Ładuję...

kolumber.pl


21 +
2008-06-10

Monsunowe zapomnienie

Opisywane miejsca: Bombaj, Hampi, Mysore, Jajpur, Jaisalmer (893 km)
Typ: Blog z podróży

Opis: Moja podróż do Indii to próba zapomnienia o czymś co było dla mnie bolesne. Szukając wytchnienia, znalazłem cudowny różnorodny kraj, który zmienił mnie i mój sposób widzenia świata...

Gdy kupowałem bilet lotniczy do Mumbaju, nawet nie przypuszczałem, że ta podróż będzie miała inne, nieprzewidziane przeze mnie, konsekwencje.

Wysiadłem na międzynarodowym lotnisku w Mumbaju i przywitał mnie deszcz i wszechogarniający smród. Na dodatek, pierwszą osobą jaką widziałem, był wymiątujący hindus, ale powiedziałem sobie, że jak sie powiedziało a... No to do hotelu. Na szczęście na lotnisku istnieje system taksówek pre pay, płacisz i już nie ma kłótni z takszówkarzem później. Ale to co jest ineteresujące, to to,że okazuje się, że taksówkarz zazwyczaj nie wie dokąd jechać. Hotelik był nawet ok, poza tym, że winda przy otwieraniu drzwi grała lambade. I co nie bez znaczenia, całkiem niedrogi, jak na Mumbaj, bo jedynka, za 900 rupii za noc. Ach, jeszcze jedna rzecz. Najlepiej pieniądze wymienic na lotnisku. Po prostu najlepszy przelicznik.

Na drugi dzień wynająłem na cały dzień taksówkarza za 600 rupii i woziłem się po mieście. Delikatnie mówiąc, nie polubiłem Mombaju. Pierwszy szok, oprócz smrodu, to ruch drogowy. Absolutny brak zasad. Tylko jedna. Trąb, gdy wyprzedzasz. Obiechałem wszystkie turystyczne miejsca w Mumbaju i zacząłem szukać informacji turystycznej, co okazało się nie łatwą sprawą. W końcu sukces. Informacja jest dobrze ukryta przed turystami, przy dworcu CST. Pani byla przemiła. Opracowaliśmy plan pobyty, powiedziała mi co i jak, dała tabele z płatnościami za taksówki. Mówię o tym, bo taksówki, to zmora. Naciągacze, że aż przykro, no ale w końcu w Mumbaju głównym bóstwem jest Mahalakszmi, bogini dobrobytu. W każdej knajpie, kiosku i taksówce są jej ołtarzyki i czuć jak mieszkańcy tego miasta ją czczą. Odczułem to na własnej kieszeni.

Według planu, kolejnym punktem podróży był Anjuna, w Goa. Oczywiście wszyscy słyszeli o niesamowitej urodzie tamtejszych plaż i "małej Portugalii". Pojechałem zobaczyć te cuda. Najłatwiej dostać się tam z Mombaju autobusem, których wybór jest olbrzymi. Koszt to ok. 900 rupii. Ta podróż pierwszy raz uświadomiła mi jak wielkie są Indie. Podróż trwała całą noc, ale dojechałem. Jeszcze tylko krótka sprzeczka z rykszarzem i jazda do hotelu. Hotel fajny. Anjuna Beach Resort. Polecam. Poza sezonem właścicielka bierze połowe normalnej stawki, czyli 200 rupii za noc. Pokoiki czyste i z telewizorkiem. Spędziłem tam trzy dni zwiedzając okolice. Plaże w Anjunie, Wagator, ruiny fortu w Czaporze. Wszędzie palmy, palmy i niemiłosierny wiatr, hulający pośród rozrzuconych poporugalskich posiadłości. A dlaczego akurat Anjuna? Bo słyszałem, że to była w latach 60-ych oaza hipisów. Do tej pory propzycje zakupu narkotyków słyszy się co krok, a w knajpach są napisy "do not use the drugs".

Z Anjuny jechałem do Hampi, opuszczonego miasta. Pomyślalem sobie, że kupię bilety od razu na kilka dalszych tras, co było nie głupim pomysłem. Zaoszczędziłem sobie wszechobecnej w Indiach biurokracji i stania w niemiłosiernych kolejkach. Jest kilka biur w Anjunie, które oferują tego typu usługi. I prowizje nie jest taka duża, bo 150 rupii.

Pociąg do Hopset, gdzie trzeba się przesiąść do rykszy, by dojechać do Hampi, wyruszał z Margao, więc czekała mnie długa przejarzdrzka rykszą przez całe prawie Goa. Było interesująco. Facet pędził jak wariat, mijając krowy, miasta, palmy i wszystko co mu stało a drodze, ale dojechał. No i tu się pierwszy raz spotkałem z indyjskimi pociągami. Fakt, są niesamowicie przeładowane, prawie nigdy nie są na czas, można w nich kupić wszystko od jedzenia, picia do kłódek i łańcuchów, którymi zapina się bagaże do specjalnych klamer przy siedzeniach, ale zdecydowanie to najlepszy sposób podrózowania po Indiach. Byle pamiętać o tym by nie wsiąść do trzeciej klasy, bo to by była przygoda ponad miare europejczyka.
Trasa pociagu wiodła przez niesamowite Gaty Zachodnie. Mijaliśmy piękne wodospady, zalesione doliny, których dna nie można było dojrzeć i ogólnie zleciała mi dość szybko. W końcu wysiadłem w Hopset i zaczęło się targowanie z rykszarzem. Ale o Hampi i cudach tego miasta opowiem Wam nastepnym razem. Jeśli będziecie chcieli:-)

  • Anjuna
  • Bombaj- India Gate
  • Slamsy
  • Anjuna beach

Podróż rykszą z Haspet do Hampi, zwiastowała, że czeka mnie coś niezwykłego. Jechaliśmy wśród gajów bananowych porozrzucanych pośród przedziwnych, budzących zachwyt wzgórz, wyglądających jakby dziecięcą ręką porozrzucane potężne kamienne bloki. Kilkanaście kilometrów minęło bardzo szybko.

Po pół godzinnej podróży, dojechałem do Hampi.

Hampi, kilka wieków temu, było stolicą potężnego państwa Widżanajagaru, które zbudowało swoją potęgę, na handlu jedwabiem i przyprawami. By pojąć jak wielkie i silne było to państwo, wystarczy wyobrazić sobie, że w kulminacyjnym czasie, populacja mieszkańców Hampi, sięgała pół miliona dusz. Miasto zostało zburzone w 1565 roku, po przegranej pod Talikotą, bitwą z armią Bidżajpuru.

Podobnie jak i w całych Indiach, tak i w Hampii, nie ma problemów z noclegiem. Ja szczególnie polecam Shanti Lodge. Przemiły i bardzo czysty hotelik za normalną cenę. Poza sezonem 100 rupi za dobę. Właściciele są przemili, na dachu znajduje się restauracja z widokiem, na świątynie, Virupaksha, a pokoje są wyposażone w łóżka z moskitierami, co zdejmuje dość poważny problem moskitów, z głowy.

