Ładuję...

kolumber.pl


8 +
2016-12-09 - 2017-03-01

Sentiero Roma

Opisywane miejsca: Bergamo, Novate Mezzola, San Martino, Varenna (82 km)
Typ: Blog z podróży

Wstęp 2016-12-09

Pomysł na tegoroczną wyprawę kiełkował mi w głowie długie miesiące. Kusił mnie Tour de Mont Blanc z Chamonix do Courmayeur, myślałem żeby dla odmiany odwiedzić Alpy austryjackie – Dachstein albo Grossvenediger. Kupowałem mapy, planowałem, wytyczałem marszruty i odkładałem do szuflady. Nie wiem co przeważyło, że zdecydowałem się na pokonanie Sentiero Roma w Grupie Berniny, po południowej, włoskiej stronie. Może przeważyła o tym chwila kiedy jakiś czas temu stałem na Przełęczy Publino w Alpach Bergamskich, spoglądałem na północ, a w głowie dźwięczało „muszę tam pojechać”, taka chęć sięgania za horyzont...

W taki sposób ponownie znalazłem się na Orio al Serio, podekscytowany, bo oto właśnie przede mną kolejna przygoda. Wybrałem się na szybkie zakupy w sklepie ze sprzętem turystycznym, niestety nie było butli do maszynki, której używam, więc musiałem zakupić komplet. W drodze na dworzec kolejowy przysiadłem w barze na espresso, podziwiając (i zazdroszcząc) niespieszny styl życia Włochów. Po chwili siedziałem w pociągu i obserwowałem powoli zbliżające się szczyty Alp. W Lecco spędziłem kilkadziesiąt minut, czekając na kolejny pociąg, co wykorzystałem na spacer nad Jezioro Como. Spędziłbym z przyjemnością tutaj dłuższą chwilę, bo miasteczko jest bardzo urocze, ale mój wzrok i myśli wędrowały ku alpejskim szczytom, a myśli zaprzątało tylko jedno pytanie: "co mi podarują Alpy w tym roku?"

 

Kolejna przesiadkę miałem w Colico, aby po kilkunastu minutach znaleźć się w miejscowości Novate – Mezzola. Jest to miejsce, skąd rozpoczyna się szlak Sentiero Roma. Na stacji wysiadłem sam, co ku mojej uciesze zapowiadało samotną wędrówkę. Bez ociągania obrałem właściwy azymut, po kilkuset metrach byłem już na końcu miejscowości, na parkingu gdzie kończy się droga, a zaczyna szlak pieszy do górskiej wioski Codera i doliny o tej samej nazwie. Przywitałem się z trzema Włochami w starszym wieku, którzy bacznie mi się przyglądali ze swoich krzesełek, jakby chcieli ocenić czy podołam trudom wędrówki jakie mnie czekają. 

 

Wyruszałem z wysokości zaledwie 200 m n.p.m. Rozpocząłem mozolne wspinanie się po niezliczonych kamiennych stopniach. Spod nóg uciekały mi liczne jaszczurki, jedna mnie dość przestraszyła bo miała lekko 30 cm długości i była jaskrawie zielona. Szybko zyskiwałem wysokość, a wraz z nią moim oczom ukazywał się coraz ładniejszy widok na Jezioro Mezzola. Wyruszanie na górską wędrówkę z włoskiej doliny ma w sobie taki plus, że oprócz zmiany pięter roślinnych, można obserwować praktycznie zmianę strefy klimatycznej. Śródziemnomorska roślinność powoli ustępowała gatunkom, do których moje oczy bardziej przywykły. 

 

Na wysokości ok 700 – 800 m n.p.m. szlak wypłaszczył się i doszedłem do pierwszych zabudowań Codery. Jest to niezwykła miejscowość, która jest zamieszkana na stałe, a nie prowadzi do niej żadna droga przejezdna nawet dla samochodów terenowych. 

