Ajax Loader Ładuję ...

2 +
2009-02-03

Podróż Dziennik z podróży na koniec świata...

Opisywane miejsca: Nowa Zelandia
Typ: Inna

www.pajdos.prv.pl

 

05.11.06 Kraków – Piła - Warszawa    

Właśnie rozpoczyna się nasza podróż. Pociąg osobowy relacji Piła – Bydgoszcz. Następnie przesiadamy się już na pośpieszny w kierunku stolicy. I po wielu trudach (pomyliliśmy kierunek autobusu 521 i zwiedziliśmy peryferie Warszawy) docieramy do hotelu.

06.11.06 Warszawa - Londyn

Na razie humory dopisują, oby tak dalej. Na lotnisko jedziemy autobusem nr 175, tam wsiadamy do samolotu linii Easyjet do Londynu. Na miejscu, zarezerwowany wcześniej Easybus, zabiera nas na Baker Street, skąd po wizycie w banku i długich poszukiwaniach dolarów nowozelandzkich wybieramy się nad Tamizę. Tam, chcąc z klasą pożegnać się z kontynentem europejskim, jemy kolację, spoglądając na rzekę i parlament. Następnie udajemy się już prosto na lotnisko. Po odprawie położyliśmy się na wygodnych leżakach i obserwowaliśmy Jumbo Jety. Niektóre rzeczy w Anglii można polubić.

07.11.06 Hong Kong

Po długim locie (ok. 12 godzin) wylądowaliśmy podobno w gorącym Hong Kongu. Niestety mamy za mało czasu, aby go zobaczyć. Naprawdę szkoda, bo przez okno wygląda ciekawie. A na razie czekając na kolejny lot umila nam czas ”Hongkonggańska” muzyka przerywana zabawnymi tekstami pani zawiadamiającej o lotach. A odnotowaliśmy również fakt, iż ruchome schody mówią.

08.11.06 Auckland

Wylądowaliśmy! Uff! Obsługa na lotnisku bardzo miła, choć bardzo skrupulatna. Zwłaszcza jeśli chodzi o żywność. Pani oficer dokładnie też sprawdziła nasze paszporty, po czym z uśmiechem dodała Happy Birthday. Tak Monika ma dziś urodziny. Będziemy dziś świętować. Miasto Auckland, największe na wyspach, jest dość interesujące, taka mieszanka Anglii i USA. Mieszkamy w hotelu Kiwi na Queens Street (49$NZ pokój dwuosobowy)

09.11.06 Auckland

Dziś obudziłem się o 4:30. Chyba jednak odczuwam delikatnie 12 godzinną zmianę czasu. W końcu około godziny 10:00 wyszliśmy z hotelu. Najpierw do Auckland Art Galery (Toi O Tamak), parter bezpłatny, I piętro 7$. Następnie podziwialiśmy drzewa w Albert Park, są dość ciekawe. Postanowiliśmy popłynąć na jakąś wyspę, totalny „sponton”. Było super, bo jak się okazało na miejscu, wyspa była wygasłym wulkanem, na który oczywiście weszliśmy. Niesamowite widoki, ciekawe rośliny jak np. 5-cio metrowe paprocie i oczywiście czarne wulkaniczne skały. Wyspa nosiła dumną nazwę Rangitoto Island. Można powiedzieć, że mieliśmy szczęście, bo na wyspie świeciło słońce i nie padało. Poza tym pogoda raczej nie najlepsza. Jesteśmy jednak optymistami, przecież zamiast jesieni mamy wiosnę.

10.11.06 Auckland - Rotorua

Nadeszła chwila rozstania z Auckland. Z miastem, w którym piesi przechodzą skrzyżowania także na skos, a samochody stoją na czerwonym świetle w każdym kierunku! Oczywiście Artur żądny przygód nalegał na podróż stopem, jednak obydwoje uznaliśmy, że na obrzeża Auckland trzeba się dostać jakimś środkiem transportu. W tym celu wsiedliśmy w pociąg do Papakura. W tempie podobnym do osobowej PKP dojechaliśmy, w dość wygodny sposób, do wioski składającej się mniej więcej z dwóch skrzyżowań. Wybraliśmy odpowiednią drogę i zrobiliśmy ”obiado-postój”. W trakcie jedzenia toczyliśmy rozmowę o szansach naszej wyprawy stopem, gdy nagle zatrzymał się samochód. Kierowca zapytał się czy nie chcemy aby nas podwiózł. Cała ta sprawa nie była by tak dziwna (Nowo Zelandczycy to podobno bardzo mili ludzie), gdyby nie fakt, że człowiek ten podał nam cenę tej usługi. Jak się w drodze okazało jest on bezrobotny i właśnie zajmuje się odpłatnym podwożeniem autostopowiczów. Jest to także jego hobby, więc nie wziął ”dużo”. Nie wątpliwe szczęście w łapaniu stopa spowodowało, że już około 16:00 siedzieliśmy w informacji turystycznej w Rotorua szukając miejsca na nocleg. W hotelu oddalonym kilka kilometrów od centrum czekała nas miła niespodzianka. Już podczas podwożenia nas do hotelu zaproszono nas na urodziny właścicielki, Chinki nierozumiejącej ani słowa po angielsku. Uroczystość ta z domowymi, czyli chińsko-maoryskimi potrawami miała dość osobliwy charakter, dlatego już około 19:00 spacerowaliśmy po mieście. A hotelik ten (Rotorua Little Village Motel) to najtańsze miejsce w mieście (40 $NZ), ale co do czystości ma wiele do życzenia. Mieści się praktycznie u wejścia do Whakarewarewa. Miejsce to nazwaliśmy ”śmierdzącą wioską”, której kawałek zwiedziliśmy wraz z gejzerem Te Puia (wylatuje na 30 metrów wgórę).

11.11.06 Rotorua

Początek dnia kiepski, wbrew internetowym przechwałkom, wcale nie jest łatwo złapać stopa w Nowej Zelandii. Dość długo próbowaliśmy i w końcu zrezygnowaliśmy. Szukając innego transportu musieliśmy przejść jakieś 5 kilometrów, więc po dotarciu do informacji turystycznej byliśmy już nieźle zmęczeni. Przy tej okazji dowiedzieliśmy się, że samochodu nie można wypożyczyć nie posiadając karty kredytowej (mamy kilka debetowych), a więc został nam tylko autobus. Oczywiście za późno na rezerwację miejsc w autobusie na dzisiejszy dzień, dlatego podróż za miasto przełożyliśmy na jutro. Dziś zdecydowaliśmy się zrelaksować i wybraliśmy się do Spa. Kąpiel w wodach termalnych to niesamowite przeżycie, dobre szczególnie na plecy Artura. Następnie wybraliśmy się na długi spacer. Zrobiliśmy w sumie około 20 kilometrów. Po drodze zjedliśmy obiad na skale nad jeziorem Rotorua. Była też ucieczka przed szalejącym, czarnym łabędziem. Odwiedziliśmy Kuirau Park. Właściwie wstąpiliśmy tam przypadkiem i z małymi oporami doszliśmy do końca, ale tam czekał na nas naprawdę niesamowity widok. Gotujące się jezioro i poprowadzony, prawie przez sam środek, most którego nie widać końca z powodu unoszącej się pary. Polecamy!

12.11.07 Rotorua - Napier

Dzisiaj pobudka przed 8:00 i szybkie kończenie pakowania, śniadanko i już oddajemy klucz Chince. Czekamy na autobus do Wai-O-Tapu. Szalony dzień. Autobus wycieczkowy podjechał pod nasz hotel. Pojechaliśmy zobaczyć jakieś gorące błotko, potem gejzer Lady Knox. Na ulotce pisało, że wybucha codziennie o 10:15, okazało się, że pan coś tam wrzucił i dopiero gejzer zaczął bulgotać i wybuchł. Mała ściema, ale efekt ciekawy. Następnie Thermal Wonderland. Trochę się śpieszyliśmy, bo chcieliśmy przejść każdą trasę a czekał na nas autobus. Najbardziej spodobało nam się Champagne Pool i Devil’s Bath. Wróciliśmy do hotelu po nasze bagaże a Chinka odwiozła nas do centrum. Następnie tak jak wczoraj poszliśmy popływać w gorących źródłach. Potem obiadek i karmienie mew nad jeziorem. Jazda autobusem była ciekawa a trasa między Taupo a Napier wręcz piękna. Dopisuje Nową Zelandię, obok Kanady, do listy najładniejszych krajów świata. W końcu dojechaliśmy do Napier, obiad nad brzegiem oceanu spokojnego i poszukiwanie hotelu. Criterion Art Deco Inn jest naszym zdaniem najlepszy, zostajemy!

13.11.06 Napier

Zdecydowaliśmy się poznać miasto, czyli co, gdzie, kiedy i za ile.

14.11.06 Napier

Kolejny dzień, w którym postanowiliśmy poleniuchować nad ocean. W końcu jest słońce i ciepło! Następnie poszliśmy zobaczyć National Aquarium, całkiem fajne. Jest tam min. krokodyl i olbrzymie żółwie morskie, oraz podwodny tunel, gdzie najlepiej obserwuje się rekiny i płaszczki a także wiele innych ciekawych stworzonek. A wieczorem wygrzewaliśmy się w odkrytych i co najważniejsze podgrzewanych basenach Ocean Spa, tym bardziej, że zrobiło się znowu chłodno. Poza tym jest to nad oceanem, więc widoki zapewnione.

