończy rejs kiedy tylko dopłyniemy do Paros.
Z ręką na sercu - to było najdłuższe pół godziny w moim życiu.

Paroikia...
Miasto, które będzie się nam kojarzyć ze stojącym prawie w porcie wiatrakiem.
W portowym biurze dowiedzielismy się dwóch rzeczy. Na Mykonos możemy dostać się wyłącznie przez Syros oraz że na morzu była tzw."ósemka"...
Ponieważ prom na Syros odpływał dopiero późnym wieczorem, mielismy praktycznie cały dzień na zwiedzanie Paros.
Kiedy tylko zagłębilismy się w labirynt wąskich, krętych uliczek mielismy już pewnosć - warto było przeżyć koszmar na morzu aby tutaj przypłynąć!
  Sam nie wiem, kiedy minęło te kilka godzin jakie spędzilismy na tej wyspie.
Trzeba przyznać, że Paros wymaga na pewno przynajmniej kilkudniowego pobytu.
  Na nas Paroikia wywarła ogromne wrażenie.
Najpiękniejsze zdjęcia nie oddadzą atmosfery tego miasteczka.
Musimy tam wrócić !

--
moja galeria
http://www.jarek-jasinski.pl
http://www.jarek-jasinski.blogspot.com

  • Paros001
  • Paros007
  • Paros002
  • Paros004
  • Paros008
  • Paros009
  • Paros010
  • Paros011
  • Paros012

Syros 2009-09-25

  Dzień spędzony na Paros minął nam błyskawicznie. Ok. 21:00
zaokrętowalismy się na prom płynący na Syros, skąd następnego dnia
mielismy popłynąć na wymarzone Mykonos...
Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy po wylądowaniu w Ermopouli to
tłum ludzi. Tłum większy niż na Santorini - kłębiący się przy
wyjsciu z portu turysci, miejscowi okupujący stoliki w tawernach,
dziesiątki samochodów.
Masakra! 
Grzecznie ustawiłem się w wielonarodowej kolejce do budki miejscowej
informacji turystycznej.
Niestety - po pewnym czasie okazało się, że wolnych pokojów już nie
ma i musimy spędzić tę noc w porcie...
   Zaanektowalismy stolik w Goody's. Niestety, o drugiej w nocy obsługa
wyłączyła swiatło i zamknęła ten całkiem przyjemny lokal - tak więc
przenieslismy się bezposrednio na nabrzeże.
Aż do switu próbowalismy przespać się - przedrzemać - na betonowych
portowych ławkach.
Wraz z nami nocowali tak młodzi Amerykanie i Włosi.
Nie bylismy sami. Zawyżalismy jedynie srednią wieku...
Rano byłem tak "padnięty", że nie chciało mi się nawet robić zdjęć...
Szybki spacer po Ermopouli nie przyniósł więc żadnych interesujących
ujęć, czego do dzisiaj żałuję.
Po godzinie 10:00 naszym oczom ukazał się upragniony widok...
Tym własnie promem udało nam się nareszcie dostać na Mykonos.
   
Odczuwałem wielki niedosyt. Wiedziałem, że moje plany wzięły w łeb
i nie zdążę "zaliczyć" wyspy dla której przypłynąłem na Cyklady.
Nie zobaczę Delos.
Największego skupiska zabytków starożytnosci w tym rejonie.
Byłem zły. Mało tam zły. Zrozpaczony, wsciekły, zmęczony.
Kiedy po ponad godzinnym rejsie dobijalismy do brzegów Mykonos,
wisielczy nastrój poprawił mi widok kilkunastu, jeżeli nie
kilkudziesięciu naganiaczy oferujących kwatery.
Ceny, sięgające nawet 100 € mnie nie przerażały.
Wiedziałem bowiem, że tej nocy będę spał we własnym, wygodnym
łóżku...
   Rzeczywiscie - po błyskawicznych targach z trzecią bodaj osobą -
zdecydowalismy się na wynajęcie dwuosobowego pokoju w samym centrum
Mykonos Town.
Cena? 80€ za noc. Moim zdaniem, jak na tą wyspę nawet do
przyjęcia .
  Nasza gospodyni - Maria zawiozła nas na kwaterę, skąd po
błyskawicznym prysznicu, podpierając się nosami ze zmęczenia
wyruszylismy na podbój podobno najbardziej zabawowej wyspy na Morzu
Sródziemnym...