I jeszcze jedna rzecz. Każdy turysta, przyjeżdżający do Hampi, ma obowiązek zgłoszenia tego faktu, na miejscowej policji.

Po szybkim prysznicu czas ruszyć poznać to niezwykłe miejsce. Pierwsze kroki skierowałem do świątyni Virupaksha, gdzie witają mnie stada nienachalnych i obojętnych na mnie małp. Trzeba pamiętać, że innowiercy mogą bez problemów wchodzić do wnętrza hinduskich świątyń, ale muszą przestrzegać paru zasad. Zawsze należy zdjąć buty, przed wejściem, nie należy wnosić, żadnych skórzanych rzeczy, typu paski, torebki. I dobrze jest mieć zakryte ramiona.

W Hampi wstęp do świątyni kosztuje 20 rupi, lecz jeśli chcemy fotografować, musimy dopłacić kolejne 50. I możemy zanurzyć się w atmosferze hinduskiej religijności.

Budynki świątyń są ozdobione nieprawdopodobnymi płaskorzeźbami ze scenami Kamasutry, postaciami osób i zwierząt. Tuż przy wejściu stoi, podobnie jak w wielu hinduskich świątyniach, słoń. Jego opiekun zaczął mnie namawiać na pogłaskanie zwierza, ale darowałem sobie tą przyjemność. Po prostu szkoda było mi pieniędzy. Słonie są wykorzystywane podczas hinduskich świąt. Kolorowo pomalowane i ozdobione kwiatami są ważnym punktem uroczystości.

Po zwiedzeniu świątyni, postanowiłem coś przekąsić. Już zapadał wieczór. Dostanie czegoś nie wegeteriańskiego w Indiach, stanowi poważne wyzwanie. W Hampi nie podołałem. Musiałem zadowolić się różnymi odmianami omleta i napojem, w którym się zakochałem, czyli banana lasse. Pysiolka!

Przy sąsiednim stoliku siedziała zanurzona w lekturze przewodnika, dziewczyna. Zapytałem ją, o kamienny rydwan, którego zdjęcia widziałem, lecz nie wiedziałem, gdzie dokładnie się znajduje. Kompletnie nie wiedziała, o czym, mówię, więc zaczęliśmy rozwiązywać tą zagadkę wspólnie. Niestety, nie osiągnęliśmy konsensusu, w żadnej kwestii .Oprócz tej, że była kanadyjką i mieliśmy podobny pomysł na Indie.

Następny dzień poświęciłem zwiedzaniu okolicy. Tuż po wyjściu z hotelu, zaskoczyło mnie dwóch jaskrawo ubranych panów z pytaniem, czy nie chcę im zrobić zdjęcia. Na moje pytanie, ile mnie to będzie kosztować, dostałem zaskakującą odpowiedź, że free. Już się nauczyłem, że w Indiach nic nie jest free, ale dałem się nabrać i zapłaciłem za to 50 rupi. Panowie przedstawili się jako Kriszna i Rama, na co wybuchnąłem śmiechem pełnym podziwu za ich inwencje.

Na szesnastu hektarach leży kilkadziesiąt świątyń. Błądziłem wśród tego bogactwa cały dzień. Za każdym zakrętem ścieżki, za każdym krzakiem agawy, oszałamiał mnie nowy niesamowity widok. Wśród skał i dzikiej przyrody czas się cofnął. Pogubiły się miejsca. To nie Indie, to Andy! Jaki XXI wiek? Tu czas nie istnieje i nie ma dostępu! Nad brzegiem rzeki samotna rybacka chata. Na małym palenisku, kociołek, w którym gotuje się mleko na czaj. Rybak reperujący porwaną sieć. I słońce prażące tak jak od wieków. Zatraciłem się w tej atmosferze. Zniknęły problemy i gonienie niewiadomo, za czym. Mijały godziny i słońce zaczęło kłaść się za horyzont. Był czas wracać. Już w mieście wpadłem na „moją kanadyjkę”.

Nie znałem jej imienia, więc zawołałem za nią „Hi, Destiny!”. Odwróciła się i obdarzyła mnie najpiękniejszym uśmiechem, jaki w życiu widziałem.

Marquez powiedział- zawsze się uśmiechaj, nawet wtedy, gdy Ci smutno, bo nigdy nie wiesz, kto zakocha się w Twoim uśmiechu. To prawda. Ja w Jej uśmiechu się zakochałem.

Następny dzień, był moim ostatnim dniem pobytu w Hampi. Postanowiłem go spędzić tak, jak poprzedni. Tym razem zapuściłem się dalej. I, niedowiary, znalazłem świątynie Vittala. To właśnie było, to miejsce, gdzie znajduje się szukany przeze mnie kamienny rydwan.

Wstęp dla obcokrajowców, 5 dolarów lub 250 rupi. Rozbawiłem kasjera, stwierdzając kategorycznie, że nie jestem indyjskim obywatelem i już byłem w środku. Tak, to miejsce zasługuje na odwiedzenie. Cała świątynia jest świetnie zachowana, kamienny rydwan stoi tak jak na  zdjęciach i tak jak na zdjęciach robi, wielkie wrażenie. Poza tym czekała mnie jeszcze jedna niespodzianka. Była tu i Destiny! Dzięki niej mam, chociaż jedno zdjęcie mojej osoby w Hampi.

Popołudnie spędziłem na wspinaczce na jedną z otaczających wioskę gór. Na szczycie oczywiście świątynia i zapierający dech w piersiach widok okolicy.

Niestety czas się zbierać. Musiałem zdążyć na pociąg do Mysore, następnego punktu mojej wyprawy. Jeszcze tylko niesamowity zachód słońca, na tle palm i pożegnanie z tym niesamowitym miejscem.

Czas na królewski Mysore.

A co z Destiny? Być może pewnego dnia nasze ścieżki znów się przetną. W końcu to przeznaczenie nami rządzi…

  • Świątynia
  • Hinduskie arcydzieło
  • Kamasutra
  • Kriszna i rama

Jest taki film, nosi tytuł „Mit”, z Jackie Chanem. Zwykła przygodówka. Wspominam o nim, ponieważ część zdjęć do tego filmu, była kręcona w Hampi. Jakby ktoś chciał zobaczyć jak wygląda to miejsce, nie tylko na zdjęciach, to polecam poszukać.

Ale wracam do swojej podróży.

Pociąg z Haspet do Bangalore, gdzie jest przesiadka do Mysore, trwa całą noc. Prawie wszystkie indyjskie pociągi zaczynają swój bieg wieczorem i podróż do kolejnego dużego miasta to możliwość wyspania się. Pociągi w Indiach, to prawdziwa potęga. Koleje indyjskie są największym pracodawcą w kraju i, co ciekawe, wciąż powstają nowe połączenia. W większości krajów jest na odwrót. Podróżowanie pociągiem w niczym nie przypomina tego w Europie. Pociągi jeżdżą powoli, rozkład jazdy jest, delikatnie rzecz biorąc, niekoniecznie jest wykładnikiem tego, o której pociąg przyjedzie, zaś to, co dzieje się na dworcach i w wagonach zakrawa na najlepsze czasy hipisowskiego bumu. Zero zasad. Do pociągów większość osób wskakuje w biegu, wagony trzeciej klasy są oblepione ludźmi zwisającymi na zewnątrz i niemiłosiernie zatłoczone. Panuje gwar i rozgardiasz, że dziw bierze, że to funkcjonuje. A jednak funkcjonuje.

