Ładuję...

kolumber.pl


Prolog 2016-09-29

Budzę się nad Baku, akurat kończy się Kaukaz. Skończyło się też działanie wina więc jeszcze kilka męczących godzin lotu. Czuję lekki dreszcze emocji przelatując najpierw nad terytorium Iranu a potem idealnie nad Kabulem. To wciąż jest mało stabilny obszar na świecie.

Niemniej najbardziej martwią mnie anomalie pogodowe związane z globalnym ociepleniem. W Bhutanie wciąż pada, chociaż letni monsum powinien skończyć się miesiąc temu. Spytany o to wczoraj Tshewang znacząco mnie uspokoił. Stwierdził, że właśnie zakończyli dzień modlitwy i astrolog spojrzał w gwiazdy twierdząc, że teraz będzie już dobrze. Patrząc lekko znużony z na taśmę z bagażami oczekuję na prezent imieninowy. Udało się, wyjeżdżają obydwa bagaże co jest ważne, bo już po północy a rano kolejny lot.

W lotniskowym hotelu smak Indii. Wykupujemy zestaw z darmowym drinkiem, bo wychodzi taniej dzięki dołączonemu śniadaniu. To nie szkodzi, że bar jest już zamknięty i drinka i tak nie można wypić. Incredible India!

4h snu i słońce juz przebija się przez żółty smog Delhi. Dosyć sprawna odprawa na lot krajowy i niedługo potem z okna samolotu widzimy pokrytą dżunglę prowincję Assam. Zdecydowanie jest temat na przyjazd w celach trekkingowych, ale to następnym razem. Na razie lądujemy w stolicy Guwahati i oczekując na bagaże widzimy reklamę ... Ubera. To dosyć nieoczekiwane, ale pokazuje ekspansję tej firmy. My w bardziej tradycyjny sposób spotykamy się z umówionym kierowcą. Musimy indyjskim samochodem dotrzeć do granicy z Bhutanem, ponieważ w prowizji jest niespokojnie. Dominują tendencje separatystyczne i Bhutańczyków raczej biją i niszczą samochody. To dziwne, bo od ostatniej interwencji wojskowej minęło już kilka lat.

Przekraczamy olbrzymią rzekę Brahmaputra będącą arterią wschodznich Indii oraz Bangladeszu i jedziemy zdumiewająco dobrą drogą na północ. Po drodze typowy klimat Azji z rozległymi polami ryżowymi, plantacjami bananowców i rysującym się pasmem gór. Po trzech godzinach docieramy na granicę i bardzo sprawnie załatwiamy pieczątki. Tenzin opowiada nam, że graniczne miast Darangamela było jeszcze kiedyś celem trzytygodniowej wędrówki Bhutańczyków, którzy schodząc z gór przynosili towary wymieniając je na cenną sól. To dobrze, że jest już ubita droga.

Zatrzymujemy się w nazwijmy to pensjonacie w mieście Samdrup Jongkhar, gdzie czeka na nas bardzo ciepły wieczór. Oprócz lokalnego piwa otrzymujemy jeszcze ukąszenia komarów i grubą popijawę grupy Hindusów. Zmęczenie, wiatrak, gorąco, sen.

  • Img 0560
  • Img 0562
  • Img 0565
  • Img 0569
  • Img 0571

Ukropna noc pomimo wiatraka i klimatyzacji. Hindusi darli się całą noc, ale my najwyraźniej nadrabialiśmy jetlag.

Już w drodze, a właściwie niekończącej się serii serpentyn którymi będziemy się już odtąd przemieszczać. Na szczególnie eksponowanych zakrętach łopoczą na wietrze białe flagi upamiętniające zmarłych oraz kolorowe na szczęście. Na pewno się przyda. Samą drogę budują Hindusi w zamian za eksport prądu z licznych hydroelektrowni obdarzonego w rwące górskie rzeki Bhutany. Stąd mijane przy drodze hasła stawiane przez robotników jak "Speed thrills but kills" albo "After whisky driving is risky". Byłoby całkiem śmiesznie, gdyby nie to że Ci robotnicy to często kobiety pracujące kilofem a pensje wynoszą nie więcej niż 1,5 dolara dziennie. Kontrakty pracownicze są na pięć lat, a żyje się we własnoręcznie skleconych domach z blachy rozciągniętej z beczek po asfalcie.