 

Stanąłem przy górnej stacji linowej kolejki towarowej i po grubości rdzy na urządzeniach nabrałem przekonania, że nie była używana dobre 10 lat. Zastanawiałem się jak sobie radzą mieszkańcy, wtem usłyszałem hałas i niemal na mojej głowie wylądował helikopter, rozwiewając swoimi śmigłami wszystkie moje wątpliwości. Przy źródełku stwierdziłem, że pora i okoliczności są wymarzone na późny obiad. Wyciągnąłem zapasy, manażkę i zabrałem się do montowania kuchenki turystycznej. Jakie było moje zdziwienie i ogromne rozczarowanie, gdy się okazało że kupiłem palnik i butlę z innych systemów. Miałem 2 palniki i 1 butlę i nie miałem jak zagotować wodę. Nie wiem jak to się stało, ale musiałem być w Bergamo w niezłym amoku i mocno podekscytowany zbliżającą się przygodą, że nie zwróciłem uwagi na ten fakt. Zjadłem batona, uzupełniłem zapasy wody i ruszyłem dalej, w górę doliny. Na szlaku spotkałem tylko jednego turystę – Niemca o imieniu Thosten, który podążał w tym samym kierunku. Mijaliśmy się wielokrotnie, aby niemal równocześnie wkroczyć do schroniska Brasciadega. 

 

Gospodarz, dobrze po osiemdziesiątce, traktował nas wspólnie, mimo zapewnień, że jesteśmy solo. Uzgodniliśmy cenę, zostaliśmy ulokowani na pięterku, a gospodarz ochoczo zabrał się za szykowanie kolacji. Po szybkim prysznicu, delektowaliśmy się zimnym piwkiem, podziwiając widoki, wymieniając się planami i dzieląc wrażeniami z pierwszego dnia. Zostaliśmy zaproszeni do jadalni, gdzie czekała już para w moim wieku i dwie kobiety. Jak się okazało – sąsiedzi, znajomi gospodarza, którzy przyszli na wspólną kolację. Rozpoczęła się uczta. Na pierwsze danie zaserwowano nam zupę minestrone, z zapewnieniem że zrobiona jest z własnych warzyw i miejscowych ziół. Następnie na stole pojawiło się risotto z kurkami, a po nim, jako przysmak – smażone w panierce kwiaty cukinii. Wszystko w towarzystwie lampki rosso smakowało wyśmienicie. Każdy znał kilka słów w innym języku, więc „rozmowa” toczyła się w większości po włosku. Wieczór szybko mijał w niesamowicie przyjemnej i niezapomnianej atmosferze. Po włosku podziękowałem za kolację, zapewniłem że wszystko było pyszne i życzyłem dobrej nocy. Tymi kilkoma słowami wzbudziłem szczerą radość mieszkańców Codery. Po tym dniu spałem jak dziecko. Chwil w takim miejscu, z takimi ludźmi nie zamienię na żaden hotel na świecie...

 

  • Lecco
  • Colico
  • Novate Mezzola
  • Novate Mezzola
  • Lago di Mezzola
  • Szlak do Codery
  • Lago di Mezzola
  • Codera
  • Szlak do Codery
  • Codera
  • Codera
  • Codera
  • Codera
  • Brasciadega

Kiedy się obudziłem, świt śmiało zaglądał przez okno, chociaż cała dolina skąpana była w cieniu. Gospodarz już czekał na nas ze śniadaniem, parzył kawę i pilnował, żeby mleko było ciepłe, ale nie wykipiało. Z podziwem obserwowałem jak się krząta po kuchni, ile razy wchodzi po schodach, a właściwie po drabinie na piętro, żeby coś zanieść, albo coś przynieść... Po typowym włoskim śniadaniu – sucharkach z dżemem i latte byłem gotowy do dalszej wędrówki. Na zewnątrz pożegnaliśmy się, wysłuchałem nazw wszystkich widocznych szczytów i ruszyłem w dalszą drogę. Minąłem schronisko Brasca, gdzie dolina zakręca w kierunku północnym, a mój szlak odbijał do lasu i znowu rozpocząłem mozolne wspinanie się przez las świerkowy. W miarę wysokości drzewa stawały się rzadsze, niższe i bardziej powyginane. Oznaczało to, że górna granica lasu jest już blisko. 