Jeszcze jedną ciekawą rzeczą dotyczącą podróży pociągiem jest kupowanie biletu. Indie są krajem, w którym polscy biurokraci mogliby zdobywać kwalifikacje. Tam potrzebny jest papier na wszystko. By kupić bilet trzeba wypełnić specjalny formularz, z numerem pociągu, datą przyjazdu do Indii, numerem wizy, stacją przeznaczenia, numerem paszportu, itd. Kasy biletowe są niemiłosiernie oblegane. Dobrym rozwiązaniem jest zakup biletu w jednym z wielu biur pośredniczących lub zakup przez internet. Ta pierwsza opcja wiąże się z zapłaceniem prowizji. Zazwyczaj około 150 rupi. Ja zazwyczaj kupowałem od razu bilety na kilka połączeń.

Bangalore, stolica Karnataki, w czasie, w którym podróżowałem po Indiach, było we wszystkich indyjskich mediach. Sławę to miejsce, zawdzięczało temu, że stamtąd,  pochodzili terroryści, którzy dokonali próby zamachu na lotnisku w Glasgow. Dwa dni, przed moim wyjazdem zresztą, dzięki czemu kontrole na drogach dojazdowych na lotniska w Anglii, były odczuwalne. Ale wracając do podróży. Nie zdecydowałem się na pobyt w Bangalore. Następny pociąg i po dwóch godzinach byłem w Mysore.

Mysore jest nazywane, książęcym miastem. To tutaj znajduje się imponujący pałac maharadży, a obok miasta znajduje się jedno z siedmiu najświętszych wzgórz w Indiach.

Samo miasto jest dość ciekawe, ale i tak najciekawszym miejscem jest kompleks pałacowy.

Przyjechałem do Mysore tuż po południu, ruch w mieście był masakryczny. Na dworcu, jak zawsze, zostałem otoczony przez nachalnych rikszarzy, i pierwszy raz zaufałem jednemu z nich z wyborem noclegu. Przyznam, że się nie zawiodłem. Co prawda zapłaciłem 550 rupi za noc, ale pokoik był czysty, duży i dość komfortowy. A co tam!

Prysznic, riksza i do pałacu.

Pałac jest olśniewający w swoim przepychu. Został zaprojektowany przez angielskiego architekta Henry’ego Irwina. Irwin zlecenie budowy pałacu otrzymał w 1897 roku i w 1912 r, na zgliszczach popożarowych poprzedniego budynku, stanął kompleks, który zdaniem wielu, przewyższa bajkowe pałace Radjastanu.

Niestety do środka pałacu nie można wnosić aparatów fotograficznych, no, ale można telefony komórkowe, co skrzętnie wykorzystałem. Niektóre sale olśniewają przepychem. Mienią się złotem, srebrem i sprawiającymi wrażenie powiększające przestrzeń, kryształowymi lustrami. Są tam, również gigantyczne, zrobione ze srebra inkrustowane cudnie drzwi. 

Po wyjściu z można popodziwiać stado słoni należących do maharadży i pracę uwijających się wokół kornaków, czyli opiekunów słoni. Można też skorzystać z przejażdżki, ale jeśli ktoś wybiera się na północ Indii, to można sobie spokojnie darować tą przyjemność w Mysore.

Spotkała mnie na terenie kompleksu miła przygoda. Grupa hindusów robiących sobie zdjęcia, widząc mnie zaczęła prosić o możliwość zrobienia ze mną. Zgodziłem się ze śmiechem. Była cała sesja, uśmiechy, podziękowania, pytania i poklepywanie po plecach. Ogólnie bardzo miłe. Tylko zaraz po tym wyciągnąłem ręke i powiedziałem : Ten ruppies, please. Ubaw nie z tej ziemi! Facetów po prostu zamurowało! Wyjaśniłem, że to żart i pożegnaliśmy się w przemiłej atmosferze.

Mysore słynie z jeszcze jednej rzeczy. Z drzew sandałowych z  których robi się w tym mieście bardzo słynne sandały. Pozwoliłem sobie by komuś , kogo bardzo kocham sprawić jedną parę. Sam proces kupowania, jest bardzo ciekawy. Mówię o targowaniu. Przyznam, że jednak po arabskich doświadczeniach, Hindusi , to amatorzy. Jeśli się po prostu twardo trzyma  swojej ceny, to zazwyczaj się cel osiągnie.

Na drugi dzień, wynająłem taksiarza i pojechałem na wzgórze Czamundi. To wzgórze jest jednym z siedmiu najświętszych wzgórz znajdujących się w Indiach. Na szczycie znajduje się świątynia Ćamundeśwari , bóstwa patronackiego Mysoru. Witają mnie wszechobecne małpy i śliczna panorama, na Mysore. Widać stąd pałac, który wegetariański maharadża, zbudował poza miastem, dla swoich mięsożernych gości. Tylko tam można zjeść jakieś mięsko.

No, ale czas ruszać w drogę na północ.

Czekała mnie trzydniowa podróż do Koty, miasta leżącego już w Radjastanie. Pociąg odjeżdżał oczywiście wieczorem. Jako, że Mysore, było stacją początkową pociąg odjechał o czasie. Naprzeciwko mnie swoje miejsce miała młoda Hinduska. Uroda mieszkanek Indii jest mityczna, i ta była potwierdzeniem wszystkiego, co mówi się o ich pięknie. Przez całą podróż,  nie mogłem oderwać od niej oczu.

W sumie cały ten czas spędzony w pociągu, był dość monotonny. Zakolegowałem się z kierownikiem mojego wagonu i pozwolił mi palić w pociągu, dzięki czemu nie musiałem czekać na nieliczne stacje.

Pociąg powoli, lecz konsekwentnie zmierzał na północ. Mijał wielkie dżungle, zatłoczone miasta, wielkie równiny. Przejeżdżał nad rzekami i kanionami. Indie są gigantyczne i tak, cudownie różnorodne.

W końcu, trzeciej nocy tej podróży, ostatni gwizd i znalazłem się na stacji w mieście Kota.

Trzecia w nocy, niebo rozświetlone gwiazdami i upał.

Witał mnie Radjastan.

  • Pałac maharadży
  • Zachód słońca
  • Maharadża life

Przyjazd do Koty, był wielką pomyłką, co mogłem ocenić dopiero po fakcie.