Zatrzymujemy się na jednym z zakrętów z piękną panoramą spowitych we mgle gór. Pierwszy lunch z ostrymi papryczkami. Zdecydowanie nam smakuje, szczególnie że na potrzeby wyjazdu jesteśmy wegetarianami.

Zatrzymujemy się we jednej z wiosek, aby pozwiedzać nieco. Natomiast problemem stał się dosyć dokuczliwy smród. Okazuje się, że mamy do czynienia z serami z mleka jaków. Nie są to jednak zwykłe serki, ale prawdziwe rarytasy które przed sprzedażą spędzają nawet sześć lat zakopane w ziemi. Tak nabierają niepowtarzalnego aromatu i nadają się idealnie, aby przytroczyć do jaka i wybrać w kilkudniowy trekking w wysokie partie gór. Dobrze, że nas to nie czeka więc kupujemy tylko papryczki chilli.

Ulewa zaczyna się niepostrzeżenie, a na drodze coraz częściej widzimy lawiny błota i obsuwiska kamieni. Uroczo i już po dziewięciu godzinach jazdy pokonujemy łącznie 150 kilometrów. W ostatnim akcie wspinamy się bardzo stromą szutrową drogą aby dotrzeć do hotelu.

  • Img 0571
  • Img 0577
  • Img 0579
  • Img 0582
  • Img 0584
  • Img 0588
  • Img 0590
  • Img 0593
  • Img 0600
  • Img 0601
  • Img 0602
  • Img 0614
  • Img 0617
  • Img 0619
  • Img 0621
  • Img 0622
  • Img 0624
  • Img 0626
  • Img 0635
  • Img 0637
  • Img 0638
  • Img 0639
  • Img 0640
  • Img 0643
  • Ei4a8435
  • Ei4a8452
  • Ei4a8456
  • Ei4a8460

Piękna droga wzdłuż rzeki doprowadziła nas do Gomphu Kora. Ta świątynia jest jedną z najważniejszych dla Buddystów w Bhutanie i okolicach, ponieważ wierzy się że tutaj medytował Guru Rinpoche. Ten najsłynniejszy chyba święty Bhutańczyków urodził się w kwiecie lotosu i przybył z Indii w ósmym wieku. Następnie medytował i ujarzmiał kolejne demony nękające mieszkańców Himalajów. W tym przypadku rozprawił się z demonem wężem czego dowodem jest rzekomo odcisk w wielkim kamieniu. Tak czy owak świątynia jest bardzo ładna i doceniamy całkowity brak turystów.

Jedziemy dalej w kierunku miejscowości Trashi Yangtse, gdzie znajduje się słynna stupa Chorten Kora. Faktycznie jest to duża piramida o białym kolorze i z charakterystycznym dla nepalskiego stypu okiem na samej górze. Wokół kręci się sporo psów i powoli przyzwyczajamy się do tego, że ich niezliczone hordy stanowią fragment krajobrazu Bhutanu. Tymczasem zaraz obok natrafiamy na interesujący klasztor i zauważam małych adeptów grających w darty. Jest to jeden z narodowych sportów i polega na rzucaniu do celu wykonanymi z ołowiu i rylca lotkami. Przyłączam się do grupy, której najwyższy zawodnik sięga mi do pasa i z niejakim zażenowaniem przekonuję się, że rzucają nie tylko precyzyjniej ale także mocniej. Rozgrywamy partyjkę, a słońce pali mocno. Jest świetnie.  

Kolejny lunch pod chmurką i kompozycja ryżu w warzywami: fasola, marchewka, kalafior i bakłażan. Jak okaże się tak właśnie będą wyglądać nasze wszystkie posiłki. Oczywiście jest także nieodłączne chilli z serem, którego ostrość dodaje smaku każdej potrawie. W Bhutanie nie wolno zabijać zwierząt. Także jedyne dostępne mięso pochodzi z Indii i jest dowożone tymi górskimi ścieżkami i to nie w chłodniach. To tylko wzmacnia nasze przekonanie do wegetarianizmu i to wersji super organic.