15.11.06 Napier

W kolejny dzień skuszeni reklamą poszliśmy do Marineland. Mieliśmy tam karmić delfiny (oczywiście po dopłacie). Okazało się jednak, że w kwietniu jeden delfin zdechł a drugi o imieniu Kelly ma 36 lat, co podobno daje 160 lat ludzkich (przeciętnie delfiny żyją do 20 lat) i raczej nie miał ochoty na to żeby do nas podpływać. (ze zrozumiałych względów). Szkoda, że nie powiedziano nam o tym zanim zapłaciliśmy 46 $NZ. Skończyło się na tym, że karmiliśmy lwa morskiego, pogadaliśmy z papugą o imieniu Bobby (naprawdę mówiła), a ja zaprzyjaźniłem się z małą foką. Są tam też pokazy tresury zwierząt, ale raczej nudne. Popołudniu poszliśmy na górkę Bluff Hill, świetny widok na ocean, góry i port. Ogromne statki wyglądają jak zabawki. Schodząc z niej poszliśmy szlakiem przez ogród w dolince i Centennial Garden z fajnym wodospadem. W nocy nie było chmur, więc leżeliśmy na plaży i z mapą uczyliśmy się gwiazd na niebie południowym. W końcu widzieliśmy krzyż południa.

16.11.06 Napier

Dziś, kiedy wychodziliśmy na plażę, jakaś dziewczyna zaczęła do nas mówić po polsku, po czym zaprosiła nas do siebie na piwo. Ma ładne mieszkanie, tuż obok naszego hotelu. Jak wyszliśmy od niej były już chmury, wiec zdecydowaliśmy się pójść do Kennedy Park Rose Garden. Super ogród, w którym jest ponad 500 odmian róż. Zdecydowaliśmy z Monią, że kiedyś założymy podobny ogród i odpisaliśmy odmiany o najlepszym kształcie, kolorze i zapachu. Jak co wieczór zakończyliśmy dzień sącząc piwko nad brzegiem Pacyfiku.

17-18.11.06 Napier

Ponieważ wykupiliśmy nocleg w promocyjnej cenie 5 dni + 2 dni gratis, zostajemy tu dłużej i cieszymy się błogim lenistwem nad Pacyfikiem

19.11. – 16.12. 2006 Hastings–Cape Kidnappers-Te Awanga-Ocean Beach-Taupo

Przyjechaliśmy tu w niedziele i mamy małego zonka. Miasto mało ciekawe a hostel, w którym się zadokowaliśmy, hmmm lepiej nie mówić. Wszystkie inne były już niestety zajęte. Ale są pewne pozytywne strony odwiedzenia tej mieściny. Można zobaczyć jak żyją zwykli nowozelandczycy. Spotkaliśmy tu wielu ciekawych ludzi z całego świata. Zaprzyjaźniliśmy się min. z dwoma obywatelami Niemiec, Tomasem i Andrew. Z Pawłem, który pochodzi z Czech, pojechaliśmy na Cape Kidnappers, super sprawa. Wielkie klify i druga, co do wielkości na świecie, kolonia głuptaków. Widoki, które można tam zobaczyć cudowne, a obserwacja życia tych miłych i ciekawych ptaków bardzo interesująca. Pamiętać należy, że można tam dojść tylko w czasie odpływu. Oczywiście my poszliśmy rano (tak nam powiedziano w schronisku). Po około dwóch godzinach wspinaczki po brzegu, opryskiwani cały czas przez fale, doszliśmy do skał gdzie w żaden sposób nie dało się bezpiecznie przejść a do tego zaobserwowaliśmy raczej przypływ niż odpływ. Zaczęliśmy się martwić, że morze odetnie nam drogę, wiec decyzja była jedna, powrót. Po paru godzinach zaczęli schodzić się ludzie, dobrze poinformowani co do czasu pływów. Ponieważ wzbudzili w nas zaufanie postanowiliśmy zaatakować przylądek jeszcze raz. Jak wracaliśmy naszym oczom odsłonił się widok trzydziesto metrowej plaży po której ludzie jeżdżą nawet samochodami! Poznaliśmy też dwie japonki. Jest śmiesznie, bo one nic nie mówią po angielsku i nie czają, co się wokół nich dzieje. Robią przy tym miny i wydają dźwięki jak ufoludki. Poza tym byliśmy min. w Botanic Garden, całkiem miłe miejsce gdzie można spokojnie odpocząć. W czasie opracowywania projektu dalszej części wyprawy doszliśmy do wniosku, że niestety zrezygnujemy z wyjazdu na południową wyspę, a pieniądze które mieliśmy przeznaczyć na bilety promowe przeznaczyć na kupno samochodu. Myślimy, że dzięki temu lepiej i taniej spenetrujemy wyspę północną, która wydaję się ciekawsza. Pojechaliśmy także do Clive, gdzie długo podziwialiśmy ogromne fale turkusowego oceanu. Leżąc na czarnym piasku, wchłaniamy w siebie każdy promień słońca. Jako transportu używamy auto stop i w sumie wiara w tego rodzaju podróż odżyła w nas na nowo. Doszliśmy jednak do wniosku, że jest to bardzo dobry sposób, ale tylko na krótkich odcinkach, bez dużego bagażu. Przeciętnie czekaliśmy ok. 5 minut. Można się w ten sposób wiele dowiedzieć o tubylcach i okolicy. Z Pawłem pojechaliśmy też do Kaweka Forest Park. Cudowne miejsce. Góry pokryte lasem, albo raczej kilkumetrowymi krzakami i wielkimi paprociami, zamieszkiwane są przez symbol tego kraju - kiwi. Na wolności trudno jest go zobaczyć. Obserwowaliśmy go dość długo w National Aquarium, pocieszne stworzenia. Poza tym jest tam rzeka przypominająca przełom Dunajca i... wodospad. Niebyło by w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż temperatura wody w nim wynosiła przynajmniej 50 stopni. No oczywiście można się w nim kąpać (opcja dla zmarzluchów) Dojechać tam nie jest łatwo, jedzie się bowiem kamienistą drogą, pełną zakrętów nad przepaściami. W jednym miejscu droga prowadzi przez rzekę. Zdecydowaliśmy się w końcu i kupiliśmy samochód. Toyota Town (van) za która zapłaciliśmy tylko 450 $NZ. Jest to ok. pięć razy taniej niż są na rynku. Trochę podejrzane, ale Monika się uparła. Sprawdziliśmy wszystko, zrobiliśmy jazdę próbną i wszystko było w porządku. W tym kraju wszystko nazywa się kiwi: zwierzęta, rośliny, ludzie, zatem postanowiliśmy, że nazwiemy nasz pojazd ”kiwi dom”. Pierwszy cel naszej podróży to górujący nad miasteczkiem Te Mata Peak. Jest tam droga na sam szczyt. Problem w tym, że gdzieś w połowie drogi nastąpiła mała eksplozja w silniku i przymusowe parkowanie. Ponieważ zapowiadał się niezły zachód słońca postanowiliśmy wyjść na górę i zająć się naszym autkiem po powrocie. Ze wstępnych oględzin wynikało, że poszła chłodnica, zatem z góry raczej powinniśmy zjechać. Zachód istotnie był nieziemski, można by powiedzieć, że ”taplaliśmy się w promieniach”. Słońce na tej szerokości geograficznej jednak inaczej operuje. Na drugi dzień zrobiłem prowizorkę z drutu i taśmy i jeździliśmy po mechanikach. Ceny za naprawę wahały się miedzy dwoma a czterema tysiącami dolarów wiec ta opcja nawet nie wchodziła w grę. Zaczęliśmy jeździć po jakiś budach, gdzie w końcu udało nam się znaleźć jakiegoś mechanika w obskurnym warsztacie. Zgodził podjąć się naprawy tylko za 200 $NZ. Człowiek wyglądał na uczciwego i znającego się na rzeczy. I znów wszystko było super... przez 15 minut. Dobrze, że zrobiliśmy spory zapas wody do chłodnicy. I tak nie zważając na te przeciwności ruszyliśmy do miejscowości Te Awanga, leżącą nad oceanem. Pojechaliśmy też do Ocean Beach. Jest to przepiękna sielankowa osada nad oceanem, oddzielona od cywilizacji klifami. Kiwi jeździ, ale nadal szwankuje. Postoje są obowiązkowe! Dobrze, że jest tu wszędzie tak pięknie, wiec w czasie tych przymusowych przerw możemy podziwiać okolice. Postanowiliśmy również zdobyć Te Mata Peak, ale tym razem pieszo. Po drodze ”zwykły las”, ale w jednym miejscu na szlaku rosną sekwoje. Przypomniały mi się lasy jakie rosły w Vancouver w Kanadzie. Szlaki są łatwe i widokowo piękne. Oczywiście nikt po nich nie chodzi. Skierowaliśmy się w końcu w stronę Taupo. Nasz kiwi wspina się pod górę z maksymalną prędkością 5 km/h (w sumie można by było szybciej iść). Biedak tak się poci i sapie, że stajemy co chwile aby schłodzić silnik i dolać zimnej wody do chłodnicy. Trasę 170 km pokonaliśmy w 10 godzin, co daje nam średnio prędkość 17 km/h. Śmiejemy się, że to dlatego, że czasem zjeżdżaliśmy z górki. W Taupo widzieliśmy największą atrakcje miasta, czyli Huka Falls. Jest to wodospad przez który, jak obliczyli naukowcy, przepływa 260 tysięcy litrów wody na sekundę! Robi wrażenie. W jego okolicy zrobiliśmy sobie nocleg. Nasz kiwi dom jest teraz lepszy niż 5-cio gwiazdkowy hotel.