Najpierw wynająłem hotel, ponieważ następny pociąg do Udaipuru miałem następnego dnia w nocy. W recepcji poproszono mnie bym zostawił depozyt za pokuj. Dałem 500 rupii i zamierzałem iść spać. W pokoju przywitały mnie dwa gigantyczne karaluchy, no, ale to w Indiach nie jest specjalnym wydarzeniem, więc włączyłem klimatyzacje i poszedłem spać.

Rano, skoro już tu byłem postanowiłem zwiedzić miasto. Wynająłem ryksze i udałem się do jedynej znalezionej atrakcji Koty, czyli pałacu. Najpierw zaskoczyła mnie cena wejścia, bo to było 100 rupii. Skoro już tu byłem… Pałac okazał się bardzo nieciekawy, zaniedbany i ogólnie się nudziłem. Wróciłem do hotelu i poszedłem spać.

Wymeldowanie było dla mnie pierwszym podniesieniem ciśnienia. Bo okazało się, że tak się składa, że nie mają drobnych by wydać mi resztę z zostawionej kaucji. Niestety miałem zaraz pociąg, więc machnąłem ręką i poszedłem szukać rykszy. Było ok. 2-jej w nocy, więc pustki na ulicach. Znalazłem jednego śpiącego rikszarza i zaczął się targ. Z dworca do hotelu zapłaciłem 10 rupii, a tutaj gość chciał 100! Ciśnienie zacząłem mieć niebezpiecznie wysokie. Stanęło na 50. Na stacji poszedłem szukać pociągu, bo to, co na tablicach niekoniecznie musi mieć odbicie w rzeczywistości. Złapałem jakiegoś kolejarza i pytam. On mi wskazuje mój pociąg i szczęśliwy, że opuszczam Kote idę szukać swojego miejsca. Na moim kojku śpi jakiś facet. Budzę go i mówię, że to moje wyro. On zdziwiony. Pokazuje mi bilet, ja jemu. Nagle błysk zrozumienia i on mówi, że to nie ten pociąg! Ten jedzie do Delhi! Jak do Delhi?! To gdzie jest mój?! Pokazuje mi odjeżdżający skład po drugiej stronie peronu. Wku…rzyłem się! Lecę do inquire office , gotów na awanturę. Pan z uśmiechem, który byłem gotów mu zmyć mówi, że nic nie może zrobić, bo pomyliłem pociągi. No, pomyliłem, bo obsługa waszego zakichanego dworca mi w tym pomogła! Ok, pytam o pierwszy odjeżdżający stąd pociąg. Pan cały czas na luzie, że za 20 min jest pociąg do Jaipuru. Bilet proszę i proszę mi skasować ten z którego nie skorzystałem. Pytam ile mi kolej zwróci za ten niewykorzystany bilet. Pan grzecznie, że 30%. Słucham?! W tym momencie byłem gotów wyjść na ring z Tysonem. Mówię, ok., byle szybko. Pan idzie do jakiegoś biura po pieniądze. Ja czekając, do odjazdu następnego pociągu pozostało mi 10 min, obmyślam plan. Nie będzie Hindus pluł mi w twarz! Wraca uśmiechnięty pan z pieniędzmi i mi podaje. Proszę go wystawienie rachunku. Faceta zamurowało! Pyta, a po co? Bo na najbliższej stacji chcę się skontaktować z głównym biurem kolei, by wyjaśnić sytuacje z tym biletem. Panu się zaczynają trząść ręce a mi wracać uśmiech, uśmiech perfidnej satysfakcji. Mówi, żebym poczekał. Za chwilę wyciąga z kieszeni resztę pieniędzy i mrucząc coś mi wręcza. Mówię mu po polsku, co o nim myślę i lecę na peron.

Właściwy pociąg, właściwe miejsce i opuszczam Kote. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Opisałem tą sytuacje, byście wiedzieli, że w Indiach takie próby oszustwa zdarzają się na każdym kroku.

Rano wita mnie Jaipur. Rikszarz wiezie mnie do przemiłego, rodzinnego hoteliku całkiem niedaleko dworca. Podam wam adres na wypadek, gdyby ktoś szukał czegoś w Jaipurze. Vinayak Guest House, Plot no.4 Kabir Marg Bani Park, Jaipur- 16, mail- vinayaguestthouse@yahoo.co.in. Po doświadczeniach z Koty, Jaipur wydaje mi się rajem. Nagle się wszyscy uśmiechają, są pomocni. Postanawiam tam spędzić trzy dni.

Pierwsze kroki kieruje do leżącej 11-ście kilometrów od miasta wioski Amber.

Amber słynie z fortu górującego nad osadą, do którego można wjechać na grzbietach, zdobionych i pomalowanych słoni. Oczywiście sobie nie odmówiłem, choć ta przyjemność jest droga, bo kosztuje 550 rupii. Jeśli ktoś ma ochotę pojeździć po prostu na słoniu, to po drodze z miasta stoją poganiacze i tam można to zrobić za 150 rupii, ale przy samym forcie to już naprawdę droga zabawa.

Słoń, na którym jechałem wspinał się powoli, kołysząc całym cielskiem i miałem wrażenie spokoju. Tym bardziej mnie to rozleniwiało, że upał stawał się nieziemski! Było o 40 st! Wreszcie osiągnęliśmy wzgórze, tam pamiątkowa fotka na grzbiecie słonia i biegnę kupić bilety.

Tuż za mną wybuchło zamieszanie. Ludzie zaczęli biegać i krzyczeć. Zrobiło się zbiegowisko w miejscu, w którym przed chwilą zsiadałem ze słonia. Okazało się, że pobiły się dwa zwierzaki. Jeden z nich leżał na boku i nieudolnie próbował wstać. Dopiero przy pomocy tłumu, udało się go postawić na nogi. Po chwili wszystko się uspokoiło, a ja mogłem zająć się zwiedzaniem.

Fort Amber jest niesamowity. Monumentalne budowle na szczycie wzgórza dają wyobrażenie o potędze i bogactwie władców tych ziem. Cudownie inkrustowane budowle, pełne przepychu sale, mieniące się w słońcu, zadbane, zielone ogrody. Jeśli ktoś tam będzie, koniecznie powinien to zobaczyć. Spędziłem kilka godzin włócząc się pośród labiryntów pokoi, korytarzy, sal.

Jest tam sala, tak bogata w zdobienia drobnych zwierciadeł, że rozświetla ja nawet płomień jednej świecy. Tak, to miejsce to pomnik potęgi Wielkich Mongołów w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Już trochę zmęczony upałem i wrażeniami dnia opuszczałem fort schodząc ze wzgórza trasą „pieszą”, czyli chodami wiodącymi wzdłuż zbocza. Czekała mnie jeszcze jedna atrakcja po drodze. W cieniu niewielkiego murku, chroniąc się przed słońcem, siedział zaklinacz węży. Metrowej długości kobra delikatnie kołysała się w rytm granej przez niego melodii. Uśmiechnąłem się.

Tak, teraz wiem, że jestem w Indiach.