Jesteśmy bardzo zadowoleni chociaż ciemny krąg psów otacza nas coraz bardziej. To nawet nie to, że prezentują się groźnie bo to bardziej przysłowiowe siódme nieszczęście. Natomiast jest ich sporo i widać, że zrodziły się na skutek wzajemnego mieszania się całej grupy. Zostaje nam trochę jedzenia, którym dzielimy się z psami. Moje bezgraniczne zdumienie wzbudził widok psów chrupiących papryczki chilli. To naprawdę bardzo ostre i poszerzyłem horyzonty przyjmując do wiadomości, że jakiekolwiek zwierzę jest w stanie coś takiego zjeść. Co więcej wydaje się im to smakować.

Tenzin śmieje się z naszego zdumienia i opowiada ciekawe historie. Pierwsza dotyczy tego jak musiał kilometrami przedzierać się do szkoły trawersując górskie łańcuchy. To z niedanego okresu kiedy nie było jeszcze tylu dróg. Druga historia jest zdecydowanie bardziej wesoła, bo dotyczy night hunting. O tej porze roku dojrzewają ziemniaki i inne uprawy bulwowe. Należy je w nocy chronić przez dzikami wychodzącymi z lasu. Dlatego też kobiety na jesienne nocy dosłownie przenoszą się na pola, żyją w skleconych domkach, palą ogniska i pokrzykują odpędzając dzikie zwierzęta. Za to chłopaki urządzają polowania. Tenzin wpadł w oko jednej dziewczynie i umówili się na romantyczne spotkanie wieczorową porą. Natomiast słabo ustalili koordynaty i nasz biedny przewodnik w środku nocy wpakował się do szałasu ... jej mamy. No słabo wyszło i jakoś na razie utracił zapał do polowań. Dodatkowo nie chce się żenić, bo w przypadku rozwodu trzeba płacić duże odszkodowanie. Ponieważ większość rozwodów jest wciąż aranżowana przez rodziców to rozwodów jest także sporo.

Dolina jest bardzo żyzna i ryż zbiera się dwa razy w roku. My tymczasem z punktu widokowego obserwujemy pokryte gęstym lasem łańcuchy gór. W Bhutanie w zasadzie nie ma równin i przez to widoki są dosyć malownicze.

Sama miejscowość Trashigang oglądana wieczorem nie jest już tak słodka. Pierwsza sprawa to smród. Będąca teoretyczną stolicą wschodu kraju, miejscowość jest maciupka. Ale da się odczuć trudy życia. Okazuje się także, że dużym problemem jest bezrobocie młodych i związana z tym przestępczość. Młodzi nie chcą pracować na roli, jak ich rodzice, a z kolei innej pracy jest bardzo mało. Rząd zachęca do pracy w turystyce, ale turystów jest na razie bardzo mało więc jest presja. Stąd spotykamy sporo policji, która co jakiś czas interweniuje przy nieuchronnych bijatykach. Ogólnie warto pracować w służbach mundurowych, ponieważ oprócz solidnej pensji nawet 800 dolarów przysługuje także służbowe mieszkanie.

Cała ta sytuacja jakoś nie koresponduje z propagandą sukcesu rządu. Bhutan wprowadził indeks szczęścia (Gross Hapiness Index) i twierdzi, że jego obywatele są najbardziej szczęśliwi na świecie. Niby ankieterzy chodzą po wsiach i przepytują ludzi, którzy bardzo zgodnie potwierdzają, że są bardzo zadowoleni, ale sytuacja w Trashigang wyraźnie temu zaprzecza.

Rozmawiamy o trekkingach. Bhutan ma jeden z najtrudniejszych. Jest to 28 dniowy Snowman Treck, który pokonuje przełęcze położone ponad 4500 m npm. Tenzin opowiada liczne historie o znoszonych w dół turystach. Ma już sposób na rozpoznawania trzech etapów choroby wysokogórskiej. Pierwszy to ból głowy, ale każdy go ukrywa zgrywając twardziela. Drugi to wymioty i kołatanie serca, w sumie kojarzymy z Mount Kenia. Natomiast trzeci to czerwone oczy i nieuchronny zgon, czasem poprzedzony krwią z ucha. No i właśnie chodzi o to, żeby przed tym trzecim zdążyć. Pokrzepieni tymi informacjami idziemy spać na niecałym 1600m npm czyli w realiach Bhutańskich w depresji.

