Ładuję...

kolumber.pl


Czym jest dla mnie podcasting? Czym jest podcast? Najłatwiej powiedzieć, że to sposób na życie, albo hobby, albo mile spędzanie czasu. Albo… i tu w zasadzie można wpisać co się chce. Tak, w tym roku miną 4 lata, jak zostałem na własną prośbe zwerbowany do bandy. Cztery lata. Aż czy tylko? Sam nie wiem… 

Zatem zapraszam was na coś nowego, i choć od dłuższego czasu pisywałęm do szyflady, o tym co się dzieje w odcinkach, o tym jak one powstają, o tzw kulsach kolejnych podróży, spotkań, odcinków, to jakoś niedawno za namową pewnych osób, postanowiłem poszukać starych kartek, notatek, i wrócić jeszcze raz do tego co działo się w mojej głowie…

Zatem Kolumber, notki do podcastów Nie Tylko Dla Orłów. Tak poprostu, zapisywanie tego co się dzieje, ale słowami, nie głosem, dźwiękiem… tutaj będzie cisza, tutaj będzie spokój, tutaj będzie inaczej… Zastanawiamsię co w podcastingu jest najważniejsze dla mnie, nie będę tutaj sięrozwodził nad definicjami, nad opisem czym i skąd się to wzięło, alepoprostu, najprościej jak można będę pisał, co i jak i dlaczego…

Zatem najważniejszą rzeczą jest chyba kontakt, możliwość poznania, możliwoścspotkania się i z ludzmi którzy są tematami odcinków, ale i z tymi zdrugiej strony – ze słuchaczmi, którzy od czasu do czasu coś piszą,komentują, i są też czasem, moż einaczej, stają się namacalnymiświadkami pewnej historii. I co w tym wszystkim chyba najważniejsze,przechodzą na drugą strone barykady, i sami stają się podcasterami… To jest najwartościowsze, najpiękniejsze. Zarażanie. Dawanie siły, pokazywanie drogi, może nawet pomysłu na życie…

PODCAST NIE TYLKO DLA ORŁÓW ::: AUDIOBOOK

  • Ntdo l2
  • nietylkodlaorlow.com
  • nietylkodlaorlow.com
  • nietylkodlaorlow.com
  • nietylkodlaorlow.com

California. Nareszcie, ale żeby nie było za wesoło, małe cofnięcie w czasie… Wszystko dobre co się dobrze kończy, czyli samolot miał 6 godzin spóźnienia, wszystkie w koło odwołali loty, ale mój jakimś nadludzkim wysiłkiem w końcu wystartował. Pilotów z łóżka wyciągneli, samolot był, ale nie było pilotów, bo ci co lecieli z Pensacoli, nie dolecieli jak to mówili "due to bad weather conditions". Zatem 6 godzin spoglądania na zegarki, na monitory, które informowały co chwilkę, który lot znowu odwołany, gdzie można iść się przebookować lub znaleść miejsce w hotelu…

I tak się prawie zaczął dzień drugi, choć lot planowo wystartowało 23.59. Smsy z Jackiem, co mieł mnie odebrać już 5 godzin temu, biedak ślęczał nad monitorem i co chwile przysyłal pytania co i jak. Co gorsza w lotnisko uderzyla burza, i pierwszy raz widziałem piorun z takiego bliska. Normalnie walneło prosto w samolot, ze dwa razy, huk straszny, i wogole zamieszanie. Samolot stał pusty, lotnisko zamknęli na 30 minut, murzyni wciąż tacy ciemni a ja z paczką świeżo nabytych M&M już troche zmęczony, bo to moja 20 godzina podróży, wpatrywałem się w monitory.

Tia, jeśli chcecie posłuchać, zapraszam, link poniżej…
Dzien drugi ::: podcast

California. Tak, California, wreszcie. Zastanawiam się czy napisać o gehennie czekania na samolot, i radości tej garstki zmęczonych ludzi czekających na dwóch pilotów wyciągnietych z łóżek, zastanawiam się czy napisać o tym, jaka atmosfera panowała w samolocie, kiedy już wszyscy mniej lub bardziej wygodnie zasiedli w fotelach, a może o tym jak Jacenty zaskoczył mnie na lotnisku, całkiem rześkim spojrzneniem i mocnym uściskiem dłoni o 4 w nocy? Eee… nie, nie będe. To już mój trzeci dzień w stanie Arnolda, i czas coś napisać. Czyli małe podsumowanie, bo wcześniej jakoś nie było czasu.

Truskawki, całe mnóstwo truskawek i Jacka i Ewki na ich ryneczku. Kupiliśmy wielki karton, i potem w domu z cukrem – mniam. Brakujemi w Irlandii właśnie najbardziej jedzenia, truskawek, dobrej kalarepy, czasem chleba, choć postępy są już duże, czyli polskie piekarnie. Ale jedzonko to to co ważne w moim życiu. Irlandczycy generalizując, jedzą, bo muszą, i nie bardzo zastanawiają się nad podtekstem kulinarów, jak dostają coś innego niż burger, rozpływają się w zachwytach.
Tia – a tu wielkanoc, moja druga w USA. Wtedy 9 lat temu, na Florydzie, teraz druga strona świata. Pięknie udekorowany stół, Piękna Ewka i JAcenty. I Polska, i polskie klimaty, ale nie chcę tutać zionąc jakimiś ojczyznianymi klimatami, ale stól naprawdę ładnie zaścielony kulinariami, kurczaki i zajączki wszędzie kicają, szkoda że nie takie rpawdziwe, bo choć ogródek Suligasty mały jest, to idealnie badawał by się na małą ferme kurczaków bądz kicaków.

Bardzo bardzo mi się podobało u Jacka i Ewki, chociaż mówili, że nie wszystko złoto co się świeci, bo cięźko na to wszystko zarobić i jakoś oszczedzać w miarę rozsądnie, no i jeszcze ten stres związany z pracą, a raczej jej utratą i kryzysem. Ale idą do przodu, bo kto idzie, ten się nie cofa. Zatem dobry czas, prawie 3 dni spędzone, super farm market, swietna malutka knajpka i super steak (podcast jadalniczy – tak go nazwałem, będzie miał miejsce swoej, czyli postanowiłęm, że gdziekolwiek będę coś jadł, będe coś nagrywał – taki pan amerykański podcast). No i słońce, no i ciepło – no i Ewa mówiła, że nawet jak jakiś smutki, że w pracy denerwują, że stres, że jakieś inne rzeczy, to zawsz eświeci słońce i jakoś to bardzo pomaga.

No i święconka – mam wrażenie ciekawy podcast z kościoła, ciekawa rozmowa z księdzem z Jacka parafii, polak, ksiądz, ale myśle że bardzo ciekawa rozmowa i ciekawy wielkanocny podcaścik. POtem nagraliśmy z Jackiem i Ewką podcast lawkowy, czyli w pobliskim parku usiedliśmy wygodnie na ławce, i tym razem solo z Ewką – czyli druga odsłona dźwiękowa.