I jeszcze jedna rzecz. Na drugi dzień w lokalnej gazecie był reportaż z bójki słoni w Amber. Tkwiłem w pierwszym rzędzie na zdjęciu w indyjskiej gazecie! Życie mnie często zaskakuje i dostarcza małych przyjemności.

  • Fort Amber
  • Wejście do Foru
  • Mozaika

Mój kolejny dzień w Jaipurze przeznaczyłem na zwiedzanie miasta. Choć było jeszcze coś.

Przez kilka godzin jeździłem rykszą od banku do banku i szukałem miejsca, gdzie mogę wypłacić z bankomatu pieniądze. Okazało się, wbrew wcześniejszym informacją, że wcale nie jest to takie proste. W całym Jaipurze znalazłem tylko jeden bankomat, który obsługiwał bez problemów karty Visa. Na drugi raz zaopatrzę się w większą ilość gotówki.

Kaska i do miasta. Jaipur ma kilka flagowych zabytków i nie mogę powiedzieć, że nie są one ciekawe, ale tak przepełnione turystami i naciągaczami, że traci się całą przyjemność przeżywania tych cudów.

Pierwsze kroki skierowałem do obserwatorium astronomicznego. Naprawde robi wrażenie. Znajduje się tam 16 bardzo dobrze zachowanych instrumentów służących do dokonywania przeróżnych pomiarów ciał niebieskich. Niektóre z nich są zwykłymi zegarami słonecznymi, inne dokonują skomplikowanych pomiarów torów planet. Na każdym znajduje się tabliczka wyjaśniająca zasadę działania. Zresztą można skorzystać z usług narzucających się przewodników, którzy wszystko dokładnie wyjaśnią. Trzeba pamiętać, że obserwatorium powstało w 1716 roku, i precyzja dokonywanych tam pomiarów, jak na tamte czasy jest niesamowita. Oprócz jaipurskiego, maharadża Dżaj Singha, kazał wybudować jeszcze cztery takie obiekty. W Delhi, Maturze, Udżadżajnie i Waranasi.

Następnym ważnym obiektem starego miasta jest Pałac Miejski. Drogi jest bilet wstępu, ale ja nie żałowałem wydanych pieniędzy. Pałac jest bardzo rozlegle położony i znajduje się w centralnym kwartale starego miasta. Wielkie wrażenie robi, tzw. pawi dziedziniec, który nazwę zawdzięcza niezwykłej kolorystyce murów i drzwi. Na dziedzińcu znajdują się cztery olbrzymie, bajecznie kolorowe wrota. Każde z tych czterech molochów, jest wykonany w innej gamie kolorów. Cudowne.

Można też zobaczyć znajdujące się w na terenie pałacu dwa największe na świecie, wykonane ze srebra dzbany. Każdy z nich to 345 kg tego kruszcu! Praca nad każdym z nich zajęła dwóm złotnikom, Govindzie Ramie i Madhavovi, dwa lata. Oba znajdują się w Księdze Rekordów Guinnessa.  Bardzo mi się też podobało lustro, które ozdobione było dwoma zwróconymi do siebie smokami. Chyba to były smokiJ .

Cały kompleks mieni się kolorami bieli połączonej z królującym w Jaipurze, różem. Warto zaobaczyć. Jeśli ktoś ma ochotę, to w Muzeum Pałacu Miejskiego, wystawiona jest bogata kolekcja tkanin i dywanów. Bardzo ciekawa.

Z Pałacu udałem się do sławnego Hawa Maral (Pałacu Wiatrów). Niestety, osławiona ściana zewnętrzna podlega kompleksowej renowacji i nie mogłem zrobić wymarzonej fotki.

Hawa Maral trudno nawet nazwać rezydencją. Gigantyczna ściana, przylegająca do kompleksu Pałacu Miejskiego, została zbudowana specjalnie dla pałacowych kobiet. Zgodnie z zasadą parna, kobiety nie mogły być widoczne dla obcych, więc by umożliwić im obserwowanie życia miasta, zbudowano kilkukondygnacyjny budynek, utkany oknami wyposażonymi w niewielkie otwory. Działa w jedną stronę. Sprawdziłem.

Późnym popołudniem rikszarz zawiózł mnie do fantastycznego miejsca, do tej pory nie wiem czemu, zupełnie pominiętego przez turystów. Kompleks ślicznych marmurowych świątyń leżący zupełnie na uboczu, pośród wysokich wzgórz. Oj tam dopiero odpocząłem, włócząc się samotnie w prażącym słońcu i podziwiając niezwykłą precyzje i kunszt indyjskich budowniczych. Cisza i spokój. Tylko jeden człowiek mozolnie coś naprawiający w cieniu budynku. Wrażenie błogości. Aż mi na wspomnienie miłoJ

Kolejny dzień spędziłem na wycieczce w góry. Wynająłem riksze, która zawiozła mnie jakieś czterdzieści kilometrów na południe od Jajpuru i cały dzień wędrowałem samotnie po wzgórzach napawając się spokojem przyrody. Widziałem też kilka ciekawych rzeczy. Otóż dwie wieśniaczki z jakiejś zagubionej w górach wioski rąbały drzewo na opał. Śpiewały przy tym nie przerywając swojego zajęcia. W oddali, pośród wzgórz, snuł się dym ognisk i powiewały flagi we wioskowych barwach. Stanąłem i nie wierzyłem oczom! To ma być XXI wiek?! Pomyślałem, że coś mi się w życiu musiało poprzestawiać. Przecież życie ma taką wielką wartość, a nie polega na zerkaniu niepewnie w telefon komórkowy, czekaniu na wypłatę martwieniu się,co kolejny dzień przyniesie, jak mnie ludzie ocenią. Gdzieś w moim świecie, w Europie, pogubiłem się. Razem z paroma milionami innych.

Przypomniałem sobie, że jestem w kraju, gdzie urodził się i nauczał Anthony De Mello. Jeśli ktoś z Was nie wie, kim był De Mello, to niech natychmiast idzie do księgarni i zakupi, którąś z jego książek. Zrozumiecie o czym mówię.

Ale wracając do podróży. Kolejnym miejscem które chciałem odwiedzić był Udajpur, uważany za najbardziej romantyczne miasto Radjastanu. Miasto z zachwycającymi pałacami, cudowną starówką, położone pośród wzgórz nad dającym ochłodę jeziorem. Ale o tym opowiem w kolejnej części.

  • Świątynia bez turystów
  • Pałac wiatrów
  • Ruch uliczny

Pociąg do Udajpuru dowiózł mnie w stanie absolutnego przeziębienia. Było mi wszystko obojętne. Czułem się fatalnie i marzyłem tylko o tym by legnąć w łóżku i nic nie robić.