  • Img 0648
  • Img 0650
  • Img 0653
  • Img 0655
  • Img 0656
  • Img 0658
  • Img 0659
  • Img 0660
  • Img 0661
  • Img 0663
  • Img 0666
  • Img 0668
  • Img 0669
  • Img 0672
  • Img 0681
  • Img 0682
  • Img 0686
  • Img 0687
  • Img 0689
  • Img 0692
  • Img 0693
  • Img 0694
  • Img 0695
  • Img 0696
  • Img 0699
  • Img 0701
  • Ei4a8530
  • Ei4a8533

Rano wyrusza do miast konwój po walutę. Chodzi o niebagatelną studolarówkę, którą już trzeci dzień próbuję wymienić na lokalną walutę. Tym razem się udało i ze zdziwieniem obserwuję że dostaję pomieszane bhutańskie ngultrum i indyjskie rupie. Podobno to nie ma znaczenia.

Znowu jest bardzo gorąco, ponieważ droga wiedzie przez dolinę. Niemniej bananowce na 1200m npm to dla mnie nowość. Wg prognozy pogody miało być maksymalnie 17 stopni a jest około 30. Zwiedzamy monastyr w Rangjung założony oczywiście przez Guru Rinpoche. Wydaje się, że ta postać maczała palce we wszystkim co dotyczy Bhutanu. Niemniej Tenzin wprowadza nas w tajniki Buddyzmu. Poznajemy zwierzęta obrazujące grzechy (kogut pożądanie, wąż nienawiść, świnia ignorancję), sześć sfer życia w drodze do nirwany a także iście ezopową ilustrację współpracy o drzewie życia. Jest tu ptak który zbiera ziarno, zając który kopie dóó, małpa nawozi a słoń podlewa. I w ten sposób wyrasta drzewo żywiące wszystkich.

Przed samym Mongar na górskiej przełęczy łapie nas gwałtowna burza. Akurat pokonujemy bardzo wąski błotnisty fragment wijący się nad stromym urwiskiem. Nie pomaga widok koparki, która właśnie obsunęła się w przepaść. Trochę jakby zamykamy oczy i wciskamy gaz.


W Mongar świętujemy kolejny sukces zaparzonym imbirem i zaprawioną własną chilli kolacją. Nie wiem czy inni turyści też pojawiają się z własnymi przyprawami. Za to noc jest urocza. Śpiące cały dzień hordy psów magicznie ożywają i szczekają całą noc. Podobno to znak, że widzą demony i je odpędzają. Niech będzie. Wiatr kręci młynkami modlitewnymi, więc jesteśmy podwójnie zabezpieczeni przed demonami.

  • Img 0707
  • Img 0708
  • Img 0709
  • Img 0710
  • Img 0711
  • Img 0712
  • Img 0714
  • Img 0716
  • Img 0720
  • Img 0721
  • Img 0722
  • Img 0724
  • Img 0726
  • Img 0729
  • Img 0730
  • Img 0732
  • Img 0734
  • Img 0736
  • Img 0739

Luetse 2016-10-04

Lonely Planet wspomina o "dramatic view" i faktycznie zjeżdżamy w dolinkę stromym wąwozem który daje nieskrępowany kilkusetmetrowy widok w dół. Droga wije się niewątpliwie urokliwie i jak nie lawina kamieni to stojąca krowa. Słowem bardzo sielsko i na luzie.

 Tak przebijamy się do wioski Khoma słynącej z tkactwa. Kobiety mają do dyspozycji raczej mało wyrafinowany warsztat niemniej technikę doprowadziły do perfekcji i z ich rąk średnio co dwa - trzy miesiące wychodzi efektowny gobelin, dywanik albo obrus. W stolicy za takie dzieło płaci się nawet 300 dolarów. Trzeba przyznać, że precyzja wykonania i pracochłonność jest niesamowita. Podziwiam!

