Ajax Loader Ładuję ...

3 +
2009-02-12

Podróż ŚWIT W PEKINIE

Opisywane miejsca: Pekin
Typ: Blog z podróży

Nie udało się zabukować mi lotów przez Szanghaj, więc otrzymałem przez Pekin.

Z Lianyungang miałem dotrzeć tu przed północą, a dopiero w południe planowany był odlot do San Francisco. Szkoda mi było zmarnować taką okazję na zobaczenie chociaż kawałka chińskiej stolicy. Wynająłem więc pokój w hotelu w pobliżu lotniska, przytargałem tam bagaże wziąłem prysznic, zobaczyłem co nowego w internecie i położyłem sie na króciutką drzemkę.

Nastawiłem budzik na 03:30, doprowadziłem się trochę do porządku i poszedłem na dół, do recepcji. Metro o tak wczesnej porze jeszcze nie jeździ więc poprosiłem o zamówienie taksówki. Wiedziałem, że nie będzie lekko, bo już podczas zameldowania krecili głową.

- Ale po co ty chcesz tam jechać tak wcześnie?

Ba! Też bym wolał pospać, ale coś za coś. Taksówkarze jednak odmawiali, że za wczesnie. Jeden nie odmówił ale za to rzucił taką cenę, że zrezygnowałem ja. I to samo powtórzyło się, kiedy się obudziłem. Recepcjonista ziewał i sapał ocierając pot z czoła tak, jakbym mu zadał nie wiem jaki ciężar do przeniesienia.  W końcu odłożył słuchawke i powiedział, żebym lepiej wsiadał do shuttle busa (odjazd za pięć minut) i próbował coś złapać na lotnisku. Tak też zrobiłem. Kierowca również ziewał przez cały czas, a przy tym wydawał jęki tak żałosne, że chyba wszyscy pasażerowie serdecznie wspólczuli mu wstawania w środku nocy (a może jeszcze nie zdążył się położyć?

Kiedy wysiadłem, natychmiast złapałem taksówkę. Akurat przywiozła kogoś na lotnisko, więc tylko zająłem jego miejsce. Było jeszcze ciemno, ale w miarę jak zbliżaliśmy się do miasta niebo zaczęło szarzeć i wstawał zamglony świt. Lotnisko odległe jest od miasta o ponad trzydzieści kilometrów, więć trochę czasu to zajęło. Autostrada (płatna), nazyzwana, jak pookazywały drogowskazy Airport Expressway no.2 niedość że szeroka i równa jak stół to krzyżowała się z innymi drogami szybkiego ruchu takimi, że tylko pozazdrościć. Wkrótce zjechaliśmy na Ring no.5, czyli piątą obwodnice miasta, bo Pekin ma ich pół tuzina. Wygląda to na mapie miasta pododbnie do rozchodzących się kręgów na wodzie. Potem zjechaliśmy z niej i juz przez miasto poruszaliśmy się inną ekspressówką prowadzącą do centrum, przecinajac pozostałe kręgi. Nagle wyłoniły spoza innych wieżowców takie domy, że inne metropolie moga pozazdroiścić. Wśród nich słynny już budynek Telewizji przypominajacy dwie oparte o siebie litery Z. Żałowałem, że było jeszcze zbyt ciemno na zdjęcie z mknącego samochodu. Porażajacy był ogrom tego wszystkiego. Szerokie (kilka pasów w jednym kierunku) ulice, potężne biurowce i domy towarowe stwarzały krajobraz, w którym człowek zredukowany był do rozmiarów mrówki niemalże. Z pewnością nie były to tereny zachecające do pieszych spacerów. Szczególnie gdy jeszcze weźmie sie pod uwagę temperature oscylująca od rana w okolicy 30˚C (zapowiadali w ciągu dnia +34˚C) i bardzo wysoką wilgotność powietrza. Jeszcze troche i dałoby sie takie powietrze zagarniac garściami, takie było gęste.

Taką właśnie szeroką ulicą dojechaliśmy do celu, czyli do Placu Tiananmen. To znaczy kierowca najpierw powiedział, ze plac jest przed nami bo ja z powodu mgły nic nie widziałem. Ciekawy byłem, czy to rzeczywiście mgła, czy osławiony pekiński smog, bo nie ustąpiło to do południa. Kiedy w końcu zbliżylismy się na tyle, że swobodnie było juz widać mury Zakazanego Miasta z ogromnym portretem Mao po prawej, a ogromną, ginącą daleko we mgla płaszczyzna placu po lewej, ruch został wstrzymany.Policja zatrzymała potok aut nadjeżdząjących kilkoma pasmami z każdej strony, bo odbywało sie codzienne(?) wciąganie flagi na maszt. Widziałem delifujących daleko w poprzek ruchliwej ulicy żołnierzy, którzy prawdopodobnie nieśli gdzieś z Zakazanego Miasta złożoną czerowną flagę z żółtymi gwiazdami. Flaga powędrowała na maszt, a żołnierze krokiem defiladowym wrócili tam skąd przyszli. Dopiero wtedy przywrócono ruch. Mogłem to obserwować z bardzo daleka i na zdjęciu widac przede wszystkim błyskające w oddali koguty policyjnych aut, ale jeśli się dobrze przyjrzeć, można zauważyc mikroskopijnych rozmiarów sznureczek żołnierzy przekraczających ulice po zakończeniu ceremonii.