 

Tak było, doszedłem na wypłaszczenie, gdzie znajdowały się resztki pasterskiej osady – Averta na wysokości 1957 m. Tutaj zdecydowałem się na pierwszy dłuższy wypoczynek. Pod stopami miałem całą dolinę i widnokrąg zamykały okoliczne trzytysięczniki. Spoglądałem pomiędzy nie, w kierunku wschodnim, gdzie znajduje się pierwsza przełęcz, którą miałem pokonać. 

 

Po kolejnym odcinku, na rozwidleniu szlaków spotkałem Thostena. Wybrał krótszą drogę, prosto do schroniska, ja zdecydowałem się pokonać 2 przełęcze. Wspinaczka na pierwszą z nich – Passo del Oro 2574 m - była dość prosta, ale wyczerpująca. W końcu w ciągu 24 godzin pokonałem prawie 2300 metrów deniwelacji. Gdy stanąłem na przełęczy, rozejrzałem się po okolicznych szczytach, całe zmęczenie poszło w niepamięć. Adrenalina i endorfiny zabulgotały w żyłach, zrobiły swoje i byłem gotowy do dalszej wędrówki. 

 

Niestety musiałem stracić kilkaset metrów wysokości, aby ponownie wspiąć się na 2598 metrów – Passo del Barbacan. Zastanawiałem się czy podjąłem dobrą decyzję, bo Thosten pewnie właśnie przekracza próg schroniska. Wątpliwości szybko uleciały wraz z orzeźwiającym podmuchem wiatru na przełęczy. Pod nogami miałem całą Valle Porceliozzo, a najwyższe szczyty otulone były delikatnymi chmurkami. Dla takich widoków mógłbym się drapać tutaj na czworaka, na szczeście nie było jeszcze takij potrzeby...

 

 

Ciężko było opuszczać to miejsce, ale czas uciekał nieubłagalnie, a czekał mnie najtrudniejszy technicznie odcinek z kilkoma łańcuchami. Pokonałem praktycznie pionowe zejście i znalazłem się w ogromnym cyrku polodowcowym, usianym granitowymi głazami. W oddali dostrzegłem budynek schroniska Gianetti (2534 m). Po godzinie wędrówki przez granitową pustynię zdawało mi się, że budynek jest cały czas tak samo daleko. Czułem w nogach dzisiejsze 1900 metrów podejścia. 

 

Zameldowałem się w schronisku, które było niemal pełne alpinistów i w mniejszej ilości wędrowców. Spotkałem Thostena i poznałem Jeroma z Francji. Spotkaliśmy się na kolacji. Jerom bardzo mnie zaintrygował, był uśmiechniętą, rozgadaną postacią. Z obsługą rozmawiał po włosku, ze Szwajcarami po francusku, a ze swoją dziewczyną po angielsku. Okazało się że Jerome pracuje przez 6 miesięcy w Chamonix jako animator z dziećmi, albo w kuchni w razie potrzeby. Przez kolejne 6 miesięcy jeździ po świecie, albo włóczy się po górach. Jest zakochany w Himalajach i Indiach. Wszystko co najlepsze jest „Indian style” lub "Himalayan style” ;) Kupił jakąś szopę nad Jeziorem Como i od lat szykuje bungalowy dla backpackerów – cena już ustalona 5 euro za noc ;) Jego dziewczyna to Ana z Rosji. Pochodzi z Karelii, poznali się przez internet i jak przyznał Jerome wybrał właśnie ją, bo z takiej dziczy na pewno musi lubić jego „crazy himalayan style”. Sala zrobiła się pusta, więc i my poszliśmy na zasłużony wypoczynek. 

  • Brasciadega
  • Averta
  • Averta
  • Averta
  • W stronę Passo del Oro
  • Passo del Oro 2574 m
  • Passo del Oro 2574 m
  • Widok z przełęczy
  • Passo del Barbacan 2598 m
  • Cyrk polodowcowy Valle Porcelizzo
  • Rif. Gianetti 2534 m

Ledwo zmrużyłem oko, a już słyszałem budziki alpinistów, którzy wstawali w środku nocy.Z czołówkami na głowach krzątali się po Sali, pakowali cały szpej i w pośpiechu opuszczali ciepłe schronisko. W większości ich celem był słynny Pizzo Badile 3305 m – mekka wielu wspinaczy.  W głębi duszy trochę im zazdrościłem takiego "namacalnego" sposobu obcowania z górami... Ja bez zbędnego pośpiechu wstałem, gdy szczyty skąpane były już w słońcu. 