Oglądamy pięknie położony dzong czyli warowną świątynię ewidentnie broniącą dostępu do doliny. My jednak wspinamy się na szczyty gór okalające dolinę, aby zobaczyć mały potworem. Jest to wybudowany podobno nakładem 2mln dolarów 45 metrowy posąg Guru Rinpoche. Spogląda w głąb doliny i nawet wygląda pociesznie. Tylko zastanawiamy się ... po co. Przyroda jest tu piękna. Stare sosnowe lasy, liściasta półdżungla, bogactwo małp i ptaków. Wszystko nieskazitelne, niezamieszkałe i dziewicze.

W hotelu decyduję się na masaż, żeby odreagować godziny spędzone na wertepach. Coś mi nawet mówiło, że to zbyt piękne aby było prawdziwe. No i okazuje się, że jest nawiązanie do tradycji starożytnego Rzymu. Zostaję bowiem dokładnie wysmarowany oliwą z oliwek. Na szczęście z pierwszego tłoczenia. Myślę, że jakbym był kurczakiem to byłbym idealnie przygotowany do piekarnika.

Na kolację jest sporo grzybów o dziwnych kształtach. Okazuje się, że Bhutan słynie z grzybów i np. popularne shiitake są eksportowane do Japonii. Wyciągamy zakamuflowane wino kupione jeszcze na lotnisku a także telefon ze Spotify co sprawia nam niezapomniany wieczór pod gwiazdami.

  • Img 0761
  • Img 0765
  • Img 0770
  • Img 0771
  • Img 0777
  • Img 0779
  • Img 0780
  • Img 0789
  • Img 0798
  • Img 0801
  • Img 0805
  • Img 0813
  • Img 0821
  • Img 0826
  • Img 0835
  • Img 0843
  • Img 0846
  • Img 0847
  • Img 0859
  • Img 0868
  • Img 0871
  • Img 0873
  • Img 0876
  • Img 0877
  • Ei4a8581
  • Ei4a8585
  • Ei4a8634
  • Ei4a8638

Nie ogarniam tego klimatu. Jak na 1700m npm może być 27 stopni i bananowce? Znowu się chmurzy, ewidentnie pora deszczowa nie odpuszcza. My znowu w trasie jadąc po drodze, która w zasadzie dopiero powstaje. Zastępu Hindusów za 30 dolarów miesięcznie wyparły drogich, studolarowych, Bhutańczyków. Mijamy ich spora jak kilofami tłuką kamienie albo noszą je w rękach. Gdzieniegdzie pracują koparki albo agregaty prądotwórcze do młotów pneumatycznych. Myślę, że ukończenie tej drogi zajmie ze dwie dekady.


Na razie ślizgamy się po błocie i mokrych kamieniach tracąc wysokość aż wjeżdżamy do dolinki na 600m npm. Są to uprawy orzechów ziemnych i mango. Korzystamy. Dalej droga wiedzie z powrotem w górę. Znowu suniemy stromym trawersem podziwiając wodospady i przepaście. Powietrze ma słodkawy smak marihuany, znak że na tej wysokości (2400m npm) to wciąż praktycznie dżungla. Podobno mamy szczęście, bo na tym odcinku jest często mgła, a my możemy podziwiać widoki. Patrząc nawet pół kilometra pionowo w dół nie jestem pewien czy to szczęście. Wdrapaliśmy się na przełęcz Thurmshingla, a gps pokazuje 3750m npm. Zakładam bluzę, a lunch spożywamy w szkole. Dzieci akurat tez wychodzą do domu coś zjeść. Dobre zdjęcia. Hitem jest to, że tym razem mega ostrą papryczkę ukradła psom wrona. Tak. Wrony tutaj również cenią sobie ostrą kuchnię. Nawet patrzyłem chwilę czy padnie martwa, ale beztrosko bujała się na gałęzi.

Wjeżdżamy do serca kraju, szeregu wysokogórskich dolin o nazwie Bumthang. Tenzin opowiada jak kiedyś utknęli tu w busie przez nagły opad śniegu i przez trzy dni stali na drodze mając do dyspozycji tylko whisky, którą mieszali ze śniegiem. My natomiast napotykamy na drużyny łuczników w trakcie zawodów. To niesamowite jak oni z około 150 metrów trafiają to tarczy, która ma 30 centymetrów średnicy. Oczywiście nie zdarza się to za każdym razem, ale że to w ogóle jest możliwe. Oni chyba też się z tego cieszą ponieważ drużyna broniąca tarczy za każdym trafieniem oponentów urządza ludowy taniec na ich cześć. Całość wygląda bardzo malowniczo.