Pierwsze co obejrzałem po wyjsciu z taksówki, to zamykający jedną stronę placu monumentalny gmach Muzeum Narodowego mieszczacy wewnątrz Muzeum Historii Chin oraz Muzeum Rewolucji. Budynek był jednak odgrodzony barierkami i można go było oglądać jedynie z daleka. Kto wie, może wtedy budzi jeszcze większy respekt? Z takiej odległośći stojący przed drzwiami wartownik staje się ledwo widoczny.

Przeszedłem przez ulice na centralna część placu. Ludzie już się rozchodzili. Co ja piszę! Morze ludzi właśnie sie rozchodziło! Kiedy zakończono ceremonię wciągania flagi, tłum przedtem ściśnięty przy barierkach, i na który nie zwróciłem uwagi nagle zafalował i rozlał się po całej powierzchni placu. Niedziela, piąta rano, a tam wycieczki, rodziny z dziećmi, grupki przyjaciół oglądają, pstrykają sobie zdjęcia i powoli opuszczają plac. Wkrótce przerzedziło sie na tyle, ze policja i wojsko mogły ponownie zamknąć bramki. Na plac bowiem, podobnie jak do metra oraz do wielu innych miejsc, nie da się obecnie wejść ot tak sobie. Wszędzie stoją posterunki i nawet całe urządzenia do prześwietlania toreb.    A na samym placu trwa jeszcze budowa dekoracji olimpijskich. Jakaś potężna góra kwiatów, mnóstwo kwiatowych postaci, kwiatowe dywany, kwiatowe napisy i jeszcze tysiące kwiatów stojących w kolejce na zagospodarowanie.    Wszystko jeszcze ogrodzone, zeby gawiedź nie zadeptała, a porządku pilnuje policjant.

Stronę placu naprzeciw Muzeum Narodowego zajmuje inny, monumentalny gmach: Hala Zebrań Ludowych albo jakoś tak (The Great Hall of People). Przed nią świetlny zegar elektroniczny odlicz czas do rozpoczęcia igrzysk.   Spod Hali Zebrań Ludowych skierowałem się ku bramieprowadzącej do Zakazanego Miasta. Wielki Brat w osobie przewodniczącego Mao czujnie i z miłością spoglądał z portretu na przygotowania do Olimpiady. Ciekawe, czy wprowadzając w życie swoje urojenia wyobrażał sobie kiedyś takie Chiny? Dziś zamiast karnie w jednakowych mundurkach, dobrze ubrane rodziny spokojnie spacerują i fotografują się przed portretem. Chociaż oczywiście trudno mówić o swobodzie pamiętając niezaleczone rany z roku 1989. Akurat w dniu kiedy „w Polsce skończył się komunizm”, tutaj czołgi rozjechały namiotowe miasteczko demonstrujących studentów. Zastanawiałem się ile determinacji musiało byc w tych młodych ludziach by postawić takie miasteczko i demonstrować w samym mateczniku komuny, mając obydwa monumentalne gmachy opisane przeze mnie w poprzednim wpisie po bokach, z przodu portret Mao na murach Zakazanego Miasta, a z tyłu równie wielki gmach mauzoleum z zabalsamowanymi zwłokami przewodniczącego. Już sama architektura tego miejsca zniewala cyrankiewiczowskim przypomnieniem, że „rękę podniesioną na władzę ta władza odrąbie”.

Zakazane Miasto otwierano dla zwiedzających o 08:30. Sądząc po siedzących grupkach ludzi, niektórzy chyba już zaczynali oczekiwanie. Ja niestety najpóźniej o dziewiątej musiałem byc z powrotem w hotelu, by zabrać rzeczy i jechać na lotnisko. Szkoda. Chętnie też odwiedziłbym owo mauzoleum Mao, lecz i ono było otwierane dopiero o 08:30. Popatrzyłem wiec tylko z daleka przez bramę pod portretem i poszedłem do metra, aby pojechać zobaczyć Niebiańską Światynię. Niebiańska Świątynia (Temple of Heaven) jest bowiem po Zakazanym Mieście jednym z najważniejszych zabytków stolicy Chin.