c.d.n.
Wersja wzbogacona o zdjęcia - jak zwykle na moim blogu:

www.jarek-jasinski.blogspot.com

  • Dsc 4361
  • Dsc 4362
  • Dsc 4363

Mykonos 2009-09-27

  Mykonos to tzw."party island" - miejsce, które upodobali sobie ludzie chcący podczas wakacji ostro pobalangować. Taka przynajmniej panuje opinia.
Mnie Mykonos kojarzyła się wyłącznie z jednym. Stąd własnie odpływały łodzie dowożące turystów na Delos. Miejsce narodzin Apolla oraz Artemidy. Główny cel mojej pielgrzymki na Cyklady.
Niestety, z powodu niespodziewanej przerwy w naszej podróży spowodowanej przygodami na morzu i koniecznoscią zatrzymania się na Paros i Syros - mielismy jednodniowe opóźnienie.
Kiedy już wylądowalismy w Mykonos Town, pierwsze praktycznie kroki skierowalismy do portu, aby
zorientować się w "rozkładzie jazdy" stateczków płynących na Delos.
Tu przeżyłem kolejne rozczarowanie.
Meltemi dmuchał tak mocno, że podobno rejs na Delos trwał dwukrotnie dłużej...
Gdybym zaryzykował poranną wyprawę, moglibysmy nie zdążyć na prom do Rafiny i co ważniejsze - na samolot do Polski.
Delos zatem została odłożona do następnego razu, a my ruszylismy na podbój Mykonos Town.

Poruszanie się w labiryncie wąskich, krętych uliczek nastręczało nam sporo kłopotów.
Wiedzielismy, że nasza kwatera znajduje się praktycznie w samym centrum miasteczka, gdzie wszędzie jest blisko... Problem w tym, że ciężko było do niej trafić. Zawiódł nawet przydający się wczesniej GPS.
Kierując się w stronę morza trafilismy do dzielnicy Alefkandra, gdzie znajduje się tzw. Mała Wenecja, czyli domy wybudowane praktycznie na wodzie.
Tuż obok, na niewielkim wzgórzu pysznią się wspaniałe, XVI wieczne wiatraki - jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów wyspy. Trzeba przyznać widoki są zapierające dech w piersiach.
Zdecydowanie warto tutaj przyjechać nawet wyłącznie dla zobaczenia tego fantastycznego pejzażu, aczkolwiek z wielką chęcią chciałbym poeksplorować resztę wyspy...
Mykonos to podobno wyspa ukochana przez gejów i lesbijki. Owszem, zauważylismy takie pary - jednakże nikt tam ani nie afiszował się swoimi uczuciami, ani też nikomu takie towarzystwo nie przeszkadzało.
Jakże odmienne zachowania niż w Polsce...
Miasteczko diametralnie zmienia się po zapadnięciu zmierzchu.
Leniwie snujących się po uliczkach turystów zastępuje gwarny, najmodniej ubrany kosmopolityczny tłum zbierający się w okolicach znanych lokali i dyskotek, aby po północy wlać się tam wielokolorową masą i bawić.
Bawić się do upadłego, do bladego switu...
Mykonos Town ma więc dwa oblicza.
Zdecydowanie wolelismy to spokojniejsze, tak więc z samego rana wyruszylismy ponownie na zwiedzanie.
Bylismy jednymi z niewielu osób "na chodzie". Większosć odsypiała nocne szaleństwa...
Takie własnie spokojne urokliwe Mykonos zapamiętamy.

Nie udało się nam popłynąć na Delos. Nie spotkalismy pelikana Petrosa, maskotki wyspy.
Nic straconego.
Są przecież powody, dla których można uwzględniać Mykonos podczas planowania następnej wyprawy...
Wprawdzie słyszałem cos o Egipcie albo Maroko, ale kiedy spoglądam na zdjęcia nie mam wątpliwosci gdzie będziemy chcieli jechać w przyszłym roku.