17.12.2006 Taupo

Kolejnym ciekawym miejscem jest ”Craters of the Moon”, czyli księżycowe kratery, które kontrastują z ciekawą roślinnością tworząc wspaniałą atmosferę. Są to gorące wody i błotka geotermalne z pióropuszami pary i różnymi efektami dźwiękowymi. Zwiedziliśmy wioskę maoryską i Tarasy Wairakei, czyli kolejne ciekawostki termalne. Udaliśmy się nad tamę Aratiatia, gdzie codziennie o 10, 12, 14 i 16 spuszcza się wodę. Jest kilka dogodnych punktów, gdzie można obserwować jak wąwóz zalewa dzika fala powodziowa, a z małego strumyka robi się olbrzymi wodospad. A wszystko to w scenerii gór i lasu deszczowego. Znaleźliśmy też jeszcze jedną ciekawą atrakcję, mianowicie gorącą rzekę, tym razem jednak o znośnej temperaturze ok. 38ºC, w której kąpaliśmy się wśród paproci, rewelacja!

18.12.2006 Taupo-Waitamo

Ponieważ zaczął padać deszcz a prognozy nie wskazywały na to, że coś się zmieni, postanowiliśmy zmodyfikować nasz plan podróży i udaliśmy się do Waitamo Caves. Po drodze zatrzymaliśmy się w Pureora Forest Park. Na skraju lasu patrzyliśmy na zachodzące słońce i tęcze.

19.12.2006 Waitamo - Marokopa

W Waitamo całe życie toczy się wokół jaskiń jest ich tutaj mnóstwo. W zależności od zasobności portfela i chęci przeżycia przygody, można wybrać różne opcje odwiedzenia świata Hadesu. My wybraliśmy najatrakcyjniejszą w normalnej dla nas cenie. Po chwili jechaliśmy różowym autobusem przez łąki i lasy, po czym dotarliśmy do odpowiedniej dziury w ziemi. Spróbowaliśmy Black Water Rafting, czyli spływ rzeką w jaskini na gumowych dętkach. Wcześniej jednak poczołgaliśmy się trochę w błocie. W czasie spływu podziwialiśmy jeszcze Glowworms. Są to małe przezroczyste żyjątka zamieszkujące na ”suficie” jaskini i świecące w ciemności na zielono, jak świetliki, w ten sposób kusząc swoje ofiary. Wyglądały jak gwiazdy a gdzieniegdzie ich zagęszczenie przypominało drogę mleczną. Po tym wypadzie zwiedziliśmy parę mniejszych jaskiń oraz Ruakuri Natura Tunel. Jest to miejsce gdzie gigantyczne sześciometrowe paprocie tworzą tunel. Chodzi się dookoła góry. Później natomiast ze zdumieniem stwierdziliśmy, że w środku jest ogromna jaskinia! Wszystko to ogląda się słuchając melodii potoku, który wiję się jak wąż w każdym niemal zakątku. Przez przypadek znaleźliśmy w lesie coś jeszcze. Była to budowla przypominająca skałę jednak zrobiona z betonu, coś w rodzaju bunkra z filmu Since-fiction. Po wejściu przez żelazne drzwi naszym oczom ukazała się ogromna dziura do której schodziło się kilka pięter na dół. Kosmicznie oświetlona przypominała jakąś tajną budowle wojskową. Jak się później dowiedzieliśmy, to miejsce nazywa się Ruakuri Cave. Następnie udaliśmy się w kierunku Morza Tasmańskiego po drodze zatrzymując się aby zobaczyć Natural Bridge. Są to skały w wśród których płynie rzeka a nad tym wszystkim na wysokości około 30 metrów jest skała przypominająca most. Wszystko to zachwyca rozmiarami i unikalnością. Potem widzieliśmy jeszcze Piri Piri Cave, całkiem fajną jaskinie a na koniec pojechaliśmy zobaczyć Marokopa Falls. Jest to niesamowity 30 metrowy wodospad, który wypływa wprost z lasu deszczowego. Ponieważ był to już wieczór a niebo przykrywały ciężkie ołowiane chmury robiło to wrażenie absolutnie wyjątkowe. Wszystkie te atrakcje są w mało odwiedzanych przez turystów zakątkach kraju, zatem kontemplowaliśmy je w niezmąconej ciszy. Pojechaliśmy do Marakopy i zakotwiczyliśmy nad oceanem.

20.12.2006 Marokopa - Awakino

Nie spaliśmy za dobrze, bo bliskość oceanu sprawił, że było bardzo głośno. Poszliśmy na plaże i naszym oczom ukazał się kolejny cud natury. Był to czarny piasek, a raczej pył przypominający zmielone opiłki metalu, który mienił się w słońcu srebrzystym kolorem. Postrzępione klify i zburzone morze dopełniły odczucie grozy tego miejsca, zapierające w swoim pięknie dech w piersiach. Kończy się nam paliwo, a najbliższa stacja jest oddalona o 60 km... Postanawiamy poszukać go w miejscowym barze. W środku Artur znalazł kilku ludzi w gumiakach, zresztą bardzo przyjaznych i gotowych zarobić na wszystkim. Jeden z nich, z rozbrajającą szczerością stwierdził, że paliwo w tej okolicy jest cenniejsze niż złoto. W naszej sytuacji nawet droższe. W każdym razie zakupiliśmy 20 litrów i ruszyliśmy dalej. Wybraliśmy widokową trasę z Marokopa do Awakino. Trasa naprawdę warta polecenia. Oprócz jednej dużej góry, pod którą oczywiście nasz kiwi upierał się, że nie da rady wyjechać, jedzie się bardzo malowniczą dolinką. Nie ma tam asfaltu, więc jeśli ktoś szuka wygodnej drogi powinien wybrać raczej trasę turystyczną. Nasz kiwi w dolinie spisuje się doskonale jednak i tak przyjechaliśmy do celu spóźnieni. Zakotwiczyliśmy na campingu Ureni.

21.12.2006 Awakino - New Plymouth

Niestety z powodu przyjazdu późną porą i zaplanowanego wczesnego wyjazdu do New Plymouth nie zdążyliśmy zapłacić. Biuro otwierali dopiero około południa a mimo poszukiwań, właścicieli nie odnaleźliśmy. Po drodze można zobaczyć ”trzy siostry”. Są to skały na plaży do których trzeba iść szlakiem długości ok. 1km. Ponieważ czas odpływu właśnie się kończył, nie zahaczyliśmy o to miejsce. W New Plymouth oczywiście pierwsze kroki skierowaliśmy do informacji turystycznej. Mieści się ona w budynku o nazwie Puke Ariki (te maoryskie nazwy), gdzie znajduje się warte polecenia muzeum i ogromna biblioteka. Tam szczęśliwie byliśmy świadkami przedstawienia żywej sztuki maoryskiej, tzn. tradycyjnego tańca i śpiewu. Wywarło to na nas ogromne wrażenie, zwłaszcza taniec wojenny. Tak nas przeraził, że już nie byliśmy pewni czy to na pewno przedstawienie. Śniadanie zjedliśmy nad morzem, po czym wybraliśmy się na krótki, jednak stromy szlak prowadzący na szczyt Paritutu Rock. Jest to skała z której z jednej strony rozciąga się widok na całe miasto, z drugiej na morze z trzema wyspami, na których znajdują się kolonie mew. Patrząc w kierunku południowym zobaczymy niezapomniany widok stożka wulkanu Taranaki. Ponieważ był odpływ zdecydowaliśmy, że po czarnej plaży udamy się zobaczyć jedną z wysp. Niestety mewy to nie śliczne i spokojne głuptaki i lepiej uważać, bo są agresywne a ich krzyki i ataki z otwartymi dziobami na nasze głowy skutecznie odstraszają intruzów. Trzeba tu wspomnieć jeszcze o ogromnych falach, które wściekle atakują skały nie opodal, co jakiś czas oblewając nas coraz śmielej. Postanowiliśmy udać się w bezpieczniejsze miejsce. Wokół nas cudowna zieleń pastwisk a przed nami majaczy ośnieżona stożkowata góra. Wszystko to sprawia, że przygoda będzie murowana. Wróciliśmy do centrum gdzie znaleźliśmy nocleg w Holiday Park Top 10. Urok Artura sprawił, że wykupiliśmy miejsce po promocyjnej cenie. Wykąpaliśmy się w podgrzewanym basenie i poszliśmy zobaczyć pokaz świątecznych lampek w Pukekura Park. Ciekawie wyglądają lampki bożonarodzeniowe zawieszone na palmach i innych roślinach ”południa”.