W przewodniku znalazłem spanko w bardzo popularnym, bo tanim i fajnie położonym Laighat Guest House. Z dworca kazałem się zawieźć rikszarzowi właśnie tam. Pomimo tego, że lekko nie funkcjonowałem, rzuciło mi się w oczy, że Udajpur mocno się różni od miast, które widziałem do tej pory. Z czystego dworca droga wiodła wśród ładnych, zadbanych domów świadczących o zamożności mieszkańców tego miasta. Minąwszy mury starego miasta wjechałem w inny świat. Wszechobecny tłok, mozaika zapachów pośród zwartej zabudowy. Zwróciło moją uwagę coś, czego wcześniej jakoś nie zauważyłem. Ulice w starym mieście Udjpuru są bardzo wąskie i gdy się spojrzy do góry nagle się rzuca w oczy nieprawdopodobna plątanina kabli, kabelków, przewodów. Skłębionych, poskręcanych, prowadzących do sklepów, domów, słupów wysokiego napięcia. Absolutny chaos! To elektryczność po indyjsku. Każdy radzi sobie jak może. Niewyobrażalne. Momentalnie przestałem się dziwić, tym częstym przerwom w dostawach prądu.

Ale wracając do tematu. Riksza zawiozła mnie pnącymi się w góre i opadającymi stromo w dół uliczkami, do wybranego hoteliku. Hotelik ze względu na niskie ceny jest popularny, więc można się rozczarować brakiem miejsc. Jest jeszcze jedna rzecz, która stanowi o jego położeniu. Lokalizacja. Położony jest nad brzegiem pięknego jeziora Pichola, na stopniach ghatu. Z hotelu wszędzie jest blisko. Zarówno do świątyń, jak i do Pałacu Miejskiego. Niedaleko jest też świetne miejsce nad jeziorem, skąd można oglądać zachody słońca nad wzgórzami otaczającymi Udajpur.

Wynająłem jeden z dwóch pozostałych, wolnych pokoi i jednak ciekawość zwyciężyła z chorobą. Zjadłem śniadanie i ruszyłem na miasto. Było gorąco, ale łagodna bryza znad jeziora pomagała to znieść.

Zacząłem od przechadzki do Pałacu Miejskiego. Ulice są, jak już wspomniałem, bardzo wąskie, miasto jest zbudowane na bardzo pofalowanym terenie i przemieszczanie się pieszo to mimo niewielkich odległości, to uciążliwa sprawa, dla niewprawnego piechura. Po drodze do Pałacu mija się dwie cudowne świątynie. Jedna z nich, Jagdish Tample, jest zdecydowanie warta odwiedzenia. Ale opowiem o niej później. Najpierw Pałac.

Pałac Miejski w Udajpurze ,jest największym, powstałym na terenie Radjastanu kompleksem pałacowym. Jego budowę rozpoczął założyciel miasta, maharadża Udaj Singh. Jego następcy dobudowywali kolejne elementy. Wstęp jest drogi, bo ok. 300 rupii, ale się zdecydowałem. Od razu po wejściu na dziedziniec przypomniał mi się Indiana Jones, w filmie, w którym przeżywał swoje przygody w Indiach. Pałac jest monumentalny. Pełen balkonów, typowej hinduskiej tajemniczości i przepychu. Ponoć, w latach rozkwitu miasta, ówcześni maharadżowie, ważyli się publicznie u bram pałacu, by potem rozdawać poddanym tyle złota ile ważyli. Ta legenda mówi o bogactwie tego miejsca. W Pałacu zwiedza się obie części. Mardanę- część dla mężczyzn i Zenanę przeznaczoną dla kobiet.

W wielu przewodnikach widziałem zdjęcia słynnego Pawiego Dziedzińca. Na ścianach znajdują się mozaiki przedstawiające pawie, wykonane misternie ze szlachetnych kamieni. Tego się nie da opisać. Błądząc po nieprawdopodobnym labiryncie pałacowych komnat, zawędrowałem do położonego na najwyższym piętrze, ocienionego zasadzonymi tu drzewkami, dziedzińca. Pośrodku znajduje się tryskająca fontanna i panuje taka miła atmosfera spokoju. Po jednej stronie okna wychodzą na panoramę leżącego u stóp Pałacu miasta, zaś z drugiej strony zapiera dech widok jeziora i okalających go wzgórz. Patrząc na jezioro, pomyślałem, że rozumiem, dlaczego tylu francuskich impresjonistów pokochało to miasto. Przejrzyste powietrze, mieniące się wyraziste kolory, atmosfera. Gotowy obraz gdziekolwiek się nie obrócisz! Przepych oszałamia.

Wróciłem do hotelu, podekscytowany czekającymi mnie tu doznaniami.

Kolejny dzień włóczyłem się nieco bez celu. Jako, że choroba mnie nie puściła, nie wymyślałem żadnych karkołomnych przedsięwzięć, chciałem powłóczyć się po mieście i pooddychać tutejszą atmosferą.

Na prawo od wyjścia z hotelu znajduje się główna przystań. Stąd można wynająć łódź i odbyć odświeżającą wycieczkę po jeziorze. Tuż obok znajduje się, na dachu budynku, fajna, niedroga restauracja, z dość dużym wyborem dań i przepięknym widokiem. Wiaterek chłodził, słonko przygrzewało, a ja siedziałem sobie i podziwiałem piękno otaczającego mnie miejsca. Na jeziorze, założyciel miasta, kazał wybudować Pałac, z którego korzystał w upalne dni. Obecnie został on zaadoptowany, na luksusowy hotel, który nocami jest podświetlany specjalnymi lampami i robi nierealne wrażenie. Na jednym ze wzgórz, otaczających jezior, widać daleką sylwetkę Pałacu Wiatrów, skąd nadaje największa rozgłośnia radiowa Udajpuru. Pałac Wiatrów jest miejscem, które warto odwiedzić wieczorem, bo widoczny zachód słońca z jego murów, uczyni melancholikiem, nawet Pudzianowskiego.

Obok przystani znajdują się gathy, na których siedziałem parę godzin, podziwiając przyrodę, i obserwując obyczaje mieszkańców Udajpuru. Prosto w górę wiedzie skrót do Pałacu Miejskiego, rzucającego cień potęgi na leżące u jego stóp miasto. Po pójściu tą drogą i skręceniu w lewo, przy bramie Pałacu dochodzimy, do wspomnianej wcześniej świątyni Jagdish. Warto tam zajrzeć, by zobaczyć wykuty w czarnym kamieniu posąg Wisznu i statuetkę mitycznego ptaka Garudy. Przy wejściu oczywiście trzeba zdjąć buty i zostawić je pod opieką strażnika, który po wyjściu obowiązkowo przypomni o napiwku. W środku, krąży kilku cwaniaczków, którzy namolnie próbują wyjaśnić co warto fotografować, ale wystarczy być stanowczym , by dali spokój.

Dzień zakończyłem na oglądaniu zachodu słońca na rozległym tarasie nad jeziorem, przy dźwiękach oryginalnej hinduskiej muzyki i ze spacerującą leniwie koło mnie krową.