Tia, mam wrażenie, że czasem za dużo tego mikrofonu, nagrywania, że czasem trzeba pogadać normalnie, bez nagrywania, nie to żebym wszedzie i wszystko nagrywał, ale miałem wrażenie, że Jacek lekko był zirytowany, że tyle nagrywam. NIe powiedział mi tego, ale… takie odniosłem wrażenie. Może to źle, napewno to żle, ale jakoś tak, poporze włąsnie czasem mikrofon próbuje rozmawiać z ludzmi, i wierzcie mi bądź nie – ale więcej własnie tak można się dowiedzieć, po mimo jakiś czasem bariery dźwięku…

 

AAAaa, zapomniałbym o Wielkanocy. O super smakowicie zastawionym stole u JAcka i Ewki, California, ale w zasadzie stół nie różnił sie od mojego poznańskiego. Wcześniej święconka, w polskim kościele w Palo Alto, no i mam wrażenie ciekawy podcast święconkowy z księdzem... Wielkanoc - to już moja druga w USA - tym razem równie smakowita... 

Chcecie posłuchać o czym pisałem?
Day 2 Day 3 Day 4

  • ...
  • ...
  • ...
  • dobroć
  • mniam
  • Farm market
  • mniam
  • ...
  • kurczaki
  • Farm market
  • mniam
  • ...
  • Farm market
  • wielkoanocne święcenia
  • mniaaam
  • mniam
  • mniam
  • mniam
  • Strawberrys
  • mniam
  • Farm market

I choć notka ma numer 5, to z tego co pamiętam, pojechaliśmy do Cupertino w drugi dzień zobaczeć jak sie Ma Steve Jobs. Zatem dziś o tym o czym marzyłęm od 15 lat. No, słowo “marzyłem” to za mocno powiedziane, ale byłem, widziałem, Steve’a samochód oraz dom dotykałem…

Porywam się troche na zadanie ponad moje siły, bo i podcasty, videocasty a teraz blog. Dużo tego odemnie. Dużo uzwenętrzniania, dużo może czasem za dużo. Mam wrażenie, że ludzie nie mają czasu ani słuchać, ani oglądać, ani już wogóle czytać, tego co tam sobe w głowie wymyśliłem, ale… chyba to robie przede wszystkim dla siebie, by to co się nie zmieściło w podcaście, szpecjalnie bądź przez przypadek, jakoś zaistniało. Zatem blog, i takie “show notes” do prawie każdego odcinka. Nie wiem czy kiedyś to opublikuje, i choć blog jest nie zastrzeżony, to nikomu narazie nie daje adresu, jak zajdzie, to ok, ale nie będę zawewał świata nikimu nie potrzebnym pisaniem. No niepotrzebnym innym, ale ja czerpie z tego radość.
Bo czymże innym jest pisanie, jak nie radością oopisywania emocji, przeżyć, doznań, oraza tego wszystkeigo co cie spotkało.
Mam, miałem – bo wciąż istnieje, ale zawiesilem go na kołku – mój irlandzki blog. Ale poczułem się zbyt wymagający co do irlandzkiego świata, za dużo w nim goryczy i beznadziejności, i zawiesiłem go na kołku, by ni być posądzony o malkontenctwo i permanentne narzekactwo. I choć mi w Irlandii dobrze, to jakoś bardziej w oczy rzucają się mi ostatnio złe rzeczy, i te z którymi się niezgadzam…

Ale do rzeczy. Apple. Od prawie 15 lat jestem użytkownikiem jabłek. Nie zplamiłem sie nigdy Windowsem bądź Pecetem – co pewnie wytknął bi mi kolega Przemek, mówiąc, zem funboy i gadzeciaż… Ale, Przemek równy gość, choć miał przygode z Apple, ale prezent od żony – iPoda – sprzedał po pól roku, bo nie był “cool”… No, sorki Przmko…;-)

Ale do rzeczy. Cupertino, Steve Jobs, zakup nowego MacBooczka dla małej, cała ta otoczka Silicon Valey, i tego industrialnego oddechu.
Zazdroszcze Jackowi takie towarzystwa. Tego, że pracuje w tamim miejscu, gdzie rodzi się przyszłość. I choć mówił, że presja, że dużo pracy, że czasem ma się dość tego wyścigu szczurów, to jest zadowolony z życia w USA.

Zatem pojechaliśmy do Steva, zobaczeć jak mieszka, ucieszyło mnie, że Jacek tam jeszcze nie był, czyli pierwsze doznania dwójnasób. Dom człowieka, który jest chyba jednym z najbardziej wpływowych osób na świecie, jeśli chodzi o nowe technologie nieczym nie przypomina jego dzieci – produktów. Poczuliśmy się z Jackiem, niczym w Holandii, albo Flandrii, kamieny, parterowy dom, daleki od kartonowo-kubełkowych hyper super designów innych amerykańskich gwiazd. Szok poprzez odmienność – pewnie tak, ale dom i ogród Steva to naprawde coś. Znaczy się dom jak dom, w Europie takich wiele, ale w USA, to rarytas, zabytek, majstrsztyk i coś godnego uwagi. Naprawde obydwoje byliśmy pod wrażeniem. Echh, jak trudno w dzisiejszym świecie być normalny, bo taki dom, poprostu normalny – mamy wrażenie – był. Tia… porobiliśmy kupe fotek, i videocaścik pewnie będzie – czyli wideo, stereo i w kolorze, do tego blog – totalna inwgilacja…

Wcześniej wpadliśmy do garażu, czyli tam, gdzie Woźniak i Jobs składali pierwszego maczka 30 lat temu. Kartonowa chatka, poprostu jedna z wielu. I tyle… Kilka fotek, chłopaki grający czymś dziwnym, słońce, wrażenie, ale brak jakiegoś ducha, coć pewnie nie tylko my tego dnia podjeżdzalismy do tego miajsca i wpatrywaliśmy się s najnormalniejsze drzwi garażowe…

POtem skoczyliśmy na siku do bardzofajnej księgarni w Palo Alto, i po zakup MacBooka. Apple store, sobota dość tłoczny, ale miło było. Pani – Wenzuelka szybko nam poradziła, doradził, że kupując maczka, możemy za free dokupić drukarke, co niniejszym uczyniliśmy. I choć trzeba było za nią zapłacić, to apple obiecało dosłać czek na równowartość zakupu, czyli teoretycznie powinna być za free. Zatem kupno i cale zamiesznaie zajęło nam z poł godzinki, pani skrzętnie chciała nam wcisnąć kilka “bonusów”, ale nie daliśmy się naciągnąć. Cena 1299dolarów plus 8% podatku, więc wyszło troche więcej niż sie spodziewałem, ale JAcek na szczęście, miał dla pracowników MIcrosoftu, zniżke wyskości 5%, więc nie było żle… Zresztą przewrotne to, że pracownicy MS mają zniżki na produkty konkurencji. Zapewnie to tylk odotyczyło Jacka i jemu podobnych, bo dla niewiedzących, Jacenty pracuje nad pakietem MS Office właśnie na maczki…

Zatem Cupertino, obeszliśmy cały Infinitive Loop, potrzeskał mi JAcek fotki, bo nie wiedomo czy wróce tam jeszcze, i prezenty czyli czapeczki oraz koszuleczki i… jak wspomniałem videocast, który pewnie niebawem zmontuje…

Czy jest jakaś magia w słowie APPLE? Nie wiem, ale coś jest w społeczności japkowców, że czują się wyróżnieni, że czują się jakoś bardzoej zżycie ze sprzętem – tylko sprzętem – maszyną bezducha – ale mimo wszystko to jakoś powoduje, po mimo wyzwisk od fanboyów i gadżecierzy, że nie jesteśmy zwykłymi użytownikami komputerów – jesteśmy użytkownikami komuterów marki Apple. A to różnica wielka…

Reasumując, dzień technologiczny bardzo udany – patrząc prawie na wszytko co masz na biurku, to można z dużą dozą prawdopodobności, powiedzieć, że to wszysko zostało wymyślone własnie tam, włąsnie w Silicon Valey, własnie tam, gdzie słońce gorrrące, a nebo zawsze błękitne…

Posłuchajcie, o czym mówiłem…
Day 5

Oraz moźna zobaczeć jak mówiłem...