 

Tego dnia czekał mnie najtrudniejszy technicznie odcinek z aż 4 przełęczami, ale za to bez tak dużej ilości podejść. Tempo miałem bardzo spacerowe, bo zamiast patrzeć pod nogi, nie mogłem oderwać wzroku od granitowych iglic. Wkrótce dogonił mnie Jerome z Aną i praktycznie wędrowaliśmy razem. Z jednej strony kłóciło się to z moją koncepcją samotnego przeżywania gór, ale dobrze czułem się w ich towarzystwie. Z drugiej strony pomyślałem sobie, że może lepiej nie być całkiem sam na tych łańcuchach… 

 

Wspólnie pokonaliśmy pierwszą przełęcz – Passo del Camerozzo 2765 m. Przewodniki rozpisują się, że jest to najtrudniejszy odcinek na szlaku i rzeczywiście szlak jest bardzo eksponowany i bez uprzęży kolana mogą się nie raz zatrząść. 

 

Kolejne przełęcze, które pokonaliśmy to Passo Qualido 2647 m, Passo dell’Averta 2540 m i bezimienna na wysokości 2339 m. Zejście z ostatniej przełęczy było największym zaskoczeniem. Praktycznie pionowa skała, a haki mocujące łańcuchy były umieszczone rzadko, przez co należało jeszcze bardziej uważać. 

 

Szczęśliwie dotarliśmy do schroniska Allievi 2385 m. Czym prędzej się zameldowałem, aby zrzucić plecak i zażyć rozkoszy prysznica. Jerome wybrał „crazy himalayan style” i postanowił rozbić namiot jak tylko zrobi się ciemno. Tak czy inaczej wieczór spędziliśmy razem. Do kolacji każdy po kolei zamówił "mezzo litro", dzięki czemu języki rozwiązały się, a przyjaźń zacieśniała.

 

Następnego dnia miałem pokonać ostatni odcinek szlaku i zejść do San Martino. Na wieść o moich planach, Jerome bardzo się ucieszył, bo oni mieli takie same. Stwierdził, że nie ma potrzeby żebym szukał noclegu, bo możemy znaleźć zaciszne miejsce pod jakimś krzakiem, zrobić ognisko i spędzić fantastyczny wieczór. Dostałem zapewnienie, że w razie deszczu ja również zmieszczę się w ich namiocie. Grzecznie podziękowałem, ale zdecydowałem się dokończyć moją wędrówkę w samotności.  

  • Rif. Gianetti 2534 m
  • Rif. Gianetti 2534 m
  • Pizzo Badile 3305 m
  • Sentiero Roma
  • Pizzo Badile 3305 m
  • Pizzo Badile 3305 m
  • Przed podejściem na Passo di Camerozzo 2765 m
  • Passo di Camerozzo 2765 m
  • Passo di Camerozzo 2765 m
  • Miejscowi
  • Biwak
  • Granitowa pustynia
  • Ostatnie metry do przełęczy
  • Passo Qualido 2647 m
  • Passo Qualido 2647 m
  • Na przełęczy
  • Połączył nas jeden łańcuch ;)
  • 3 79
  • 3 80
  • Ana i Jerome
  • 3 86
  • Na szlaku
  • Na szlaku
  • 3 89

Tak jak postanowiłem, tak zrobiłem. Po serdecznym pożegnaniu z Jeromem i Aną, wyściskaniu się z Thostenem ruszyłem w kierunku Passo Val Torrone. Po godzinie wędrówki znalazłem się na skalnym grzbiecie. Moja przygoda powoli dobiegała końca i chciałem nacieszyć się widokami, tak żeby starczyły na kolejny rok. 