Klimat jest lekko bieszczadzki z pofałdowanymi szczytami wciąż pokrytymi gęstym lasem, wyraźnie niższą już temperaturą i domkami w górskim stylu. Stacjonujemy w dolinie Chumey, gdzie dostaliśmy mały drewniany domek w którym jest dosyć rześko. Na szczęście mamy lokalne piwo Red Panda, lokalną whisky Ara robioną z ryżu i kilku kompanów do rozmowy. Szczególnym egzemplarzem okazuje się Szwajcarka, która mieszkała w Nepalu i przyjechała tu pochodzić po górach. Bardzo sobie ceni Bhutan, bo twierdzi że Kathmandu to masakra. Nawet nie chodzi o zniszczenia poczynione przez ostatnie trzęsienie ziemi, ale słabe zarządzanie tym krajem co prowadzi do zanieczyszczenia, korków, chaosu i brudu. Dla przykładu Nepal sprzedał/oddał Indiom prawa do swoich rzek z których Hindusi generują prąd, podczas gdy Bhutan zaprasza do budowy hydroelektrowni ale sprzedaje elektryczność a nie oddaje rzek. W Bhutanie jest również podstawowa niemniej darmowa edukacja i służba zdrowia, podczas gdy w Nepalu za wszystko trzeba płacić. Co przy biedzie społeczeństwa oznacza, że niczego nie ma. Hitem jest to, że nasza nowa koleżanka narzeka na tłok turystów w Bhutanie i komercję. Od początku naliczyłem łącznie ośmiu turystów, a jesteśmy już tydzień w podróży.

Popijamy zatem za rozwój Bhutanu słuchając okrzyków na polach. Wiemy już, że to albo odganianie dzików albo night hunting.

  • Img 0887
  • Img 0892
  • Img 0893
  • Img 0898
  • Img 0907
  • Img 0910
  • Img 0913
  • Img 0916
  • Img 0921
  • Img 0927
  • Img 0932
  • Img 0934
  • Img 0937
  • Img 0938
  • Img 0945
  • Img 0949
  • Img 0950
  • Img 0952
  • Img 0972
  • Img 0974
  • Ei4a8733
  • Ei4a8738

Trekking 2016-10-06

Zjeżdżamy do stolicy środkowego Bhutanu westernowego nieco miast Jakar. Klimat jest tutaj wyjątkowo niespieszny, zabudowa i szyldy sklepów uroczo zapyziałe a po głównej ulicy spokojnie przechodzą konie i krowy. Tylko rewolwerowców brakuje.

Startujemy z podejście pod góry i do pokonania jest ponad kilometr w około cztery godziny, aby osiągnąć położony na 3600m npm klasztor. Przedizeramy się przez mocno podmokły las iglasty (całą noc lało) podziwiają bogactwo grzybów. Jest ich mnóstwo i zadziwiają kształtami i kolorami. Pomimo dobrego startu dosyć szybko opuszczają nas siły i zaczynamy poważnie odczuwać rozrzedzone  powietrze. Pod koniec podejście nas widok wzbudza juz pewnie litość i chyba dobrze, że na szlaku jesteśmy sami.

Świątynia jest zacna. Pochodzi z VIII wieku i jest klimatycznie. Tylko te wszędobylskie psy i smród. Jakoś tak nie korespondują z mistycyzmem miejsca. Spożywamy posiłek dzieląc się z mnichami, a Magda z jednym nawet przeprowadza wywiad. W końcu wiadomo po co taszczymy tyle sprzętu.