Viceocast

  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ
  • Cupertino/Palo alto/Apple HQ

Podróż do USA. Zdecydowałem, że zaczne wlaśnie od tego momentu. Nowy sezon, nowe wrażenia, nowe doznania. Trzy pierwsze odcinki już wybrzmiały, ale to taka mała rozgrzewka, i po mimo tego że jak i Ojciec gJan Góra, jak i pani Justyna – to świetne tematy do rozmowy, to jednak to na co czeka świat, to właśnie American Experience.

Dość długo trzymałem to w tajemnicy, i nie mówiłem prawie niekomu, ale nastał czas wyjścia z cienia i zatem zaczynamy. Nie będę pisał o przygotwowaniach ani o związanych z tym kilku problemach, poprostu to co mi się na żywo, na teraz, na zaraz w głowie ułoży. Zatem Atlanta. po 8 godzinach lotu. Linie Delta i pierwszy raz od niepamiętnych czasów porządne jedzienie w samolocie. No, powiedzmy że porządne, ale w cenie i nawet zjadliwe, bo latając po Europie tanimi liniami lotniczymu, raczej nie uświadczysz czegoś w miare dobrego, a co gorsza trzeba placić. Tu też się płaci, ale przynajmniej jest to dobre. Zatem Przypadek Benjamina Buttona oraz śledzenie trasy lotu, oraz bawienie się dotykowym monitorem na moim “stanowisku”, czyli multimedialne centrum rozrywki w moim samolocie. Ech, to były czasy, kiedy leciało się pierwszy raz do Stanów, i jak pan przede mną był za wysoki, a pani obok zbyt barczysta, to filmu się nie dało oglądać, bo telewizor był jeden, a a dodatku daleko… Tia… Polish Airlines LOT – rok 1991.

Zatem Altlanta, główne lotnisko Delty. Duże, przeprastne i bardzo zatłoczone. I do tego wszedzie murzyni. Nie to żebym był rasistą, ale jakoś nie dokońca doczytalem wiadomości o Atlancie, czyli że to stan tych ciemniejszych. Tia. Zakupione przed chwilką koszulki, 3 pocztówki dla Fanów, oraz coś na ząb, choć mam zapas kanapek, które pozwolą oszczedzić kilka dolców.

Spotkanie z żołnieżami American Army, myśle świetny temat na podcast 4 lipca. Grupa żołnieży, świeżaków leciała do swej nowej jednoski, i z kilkom udało mi się pogadać, myśle ze to dobry temat, jak wspomiałem na odcinek jak i na notkę. Tia. to tyle myśle na dziś, samolot za godzinkę ma się pojawić, choć mówią, że może być spóźniony, bo leci z Florydy, z Pensacoli, a tam huragany… Brr… Przed chwilą nagrałem mój pierwszy odcinek, znalazłem ustronne miejsce, i 30 minut na amerykańskom rozgrzewke poszlło jak z płatka…

Tia, poniżej link, możecie posłuchać…
day 1

 

PS. Mam wrażenie, źe nikt wczesniej nia Kolumberze nie robił tego co ja, czyli zapisywał dzwiękiem. Mam wrażenie, że w ten sposób będę wprowadzał nową jakości i pewnego rodzaju inność do notek... A i zdjęć mam setki, kwestia tylko małej obróbki...i wrzuce - cierpliwości...

California wpadła mi w oko. California nawet przypadła mi do gustu. California – czyli te trzy, cztery ulice na krzyż, które narazie wydziałem. Ale jest dobrze, czułem, co ja mówie, czuję się jak w Europie.
Zostawiłem Jacka i Ewkę. Zostawiłem Wielkanocnie. Dobry miły czas. Dobre przejście z europejskich kilmatów na amerykańskie warunki. Dobra atmosfera, wygodny materac i tylko jakieś ptaszory w nocy mi przeszkadzały zasnąć i walczyć z tzw Jet-leg. Tia, narazie nie mam problemów. Narazie…

Ale wszystko dobre co się dobrze kończy, czyli trzy dni u Biedronów (to ci z wpisów wcześniejszych) dobiegły końca z chwilą, kiedy szacowna moja mama i Grześ przyjechali po mnie. Pani jadąca z nimi, czyli ta co gada jak jechać, coś ich żle skierowała i pobłądziły staruszki. Ale w końcu w niedzielke wielkanocną dojechali popoludniowo, nowym, niebieskim wielkim luksusowym Lexusem… Zatem pożegnaliśmy się, znaczy ja, z Jackiem i Ewką i pojechaliśmy w strone San Franczesko. Póltorej godziny drogi, hotel i mała kolacja, w małej restauracji nieopodal. Miasto widziane narazie z okien auta, nawet nie było tak gorąco, okazało się zaskoczeniem. NIe wyglądało jak typowe amerykańskie, krzykliwe, brudne, napakowane biurowcami miasto. Oczywiście – jest dużo wysokich budynków, ale jakoś nie odstawały one od tych mniejszych, czyli jakoś komponowało się wszystko. I co ważniejsze, nie było dużego kontrastu po między tzw Down town, a budynkami w okolicy, bo samo centrum miasta jest dośc rozległe, i naprawdę warte zobaczenia, poznania. I tramwaje, człapiące się pod góre tu i tam… Golden Gate, Alcatraz, mosty w drodze do Oakland, to w skrócie najważniejsze architektoniczne rzeczy do zobaczenia. To widziałem, jadąc do Miur Woods, czyli taki amerykański Żacholecki las. Zatem w poszukiwaniu Rumcajsa. Nie miałem zbytnio pojęcia, co tam zastane, to była pierwsza propozycje Mamy i Grzesia, na moją drugą część wyprawy, czyli wielkie, gigantyczne drzewa. Sekwoje. Może nie takie ogromniaste jak w Yellowstone park (ponoć tam takie są – nie bylem, ale może damy rade wpaść). Zatem niecala godzinka drogi od SF, na wschód, droga przez Golden Gate i małe jego zwiedzanie po drodze. Zatem przyjechaliśmy do parku, opłata 12 dolców od osoby. Drogo chyba, mam wrażenie, ae raz się żyje.

Las w sam w sobie ciekawy, ciemny, drzewa ogromne, pnie pnęły się ku górze tysiące lat, i to budzi wielki respekt dla natury. Niedziela popoludniu, dużo ludzi, piknikowy czas, i troche turystów takich jak my – wolno sunących po leśnych ścieżkach. Jakoś trudno mi pisać o lesie, oprócz tego, że były drzewa. Dużo drzew. Oczywiście podcast powstał, ale czuje po mału, że chyba nie wszystko powinno być publikowane, choć wciąż mam wielką ochotę dzielić się tym co widze, i słysze. Ale wiem, jacek mi to już mówł, że są granice poznani. 