22.12.06 New Plymouth - Mt Egmont (Taranaki)

Rano pojechaliśmy w stronę wulkanu. I co ciekawe takiej stromej góry jeszcze nie widzieliśmy a nasz kiwi zachowuje się doskonale. Pewnie dlatego, że nauczyliśmy się z nim obchodzić, zważając na wszystkie jego kaprysy. Wędrówkę rozpoczęliśmy dopiero ok. 14. Przede wszystkim z powodu dłuuuugiego wyjeżdżania, ale i tak przeszliśmy całą północną stronę. Najpierw weszliśmy szlakiem Summie Track (ok. 1,5 godziny). Myśleliśmy, że te święta będą bez śniegu, jednak w połowie szlaku brodziliśmy już w nim po kostki. Następnie już w półmetrowych zaspach szliśmy trasą High Level AMC. Jest to szlak, który prowadzi dookoła góry i przejście go trwa kilka dni. Jednak przy naszym wysokogórskim sprzęcie, a właściwie jego braku stwierdziliśmy, że jeden dzień to i tak wyczyn. Pod koniec śnieżnej trasy, aby tradycji stało się zadość, ulepiliśmy bałwana. Schodziliśmy trasą Holly Hut Track, a później Veronica Loop Track podczas którego zaczęliśmy odtajać. Widoki przecudowne. Idzie się cały czas w otwartej przestrzeni podziwiając w oddali zieleń i turkusowy ocean. Obydwoje zgodnie stwierdziliśmy, że był to jeden z najlepszych szlaków jakie do tej pory przeszliśmy. Po ponad pięciu godzinach wędrówki cali mokrzy dotarliśmy do naszego kiwi domku. Zważając na oszczędność czasu stwierdziliśmy, że jeszcze dziś udamy się na drugą stronę wulkanu tj. do Dawson Falls. Do niezapomnianych przeżyć można dodać jeszcze zjazd z Taranaki samochodem. Milion zakrętów i oczywiście ostro w dół. Na drugą stronę góry dotarliśmy już późno w nocy, więc od razu poszliśmy spać. Była to nasza pierwsza noc, którą spędziliśmy na wulkanie. Nasz kiwi, mimo że wolny i kapryśny jest w takich sytuacjach niezastąpiony. Noc bardzo zimna, lekko poniżej zera.

23.12. 2006 Mt Egmont - Zachodnie Wybrzeże

Następnego dnia ”na rozgrzewkę” postanowiliśmy zobaczyć wodospad. Krótki szlak zajął nam kilka minut, a wrażenia niesamowite. Szliśmy wśród dziwnych drzew, które nazwaliśmy ”bajkowym lasem”. Wodospad jest tak zbudowany, że można podejść pod spadającą wodę. Oczywiście nie zawsze wychodzi się z stamtąd suchym. Ponieważ pogoda nie zapowiada się dziś najlepiej, a w dodatku szlakiem płyną strumienie wody z topniejącego śniegu. Postanawiamy iść krótszym szlakiem Ridge Loop Track a następnie już w deszczu Willkies Pool Loop Track. Na samym końcu był piękny widok na szczyt wulkanu i skałę, która z niewiadomego dla nas powodu, nosi nazwę ”Lots Wife”. Potem weszliśmy znów na szlak High Level AMC, ale tylko do wodospadu i cofnęliśmy się z powrotem. Po drodze widzieliśmy Willk Poolies i Twin Falls (małe jeziorka i wodospady) i miejsce w którym łączą się trzy strumyki dając początek rzece Kapuni River. Całość zakończyliśmy po kilku godzinach idąc szlakiem Ridge Loop. Do końca zostało nam jeszcze trochę czasu, więc postanowiliśmy ruszyć nad ocean, aby znaleźć miejsce na świąteczny nocleg, nad oceanem. Jadąc w stronę Wanganui skręciliśmy pod koniec trasy w drogę prowadzącą bliżej oceanu i dojechaliśmy do miejscowości Mowhanau i właśnie tam na klifie obejrzeliśmy przepiękny zachód słońca. Ciekawe, że w Polsce niektórzy ludzie widzieli podobne zjawisko nazywające się wschodem (12 godzin różnicy). Od tubylców dowiedzieliśmy się, że parę minut stąd jest darmowy camping na plaży Ototoko. Jak tylko słońce schowało się za horyzont, ruszyliśmy w tamtym kierunku. Dotarliśmy już po zmroku i w świetle reflektorów ujrzeliśmy miejsce niesamowite, ale na pewno nie przypominające campingu. Zaginiona plaża otoczona klifami, a oprócz betonowego kibelka żadnej infrastruktury i ludzi. Wjechaliśmy na najwyższy z nich i podziwiając, przez nasz oszklony dach (moon roof) gwiazdy, zasnęliśmy. Wiatr na klifie był bardzo mocny i wdzierał się do każdego zakątka naszego kiwi domku. Były już trzy trzęsienia ziemi i pewnego razu, słysząc w nocy huk rozbijających się fal dopadła nas myśl o tsunami, ale tu spaliśmy spokojnie.

24.12.2006 Wanganui (Wigilia)

Nad ranem naszym oczom ukazał się zapierający widok. Oczywiście od razu zeszliśmy na plaże. Monika potrafi zrobić do jedzenia ”coś” z niczego, zatem po pysznym śniadanku, udaliśmy się na poszukiwanie miejsca odpowiedniego do zjedzenia naszej pierwszej wspólnej kolacji wigilijnej. Straszono nas, że popełniamy błąd nie rezerwując niczego wcześniej, ale jak tu można coś rezerwować, kiedy nasz plan podróży ulega tak częstym modyfikacjom. W każdym razie z noclegiem nie było problemu i wynajęliśmy stosunkowo drogi (60$NZ) pokój z łazienką, stołem i wielkim łóżkiem z czystą pościelą. Tak, po pewnym czasie takie proste rzeczy stają się wielkim cywilizacyjnym luksusem. Jednak najważniejszą sprawą było coś więcej, kuchnia! Spędziliśmy tam dobre 2 godziny, ale udało nam się przyrządzić mnóstwo pyszności. W hotelu byli głownie Niemcy, Amerykanie oraz Japończycy i przyrządzali uroczyste BBQ, czyli coś w rodzaju naszego grilla, zatem widząc nasze potrawy bardzo nam zazdrościli. A oto nasze menu:Makaron z makiem, kapusta z grochem, flądra nadziewana pieczarkami, łosoś po grecku oraz barszcz czerwony z jajkiem i ziemniakami. Jeszcze przed kolacją wybraliśmy się w poszukiwaniu choinki. Wbrew pozorom sztuka ta nie jest taka łatwa. Już mieliśmy się poddać i zerwać kawałek palmy albo paproci, ale w końcu udało się odnaleźć choinkę w czyimś ogrodzie. Stres wielki, zatem zadowoliliśmy się małą jej częścią. W pokoju wielka uroczystość ubierania zdobyczy. Był łańcuch, czekoladki, owoce i inne wynalazki. O północy wybraliśmy się na pasterkę. Udało nam się zaśpiewać kolędę... po maorysku. Jedyną rzeczą, która mogła przypominać o kraju, był świecący na niebie gwiazdozbiór Oriona. Następnego ranka zwiedzaliśmy miasto sposobem amerykańskim, czyli z samochodu i udaliśmy się w kierunku Tangariro National Park. Mnóstwo górek po drodze co dla naszego kiwi nie jest obojętne, ale najważniejsze że jedziemy. A tak przy okazji, drogi w NZ są niesamowite. Jeździ się tu albo pod górkę albo z górki. Mnóstwo zakrętów, które wydają się mieć czasem 360 stopni. Porównując życie w drodze do naszego kraju jest mniej stresujące. Ludzie są uprzejmi i bardzo często zatrzymują się i pytają czy nie potrzebujemy pomocy. Ale co kiwiemu może pomóc? Zdarzały się przypadki, że oferowano nam podwiezienie do mechanika, albo do miasta na nocleg, a jedna pani chciała nas nawet holować swoim wypasionym Land Roverem. Należy także dodać, że na tych górskich krętych drogach jest ograniczenie prędkości do...100km/h. Śmiejemy się, że dlatego nowozelandczycy nigdy nie łamią prawa o ruchu drogowym i nie mają mandatów za przekroczenie prędkości!

25.12.2006 Wanganui - Tangariro (Boże Narodzenie)

Tangariro National Park, to jest miejsce, które każdy, kto tu przyjedzie, powinien zobaczyć. Najlepiej zacząć od Whakopapa Village. Jest to miejsce znajdujące się przy drodze Bruce Road prowadzącej pod wulkan. My nieświadomi jadąc we mgle minęliśmy je i wyjechaliśmy na samą górę. Miejsce to zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Mgła spowijała czarne skały i zastygłą lawę. Wszystko to sprawiało wrażenie jakbyśmy znaleźli się na księżycu a przynajmniej gdzieś w kosmosie. Oczywiście wokół nie było żywego ducha, bo i kto chciałby tu przebywać w Boże Narodzenie. Tak oto przyszło nam spędzić kolejną noc na wulkanie, tym razem na najwyższym w kraju Mt. Ruapehu.