Na kolejny dzień zaplanowałem przejażdżkę na koniu po wzgórzach. Taką wyprawę można sobie zorganizować z pomocą wielu biur w Udajpurze, lub samemu. Podaję adres mailowy- kumbha01@hotmail.com. Ja zapłaciłem 700 rupii za pół dnia spędzonego w siodle. Wczesnym ranem podjechał po mnie facet na motorze i się zaczęło! Gnał jak wariat po uliczkach, i dróżkach. Dostarczyła mi ta przejażdżka nie lada emocji. Po jakiejś pół godzinie tego motokrosu, dojechaliśmy do położonej w górach farmy, gdzie przywitało mnie leniwie płonące ognisko z gotującym się mlekiem na tradycyjny czaj.

Oprócz mnie były jeszcze dwie Angielki. Zostaliśmy poczęstowani herbatą i czekaliśmy na to, aż konie zostaną przygotowane do przejażdżki. W między czasie, przyłączyła się do nas jeszcze jedna dziewczyna. Zacząłem z nią rozmawiać. Okazało się, że mieszka i pracuje na tej farmie od sześciu miesięcy, pochodzi z Irlandii i na stałe mieszka w Londynie. Gdy się dowiedziała, że jestem Polakiem, łamaną polszczyzną powiedziała;

-Dzień dobry.

Zapytałem czy zna jeszcze jakieś polskie wyrażenia. Kiwnęła głową, że tak.

-Piekielnie trudne- wydukała.

Uśmiałem się do łez.

W tym momencie dołączył do nas przewodnik i dosiedliśmy koników. Jechaliśmy piaskowymi dróżkami wijącymi się wśród zielonych wzgórz, mijając pola z pracującymi mieszkańcami okolicznych wiosek. Przejeżdżaliśmy przez wioski, gdzie roześmiana dziatwa machała nam z zapałem na powitanie, biegnąc z naszą kawalkadą, aż do granic wiosek. Zatrzymaliśmy się w szpitalu, gdzie wolontariusze z europy zajmowali się pogryzionymi przez kobry zwierzętami. Były tam owce, psy, małpy, koty, papugi. Dowiedziałem się, że kobry były jeszcze niedawno, olbrzymim zagrożeniem dla okolicznych mieszkańców. Obecnie pogryzień nie ma już tak dużo, choć się zdarzają.

Następny przystanek zrobiliśmy nad jeziorem Tygrysa. Ponoć najczystszym jeziorem w Radjastanie. Swoją nazwę zawdzięcza temu, że w jego okolicach żyło dziko, bardzo dużo tygrysów. Obecnie ich nie maL.

Podczas tego postoju koniki zostały nasmarowane specjalną maścią, zrobioną z tytoniu i jeszcze czegoś. Służyło to odganianiu komarów. Strasznie śmierdząca rzecz.

Wycieczka skończyła się późnym popołudniem i po przygotowanym na ognisku obiedzie, wróciłem do hotelu.

Następny dzień spędziłem na przygotowywaniu się do dalszej podróży i włóczeniu, po znanych już uliczkach Udajpuru. Następnym miejsce, które chciałem zobaczyć, był Jaisalmer. Piaskowe miasto, na pustyni Thar. Z Udajpuru najłatwiej tam dojechać autobusem. Zamówiłem bilet, sypialny, bo podróż trwa całą noc i wieczorem ruszyłem w dalszą podróż.

Żegnaj Udajpurze. Wart było Cię poznać…

  • Święty żebrak
  • Pałac Maharadży Udajpuru
  • Pawi dziedziniec
  • Jeszcze jedno spojrzenie

Podróż z Udajpuru do Jaisalmeru była koszmarna. Prawda jest taka, że sam sobie jestem winien. Miałem wykupione miejsce sypialne, tak więc, zaraz po dostaniu się do autobusu, ułożyłem się wygodnie, zasunąłem zasłonki i obróciwszy się w stronę okna, zamknąłem oczy. Niestety po chwili zacząłem czuć dość poważne parcie na pęcherzJ. Czekając na autobus wypiłem dwa litry coli i teraz zanosiło się na poważne konsekwencje. To było kilka ładnych godzin cierpienia. Autobus zatrzymał się dopiero w Jodhpurze, gdzie przesadzono nas do innego pojazdu i mogliśmy kontynuować podróż. Już świtało. Za oknem piach, piach, piach. Tylko z rzadka, gdzieniegdzie pęki niezbyt soczystej trawy i bezwładnie porozrzucane kamienie, jakby ręką dziecka. I tyle.

W Jaisalmerze przywitał mnie upał, jakiego jeszcze w Indiach nie spotkałem. W tej spiekocie, tuż za tłumem pchających się na mnie hindusów zachwalających z ulotkami w ręku hotele, wznosił się sławny Fort. Ale do Fortu później. Teraz trzeba znaleźć miejsce do spania. Wybrałem hotel poza Fortem, ze względu na cenę. Najtańsze miejsca do spania w Indiach, jakie spotkałem. Hotele wahały się w granicach 50 rupii za dobę. Zostawiłem plecak, wykąpałem się i poszedłem obejrzeć miasto.

Jaisalmer to warowne miasto na pustyni Thar. Został założony w 1156 r przez Rawale Dźajsala, Radźputa z klanu Bhatti. Całe miasto zostało zbudowane ze złocistego piaskowca. Różne były koleje losu warowni, ale swój rozwój i przetrwanie zawdzięcza położeniu. Leży na dawnym szlaku handlowym z Indii na Zachód, do Arabii, Persji, Egiptu. To tą drogą ciągnęły kupieckie karawany, z przyprawami, herbatą, tkaninami. Miasto korzystało na swoim położeniu. Tak jak teraz korzysta na turystach.

Leżący na wzgórzu nad miastem Fort przyciąga uwagę. Wznosi się nad pustynią niczym strażnik strzegący drogi. Budzi respekt, swoimi warownymi murami, i szczery zachwyt zabudową wewnątrz nich. Cudownie zachowane havli, bogato zdobione budynki z piaskowca, a przede wszystkim pałac maharadży, na którego ścianie, tuż przy wejściu znajdują się odciski dłoni siedmiu żon władcy, to natychmiast przyciągające uwagę rzeczy po przekroczeniu murów. Gdy szedłem wijącą się pod górę drogą, szukając schronienia przed słońcem w cieniu murów, ujrzałem coś, co mnie wytrąciło z równowagi. Na kamieniu siedział człowiek. I zapewne nie było by to coś niezwykłego, bo można to zobaczyć na każdym kroku, i ten także prosił o wsparcie. Przerażająca była jego choroba. Trąd. Z każdego zakamarka ciała pokrytego strupami i guzami, wypływała jakaś brązowa maź. To było straszne.

To nie jest film dokumentalny w telewizji, tylko realny świat.