To tyle na dziś myśle…
Zapraszam do posłuchania o tym o czym pisałem…
Day 6

Może zanim zacznie pisać od siebie, coś z Wikipedii, o sławnym moście, bo dziś własnie będzie o nim, oraz o Sam Francisko samym w sobie. Wiem, że to może sluche wiadomości, ale jak kiedyś wróce do tego bloga, napewno przypomne sobie garśc ciekawych informacji… dlatego most Golden Gate jest bardzo ważnym węzłem komunikacyjnym. Będąc także jednym z głównych celów wycieczek turystycznych jest uczęszczany rocznie przez miliony użytkowników. Miesięcznie przejeżdża po nim około 3,4 miliona samochodów i liczba ta ciągle wzrasta. Szacuje się, że od momentu otwarcia mostu przejechało po nim około 1,6 miliardów pojazdów, a ponieważ jest on od tego momentu płatny, zarobił już na swoją konserwację około miliard dolarów.

Zagrożenie trzęsieniem ziemi sprawia, że most musi zostać jak najszybciej wzmocniony. Prace przygotowujące go na przetrwanie kataklizmu o wielkości do 8,3 stopnia w skali Richtera oszacowano na 217,4 miliona dolarów. Jeśli jednak nie nastąpi inna nieprzewidziana katastrofa, okres eksploatacji przewidziano na 200 lat. Pierwszy raz z propozycją budowy mostu o ponad kilometrowej długości wystąpił w 1918 r. główny inżynier miasta: Micheal M. O’Shaughessy. Jednak wszyscy konsultanci wyrażali się negatywnie o tym pomyśle pod kątem nieprzewidzianych problemów natury technicznej. Propozycją budowy mostu zainteresował się także Joseph Baermann Strauss, założyciel Strauss Bascula Bridge Company (1904 r.), Autor blisko 400 projektów mostów w Europie, Ameryce i w Azji. Trzy lata po propozycji O’Shaughessy’ego wystąpił on z konkretną propozycją i preliminarzem budowy mostu. Była to pierwsza konkretna propozycja. Koszty oszacowano na 27 milionów dolarów. Zaproponowany most miał konstrukcję podparto-wiszącą, z wieżami po obu stronach. Przęsło główne miało wynosić 1222 metry i składać się z dwóch 208-metrowych podparć oraz 806-metrowego, podwieszonego przęsła pomiędzy nimi. Liny zawieszone na dwóch 218-metrowych wieżach dźwigać miały kładkę o szerokości 24,4 metrów przeznaczoną na 4 pasy jezdne i 2 piesze. Propozycja została entuzjastycznie przyjęta przez władze miasta, choć miała też zdecydowanych przeciwników których trzon stanowili właściciele promów. Opór był tak duży, że przekonanie mieszkańców, przeprowadzenie procesu legislacyjnego, znalezienie inwestorów, uzyskanie zezwolenia od Ministerstwa Wojny na budowę obiektu na ich terenie trwało ponad 8 lat.

Budowa mostu Golden Gate rozpoczęła się w styczniu 1933 i trwała do roku 1937. Otwarcie dla ruchu nastąpiło 27 maja (rok przed śmiercią Straussa). Most budowany był przez ponad 4 lata i kosztował ponad 27 milionów dolarów, w tym 2 miliony kosztował jego projekt. Golden Gate stał się na prawie 30 lat najdłuższym mostem wiszącym na świecie. Do tej pory jest jednak uznawany za szczytowe osiągnięcie inżynierskie i niezmiennie od daty jego otwarcia pozostaje najbardziej znanym mostem świata. Dziś nie można sobie wyobrazić panoramy San Francisco bez Golden Gate w tle. LINK

Tia, wystarczy. Zatem Most. Najpierw minusy. Mam wrażenie że jest przereklamowany. W Nowym Yorku mam wrażenie jst z pół tuzina podobnych i nikt nie wzdych nad nimi tak samo jak nad tym. Trzeba płacić, 6 dolców, ale tylko jak się wjeżdza do SF, w drugą strone free. Tia to minusy.

Ja bardzo lubię takie budowle, wszelkiego typu potfory konstrukcyjne, które pokazują, że człowiek potrafi, że można. Widziałem w sklepiku mostowym kilka fotek jak robili ten most, i pomyśleć, że te 80 lat temu potrafili zrobić coś takiego.
Czarno-białe fotki, most rozgrzebany, z dziurą w środku, budowany z dwóch stron, bez jakiś wielkich dźwigów etc… Ale powiem, że robi wrażenie, sama lina nośna, którą dotykałem, jej kawałek zreszta jest zaraz przy sklepiku, jest grubiści chyba 2 metrów, więc to już mówi i wielkości tego dzieła.
Czerwonobrunatny kolor, może nawet wpadający w ciemną pomarańcz, tanczył na dzisiejszym niebieskim niebie. DObry kontrast. Dobre odcięcie. Dobre powietrze dziś. Czyste. Dobre do robienia zdjęć, choć wszędzie dziś tłumy ludzi i ciężko było znalść dobre miejsce do fotek…

 

CDN

 To myśle na tyle, oczywiście podaje link do podcastu oraz teź videocast mały powstał, zapraszam...

  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • San Francisco ::: april 2009
  • yellow lines
  • Monster
  • too close
  • Virtual insanity
  • sky
  • monster

Pierwszy tydzien już prawie za mną. Męcząca poniekąd podroź z Dublina, ceregiele na lotnisku, sprawdzanie wiz, adresów, etc... no ale przyjemny lot oraz dobre jedzonko, Męczaca w swoej drugiej fazie, przede wszystkim czekanie w Atlancie na samolot mnie trochę rozstroiło. Nie dlatego, źebym się denerwował, bo m człowiek z natury szpokojny, ale jakoś tak miałem wyrzuty sumienia, źe JAcek musi zarywć nocke itp... Ale wszystko dobre, co sie dobrze konczy. Wizyta u JAcka i Ewki, których nie widziałem dwa lata, od momentu wujazdu z Irlandii - to dobre chwile. Moźe za dużo nagrywana, za duzo rzeczy do opisania, ale  naprawdę dziękuje im, za to ze znależli czas dla mnie... i na domowe posiedzenie, pogadanie, jak i na Cupertino i WIelkanocne nocne gadanie...

Zastanawiam się co chce powiedzeć poprzez tego bloga. Najpierw sa podcasty, videocasty, a na blogu chyba będa tzw odpadki mózgowe, które nie do końca (świadomie, bądź i nie) znalazły się.

Zastanawiam się czym oprócz formy blog będzie się różnił od podcastu i tak do końca nie wiem. Bo wiadomości będą podobne, odczucia, opisy, przemyślenia, ale mimo wszystko potrzebuje tej formy opisania rzeczywistości, potrzebuje twardej klawiatury, chwili zamyślenia, chwili zastanowienia zanim coś napisze. Podcast nwymaga o wiele  więcej myślenia, przekazu wyrazu, ale tutaj mam czas. Papier jest cierpliwy - ktoś kiedys mówił.

Zastanawiam sie o czym chce pisać, i chyba już wiem, że nie będe typem opisywacza podrożnika dokładnego - czyli gdzie spałem, za ile, i gdzie za ile i co jadłem. Myśle źe slupie sie na tym co widziałem, co przeźyłem, co mnie urzekło, co mnie dotknęło, co mnie moźe skłoni, do powrotu do Ameryki jeszcze kiedyś raz...