Na Mykonos nakręcono końcowe sekwencje jednego z moich ulubionych filmów.
W tej scenie główny bohater - Jason odnajduje swoją ukochaną - Marię...
W tym własnie niepozornym domku po lewej stronie zdjęcia (do obejrzenia na moim blogu).
Mam nadzieję, że wiecie jaki to film ? :-).

Powrotna podróż nie przyniosła nam żadnych szczególnych atrakcji. Powoli mijalismy Tinos, Andros...
Ciężko cokolwiek o nich napisać, widząc jedynie z pokładu promu.
W Rafinie bylismy późnym popołudniem. Udało nam się jeszcze zrobić zakupy w Championie i złapalismy przedostatni autobus na lotnisko.

Nasze wielkie greckie wakacje dobiegły końca.
Nie skończyła się natomiast nasza miłosć do tego kraju, jego kultury oraz mieszkańców.
Zjeździlismy Grecję dwa lata temu podczas "objazdówki" z Triadą, odpoczywalismy na Chalkidiki.
W ubiegłym roku zakochalismy się namiętnie w Krecie...
Teraz zaledwie skosztowalismy Cyklad.
Każda z odwiedzonych przez nas wysp okazała się inna, odmienna od poprzedniej.
Każdą warto zwiedzić, warto polecać innym. Teraz czeka nas cos, co najbardziej lubimy - planowanie kolejnej wyprawy na wyspy. Zapewne Amorgos i tzw."małe Cyklady" - i co jeszcze?

*  *  *

Blog ten nie ma na celu rozreklamowania osoby autora, jak niektórzy mogliby sobie pomysleć.
Po prostu kiedy go pisałem - myslałem o wielkim błękicie.
I było mi dobrze....

*Wszystkim tym, którzy dzielnie wytrzymali do końca mojej pisaniny chciałbym serdecznie podziękować za cierpliwość oraz wytrwałość podczas lektury. Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam i zapraszam do odwiedzin moich prywatnych miejsc w internecie. Adresy poniżej.*
--
www.jarek-jasinski.pl            www.jarek-jasinski.blogspot.com

  • Mykonos002
  • Mykonos009
  • Mykonos027
  • Mykonos031
  • Mykonos024

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lmichorowski
    lmichorowski (12.06.2012 12:21) 0 + -
    Dzięki za ciekawy opis wakacji i fajne zdjęcia, zachęcające do odbycia podobnej podróży. Pozdrawiam.
  2. sagnes80
    sagnes80 (14.09.2009 20:28) +3 + -
    ciekawa relacja i piękne zdjęcia :):):)
  3. prawdziwy_jaari65
    prawdziwy_jaari65 (13.09.2009 12:01) +1 + -
    Dodałem nieco nowych informacji i zdjęć.
    Tym razem - Santorini.
    Dziękuję wszystkim za miłe komentarze.
  4. mimbla.londyn
    mimbla.londyn (10.09.2009 17:15) +3 + -
    "Milos wciąga. Wsysa jak narkotyk. Musisz oglądać jej piękno od świtu do zmierzchu. Słuchać jej odgłosów po zachodzie słońca."

    Piekna podroz,Jarku :)
    Swietne zdjecia, miodek na serce dla stesknionych Grecji ;)
  5. jamaj4
    jamaj4 (08.09.2009 10:43) +2 + -
    szkoda że nie widziałem tego dwa tygodnie wcześniej bo debaty na temat cypr czy portugalia legły by gruzach zdecydowany+
  6. powsinoga45
    powsinoga45 (07.09.2009 15:11) +3 + -
    ... szkoda
    Podróż piękna.
  7. prawdziwy_jaari65
    prawdziwy_jaari65 (05.09.2009 15:44) 0 + -
    Sądząc z ilości wejść z adresu IP Kolumbera obejrzenie pełnej galerii na mojej stronie nie jest dla wielu osób czymś męczącym czy też czasochłonnym :-).
    Rozumiem lokalny patriotyzm inaczej niż niektórzy - nie wstawiam tutaj linków do konkurencyjnego portalu o podobnej tematyce. Zamieszczam natomiast link do własnej, prywatnej strony na szybkim serwerze.
    Kto ma ochotę - może tam obejrzeć kilkaset zdjęć z Cyklad.
    W jakim celu dublować takie galerie?