Muszę przyznać, że pekińskie metro trochę mnie rozczarowało. Stare linie wcale nie wyglądają zbyt schludnie, a te nowe sprawiają wrażenie budowanych oszczędnie. Niewiele jest na przykład ruchomych schodów, co przy pokonywaniu różnic wysokości między poziomami ulicy i tunei, w przypadku przesiadek nawet kilkakrotnie, w tym klimacie staje się szczególnie uciążliwe. Nie wiem jak dają sobie radę niepełnosprawni, ale widziałem złorzeczących Chińczyków, którzy z cieżkimi walizami pokonywali zwykłe schody prowadzace na stację Airport Express – otwartej niedawno szybkiej kolei łączącej miasto z lotniskiem.

Wyszedłem z metra niemal prosto do wejścia do parku, w którym znajdowała się świątynia. I tu zaczęły się kolejne problemy. Wstęp 38 juanów (około 11 złotych). Ja jednak prawie wszystkie chińskie pieniądze wydałem na taksówkę. Zostało mi piętnaście juanów. Miałem karty do bankomatów, parę dolarów. Może się uda... Nie udało się. Zapłaty kartą nie przyjmują, a dolarami tym bardziej. Udałem się więc na poszukiwania bankomatu. Poszedłem w lewo, potem w prawo, w jedną uliczkę, w drugą, na stację metra. Nic z tego. Być może mieli jakiś w pobliskim domu towarowym, ale ten o wpół do ósmej rano był jeszcze zamknięty. I tak nie zobaczyłem światyni. Czas już też był, aby wracać do hotelu. Nawet nie tyle owej świątyni mi było szkoda, co starconego czasu na dojazd i na poszukiwanie bankomatu. Mogłem w tym czasie obejrzeć coś innego.

Dojechałem metrem do stacji Dongzhimen, skąd brała początek linia Airport Express. O ile bilet na metro kosztuje dwa juany, to na kolejkę na lotnisko już dwadzieścia pięć. I znów nie można zapłacic kartą. Tym razem jednak miałem więcej szczęścia. Przy wejściu na stację stał bowiem budynek banku i tam mogłem skorzystać z bankomatu. Stacja tej kolejki na Terminalu 3, prykryta ogromną szklaną kopułą ustawioną wprost na trawiastym wydawałoby się nasypie to kolejna perełka architektury. Podobnie zresztą jak i sam budynek terminalu – ogromny i lekki zarazem. Z lotniska pojechałem do hotelu, wziąłem prysznic i wkrótce zjawiłem się tam ponownie, już z walizkami.

Na lotnisku pełno jest stoisk, przy których zaopatrzeni w rozmaite broszury dyżurują wolontariusze. Wielu ich także spacerujących po halach portu, gotowych do pomocy w każdej sprawie. Muszę przyznać, że bardzo dobrze to wygląda. Pomoc i życzliwosć oferowana niemal na każdym kroku. Od takich wolontariuszy wcześniej otrzymałem bezpłatnie mapy i przewodniki. Wzmożone zasady bezpieczeństwa sprawiły, że zanim przeszedłem wszystkie bramki minęła prawie godzina. I tak nie było się po co spieszyć, bo okazało się, że samolot jest opóźniony. I to aż o cztery godziny. Szkoda, że nie wiedziałem tego wczesniej – mógłbym nie wracać tak szybko z miasta.

Z lotniska zapamiętam jeszcze smoki, przy których wszyscy chetnie się fotografowali. A potem było juz tylko senne oczekiwanie. Podróż dookoła świata potrafi rozregulować organizm dokumentnie. Jeszcze nie przestawiłem się całkiem na czas chiński (prawdę mówiąc, zegarków w ogóle nie przestawiałem od wyjazdu z Polski, mając różnicę „w pamięci”, a teraz kolejny skok. Według rozkładu miałem wylecieć z Pekinu o 12:00 w niedzielę 27 lipca, by po ponad jedenastu godzinach lotu dolecić do San Francisco tego samego dnia o 08:29 rano. Krótko mówiąc przylecę wcześniej niż wyleciałem. To efekt przekraczania linii zmiany daty. Długi dzień się szykuje. Niemal dwa razy niedziela bez nocy pomiędzy nimi, a do tego symbolicznie przespana noc sobotnia. Mam cichą nadzieję, że po przyjeździe na statek, żadne pilne sprawy czekać na mnie nie będą i dzieki temu będę mógł odespać pierwszy szok. Oby.

A póki co jeszcze dwie godziny lotu przede mną...

Nad Pacyfikiem, na południe od Alaski, 27.07.2008, 10:45 LT

  • Pekin 18
  • Pekin 1
  • Pekin 2
  • Pekin 3
  • Pekin 4
  • Pekin 5
  • Pekin 6
  • Pekin 7
  • Pekin 8
  • Pekin 9
  • Pekin 10
  • Pekin 11
  • Pekin 12
  • Pekin 13
  • Pekin 14
  • Pekin 15
  • Pekin 16
  • Pekin 17

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

searover

searover

Dariusz Stefaniak
Punkty: 6372