Tak to wygląda. Taki jestem. Może czesem chaotyczny, powierzchowny, ale mam wraźenie, że z czasem wszystko wypłynie. Dlatego blog, dlatego pisanie, dlatego tak siebie pokazywanie...

Lubie Portugalię. Lubie jej spokój. Lubie jej powietrze, i to, że mają najlepsze ciastka na świecie... Może kiedyś pokusze sie na lamach tego serwisu o opisanie moich iberyjskich podróźy - zobaczymy...

Lubie Lisbonę. Lubie jej tłok. Lubie jej słońce,  i to źe ma najlepsze schoroniska turystyczne na świecie... Moźe kiedyś sie znowu wybiore, bo lubie jej kamienne, wyślizgane chodniki, lubie jej poranne kafejki i picie w nich porannych kaw, zagryzając jak wposmniałem najlepszymi ciastkami na świecie.

Lubie Portuglię i lubie Lisbonę. Ale kocham w niej tramwaje. Małe, żwawe, pędzące, wspinające się po krętych, stromych uliczkach. Kocham ich spokój, gdy czekają, aż napchaja się pasażerami do syta. Kocham ich gwałt, gdy głośne kręcenie korbą przez motorniczego, piszczenie kół, albo rozrywajacy uszy dźwięk dzwonka przeszywający Lisbońskie ulice.

Kolejny dzień. San Francisco. Zmęczony dzień, bo w podrózy z Miur Woods i kolejnym obejsciu red monstera. Wieczór. Nasz hotel w centrum, 180$ za 3 osoby, 6 piętro, duszno, lekki szum ulicy, prysznic, zmiana odieży na bardziej okazałą, winda, klucz w recepcji zostawiony, mała restauracja 2 przecznice dalej, kurczak w sosie koperkowym, zimna cola, rachunek. Zrobiło się chłodno. Marlena z Grzeskiem postanowili iść jeszcze na małe winko a ja zapytałem jakie plany na jutro.

- no wstajemy i jedziemy do LA wcześnie rano - odparła Marlena
- jak to wcześnie - a tramwaje? - zapytalem
- a to sobie teraz zobacz  - odparła
- jak to teraz, przecież jest prawie noc, juź chyba nie jeżdzą - odparł bardzo zasmucony...

Noc, ale wciąż jano na ulicach San Franacisco. Myślał, źe nie uda mu się przejachać nocnym tramwajem, ale... nagle, zza niewielkiego wzniesienia usłyszał znajomy, metaliczny dźwięk oraz odgłos dzwonka...

Bilet kupiony od spoconego chińczyka, kosztował chyba 5$ na jeden przejazd. Całodzienny 10$. Ale co tam, wsiadłem, zaplaciłem i nie do końca wiedziałem gdzie jade. Mój Zoom nastawiony na najmnijsza czulość, bo piski, zgrzyty i hałasy nocnego tramawaju są przeraźliwe.
Ale to wszystko miało urok. I garstka nocnych turystów, i dwóch chńczyków, jeden jako hamulcowy, jeden jako korbowy, nocne San Francisco, nocne moje podrózowanie w nie znane...

Tramwaj podjechał do końca lini. Last stop - zakrzyczał chińczyk i pokornie wysiedliśmy z trmawaju. Wyjąłem aparat, schowałem zooma, i potrzeskałem kilka nocnych fotek...

Jakie bylo moje zdziwienie, jak zobaczyłem dwóch gości przepychjących ręcznie tramwaj. Poprostu wepchnęli go recznie na obrotnice, zabezpieczyli i jeden w jedną drugi w drugą, o 180 stopni zmienili jego połoźenie. trwało to kolo 30, moźe maxymalnie 40 sekund.
W dzisiejszym nafaszerowanym elektroniką świecie, takie coś. Ręczna obrotnica tramwajowa w centrum - a w zasadzie cholera wie, gdzie ja wczoraj byłem, musze sprawdzić na mapie - San Frenczesko... Tia...

Zabrało mi dobre półtrej godziny jeźdzenie tramwajami. Małe, żółte i zwinne. I halaśliwe. Takie same jak w Lisbonie...

 

JAk chcecie posłuchać, o czym mówiłem... zapraszam

DAY ::: 8

 

Fotki, jest ich kilka, ale wrzucilem tylko cieńkiej jakosci miniaturki, muszę duźe obrobić, a to potrwa niestety...

 

  • Obrazek 21 copy
  • Obrazek 2 copy
  • Obrazek 7 copy
  • Web copy
  • Obrazek 11 copy
  • Obrazek 3
  • Obrazek 3 copy
  • Obrazek 8 copy
  • Obrazek 20
  • Obrazek 9 copy
  • Obrazek 14 copy
  • Obrazek 17 copy
  • Obrazek 18 copy
  • Obrazek 13 copy
  • Obrazek 4
  • Obrazek 16 copy
  • Obrazek 6 copy
  • Obrazek 12 copy
  • Obrazek 15 copy
  • Obrazek 19 copy
  • Obrazek 5

Chyba poczułem jak będzie wyglądać dalsza część mojej podróży - ale o tym potem...

San Francisco jest zupełnie jak miasto europejskie. NIe czuć w nim amerykańskiego buńczucznego tonu, nie czuć w nim patosu i łopoty star & stripsów. Za to jest dzielnica, wielka - śmiem dodać - zaflagowana tylko "strajpsami". Takie wielokolorowe strajpsy, no wiecie.
Zastanawiam się właśnie nad tym. W dublinie gdzieś czerwcowo jest parada gejowych i tych pan, co lubią homo. NIe przeszkadza mi to, powiem szczerze, choć kiedyś w pociągu relacji Poznań - Zakopane, miałem spotkane z pewnym panem ;-)
Ale do rzeczy, ja mam wraźenie, źe jeśli ktoś chce być traktowany powaźnie, nie powinien się tego tak ostentacyjnie domagać. Nie powinen afiszować się swoja innością, która ma być normalnością. Chce przez to powiedzieć, źe styl gejowo-lisbijowy, czyli na przykładzie Dublina - platformy skąpo odzianych mężczyzn, i kobiet, pseudo kopulujących się na widoku publicznym, ubranych ja pisałem dość inaczej - to wszystko doprowadza mnie do konkluzji, źe oni sami siebie spychają na margines źycia społecznego, że sami robią z siebie dziwaków i element. Że sami, po mimo wszelkich możliwości bycia normalnymi (za takich chcą się uważać), palą na panewce, jak ludzie zwykli, przechodnie patrząc na te dziwne przedstawienie - jak już wspomniałem w Dublinie - napewno oceniają ich krytycznie.

I takie jest San Francisco - wolne. W dzielnicy zaraz pod Twin Peaks (nie, nie to nie od nazwy tego filmu, bo tam to byla Canada, z tego co pamiętam), jest apoteoza albo inaczej, jest zapieprzenie flagami tymi w paski. Pełno barów, pełno napisów, reklam, pełno wieczorem światel ciekawych, i ludzi szemranych.
Dla mnie bycie normalnym, akceptowanym to bycie szarakiem, ale nie takim, co się nie wytłuszcza z tłumu, ale takim, co robi swojej, i nie patrzy, nie podskakuje, by go ktoś z tego tłumu wyłowił i powiedział - to on - on jest bogiem!
I tu w większości przypadków, widzę problem homoseksualny, i nie tylko w San Francisco, ale i na swiecie, że tak bardzo chcą być normalni, być akceptowani, być poprostu częścią społeczeństwa, że przekombinowywują, i jest tak jak jest - czyli śmieszne.