 

Po odpoczynku zacząłem kręcić się wkoło, bo nie mogłem znaleźć dokąd prowadzi szlak. Okazało się, że prowadzi pionowo w dół, wąskim żlebem. Miałem okazję jeszcze raz włożyć uprząż i nacieszyć się bliskością skały. 

 

Bezpiecznie zszedłem na dno żlebu i znalazłem się w pięknej dolinie Torrone. Powyżej dostrzegłem czerwony budynek biwaku Manzi-Pirotta i bardzo żałowałem, że nie będzie dane nocować tym razem w takim miejscu. Schodziłem powoli w dół, uważając żeby nie zgubić szlaku w trawie. Bez przerwy z tęsknotą odwracałem się ku granitowym szczytom. Czułem wielką satysfakcję i ogromną radość z minionych dni, że wszystko się udało, że dałem radę… ale gdybym miał chociaż jeden dzień więcej… 

 

Przez ostatnie dni moje myśli zaprzątały podstawowe proste, sprawy – aby mieć odpowiedni zapas wody, żeby nie spaść ze skały, żeby dojść na nocleg przed zmierzchem… ale gdy znalazłem się pomiędzy drzewami, poczułem się bezpieczny, tak jakby mi się wszystkie klapki w głowie pootwierały. Myśli powędrowały do Wrocławia, co mnie czeka po powrocie do pracy, gdzie mam zadzwonić, co odłożyłem na potem… Starałem się odgonić te myśli, nacieszyć ostatnim dniem w dziczy. Po kilku godzinach znalazłem się na dnie doliny Val di Mello. Nad pięknym strumieniem dałem odpocząć zmęczonym stopom. Kolejną przerwę zrobiłem w schronisku Rasegna, gdzie stwierdziłem, że zasłużyłem na solidny posiłek. Zamówiłem typowe danie z doliny – „Polenta e carne”. Dostałem wielką miskę polenty i solidną porcję żeberek. Walczyłem twardo, ale nie dałem rady połknąć wszystkiego. Właścicielka niepocieszona spoglądała na mnie z ukosa, zapewniłem ją, że wszystko jest pyszne, ale to porcja "per quattro persone". Wydaje się, że w ten sposób zyskałem jej sympatię, poklepała mnie serdecznie po plecach i przyniosła espresso.

 

Ostatni odcinek Val di Mello pokonałem w towarzystwie wielu rodzin z dziećmi i psów. Okazało się, że dolina przyciąga wielu weekendowych turystów. Nie ma się co dziwić, jest niesamowicie urocza i bardzo łatwo dostępna.

 

W San Martino poszedłem sprawdzić rozkład i na przystanku spotkałem Jeroma i Anę. Powitanie było bardzo serdeczne. Szybko znalazłem pokój, ale mimo zmęczenia nie mogłem wyleżeć w łóżku, co chwilę podchodziłem do okna, żeby jeszcze raz spojrzeć na góry. 

 

 

  • Pizzo do Zocca 3174 m i Rif. Alievi
  • 4 5
  • Grań oddzielająca doliny Qualido i Zocca
  • 4 9
  • 4 10
  • Na przełęczy Passo Val Torrone 2510 m
  • 4 14
  • Val Torrone
  • Val Torrone
  • Val Torrone
  • Val Torrone
  • Osada Rasica w Val di Mello
  • Osada Rasica w Val di Mello
  • Polenta e carne
  • Osada Rasica w Val di Mello
  • Osada Rasica w Val di Mello
  • Val di Mello
  • Val di Mello
  • Val di Mello
  • Val di Mello
  • San Martino

Po ostatnim śniadaniu na ziemi włoskiej byłem gotowy na powrót. Na przystanku przesympatyczna pani namawiała mnie na zakup biletu na busa, który kursuje do Vall di Mello. Niestety miałem zgoła odmienne plany, co nie przeszkadzało pogawędzić 10 minut (właściwie to pani gawędziła, a ja odpowiadałem pojedynczymi słówkami). Podobnie sytuacja miała się w autobusie. Jako że byłem jedynym pasażerem, kierowca dał mi do zrozumienia, że mam usiąść zaraz koło niego. Wszystko chciał wiedzieć - skąd, dokąd, a po co... Rozmawiał ze mną, witał się i pozdrawiał wszystkich mieszkańców Val Massino, a jednocześnie prowadził autobus po niesamowitych serpentynach. Nie przeszkodziło to przyjechać na dworzec w Morbegno 15 minut przed czasem. Dzięki temu zamiast czekać 2 godziny na kolejny pociąg mogłem ten czas zagospodarować np w Varennie nad Jez. Como. 