Schodzimy w dół co poprawia samopoczucie, ale grozi poślizgnięciem się na mokrym gruncie. Hitem jest to, że przechodzimy przy pasie startowym grzecznościowo nazywanym lotniskiem. Okazuje się, że jest takowe w centrum kraju i obsługuje lotu do stolicy. Jednak nasz cel jest inny. Otóż niejaki Szwajcar Fritz Mauer przyjechał wiele lat temu do Bhutanu i rozpoczął tutaj produkcję sera. Chwilę później założył także lokalny browar. Kupujemy zarówno goudę jak i piwo i bardzo z sieie zadowoleni idziemy na poszukiwanie Internetu, którego nie mamy od kliku dni. Z desperacji wchodzimy do kolejnych sklepów i w końcu udaje się znaleźć taki z prywatnym komputerem. Tak dopadamy do klawiatury i dowiaduję się, że wczoraj zostałem ojcem chrzestnym. Dobrze, że mamy ara i ser do uczczenia.

  • Img 0977
  • Img 0979
  • Img 0980
  • Img 0987
  • Img 0989
  • Img 0992
  • Img 0997
  • Img 0998
  • Img 1002
  • Img 1007
  • Img 1009
  • Img 1011
  • Img 1018

Bumthang 2016-10-07

Zgodnie z umową zawartą z Guru Rinpoche padało tylko w nocy, a od świtu słońce świeci jasno. Wciąż swędzą te ugryzienia z Samdrup Jongkhar, ale skończył się okres inkubacji malarii także relaks.Zwiedzamy świątynie buddyjskie, których w dolinach centralnego Bhutanu jest prawdziwe zatrzęsienie. Region ten był kiedyś stołeczny, a obecnie jest to ważne centrum religijne kraju. Próbuję uporządkować wiedzę. Oczywiście jest Budda w trzech wcieleniach Buddy obecnego, przeszłego i przyszłego co symbolizuje ciągłość i reinkarnacje. Drugą najważniejszą postacią jest Guru Rinpoche, który w VIII wieku wprowadził buddyzm w Himalaje i wygnał główne demony. Obecnie jest koło dwustu rinpoche i oni przy narodzinach identyfikują kolejne reinkarnacje. Są też fałszywi samozwańczy rinpoche, ale z czasem się kompromitują. Ponadto jest lama czyli wyedukowany i oświecony mnich, który szacunek wzbudza mądrością a nie faktem cudnego urodzenia. Jest ich mniej niż rinpoche i w sumie Dalaj Lama to technicznie rinpoche zidentyfikowany przy urodzeniu jako kolejna reinkarnacja.

W świątyni Kenchogsum trwa rekonstrukcja ośmiowiecznych malowideł, a mnisi przygotowują rytualne ciasta do ceremonii. W kolejnej świątyni jest zilustrowane poskramianie demonów przez Guru Rinpoche i temat staje się lekko już wyświechtany. Natomiast dalej widzimy uroczystości w ramach których ludzie chodzą wokół świątyni, zawsze zgodnie ze wskazówkami zegara, i kręcą młynkami modlitewnymi zapewniając sobie pomyślność w życiu.


My natomiast przedzieramy się do okolicznej wioski. Idziemy po polu minowym zastawionym przez stada krów i w morzu wolno rosnącej marihuany. Oczywiście jest tutaj zakazana, ale cała wioska docenia i żyje w symbiozie z okoliczną florą. Wbijamy się do prywatnego domu, w którym dostaniemy coś do jedzenia. I nie ma zawodu - jedzenie jest pyszne - a szczególnie małe placki z maki gryczanej, charakterystyczne dla tego regionu. Jest to jedzenie lokalsowe więc spożywamy śmiertelne dla człowieka ilości czosnku i chilli. Chwila relaksu w ogrodzie, gdzie można nie tylko porzucać lotkami ale postrzelać z łuku. Aż cud że nikt postronny nie zginął.

Wieczorem w domkach jest niespodzianka. Zamówiony dwa dni temu tonic w końcu dotarł ... transportem z Bangkoku. Kosztuje zatem trzykrotnie więcej niż lokalny gin, ależ jaką piękną tworzą kombinację. Jest świetnie.