Tia...

Zatem SF to wolne miasto, odwrotnie proporcjonalnie do karaju, gdzie nie ma wolności,i gdzie tylko władza ma racje, a prawda, jedynie słuszna spływa na ludzi niczym hosanna z odbiorników telewizyjnych. Telewizja w USA to wiara. Chciało by się powiedzieć, żę tu telewizor jest bogiem, a wiara nałogiem. 783 kanały telwizyjne u Grześka w domu - super, tylko pół popołudnia zajmie ci wertowanie gazetki z programami, a drugie pół znalezienie właściwego kanału, nim przebijesz się przez gąszcz pilotów na wersalce...

Tia...

Jeszcze o moim road booku, czyli o tym, co zawsze przygotowywuje sobie na wyjazdy. Format podręczny, 18x18 cm, papier 110 g/cm2, nie za gruby, nie za cieńki, taki w sam raz, wodoodporna okładka, zbindowane porządnie. Zatem moja ksiąźeczka. stron liczy ze 80, podwójnie zadrukowania w celu oszczedzenia miejsca. Tak, to produkt finalny. Ale zanim do tego doszło, przeczytalem troche blogów, BiG Apple uroczej blogowej koleźanki - bo NY to też za czas jakiś czekać na mnie będzie, troche opisów z różnych for, Nie znany mi blog, pewnego jegomościa, co ciekawie pisze, i jeździ Hummerem, duźo tam interesujących a co ważniejsze, trafnych uwag i spostrzeżeń. Było troche grzebania w wikipedi, w mapach, które zawsz euwielbiałem czytać. Zatem 80 kartek, a wnich mapy, opisy, przypisy, rady, porady i ostrzeźenia... To wszystko. Tak wiele, tak nie wiele - ale jak narazie się przydaje... Narazie tydzień podróży za mną, teraz czas na Pacific Coast Highway - down to L.A...


Przepraszam za generalizowanie, w sprawie tych od tej flagi z kolorowymi paskami, ale tak to pojmuje...

PS. Zapomniałem, napisać, jak będzie wyglądać dalsza część moje podroży... tia... Bedzie cholernie (na) szybko... Dzięki ci Marlenka ;-)

San Francisco – wiem, że muszę tam jeszcze wrócić… bo było za szybko. Za mło czasu dla siebie, na zwiedzanie, na pozanie, na poprostu połażenie po mieście i pojeżdzenie tramwajami. Tia – to plany, przyszłość, a rzeczywstość miała na imię Pacific Coast Highway i miała trwać prawie 8 godzin. Fajnie- pomyślałem, ale nie zdawałem sobie sprawy, że juz po 2 godzinach będę miał dość.Zatem śniadanie, gdzieś w zaprzyjaźnionej z hotelem knajpce na rogu. Mocna herbata, wątpliwej świeżości pieczywko ale szyneczka i serek były ok. I jajecznica – niestety z proszku – a taką miałęm ochotę. Cóż – w drodze coś zjemy – pomyślałem.

Dzień był piękny, zakupione jeszcze na szybko kartki, moja ulubiona HERSHEY’S czekolada, której w europie nie uświadczysz, 2 literki jakieś kolorowej wody, ups, pół galona – i w droge. Ustawiłem panią w GPSie na kierunek LA, ja wpomniałem wcześniej, planowy dojzd do domu, 8.30 pm… No to ładnie – pomyślałem – 8 godzin w aucie. Ale to okazalło się tylko przygrywką do tego co miało się stać.

Limuzyna Grześka cichutko mknęła po równych, betonowych californijskich drogach, po prawej ocean, po lewej majestatycznie zaczynał pojawiać się góry. Prawie jak w chorwacj – pomyślałem – też droga nadmorska, nad przepaścią, nad wyraz piękna.

Zatem dziejszy dzien w aucie wydawał mi się jeszcze dłuższy niz Bracia Karamazow, ale dam radę, nie będe marudził. Minęła godzina, druga, i już na początku trzeciej miałem dość. Droga rzeczywiście piękna, ale zakręt, prawo lewo, prawo lewo, lewo prawo, hamowanie, zakręt, gaz, hamowanie, lewo prawo – tak przez jeszcze następne 4 godziny. Tragedia. Wielka limuzyna Grześka, choć wygodna, cicha i uzbrojona we wszelakie nowinki techniczne, to nie do końca miałęm wrażenie radzila sobie z tą drogą. Nie to że coś źle z autem, ale Grzesiek troche był nie za miękki dla niej. Gaz, hamulec, gaz hamulec, zakręt – i choć te ostatnie nie były jakiś ostre, ale w tym problem, że po mimo ich rozłożystości, prędkośc ich pokonywania powodowala w głowie dziwne reakcje. Ile było tych zakrętów? – z mialiard? pewnie więcej. Zatem postój w mexykańskiej knajpie na uszczupleine portfela i zapełnienie brzuchów. I tankowanie – niestety stacji jak na lekarstow, a “gas” droższy o ponad połowe z racji wyjątkowej lokacji – owej stacji. Naprawdę, przez 70-90 mil nie było stacji, a Grzechu, zaraz po przekroczniu strzałki poziomu paliwa mniejwięcej granicy 50/50 już rozglądał się za Exxon’em bądź Shell’em.

Zatem rada, chcecie jechac PCH z SF do LA- zatankujcie do pełna. I bierzcie Aviomarin. I bierzcie kanapki. I Aparat. I polecam mieć ciężki katar, nic nie czuć – tak – dojeżdzając już prawie do LA, po prawej stronie, przy oceanie jest słynna plaża uchatek kalifornijskich. Dojechaliśmy tam już prawie o zmroku, ale cośik bylo widać. Widać i ponoć czuć. Grzesiek mówił, że takiego fetoru nie czul nigdzie wcześniej. Marlena – znana ze swego fancuskiego nosa, wogóle nie wyszła z auta – znaczy wyszla na chwile, po czym skręcona “zapachem” wróciła do fiołkowego zapchu skór w aucie.

Zatem foki, uchatki. Ponoć jest ich tam kilka/kilkanaście tysięcy. To atrakcja. To ponoć super widok. Nas on ominął, z powodu nadciągającego deszczu, chmur i ciemności. Szkoda, ale to kolejny już raz, kiedy nie zdążyłem czegoś zobaczeć, a to dopiero początek podróży… Ale… nie marudze, cieszę się, że tu jestem… widze, poznaje, doznaje.

Zatem zapach, a raczej fetor rybno-toaletowo-zgniliznowy jak określił Grześ prawie mi umknął, bo mój katar prawie go blokował – ale jakimś cudem, małe opary dało się poczuć, choć pewnie całości doznań nie byłem wstanie doznać. A szkoda, nigdy nie wąchałęm foki ;-(

Ech, zbliżała się 9 godzina, czyli od 60 minut mieliśmy być już w domu, jak obiecała nam miła pani wydająca głos z panelu centralnego zaraz nad sterowaniem do klimatyzacji, ale cóż – przed nami jeszcze seteczka mil.