Widziałem wiele miejscowości nad Lago di Gardą i Lago di Iseo i podobnie jak tamte Varenna mnie urzekła. To było piękne zwieńczenie mojej podróży. Spacerowałem wzdłuż nabrzeża, poleżałem na malutkiej kamienistej plaży, a kąpiel w jeziorze była błogosławieństwem. Czas uciekał, żal było opuszczać jezioro, ale nie mogłem odpuścić sobie spaceru ciasnymi uliczkami Varenny. Chodziłem z podniesioną głową, fotografowałem, podziwiałem budynki, zaułki do momentu kiedy na Piazza S. Giorgio zacząłem wpadać na ludzi i się o nich potykać. Wszyscy przystanęli i pstrykali zdjęcia czym tylko mieli. Rozejrzałem się i dopiero teraz dostrzegłem, że krążę pomiędzy trzydziestką zaparkowanych na placu maseratti... 

 

Wróciłem na stację, aby dojechać do Bergamo. Miałem krótką przesiadkę w Lecco. Po wyjściu na dworzec przestraszyłem się, że zaspałem i obudziłem się gdzieś w Afryce i nie była to kwestia temperatury... 

Na Orio al Serio zakończyłem tegoroczną podróż. Bardzo lubię to lotnisko, tylko dobrze mi się kojarzy, chociaż wolę na nim wysiadać...

 

Wróciłem do Wrocławia, przez tydzień myślami byłem jeszcze w Alpach, chociaż rzeczywistość coraz intensywniej dobijała się do mojej świadomości. Żyłem jeszcze wspomnieniami, ale czułem pustkę, nie miałem kolejnego planu, chociaż pomysłów mam tyle, że życie jest za krótkie. Tym razem wszystko gładko poszło, bez niespodzianek, bez zaskoczenia, siłowania się z przyrodą, pogodą... i tego "smaczku" mi brakowało. Zacząłem kombinować, może w przyszłym roku pora na zmianę? Pewnego dnia w skrzynce pocztowej znalazłem list z banku Santander. Zaraz, zaraz... czy Santander nie leży przypadkiem w Cantabri? A czy w Cantabri nie leżą piękne Picos del Europa? Rzuciłem się do komputera, z Berlina mam bardzo wygodne połączenie, po kilku dniach miałem mapę turystyczną - planowałem marszruty ze wschodu na zachód i z północy na południe. Nawet starczy czasu żeby zajrzeć nad piękne wybrzeże i pomoczyć nogi w Zatoce Biskajskiej. Wirtualnie przemierzałem "Ruta del reconquista". Czułem się jakbym wygrał los na loterii, przechytrzył wszystkich... Mój entuzjazm nie trwał długo. Za jakiś czas najpierw cichutko, nie natrętnie odezwał się głos: "dlaczego mnie porzucasz?". Szybko odgoniłem takie myśli od siebie, tłumaczyłem sobie "nie porzucam, ale krótka przerwa dobrze nam zrobi". Nic to nie dało, wyrzuty sumienia były coraz większe. Walczyłem z myślami, kiedy w księgarni rzuciła mi się w ręce książka Paolo Rumiza "Legenda żeglujących gór". Przeczytałem jednym tchem opowieść włoskiego dziennikarza jak przemierzył całe Alpy i Apeniny. Po lekturze nie było odwrotu, otworzyłem atlas i w myślach szepnąłem "wybaczysz mi moje nieroztropne ciągoty i przyjmiesz mnie kolejny raz?". Jesteśmy na siebie skazani - ja i moje kochane Alpy :) W skrzynce mailowej już czekają bilety do Trevisio. W tym roku jadę w Dolomity :)