26.12.2006 Tangariro - Mt Ruapehu (Drugi dzień świąt)

Rano, kiedy mgła opadła, dowiedzieliśmy się, że miejsce to nazywa się Whakopapa Ski Area. Są tu schroniska i wyciąg narciarski. W wiosce poniżej jest parę miejsc noclegowych dla bogatych turystów. Ponieważ miejsce to zaczęło tętnić życiem, postanowiliśmy skorzystać z okazji i wybraliśmy się kolejką na górę. Monika nigdy nie jechała kolejką, zatem frajdę miała podwójną. Wjechaliśmy na wysokość 2020 metrów, przy czym wierzchołek ma 2797 metrów n.p.m. Niestety znów nie udało się zdobyć szczytu. Może następnym razem będziemy mieli więcej szczęścia. Pogoda nam dziś dopisała i widoki były wspaniałe, zwłaszcza na morze chmur i wyrastające z niego jak wyspy, sąsiadujące wulkany, Mt. Ngauruhoe i Mt. Tangariro. To są kolejne cele na naszej wulkanicznej liście. Przy początkowej stacji kolejki jest nieopisany 20 minutowy szlak do... Mordoru. Miejsce to posłużyło to nakręcenia zdjęć do filmu ”Władca Pierścieni”, który jak przyznają ”kiwi”, spowodował znaczne zwiększenie ruchu turystycznego. Patrząc w kierunku zachodnim można także zauważyć stożek Mt. Taranaki. Wulkany są tu wszędzie! Do końca dnia zostało jeszcze trochę czasu, zatem postanowiliśmy udać się na szlaki wokół Mt. Ruapehu. Wybraliśmy pierwszy, który znaleźliśmy zjeżdżając w dół i był to strzał w dziesiątkę. Naprawdę bajka! Najpierw prowadzi przez zastygłą lawę, na której rosną dziwne mchy a wszytko w otoczeniu wulkanicznych stożków. Potem w dół rzeki w kierunku Whakopapaiti Hut, następnie las i... mały problem. Przed samym końcem, szlak przechodzi przez rzekę. Problem polega na tym, że przez topniejący śnieg podniósł się znacznie poziom wody. Po kilku próbach i poszukiwaniach innego miejsca do przejścia przez nią, lub choćby pójścia na skróty, musieliśmy skapitulować. Gdyby tu nie było tak bajecznie to pewnie bylibyśmy źli. W informacji turystycznej odnaleźliśmy informacje czy szlak można przejść lub nie, zatem sugerujemy przed wyruszeniem, wcześniej zasięgnąć tam informacji. Zjeżdżając w dół z Whakopapa Village są jeszcze dwa 20 minutowe szlaki do Tawnai Falls i The Mounds. To dla tych, którzy nigdy nie mają dość fajnych widoków. Kolejną noc spędziliśmy na campingu Discovery Lodge. Jest zadbany, z pięknym widokiem na Mt. Ruapehu i stosunkowo tani jak na tę okolice.

27.12.2006 Tangariro Crosing

Na kolejny dzień zaplanowaliśmy ”główny punkt programu” Tangariro Crossing. Już wcześnie rano gotowi staliśmy na starcie. Pogoda nie za ciekawa, wulkany są we mgle i możliwy jest deszcz, ale uderzamy. Aby trochę zaoszczędzić czasu i pieniędzy (transport kosztuje około 60$NZ/os.) postanowiliśmy, że pojedziemy samochodem do Mangatepopo Road i przejdziemy połowę szlaku zdobywając szczyt wulkanu i wrócimy tą samą trasą. Początek trasy, reklamowanej jako najpiękniejszy w NZ, jest całkiem miły. Idziemy wzdłuż strumyka wśród skał i wysokiej trawy. Najpierw do Mangatepopo Hut a później do Soda Springs (około 1,5h). Soda springs to mało imponujące źródełko, ale tam otwierają się bramy do piekła. We mgle, która właśnie na nas spadła wyrosła prawie pionowa, czarna ściana. Tam prowadził szlak do South Crater. Wspinając się coraz wyżej mgła przeradzała się w mżawkę a później w deszcz. Wiatr z minuty na minutę przybierał na sile a widoczność sięgała już kilku metrów. Wejście w takich warunkach na Mt Ngauruhoe mogłoby być niebezpieczne. A więc kolejny wulkan i klęska. Postanowiliśmy iść dalej innym szlakiem w stronę Mt. Tangariro. Jest on najmniejszy i podobno najłatwiejszy do zdobycia. Cały czas obserwowaliśmy ludzi małej wiary, którzy zawracają. My jednak nie dajemy za wygraną. Doszliśmy do miejsca, które było płaskie jak stół i jak do tej pory jest najbardziej ”księżycowe” ze wszystkich księżycowych krajobrazów. Po chwili dochodzimy do kolejnej stromizny a wiatr przybiera z każda chwilą na sile. Jest tak silny, że musimy iść właściwie na czworaka, a ja trzymam Monikę za rękę bo podmuchy ja dosłownie zwiewają ze szlaku. Schowaliśmy się za skałą, aby odpocząć. Tymczasem mgła ustąpiła a naszym oczom ukazał się piękny, ale przerażający widok. Byliśmy na wąskiej ścieżce pomiędzy cudownie żółtym kraterem a księżycową przepaścią. Nastała chwila zwątpienia. Teraz wiemy dlaczego ludzie wracali i mówili żebyśmy nie szli dalej. Ale co teraz? Wracać czy zaryzykować? Serce zaczęło nam szybciej bić. Szczyt już majaczy nad nami a warunki pogarszają się z każdą chwilą. Nie ma co dłużej się zastanawiać, idziemy! Po kilkunastu minutach oglądamy czerwony krater. Jest on zaledwie na 1900 metrach, ale na pewno w takich warunkach i na ”czworakach” nie wielu ludzi go zdobyło. Jednak nie ma czasu na kontemplację musimy schodzić i to jak najszybciej. Jest tutaj mnóstwo wulkanicznego popiołu dlatego schodzenie jest wyjątkowo łatwe. Widać jak z krateru wydobywa się dym i dochodzi do naszych nosów zapach siarki. Po chwili naszym oczom ukazał się kolejny cud tej krainy. Emerald pools, są to szmaragdowe jeziorka, niesłychanie kontrastujące z czarnym popiołem. Nad ich brzegami trochę odpoczęliśmy i zjedliśmy obiadek, wytrzepując kilogramy popiołu z butów. Ponieważ teraz szliśmy po zawietrznej stronie góry, postanowiliśmy że będzie bezpieczniej jak dokończymy trasę a później może złapiemy powrotnego stopa. Central Crater i Blue Lake, które można zobaczyć w powrotnej drodze już nie było nam dane. Mgła i rzęsisty deszcz na to nie pozwoliły. Minęliśmy jeszcze gorące źródła i po paru godzinach dotarliśmy do parkingu gdzie czekał autobus. Długo nie trzeba było nas namawiać, aby do niego wsiąść. Kierowca zabrał nas (za 30$ NZ) tylko w okolice naszego autka. Ostatnie 7 km musieliśmy przejść na nogach. Nasza górska wyprawa trwała 6 godzin i 55 minut, ale doliczając kilometry na dotarcie do samochodu staliśmy się z pewnością rekordzistami trasy. Nie pozostało nam już nic innego jak wrócić na camping, wziąć długą i gorącą kąpiel, zjeść kolacje popijając nowozelandzkim winem i rozkoszując się widokiem na Mt. Ruapehu.

28.12.2006 Tangariro - Palmerston North -Bulls

Następnego dnia przyszło nam rozstać się z tym wspaniałym miejscem, jednak na koniec postanowiliśmy zrobić dwu godzinny szlak do Taranaki Falls. Trasa łatwa, idealna dla zmęczonych a wodospad z około 20 metrów wypada wprost z zastygłej lawy. Można też wejść za niego, wrażenia dźwiękowe są piorunujące. Ruszyliśmy w stronę Palmerston North. Po drodze minęliśmy Ohakune, miasteczko zbudowane na wzór dzikiego zachodu. Położone w zielonej dolince nad którym góruje wulkan. Kolejne miejsce zdjęć do filmu Władca Pierścieni. Mamy mapę, na której zaznaczone są takie miejsca i w wielu przypadkach pokrywają się z naszą trasą. Następnie w drodze mijaliśmy olbrzymią marchewkę, czołg, gigantycznego buta i samolot pomalowany w ciasteczka. Dotarliśmy także do rzeki Rangitikei płynącej w niesamowitym, chyba kilometrowym kanionie z obu stron jest z białej skały. Artur co chwilę zatrzymywał się by podziwiać widoki. Jechaliśmy, jechaliśmy i nie dojechaliśmy do Palmerston North. Po obejrzeniu setek ulotek o tym mieście stwierdziliśmy, że nie ma tam nic, co by nas zainteresowało i udaliśmy się do mieściny zwanej Bulls. Zadokowaliśmy się na campingu i po błogim leniuchowaniu w spa poszliśmy spać.

29.12.2006 Bulls - Parekakariki

 Jeśli chodzi o miasteczko to znajduję się tu market i stacja benzynowa, ale jest całkiem klimatycznie. Oczywiście przy wjeździe stoi duży czarny byk. Ruszyliśmy w stronę Wellington, po drodze zahaczając o kilka plaż. Jedna z nich Waitarere spodobała się bardzo Arturowi. Był tam znak, że plaża jest drogą. Dla nas oznaczało to tyle, że można tam wjechać no i zaczęło się szaleństwo. Artur robił na piasku kółka, ósemki, wjeżdżał do wody i ”wyścigował” się z falami, które zalewały cały samochód. Niestety radość nasza trwała krótko. Wszystko to nie spodobało się miejscowej policji, która nie wiadomo skąd się tu znalazła. Pan policjant był bardzo zły i chciał nas ukarać mandatem. Dla niego opis plaża jest drogą oznaczał, że obowiązują na niej wszystkie zasady ruchu drogowego a wjeżdżanie do oceanu do tych zasad nie należy. Cóż zaczęliśmy udawać, że słabo mówimy po angielsku a czytać nie potrafimy wcale. Poza tym nie mógł ustalić miejsca naszego zamieszkania, bo przecież mieszkamy w naszym kiwi domku! Najbardziej rozbawił nas pytaniem czy mieliśmy zapięte pasy! Skończyło się na szczęście na pouczeniu. Pan policjant zostawił nam też ustawę, jaką uchwalił samorząd miasteczka, żebyśmy dokładnie się z nim zapoznali i na przyszłość wiedzieli, dlaczego źle postąpiliśmy. Następna plaża Otaki Beach, również piękna, ale ponieważ nie można jeździć samochodem więc to już nie to! Następnie pojechaliśmy do Waikanae Beach, aby z bliska podziwiać Wapiti Island a na koniec ruszyliśmy do Parekakariki, gdzie zakotwiczyliśmy na dość tłocznym campingu, ale tuż nad morzem. Niedaleko jest Queen Elizabeth Park, miejsce dość specyficzne jak na zachodnie wybrzeże NZ. Niska, zielona roślinność tuż nad morzem sprawia, że miejsce wygląda bajecznie. Są tam też kilkominutowe szlaki, gdzie można odpocząć od campingowego zgiełku. Plaża natomiast jest cała kolorowa, a to za sprawą, niewyobrażalnej wręcz ilości leżących na niej muszelek.