Tia. Dojechaliśmy w końcu. LA. Wreszcie. Kolejnego dnia pospałem troszkę wreszcie dłużej, śniadanie, dobra herbata, w telewizorze TV Polonia, i problemy pana Donalda… Nie, no more! Uciekłem od tego 5 lat temu, a tu znowu te osły…

Zatem 3 dni wolnego, 3 dni w Los Angeles. Wolnego – co ja mówie – ot będzie mniej na szybko, czyli czs na plaże – Venice beach, potem wpadniemy do Hollywood, zobaczymy jak mieszka Jacko Wacko Jackson, zobaczymy co słychać w BH 90210, i może też spotkamy jaką wielką gwiazdę… tia… Narazie, drodzy czytelnicy, ide na basen, odespać i nabrać kolorów…

Jak ktoś by chciał posłuchać jak się robi najlepszy sos potrawkowy na świecie, zapraszam… DAY 9

Filip – pakuj się, jedziemy w teren – zawolał donośnie Grzesiek.
Ale dopiero wczoraj wczoraj przyjechaliśmy, wieczorem, w nocy w zasadzie – wciąż lekko zaspany odburknąłem mu, popijając druga herbatę.
- Nie marudź – przyjechałeś na wakacje, nie do sanatorium – odparł i rzucił mnie kluczykami od auta – jedzimy hondą, prowadzisz – dodał. 

Moja mama była w Mexyku w roku 1984 – kiedy odwiedzala znajomych. Zaproponowali jej jednodniową wyprawę, ot tak, przekroczyć granice, zjeść coś, nie zatruć się, kupić prezaje i wrócić… I nie pamiętam gdzie była, ale pamiętam fotki z wielkim sombrero, na osiołku usadzoną damese… No i wąsaci, uśmiechnięci na fotkach mexykanie. Tia. To był rok 1984. W Polsce komuna, nie działo nam się źle, mama jako rzemieślnik, nieźle przędła, popyt był, podaż też, no i kasa była, z którą nie było co robić, bo niczego nie było…

Ale to nie ważne. Pamiętam za to jak dziś to zdjęcie – osiałka pomalowanego niczym zebra, w paski, białe bądź czarne, któż to wie, i mamę, i to sombrero. To był wielki świat. Mexyk. Tia…

Droga do Tijuany przebiegła nadzwyczaj szybko i w miare prosto. Prawie żadnych zakrętów, choć wczorajsze wspomninia wciąż były gorrrące. Magiczny diamont lane (czyli pas ruchu wydzielony, dla tych którzy nie jadą sami) umożliwił nam dość szybką jazde. PO drodze, miałem okazje zobaczeć różnorodność amerykańskich dróg, czyli i będzie i podcast, jak i notka o tym, jak wygląda przeciętna amerykańska ulica, i w jakie auta jest ubarwiona…
2,5 godziny minęło w miare szybko, Honda – bo nią pojechaliśmy, by nie rzucać się za mocno mexykańskim autochtonom (limuzyna została w domu) nie była szczytem techniki, ot 10 letnie auto – ale nie można marudzić.

Brak prawie jakiejkolwiek kontroli na granicy, wąsaty pan w ładnym kapeluszu leniwie machał ręką – tak, w tą stronę to mało ważne, zürick będzie pewnie fajniej – pomyślałęm.

I tak rzeczywiście było – ale o tym później. Zatem Tijuana. Ogromna mexykańska flaga, którą widziałęm w jakimś filmie z Vinem Diesem, całkiem ostatnio – zresztą miło widzieć w filmach miejca, w których się było – flaga ogromna, na ogromnym maszcie dumnie i powolnie poddawała się wiatrowi ukazując swoej trzy kolorowe oblicze.

Meksyk – istny meksyk. Tak mówią jak nie wiadomo o co chodzi, jak burdel jest straszny i charmider, i mmisz masz nie do ogarniecia. I tak bylo – wrazz przekroczeniem granicy, znaleźliśmy sie w centrum Tijuany – miliard taksówek, autobusów, ludzie na motorkach, ludzie poprostu chodzący między autami, próbujący sprzedać cokolwiek, lub poprostu dozbierać do “emerytury”.

Tak szybko i nagle znaleźliśmy się w Tijuanie, tak szybko z nij wyjechaliśmy. Nie podobało ani mi się, ani Marlenie ani Grześkowi. Z tą różnicą, że oni już tu byli, a ja nie. Ale jednak ani nie czulem się bezpiecznie, ani na tyle swobodnie, by wyciągnąc aparat i po pstrykać kilka fotek.
Czekając w kolejce, by wjechać do kraju miodem i mlekiem płynącym, kraju, który jest policjantem świata, który rości sobie prawo do jednej i tylko jedej wykladni porządku świata – znaleźliśmy się w samym coentru jarmarku pod stadionem Dziesięciolecia. Znaczy się wirtualnie. Natłok osób chcących nam coś sprzedać mógł być wprost proporcjonalny do ilości chinczyków na świecie. Każdy prawie widział w nas potencjalnego kupca zainteresowanego: Matką boską, koralikami, pizzą, puszkami z napojami, matką boską na wielkim krzyżu wraz z Jezusem, samym Jezusem, na krzyźu, samym krzyżem, ręcznikami z delfinem UM, rogami jelenia, kanapkami…i tak wymieniać mógł bym jeszcze z parę minut. Ogólnie dewocjonalia to 56,8% asortumentu. 13,3% to kosmetyka i artykuły upiekszające dłonie oraz szyje. 6,4% to artykuły do konsumpcji, a reszta to tzw mydło i powidło.

Czekaliśmy ponad godzine na wjazd do USA, Odcinek koło 200 metrów upsztrzony był straganami i chyba jak już wspomniałem wszystkimi możliwymi artykułami wyprodukowanymi bądź przez małe chińskie, bądź mexykańskie rączki.

Wpis dziś chaotyczny, ale taka była i ta południowa podróż, wypad. Szybki, ciekawy acz z punktu widzenia pewniego, wariacki i lekko niepotrzebny…

 

Wracając, wpadliśmy do sennego wieczornego San Diego, na wczesną kolacje, i to byla dobra decyzja, bo bardzo dobra polędwica po mexykańsku stala się jedynie nie zapomnianym wspomnieniem z tej wycieczki. Poniżej kilka fotek, z telefonu, bo jak wspomniałem, bałem sie troche wyciągać moje obiektywy... Zatem przepraszam za ich nędznośc... 

Do posłuchania, ale nie koniecznie…. DAY 10

  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009
  • Tijuana - mexico 2009

Tia... muszę przemyśleć ten temat dość dokladnie..., no bo to nie takie proste. Las Vegas. Czym jest w dzisiejszym świecie. A może inaczej, czym jest dla dzisiejszego świata to miasto na pustyni?

 Mam straszne problemy z opisaniem tego co tam się działo, podchodziłem i do nagrywania podcastu, jak i do pisania tej notki kilka razy. Używając słów brzydkich, tzw bardzo nie cenzyuralnych, można by powiedzić, że byłoem rozjebany na maxa, i do tosadne, acz nie zbyt eleganckie stwierdzenie w pełni opisuje mój stan wtedy, w LAs Vegas, kiedy chodząc po ulicach nocnych, oglądając, poznając to miasto zastanawiałem się poraz pierwszy co ja tu kurwa robię? Ale nie pojechałe tam z przymusu, chciałem, bardzo chciałem się przekonać na własnej skórze, i na własne oczy, dlaczego to miasto ma moc, dlaczego ludzie tu stają sie bogami, ale i też spadają w otchlan piekła. Wszystko na tak małej powierzchni, wszystko w zasięgu ręki.