  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna
  • Varenna

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. marger22 (25.03.2017 10:52) 0 + -
    Świetna wyprawa, super opisana, piękne zdjęcia. Gratuluję i pozdrawiam
  2. pt.janicki (21.03.2017 21:06) +1 + -
    ...można powiedzieć, że teraz nasze szczęście kolumberowe przybrało zminiaturyzowaną formę, bo tak możemy pod miniaturami popaplać ... :-) ...
  3. g_firlit (21.03.2017 20:17) +2 + -
    Szkoda, że nasze szczęście tak krótko trwało...
    Ale miło, że zaglądacie tutaj :)
  4. hooltayka (21.03.2017 11:01) +2 + -
    Przyszłam tu dzisiaj popaplać,bo nic innego zrobić na kolumberze już nie można!
  5. pt.janicki (17.03.2017 22:35) +2 + -
    ...ale, powtórzę, żeby żywi nie tracili nadziei ... :-) ...
  6. iwonka55h (04.03.2017 22:12) +2 + -
    i nasze szczęście sieM skończyło....
  7. renata-1 (04.03.2017 10:03) +3 + -
    fotki dzisiaj się nie otwierają, ale wrócę tu jeszcze
  8. g_firlit (03.03.2017 16:59) +3 + -
    Zdjęć w necie jest od groma, nawet tych ładnych, ale popaplać w tak miłym towarzystwie, to nie wszędzie się da... ;)
  9. pt.janicki (03.03.2017 16:27) +3 + -
    ...a gdyby nie ta możliwość paplania, to by Cię tu, Hoolatyko, nie było ... :-) ...
  10. hooltayka (03.03.2017 15:01) +3 + -
    Trzeba zdjecia ogladac Piotrze,a nie paplac ozorem pod kazda fota.
    Mnie sie tam wszystko otwiera tutaj.
    Na poczte zajrzalam i oniemialam,prawie 300 powiadomien,wiec zamknelam i nie zagladam,mam spokoj....:-)
  11. pt.janicki (03.03.2017 14:40) +3 + -
    ...dobra, przestaję krakać! Może to kwestia transferu u mnie...
  12. g_firlit (03.03.2017 14:36) +3 + -
    Zapraszam pomimo wszystkim przeciwnościom...
    (nie chcę zapeszyć, ale u mnie działa jak za dobrych lat)
  13. pt.janicki (03.03.2017 14:34) +3 + -
    ...Twoja podróż, Grzegorzu, się otworzyła, widzę, że komentarz przyjęty, ale w dalszym ciągu zdjęcia za zasłoną tajemnicy...
  14. pt.janicki (03.03.2017 14:32) +3 + -
    ...oj, dostałem na skrzynkę powiadomienia od aktywności kolumberowej, ale linki nie otwierają zdjęć na poszczególnych profilach. Czyżby znowu coś ... :-( ...
  15. pt.janicki (02.03.2017 22:47) +3 + -
    ...jeszcze wrócę!...
  16. przedpole (02.03.2017 18:59) +3 + -
    Przyjemnie się oglądało. Pozdrawiam
  17. g_firlit (02.03.2017 12:00) +2 + -
    Dziękuję Wam za miłe słowa i bardzo się cieszę, że znowu się tutaj spotykamy :)
  18. hooltayka (02.03.2017 11:57) +2 + -
    Gratuluje zdobycia tylu przeleczy,spotkania milych ludzi i pieknych widokow.
    Varenna przesliczna.Zreszta wiekszosc miasteczek wogol wloskich jezior, to urocze perelki.
    Wspaniala wyprawa!
    Mam nadzieje ,ze tegoroczna w Dolomity, bedzie rownie udana.
    Pozdrowienia-)
  19. iwonka55h (02.03.2017 8:30) +2 + -
    Super podróż, ciekawie opisana, no i pasja zwiedzania, która pcha Cie do przodu...wszystko mega...
  20. olaf43 (01.03.2017 22:07) +3 + -
    Super wyprawa :) uwielbiam Włochy
    pozdrawiam...

g_firlit

Grzegorz Firlit
Punkty: 73942