30.12.2006 Parekakariki - Wellington

Drogę do stolicy rozpoczęliśmy dość późno, ponieważ wcześniej chcieliśmy nacieszyć się do syta ciepłą krainą. Poza tym nasz kiwi ma znów depresje i marudzi, więc w centrum znaleźliśmy się dopiero około godziny 14. Ciężko jest zatrzymywać się na autostradzie, wiec nastąpiła kolejna eksplozja. Pewna starsza pani powiedziała nam, że ma syna policjanta i na pewno nam pomoże. Trochę straciliśmy czasu żeby wyperswadować jej ten pomysł. Najpierw odwiedziliśmy Muzeum Te Papa. Jest to miejsce gdzie można chodzić, chodzić i chodzić a i tak wszystkiego się nie zobaczy. Jest zrobione na styl londyńskich. Najbardziej przypomina Muzeum Historii Naturalnej. Najbardziej byliśmy zachwyceni unikatową wystawą maoryską. Są tam przedstawione ich stroje, łodzie, broń a nawet całe świątynie. Jest tam też ciekawa wystawa dotycząca wulkanów i trzęsień ziemi. Spędziliśmy tam ponad 3 godziny. Potem pojechaliśmy zobaczyć Parlament, Goverment Buildings, Wellington Cathedra, Bibliotekę Narodową oraz Old St. Paul’s. W sumie budynki ciekawe, jednak nas bardziej zadziwia przyroda. Noc spędziliśmy nad oceanem w Petone. Następnego ranka nasze kiwi było całe białe od morskiej soli. Wiało tak bardzo, że wiatr przenosił wodę z załamujących się fal. Drzwi i zamki przestały działać, więc wszystko musieliśmy posmarować masłem.

31.12.2006 Wellington

Oczekując nadejścia nowego roku a co za tym idzie niezłej imprezy, postanowiliśmy jeszcze trochę pozwiedzać stolice. Pierwszym naszym celem był Wellington Botanic Garden. Jest tam mnóstwo roślinek z różnych części świata. Wdrapaliśmy się na Herb Garden skąd rozpościera się ciekawy widok na miasto, potem dotarliśmy do obserwatorium astronomicznego (Carter Obserwatory). Następnie zwiedziliśmy Cable Car Museum i widzieliśmy jak symbol tego miasta, kolejka szynowa, sunie w jego stronę. Park jest ciekawy i warto poświęcić godzinkę, aby go zobaczyć. Kolejny cel to Lambton Harbour, czyli główny port w mieście. Rozpościera się z stamtąd ładny widok na miasto oraz na Civic Square, gdzie ma być koncert i pokaz sztucznych ogni. Już nie możemy się doczekać! Następnie zwiedziliśmy Museum of Wellington City & Sea. Mało reklamowane a szkoda, bo jest bardzo ciekawe i naszym zdaniem lepsze niż Te Papa. Cała wystawa dotyczy głównie morza. Największe wrażenie zrobiło na nas przedstawienie Maoryskiej Legendy. Było to coś w rodzaju trójwymiarowego hologramu, ale jak to działa nie mamy pojęcia. Jest tam też akcent polski. W czasie wojny przywieziono do NZ kilkadziesiąt osieroconych, polskich dzieci, które zostały tu adoptowane. W porcie zaś znaleźliśmy tablicę, na której dorosłe już osoby dziękują narodowi słowami ”Bóg zapłać”. Po tym wszystkim udaliśmy się na południe do Red Rocks zobaczyć kolonie fok. Biuro, które organizowało to safari, zapewniało, że foki są gwarantowane. Chcieli za taką przyjemność po 80$NZ. Dobrze, że postanowiliśmy sami zorganizować sobie tę wycieczkę, bo jak przeczytaliśmy później przy wejściu na ich tereny, o tej porze roku foki są... ale na Antarktydzie! Tak czy owak widzieliśmy czerwone skały, a kilku kilometrowa ścieżka biegnąca wzdłuż brzegu oceanu dostarczyła nam niezapominanych wspomnień. Pogoda była sztormowa i można powiedzieć, że widzieliśmy z bliska ”ryczące czterdziestki”. Czas nas nagli i musimy się przygotować do sylwestra. Jeszcze tylko krótki wypad na Mt. Victoria Lookout. Z miejsca tego rozpościera się super widok na całe miasto. Ponieważ zrobiło się już ciemno, miasto rozświetliło się tysiącami świateł, po prostu pięknie. Niestety szybko musimy wracać, bo jest już 21:00 a więc czas zacząć zabawę, będzie dobry koncert i sztuczne ognie. No tak, Wellington, stolica Nowej Zelandii z powodu złej pogody impreza została odwołana. Śmiejemy się, że jakby zobaczyli jaką pogodę mamy czasem w Polsce, to pewnie ogłosili by stan klęski żywiołowej! A więc wielkie rozczarowanie! Ponieważ jesteśmy już weseli, zatem wypad za miasto nie wchodzi w grę. Już nas dziś policja zatrzymała. Zrobili blokadę i kazali mówić do podejrzanego przedmiotu. Nie ma co ryzykować, zwłaszcza że widzieliśmy jak się tu traktuje pijanych kierowców. Idziemy więc do portu. Niezły klimat, spędzamy sylwestra w towarzystwie trzech wędkarzy. Dobrze, że kapitan tankowca nie zawiódł i punktualnie o godzinie 00:00 usłyszeliśmy syrenę, której echo było jeszcze długo słychać.

01.01.2007 Wellington - Waipukurau

Oj główka boli. Z żalem opuszczamy stolicę. Kierunek Hawks Bay. Chowając się przed policją, udało nam się szybko wydostać z miasta, które po dwóch dniach znamy jak własną kieszeń. Jak wszędzie w NZ, podczas drogi podziwialiśmy tę piękną krainę, aż dotarliśmy do Woodville. Tam zjechaliśmy z drogi, aby zobaczyć farmę wiatrową. Znajduje się tam dokładnie 55 olbrzymich rozmiarów, wiatraków tworzących na obszarze jednego hektara elektrownie. Na samym środku tej elektrowni, jest otwarty dla zwiedzających parking. Gdy stanie się pod tym 67 metrowym kolosem, to ma się uczucie, jakby łopaty miały zaraz z wielkim szumem wpaść wprost na głowę. Otaczające nas zielone wzgórza sprawiają, że nie mamy ochoty stąd odjeżdżać. Jednak obieramy w końcu kolejny cel Waipukurau. Udało nam się tam dojechać dopiero wieczorem. Jest to niezła dziura zabita dechami, ale mająca motocamp. Na miejscu Artur i kiwi padli ze zmęczenia, teraz wiemy, że nie można planować całodziennej jazdy samochodem po sylwestrze. Jeśli chodzi o camping to miał on ”charakter”. Większość jego mieszkańców wyglądała na osoby nie mające innego domu niż przyczepa campingowa. Czyli znaleźliśmy się w małej osadzie, wśród ludzi żyjących inaczej.

02-17.01.2007 Te Awanga – Waimarama - Hastings

W okolice Hawks Bay dotarliśmy koło południa i załatwiliśmy sobie nocleg w przyczepie campingowej. W sumie, dlaczego by nie spróbować. Postanowiliśmy także wyjechać na Te Mata Peak. Zdobycie tej góry naszym samochodem, jest już sprawą honoru. Nie udało się nam to już dwa razy, ale teraz po przejechaniu 2000 kilometrów po najwyższych zakamarkach północnej wyspy, nie powinno być problemu. Nasz kiwi ma jednak złe wspomnienia związane z tą górą, bo szło to opornie, ale w końcu za trzecim razem w trzech podejściach, dojechaliśmy na szczyt. Po obiadku zjechaliśmy na dół i udajemy się do Te Avangi na plaże. Tu podziwiając nasz ulubiony ocean, szykujemy się do snu. W naszej przytulnej przyczepie spędziliśmy 2 tygodnie. Wykorzystaliśmy czas jadąc min. nad bajeczną plażę Waimarama. Rozciąga się z stamtąd widok na skalistą wyspę Bare Island. Niestety znów się nie kąpaliśmy. W tym roku są rekordowo niskie temperatury jak na lato, a oczekiwany przez nas ciepły prąd nadal się spóźnia. Artur stwierdził, że nie może sobie na to pozwolić, aby nie wykąpać się w Pacyfiku i zanurzył się na chwile w wodzie przeraźliwie krzycząc. Przejeżdżając raz po moście nad rzeką Tikituki, postanowiliśmy sprawdzić czy da się w niej popływać. Czysta i cieplutka woda kusiła tak bardzo, że nie mogliśmy się oprzeć.

18.01.2007 Hastings

Dziś jest dla nas wielkie astronomiczne wydarzenie. Wracając do parku zauważyliśmy na niebie kometę!!! Kometa ta jest bardzo jasna. Obserwowaliśmy ją od 21:30 do 21:50 kiedy to, według kompasu, skryła się za południowo-zachodnim horyzontem. Jej wysokość w czasie obserwacji wynosiła 10-15 stopni nad horyzontem. Jasność jądra komety oceniam na około 2 Magnitudo, a długość warkocza na około 15-20 stopni. Jutro musimy sprawdzić jak się nazywa!