 Możesz stać się bogaczem, ale i możesz za chwile stracić wszystko. I nie tylko pieniądze, ale i życie, bo podobno każdy do Las Vegas prędzej czy póżniej wroci uregulować rachunki z Bogiem. Co ciekawe, w tym mieście nie ma Boga, jest wszystko tylko wlasnie nie ma jego. I nie dla tego, że nie ma w nim miejsca dla niego, ale poprostu w dzisiejszym świecie nie ma czasu na czas dla siebie, na moment oddechu, na chwile zastanowienia się dokąd zmierzamy i co chcemy osiągnąć. To miasto odmóżdza. To miasto nie daje szans, na ty, by przez ułamek sekundy poczekać, i pomyśleć. To miasto nie pozwala wierzyć w nić innego, nisz w to, że dziś jest twoj dzien, źe dziś jest twój szcześliwy dzień... Miasto na pustyni. Kasyna, gry, kobiety, hotele, durdele i hazard. To chyba pięć najważniejszych rzeczy w tym mieście. To kwintesencja. Samo sedno sprawy. Chociaż w zasadzie można by to zastąpić jednym hasłem: Pieniądze. Kasa - dużo kasy. Ludzie tracą jak pisałem wcześniej tutaj wszystko. Ale i są tacy, którzy zyskują wiele.

W naturze zawsze musi bilans być na zero. Prawie na zero, bo wygranym i tak zawsze jest Kasyno. I tak to wygląda, jeśli chcesz wygrać, musiśz coś stracić. Najczęściej ludzie tracą tutaj duszę oraz wiare. Wiarę, że szczęcie jescze się od nich nie odwróciło. Zatem Las Vegas. Kicz czy poezja? Wizja dzisiejszego świata, czy świat który ma wizje, a raczej przewidzenie, że coś takiego mogło powstać. Jedna ulica. Strip. Jedna długa ulica i kwintesencja komercji, bezguścia i bezmiaru świateł. Bo światla są wszędzie. To one kreują to miasto, to one powodują, że z przeciętnego, norlanego, zwykłego pustynnego maista, z kilkoma błuskotaki w ciągu dnia widzianego, po zmroku przeistacza się w potfora mamiącego swymi świecidełkami, poprostu przypadkowego przechodnia, który jednak nie całkiem przypadkowo się tam znalazł. I może ktoś przeczytawszy ten wpis, pomyśli: "co to za kurwa bełkot", i pewnie będzi emiał racje, bo ilekroć ktoś pyam mi sie jak było w Las Vegas, ja nie mam prostej odpowiedzi. Ja nie umiem jednoznacznie opisać ani mych odczuć, ani wrażeń, ani co gorsza nie umiem się prosto i czytelnie określić... Chaos. Normaolnie chaos. Wtedy, tam, na ulicach jak i teraz, tutaj, w momencie kiedy to słuchacie...

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. adamp54
    adamp54 (10.01.2013 16:30) 0 + -
    Coś zupełnie innego .. ale nie jestem przekonany do takiej formy. Zdjęcia dobre - oprócz Tijuany :)
  2. lmichorowski
    lmichorowski (02.02.2012 20:36) 0 + -
    Ciekawy opis, ale warto by zrobić korektę - porobić spacje tam, gdzie zbijają się słowa, poprawić pisownię (parę ewidentnych potknięć i błędów, które muszą razić polonistów) i usunąć anglicyzmy tam, gdzie nie mają one uzasadnienia - tekst zyskałby na tym i przede wszystkim - czytanie byłoby łatwiejsze i przyjemniejsze. Dziwi mnie natomiast, że Rebel dopatrzyła się u Ciebie rasizmu - ja, dalibóg, czegoś takiego nie zauważyłem. A swoją drogą, czy nazywanie czarnoskórych "Afroamerykanami" to rasizm, czy nie? Co oni mają (poza tym, że ich pra-pra-pra dziadkowie przybyli tu z Afryki) wspólnego z tym kontynentem (Afryką)? Po co tworzyć podziały na "afro", "euro" czy jakichś tam jeszcze innych Amerykanów? Dlaczego jeśli "Afroamerykanin" mówi "I' m black and I' m proud" to wszystko jest cacy, a gdy to samo zdanie wygłosi "Euroamerykanin" (zmieniając tylko kolor na "white") to okrzykuje się go już rasistą?... Pozdrawiam.
  3. lmichorowski
    lmichorowski (02.02.2012 20:36) 0 + -
    Ciekawy opis, ale warto by zrobić korektę - porobić spacje tam, gdzie zbijają się słowa, poprawić pisownię (parę ewidentnych potknięć i błędów, które muszą razić polonistów) i usunąć anglicyzmy tam, gdzie nie mają one uzasadnienia - tekst zyskałby na tym i przede wszystkim - czytanie byłoby łatwiejsze i przyjemniejsze. Dziwi mnie natomiast, że Rebel dopatrzyła się u Ciebie rasizmu - ja, dalibóg, czegoś takiego nie zauważyłem. A swoją drogą, czy nazywanie czarnoskórych "Afroamerykanami" to rasizm, czy nie? Co oni mają (poza tym, że ich pra-pra-pra dziadkowie przybyli tu z Afryki) wspólnego z tym kontynentem (Afryką)? Po co tworzyć podziały na "afro", "euro" czy jakichś tam jeszcze innych Amerykanów? Dlaczego jeśli "Afroamerykanin" mówi "I' m black and I' m proud" to wszystko jest cacy, a gdy to samo zdanie wygłosi "Euroamerykanin" (zmieniając tylko kolor na "white") to okrzykuje się go już rasistą?... Pozdrawiam.
  4. aerodynamiks
    aerodynamiks (30.06.2009 21:20) +1 + -
    w Detriot ...Eminem jest bialy :) heeh
    ciekawy opis...czekam na wiecej
  5. dubh_linn
    dubh_linn (29.06.2009 17:36) 0 + -
    W drodz epowrotnej, będe w Detriot, a tam 90 % ludnośći to afroamerykanie, w dodatku, w dużej części lekko nie zawsze zgodnie z prawem egzystujący, ciekawie co tam sie stanie i jak to opisze...

    pozdrawiam

  6. rebel.girl
    rebel.girl (29.06.2009 13:19) +1 + -
    daję tylko znak, że niektóre fragmenty mogą być tak a nie inaczej odbierane. plusa nie zabieram ;) bardzo mi się podoba połączenie tradycyjnej relacji z podcastami!

    pozdrawiam również ;)

    ps. i oczywiście - w mój poprzedni komentarz wkradła się literówka.
  7. dubh_linn
    dubh_linn (29.06.2009 11:45) 0 + -
    Będę uważał... Dziękuje. Rasizm rasizmem, ale nie każda krytyka musi być w ten sposób pojmowana...

    pozdrawiam

    fi
  8. rebel.girl
    rebel.girl (29.06.2009 11:26) +1 + -
    wszystko super, tylko te kilka niepotrzebnych uwag ocierających się o hm... razism jakby... jednak.
  9. rebel.girl
    rebel.girl (29.06.2009 1:11) +1 + -
    o, nowa (lub prawie nowa) jakość na kolumberze! zapowiada się baaardzo ciekawie! ;)
    pozdrawiam i plus na zachętę ;)
dubh_linn

dubh_linn

Filko Irlandzki
Punkty: 1152