Tuż za bramą, po prawej stronie, znajduje się wejście do pałacu maharadży. Obok drzwi siedem odcisków dłoni siedmiu żon maharadży, które po jego śmierci zostały spalone na stosie razem z nim, przypomina o panujących kiedyś w Indiach rytuałach. Cały plac tuż za wejściem wypełniony jest restauracjami, straganami, na których można kupić wszelakie towary oraz ludźmi, którzy nachalnie oferują swoje usługi. Nie skorzystałem z propozycji wzięcia przewodnika i zagłębiłem się w labirynt wąskich uliczek. Sklepy, sklepiki, hotele, restauracje. Gdzieniegdzie wyłaniająca się zza rogu świątynia. Przechadzające się krowy, które blokują przejście. Razem to tworzy niesamowitą plątaninę i sprawia, że przechadzka staje się przygodą. Dotarłem do murów Fortu, gdzie nareszcie mogłem spokojnie pobyć sam, bez wszechobecnych zaczepek i zaproszeń. Usiadłem na kamieniu skąd roztaczał się widok na otaczającą miasto pustynię. Zachodziło słońce, byłem spokojny, zrelaksowany, w uszach grała mi muzyka, która dopełniała atmosferę. Kryjące się słońce wydłużało cienie i rzucało coraz bardziej krwawą poświatę. Ach, co to była za chwila!

Kolejny dzień zaczął się od szukania przewodnika na pustynie. Rzucające się w oczy biura oferujące wycieczki dla turystów znajdują się wszędzie. Zaszedłem do jednego w pobliżu wejścia do Fortu. Wnętrze wypełnione było zdjęciami, wycinkami z gazet, plakatami. Wszystkie one przedstawiały ta samą osobę- wąsatego mężczyznę w turbanie z niesamowicie błękitnymi oczami. Po chwili przyszedł właściciel biura. To był ten sam człowiek, co na zdjęciach. Okazało się, że jego twarz jest mi znana. Widnieje na pocztówkach z Jaisalmeru. Nazywają go „marlboro man”,  ponieważ jego fotografia znajduje się na plakatach reklamujących tą markę papierosów. Gra w filmach, które rozgrywają się na pustyni i ogólnie jest bardzo znaną osobą. Ale z usług nie skorzystałem, bo był za drogi.

Swoją wyprawę na pustynię znalazłem, gdy wracałem do hotelu. Małe biuro wynajmu motocykli gdzieś pomiędzy kramem z napojami a sklepikiem z ubraniami, oferowało safari na pustynię. W środku siedziała para Europejczyków i to właśnie oni, wołając mnie sprawili, że tam zaszedłem. Okazało się, że to dwójka Anglików, którzy w Indiach są trzeci miesiąc. Dziewczyna obchodziła tego dnia urodziny i widząc mnie, zawołali na poczęstunek. Właściciel był bardzo miły i widać, że cwany, ale cóż jego interes, więc musiał sobie jakoś radzić. Najbardziej mnie rozbawiło, gdy pokazał mi wpisy swoich klientów. Jeden wpis był po polsku i brzmiał mniej więcej tak:

Nie wiem, czemu to piszę, bo nigdy nie korzystałem z usług tego biura. Pozdrawiam wszystkich.

He, he. Miało mnie to zachęcić? Uśmiałem się, bo właściciel był przekonany, że facet napisał mu mnóstwo pozytywnych rzeczy na temat jego usług. Ale ja skorzystałem. Troszkę się pokłóciliśmy o cenę, ale doszliśmy do porozumienia i następnego ranka miałem ruszyć na pustynię na dwa dni.

Ranek powitał mnie upalnym słońcem i lekko się zaniepokoiłem jak to będzie. Ale jak się powiedziało- a…Poprosiłem tylko, żeby dołożyć trochę wody mineralnej do bagażu i ruszyliśmy. Przewodnik miał na nas czekać z wielbłądami jakieś trzydzieści kilometrów od Jaisalmeru. Asfaltowa droga, którą jechaliśmy z jakąś przerażającą prędkością na motorze, wiodła wzdłuż niekończących się fal piasku. Od czasu do czasu przemykały mi przed oczami połacie kamienistych zawalisk, gdzieniegdzie pojawiały się kępy trawy. Kilka razy stawaliśmy by wymienić pozdrowienia ze znajomymi właściciela biura. Pokazał mi też wioskę, z której pochodził. Wielkie wrażenie wywarł na mnie autobus zmierzający w stronę granicy z niedalekim Pakistanem. Był pełen ludzi, towarów i zwierząt. Cały dach autobusu zapchany był pasażerami. Widać było, że jest to tutaj rzecz normalna.

W pewnym momencie zapytałem mojego kierowcę, jak to jest z wojną Indyjsko Pakistańską. Czy nadal trwa i czy ten rejon, w związku z bliskością granicy, nie jest niebezpieczny? Z absolutnym spokojem odpowiedział, że co prawda wojna trwa, ale ostatni ostrzał ze strony Pakistanu miał miejsce przed rokiem. Chyba miało to wpłynąć kojąco na moje poczucie bezpieczeństwa. No cóż zostało jak zaufać. Zaufałem.

Po jakimś czasie dotarliśmy do miejsca spotkania, gdzie rzeczywiście czekał na mnie przewodnik i dwa wielbłądy. Wielbłądy spokojnie obgryzały kolczaste akacje, wokoło kręciła się dwójka dzieci czekając na moment do wydobycia ze mnie jakichś pieniędzy, kilkanaście metrów dalej widać było małą wioskę. W takim otoczeniu zaczęliśmy naszą wyprawę w głąb pustyni Thar.

  • Havli
  • Piaskowe miasto
  • Poszły z nim na stos

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. dino
    dino (25.08.2009 2:09) 0 + -
    pełna wrażeń podróż.....i ja coś dzięki temu opisowi zapamiętam...
  2. tedesse
    tedesse (09.07.2009 20:00) +1 + -
    Super!!!
  3. powsinoga45
    powsinoga45 (08.07.2009 23:15) +1 + -
    Żywy język. Zdjęcia otwierają mi się jakoś zbyt długo, ale to nie Twoja wina :)
  4. kuniu_ock
    kuniu_ock (23.05.2009 17:30) +1 + -
    Przyznaję - czytałem z zapartym tchem :))) Fakt, że zdjęć nie za wiele ;) ale opis pobudza wyobraźnię.
    Powtórzę słowa Kolumberków i Mimbli... Rewelacyjna relacja, wspaniała, prawdziwa opowieść...
    Zapomnienie, Destiny... W końcu to przeznaczenie nami rządzi…
    Życzę wszystkiego co najlepsze :)
    Pozdrawiam :)
  5. mimbla.londyn
    mimbla.londyn (23.05.2009 1:52) +2 + -
    "Szukając wytchnienia, znalazłem cudowny różnorodny kraj, który zmienił mnie i mój sposób widzenia świata... "

    Krzysku,
    wspaniala ,prawdziwa opowiesc ...
  6. jolaela1 (29.12.2008 16:49) +2 + -
    Świetna relacja. Trochę wyobraźni i już tam jestem.
  7. kolumber
    kolumber (13.06.2008 10:35) +1 + -
    Ze zdjęciami od razu inaczej :)
  8. kolumber
    kolumber (11.06.2008 12:30) +1 + -
    Rewelacyjna relacja. Czegoś jednak mi brakuje... Wiem - zdjęć! ;)

northkris

Krzysztof Łuczak
Punkty: 1182