19.01.2007 Hastings - Wharerata Hill

Przed wyjazdem z tej słonecznej krainy zrobiliśmy wielkie porządki w naszym kiwi domku, zatankowaliśmy do pełna i pełni radości ruszyliśmy w drogę. Pojechaliśmy jeszcze pożegnać się z przyjaciółmi, ”miłą panią”, ”gruszką” i ”grubą”. Pogoda zmieniła się radykalnie i z przyjemnego ciepełka zrobiło się upalnie. Nie służy to kiwiemu, a zwłaszcza jego chłodnicy. Tak bardzo przez nas oczekiwane słońce stało się naszym wrogiem w podróży. Pierwszego dnia udało nam się dotrzeć do Wharerata Hill. Wjeżdżaliśmy pod górę dobrą godzinę, ale było warto. Jak prawie każdej nocy obserwowaliśmy wspaniałe południowe niebo wraz z przepiękną kometą, której warkocz rozpościera się na połowie nieba.

20.01.2007 Gisborne

Nad ranem przywitał nas piękny widok na Gisborne. Co za pobudka!Wjeżdżając do miasta przywitał nas godnie stojący Town Lock. Jak zawsze pierwsze kroki kierujemy do informacji turystycznej (co ciekawe jest tam kanadyjski totem), a później już z mapą udaliśmy się do parku. Na jej skraju jest super plaża i w końcu ciepła woda! Nie potrafimy sobie odmówić tej przyjemności i korzystamy z morskiej i słonecznej kąpieli. Nieopodal jest port w którym stoi pomnik słynnego kapitana Jamesa Cooka, który odkrył Nową Zelandię właśnie w tym miejscu. Fotka z mistrzem i idziemy wzdłuż brzegu do samochodu. Niedaleko jest statua młodego Nicka, który jako pierwszy dostrzegł ze statku nowy ląd. Ogólnie mówiąc miasto nam się podobało. Jest położone na równinie, gdzie rośnie mnóstwo palm, otoczone górami. Trochę żałowaliśmy, że nie możemy tu spędzić więcej czasu. Pojechaliśmy do Talaga Bay, w którym to miejscu znajduje się duże molo. Nie wyglądało za stabilnie, a przed wejściem jest ostrzeżenie, że na 12 m² nie może znajdować się więcej niż 10 osób. No cóż pogubiliśmy się w rachunkach i już bez obaw poszliśmy na sam koniec. Potem pojechaliśmy do Te Araroa a stamtąd już do East Cape. Wieczorem w czasie jazdy samochodem nadal obserwujemy kometę. Do East Cape prowadzi piaskowa droga, przed którą znajduję się ostrzeżenie, że klify mogą się zapaść, co w połączeniu z ciemnością i hukiem oceanu gdzieś w dole dodaje adrenaliny. W końcu ok. północy dotarliśmy na skrawek najodleglejszego lądu. Wieje ogromnie i szarpie samochodem, mimo to udaję się nam zasnąć.

21.01.2007 East Cape, (37° 41,5’ South ; 178° 32,9’ East)

Właśnie jesteśmy na końcu świata... Wstaliśmy wcześnie w nocy, aby pójść na górę, na której znajduję się najdalej wysunięta na wschód latarnia morska. Widok z niej bajkowy. Mimo porywistego wiatru w miejscu naszego noclegu, tu jest absolutnie bezwietrznie. Czekaliśmy na wschód słońca. Tego dnia jako jedni z pierwszych ludzi na świecie zobaczyliśmy jego promienie. Wracamy do kiwiego i idziemy... spać. Jak się obudziliśmy, bezludny przylądek, stał się popularnym miejscem turystycznym. Opuszczamy go kierując się magiczną drogą w stronę Te Araroa. W nocy trasa ta nas przerażała, jednak teraz odkrywamy piękno krajobrazu. Wije się ona wzdłuż brzegu oceanu. W Te Araroa odwiedzamy największy Pohulakow (czyli coś tam Maoryskiego) i zatankowaliśmy na odlotowej stacji benzynowej. Jeden dystrybutor, pan z krótkofalówką, który kontaktuję się z osobą w pobliskim sklepie słowami ”Pan w zielonym kapeluszu i niebieskiej koszuli ma zapłacić 30$NZ”. Taka obsługa wymaga też niezłej ceny. Ruszamy dalej Pacific Coast Highway w stronę Opotiki. Chyba najpiękniejsza droga na świecie. Cały czas jedzie się wzdłuż oceanu i możemy podziwiać to piaszczyste plaże, to klify. Po drodze, w okolicach Wainau Bay, zatrzymaliśmy się, aby zobaczyć stu-letni zabytkowy kościół. Położony jest on na małym półwyspie, otoczony przepięknym turkusowym oceanem. Za Hicks Bay zatrzymujemy się przy scenic lookout, aby napatrzeć się na niesamowite widoki. Teraz wjeżdżamy na kolejny klif i nasz samochód jest już zmęczony, bo ledwo 10km/h może wyciągnąć. Widać przystosowany jest dla turystów, żeby czasem nic nie przeoczyli jadąc za szybko. Znaleźliśmy świetny Holiday Park, gdzie zaparkowaliśmy nasz dom praktycznie na plaży. Kolejny niezapomniany wieczór z winem, kometą, widokiem na ocean i usypiającym szumem fal.

22.01.2007 Opotiki - Whakatane – Tauranga - Wharakewa

Rano, jeszcze w nocnych ubrankach, zrobiliśmy 3 kroki i pływaliśmy w największej kałuży na świecie, zwanej potocznie Pacyfikiem. Woda całkiem ciepła a fale na oko przynajmniej 2 metrowe, więc za daleko wypłynąć się nie dało. Przypominało to raczej siłownie. Następnie pojechaliśmy do Whakatane, gdzie jest (podobno) jedyny wodospad w centrum miasta. Oczywiście musieliśmy to sprawdzić. Wodospad ok., co prawda widzieliśmy lepsze, ale to i tak jest ciekawostka. Za to port jest z klimatem. Nie marnując czasu ruszyliśmy dalej. Przed Te Puke zobaczyliśmy coś w rodzaju pomnika kiwi. Olbrzymie, przekrojone kiwi stanowiło dla nas małą atrakcję, więc nie omieszkaliśmy do niego wejść i zrobić fotki. Obok jest farma kiwi, do której można wybrać się na wycieczkę i zobaczyć jak uprawia się ten typowo nowozelandzki owoc. Kolejnym naszym celem był Mount Maunganui. Miejscowość ta połączona jest z Taurangą i dzieli je tylko most. Główną atrakcją jest tam góra Maudo, która znajduje się na końcu półwyspu, na którym zresztą leży całe miasto. Wejście na szczyt szlakiem zajęło nam ok. jednej godziny, ale widoki z góry piękne. Turkusowy ocean zapiera dech w piersiach. W zatoce widać mnóstwo łódek i żaglówek. Widać też kilka wysepek, co przy takiej pogodzie wygląda jak raj. Po zejściu z góry obserwowaliśmy jak olbrzymi wycieczkowy statek (Sapphire Princesa) wypływa z portu. Na całej plaży zebrało się mnóstwo ludzi oglądających to wydarzenie. Statek był tak duży, że widać go było prawie z każdego miejsca w mieście. Następnie trochę spóźnieni ruszyliśmy dalej. Następną atrakcją była kopalnia złota w Waihi o nazwie Martd Mine. Jest to ogólnie mówiąc giga dziura w ziemi, przez co właśnie stała się atrakcją turystyczną. Wokół niej, co może wydawać się bardziej ciekawe są domy i tętniące życiem miasteczko. Żałujemy trochę, że robi się już ciemno i nie możemy ”ohiune” zrobić zdjęcia. Artur poproszony o komentarz stwierdził, że ”i tak na pewno była to najciekawsza dziura w ziemi jaką widzieliśmy”