    Wydawało mi się, że mamy tutaj opisywać wrażenia z przebytych podróży i dyskutować na taki właśnie temat.
    Komentarze pod moim tekstem wydają się temu przeczyć.
    Jak jednak ktoś już napisał - to Wasze podwórko, więc nie będę się wychylał i po prostu zakończę ten temat.
    Pozdrawiam.

  8. zipiz
    zipiz (05.09.2009 0:15) +4 + -
    przeglądałem Twoją galerię "gdzieś tam" :) i było ciekawie, natomiast popieram Kolumberów - wstaw tutaj fotki :)
  9. slawannka
    slawannka (04.09.2009 17:11) +5 + -
    bez zwalczania absolutnie żadnych innych podwórek, ale będąc zaangażowani tutaj, nie bardzo mamy czas zaglądać na inne podwórka... ;)
  10. dino
    dino (04.09.2009 14:45) +7 + -
    Mamy taki patriotyzm lokalny - popieramy swoje podwórko....

    :)
  11. voyager747
    voyager747 (04.09.2009 14:34) +7 + -
    To ja też wolę zdjęcia tutaj a nie gdzieś tam :)
  12. slawannka
    slawannka (04.09.2009 9:39) +6 + -
    Przepraszam za "gdzieś tam" - chodzilo o to, że poza Kolumberem :)
    Jak wynika z kolumberowego doświadczenia - chcemy zdjęć tu! Ja też na początku miałam nadzieję, że tu dam tylko zwiastuny, a resztę na mojej galerii, po co dublować, myślałam, i potem zrozumiałam, że Kolumber tak nie działa...

    Dlatego jeszcze raz namawiam, daj zdjęcia tutaj! Tutaj je obejrzy każdy, po troszkę, a na Twojej stronie - co dziesiąty, jak nie jeszcze mniej... Zrobisz jak uważasz, ale tak radzę:)
    Dzięki za akapity, mogłyby być jeszcze bardziej przedzielone odstępami, ale już jest dużo łatwiej czytać.
  13. prawdziwy_jaari65
    prawdziwy_jaari65 (03.09.2009 23:03) +4 + -
    Niedługo ciąg dalszy, cierpliwości.
    Postarałem się edytować tekst - mam nadzieję że teraz jest bardziej czytelny.
    Co do reszty zdjęć.
    Cała galeria znajduje się nie "gdzieś tam" tylko na mojej stronie...
    Jeżeli ktoś je obejrzeć - zapraszam właśnie tam :-).
    Dziękuję za opinie i pozdrawiam.
  14. freemarti
    freemarti (03.09.2009 18:38) +5 + -
    Rewelacja ! Wciągnęła mnie Twoja opowiesc :))
    Niedawno oglądałam na travelu odcinek o Milos między innymi.
    Sama myślałam o tym. Cyklady sa rewelacyjne i ja też mam świra na punkcie Grecji. Proszę wlkej zdjęcia tutaj . Plus ogromny ode mnie :D
  15. slawannka
    slawannka (03.09.2009 13:53) +5 + -
    Ja też błagam o akapity, nie przeczytałam dokładnie, nie na moje oczy, a szkoda. I poproszę więcej zdjęć TUTAJ - a nie gdzieś tam! ;) I jeszcze poproszę o popracowanie nad mapką, podzielenie Cyklad na miejsca i zrobienie punktów podróży, to się fajnie robi, a jeszcze fajniej czyta, oglądając mapkę, a nie czerwoną kropę na Morzu Śródziemnym:).
    Daję plusa licząc na spełnienie moich życzeń, bo jak nie - odbiorę;)
  16. zipiz
    zipiz (03.09.2009 9:44) +4 + -
    Ciekawie opisana podróż, ale zgadzam się z dino - akapity pozwalają nie męczyć oczu i nie gubić się w tekście! No i dawaj Jarku cdn :)
  17. dino
    dino (03.09.2009 1:04) +5 + -
    ...Niemiec mieszkający w Pollonii w Grecji....przedziwny zbieg wypadków...

    Fajny tekst, dużo Waszych osobistych wrażeń.
    Mała sugestia tylko....leppiej by się czytało z podziałem na akapity...dwa ENetry w tekście...

    Pozdrawiam :)
prawdziwy_jaari65

prawdziwy_jaari65

Jarek Jasiński
Punkty: 3083