23.01.2007 Wharakewa - Hot Water Beach - Coromandel

Noc spędziliśmy pomiędzy Wharakewa a Hikuai. Sami byliśmy zdziwieni, że nasz kiwi dojechał tak daleko. Upały już doskwierają, co chwilę jakieś górki, a nasz samochód z zepsutą chłodnicą jedzie dzielnie. Dziś dzień zaczęliśmy wcześnie, bo ok. 7 rano, od odwiedzin w Hanei Cathedral Cave. Dociera się tam 45 minutowym szlakiem. Po drodze piękne widoki z góry na piaszczyste plaże, oblewane turkusowymi wodami Pacyfiku. Następnie schodzi się na dół przez gęsty paprociowy las. Cathedral Cave to nic innego jak jaskinia, przez którą przepływają wody oceanu, robi wrażenie. Właśnie tak wyobrażaliśmy sobie plaże na tym odległym skrawku lądu. Słońce mocno świeciło a kolory niesamowite. Wszystko to sprawiało, że można kontemplować to piękne miejsce. Jak zaczęły się schodzić hordy turystów stwierdziliśmy że już czas się ewakuować. Wracamy z powrotem do kiwiego i pomykamy do Cooks Beach, kolejnej bajecznej plaży. Podobno kapitan Cook wraz z Georgem Green-em obserwowali Merkurego w stosunku do słońca. Tak ustalili położenie geograficzne tego miejsca, dlatego zatoka nazwana została Merkury Bay. Po tej lekcji historii, z nieopodal leżącego pomnika, nastał czas na małą relaksującą drzemkę, po której pojechaliśmy do celu naszej wyprawy, Hot Water Beach. Tam wykopaliśmy naszym jedynym garnkiem (łopatka była by wskazana) dziurę w piasku i wygrzewamy się w najprawdziwszym morskim Spa. Na odcinku ok. 150 metrów w czasie odpływu spod piasku wydobywają się gorące wody termalne. Ale uwaga można się poparzyć, zatem trzeba umiejętnie zrobić wykop, żeby z jednej strony wpływała gorąca woda termalna a z drugiej chłodniejsza morska. Taplając się w tym gorącym błotku spędziliśmy kilka godzin. Oczywiście od czasu do czasu wędrowaliśmy ochłodzić się w oceanie i pobujać na falach. Zabawa obłędna. Z wielkim żalem opuszczaliśmy te plażę jednak czasu nie pozostało nam już dużo, więc udaliśmy się w stronę Coromandel. Po drodze wjechaliśmy na Maungata Ururu, czyli 500 metrową górę z miejscem widokowym na szczycie. Zjeżdżając z niej postanowiliśmy, że zaczniemy liczyć ile jest zakrętów, co pokazałoby średnią w czasie pokonywania gór. Zaobserwowaliśmy ich ”tylko” 53. Statystyka: wysokość względna 500 metrów (jechaliśmy od szczytu do morza), pokonaliśmy 4,2 kilometry i 53 zakręty, co daje prawie 13 zakrętów na kilometr przy 119 metrach różnicy poziomów. Możecie sobie to wyobrazić. Niestety akurat podczas liczenia, w połowie góry z naszych kół zaczął wydobywać się paskudny zapach i dym. Puściły nam hamulce. Sytuacja wyglądała groźnie, zwłaszcza, że dookoła były same przepaście. Na szczęście jakimś cudem udało się nam zatrzymać samochód. Jazda z automatem skończyła się przymusowym, godzinnym postojem na skarpie. Resztę zjazdu pokonaliśmy już na jedynce, hamując ręcznym. Adrenalina murowana. To dla tych, którym powyższe liczby nic by nie mówiły. Noc spędziliśmy już koło Coromandel w Holiday Park nad Long Bay. Trzeba tam płacić dodatkowo za ciepłą wodę pod prysznicem, ale za to jest cicho i spokojnie. Nad ranem mieliśmy trochę zabawy z kołami, ale stwierdziliśmy, że za 3 dni samochód oddajemy na złom, więc nie będziemy go za bardzo naprawiać. Nie pisałem o tym wcześniej, ale opracowaliśmy nowy sposób chłodzenia silnika, który skrócił nasze, nawet półgodzinne postoje do zaledwie 5 minut. Odkręcamy korek z chłodnicy powodując gejzery. Na początku trochę niebezpieczne, ale można się przyzwyczaić. Wymyśliliśmy nawet skale wybuchu, od 1 do 10. Jak nic nie wybuchało to 1, jak cała zawartość lądowała na suficie auta to 10. Dzięki temu wiedzieliśmy jak kiwi się napracował. Ostatnio doszliśmy do 15. Szykuję się kolejny wieczór z kometą ;)

24.01.2007 Coromandel - Auckland

Już całkiem blisko do Auckland. Po zjedzeniu pysznego śniadanka nad oceanem ruszyliśmy w dalszą drogę. Pomiędzy Manaia a Kereta jest interesująca farma na oceanie. Hoduję się tam małże. Po drodze w miejscowości Tapu, skręciliśmy w lewo i przez gęsty las, wśród wielkich paproci i palm, dotarliśmy do Square Karui Tree. Są to jedne z największych drzew na świecie. Na północy NZ jest ich dość sporo, tutaj jednak zachowało się ich tylko kilka. Koniecznie chcieliśmy je zobaczyć. Szlak do największego drzewa jest bardzo krótki a widok naprawdę okazały. Wokół rozciąga się dżungla a olbrzym ma 9 metrów w obwodzie. Jeszcze trochę tu zostaliśmy pospacerować w Coromandel Forest Park. Następnie udaliśmy się drogą wzdłuż wybrzeża do Thames. Jazda nią jest przyjemnością sama w sobie. Zrobiliśmy krótki postój przed miejscowością Miranda, gdzie znajduję się Findlay Wildlife Area. Można tam podpatrzeć ptaki i posłuchać ich świergotania. W tej scenerii postanowiliśmy zjeść obiad. Po drodze mija się kolejne nowozelandzkie dziwo, tym razem jest to wielkie, czarne ptaszysko z jeszcze większym dziobem. Następnie odwiedziliśmy Orere Beach. Noc spędziliśmy w Manukau Top 10 Holiday Park. Ostatnia, sentymentalna noc w naszym kiwi domu. Miejsce to oddalone jest o 20 km od centrum przy ruchliwej ulicy, jednak w samym parku panowała cisza i spokój. Cieszyliśmy się, że udało się nam tu dojechać przed zachodem słońca. Niestety nie jest tu łatwo trafić a numery na ulicach są całkowicie pomieszane.

25.01.2007 Auckland

Rozpoczynamy przygotowania kiwiego do sprzedaży. Wszystkie nasze rzeczy spakowaliśmy i przerzuciliśmy do bagażnika. A samochód został odświeżony min. poprzez pozbycie się pajęczyn. Następnie ruszyliśmy do centrum odwiedzając wszystkie aukcje samochodowe a jest ich kilka. Aby coś odnaleźć wystarczy otworzyć Yellow Pages i wyszukać je pod hasłem ”Car Auctions”. Za nasz super pojazd oferowano kwotę pomiędzy 100 a 200 $NZ Trochę mało, ale i tak dobrze, bo zastanawialiśmy się do której rzeki go wrzucić. Po załatwieniu potencjalnych nabywców, ruszyliśmy do już sprawdzonego w pierwszych dniach pobytu w NZ, hotelu Kiwi. W hotelu miła niespodzianka, bo dostaliśmy ten sam pokój, co poprzednio. Popołudnie spędziliśmy na pakowaniu plecaków. Niesamowite ile można zebrać gratów w czasie 3 miesięcznej tułaczki. Po dokładnej selekcji wyruszamy na wieczorny podbój miasta. Na pierwszy ogień idą sklepy z pamiątkami, następnie wypad na Sky Tower, najwyższej na półkuli południowej wieży (328 m). Wjazd na Main Obserwatory Deck (51 piętro) kosztuje 22$NZ, a jak ktoś nie chce się przeciskać wśród tłumu proponujemy dopłacić 3$NZ i wjechać na Sky Deck. Mamy taką tradycję, że na każdej wieży degustujemy wino. Na 60 piętrze smakuje jakoś lepiej. Oczywiście widoki super, całe miasto widać jak na dłoni. Specjalnie też czekaliśmy na zachód słońca i noc żeby zobaczyć miliony zapalających się wszędzie żarówek.

26.01.2007 Auckland

Ostatni dzień w Nowej Zelandii. Postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedną aukcję samochodów dla backpackersów, mieszczącą się na East Street 20 (koło hotelu). Tam też umówiliśmy się z pewnym arabem-handlarzem na spotkanie. Po próbnej jeździe i ostrzeżeniu o nie sprawnej chłodnicy, dobiliśmy targu i kiwi został sprzedany za 350$NZ. Trochę żal się zrobiło. Zastanawialiśmy się czy kiwi polubi nowego właściciela. Już na nogach poszliśmy do Auckland Museum War Memorial, miejsce warte polecenia. Bardzo ciekawe wystawy i ekspozycje, zwłaszcza dotyczy to działu o kulturze maoryskiej. Będąc w muzeum dowiedzieliśmy się jakie imię posiada tajemnicza kometa, którą tak namiętnie poszukiwaliśmy każdego wieczoru na niebie. Kometa nazywała się McNaught, na cześć swojego odkrywcy. Pojawia się co 85000 lat, więc chyba nie zobaczymy jej już więcej. Sposób w jaki weszliśmy do muzeum też jest wart opisania. Jak wchodziliśmy rozległ się przeraźliwy dźwięk, po czym wszyscy zostali ewakuowani. Natychmiast pojawiła się straż pożarna i sprawdzała co się stało. Po ok. 30 minutach wszyscy, bez względu na posiadanie biletu, mieli prawo wejścia. Po powrocie do hotelu zabraliśmy bagaże i pojechaliśmy na lotnisko, gdzie już czekał na nas Airbus A340.

27.01.2007 Auckland

Odlatujemy. Tak skończył się nowoelandzki rozdział naszej przygody. Przed nami 3 miesiące w Australii, ale to już innym razem...

 

więcej na www.pajdos.prv.pl 

  • Widok na "Mordor"

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. pajdos
    pajdos (11.02.2013 20:47) 0 + -
    Mamy nową stronę, zachęcamy do zapoznania się z nią.
    www.travelin.com.pl
  2. lmichorowski
    lmichorowski (12.06.2012 21:37) 0 + -
    Relacja fajna, ale co ze zdjęciami....?
  3. kikk
    kikk (04.02.2009 16:39) 0 + -
    popieram postulat zfiesza. na widok takiego bloku mam dreszcze. A wydaje się, że relacja będzie pyszna. Pajdosa - poakapić, proszę
  4. zfiesz
    zfiesz (04.02.2009 0:20) 0 + -
    nie jestem złośliwy. wszyscy o tym wiedza, prawda? :-) ale powiedzcie mi, kto do cholery jest w stanie przebrnąć przez taki tekst? AKAPITY proszę!!! dzięki bogu, że chociaż spacje są;-)
  5. smyczek1974
    smyczek1974 (03.02.2009 13:11) 0 + -
    Jakies foteczki poprosimy!!!!
pajdosa

pajdosa


Punkty: 60