  • Img 1020
  • Img 1027
  • Img 1030
  • Img 1041
  • Img 1042
  • Img 1043
  • Img 1047
  • Img 1051
  • Img 1054
  • Img 1058
  • Img 1061
  • Img 1066
  • Img 1070
  • Img 1074
  • Img 1075
  • Img 1076
  • Img 1083
  • Img 1087

Jednak Guru Rinpoche zdradził i pada. Jedziemy po błotnej drodze, we mgle i wśród sosen pokrytych mchem. Klimat pod dobry horror. To niesamowite, że rząd Bhutanu rozpoczął przebudowę wszystkich dróg na raz. Przy czym zaczęło się od zniszczenia już istniejących wąskich pasków asfaltu i teraz setki robotników w iście średniowieczny sposób buduje szersze i lepiej zabezpieczone przed osuwaniem dukty. To potrwa lata, a obecnie nie ma szans żeby średnia prędkość podróży przekroczyła 20 km/h.


Dojeżdżamy do Trongsa co oznacza nowe miasto. Jest to o tyle ciekawe, że obecnie jest to raczej wspominane jako stare miasto. Tutaj bowiem rezydowała na początku obecna dynastia panująca Wangchuk i to w zwiedzanym przez nas dzongu podpisano w 1907 układ o zjednoczeniu kraju ustanawiający monarchię. Sam dzong jest położony bardzo okazale a do tego od góry broniony jest wieżą strażniczą w której znajduje się niewielkie muzeum dotyczące historii Bhutanu. Podziwiamy więc postacie zarówno faktyczne jak i bajkowe doceniając ich równy wkład w utworzenie i pomyślność kraju. Niewątpliwie jest to historia rywalizujących ze sobą watażków z których każdy władał swoją doliną. Dopiero presja z zewnątrz wymusiła konsolidację władzy i w końcu wybranie jednego króla dla scalonego terytorium. Dzong i wieża zawierają cenne dokumenty, ale historia odbywa się już w Thiumphu - nowej stolicy kraju położonej w bardziej dogodnym miejscu na zachodzie.

Kontynuujemy podróż i niestety utykamy na blokadzie drogi. W sumie to dobrze, że ziemia nie obsunęła się na nas natomiast trochę źle, że odblokowanie jeszcze potrwa. Przymusowy postój, czytam powieści Miłoszewskiego.

W końcu ruszamy, trzęsie niemiłosiernie, koła boksują w błocie, ale posuwamy się do przodu. Jeszcze jedna wysoka przełęcz i wjeżdżamy do doliny Phobjikha znanej z migracji czarnych żurawi. Co ciekawe to żurawie przylatują tutaj z Tybetu, aby spędzić zimę. A z kolei nieliczni turyści nie docierają tu raczej zimą stąd główna atrakcja doliny jest tak jakby niedostępna. Dostępne jest za to okazało stado jaków. Podchodzę blisko chociaż zdarzały się już grubsze poturbowania. Zwierzęta są jakby górską wersją naszych żubrów, raczej przyjazne.

W hotelu jest tym razem bardzo zimno i sporym szczęściem jest zapas trocin i drewna, aby rozpalić kozę.

  • Img 1094
  • Img 1097
  • Img 1100
  • Img 1101
  • Img 1102
  • Img 1106
  • Img 1112
  • Img 1117
  • Img 1120
  • Img 1122
  • Img 1127
  • Img 1128
  • Img 1130
  • Img 1134
  • Img 1140
  • Img 1144
  • Img 1157
  • Img 1159

Punakha 2016-10-09

Taka myśl. Skoro jesteśmy w górach, jest wiele łąk oraz mnóstwo krów. Krów nie wolno zabijać. Zatem powinno być zatrzęsienie mleka i region powinien słynąć z produkcji sera. Jednak jedyny ser mamy my i przywieźliśmy go ze sobą z Bumthangu. Dziwne.


Odpuszczamy trekking ze względu na trudne warunki. Deszcze dosłownie rozpuścił szlaki i prawdopodobnie czekałoby nas utonięcie w błocie. Zatem znowu w trasie przedzieramy się przez spowity mgłą pradawny las. Są wielkie paprocie i wszystko pokrywa mech. Nagłe wynurzenie się dinozaurów w sumie odnotował bym z życzliwym zrozumieniem. Zaiste pasują do scenerii.


Co ciekawe zaczynamy spotykać innych turystów. Najwyraźniej jadąc ze wschodu dojechaliśmy już do maksymalnego punktu do którego dojeżdżają normalni turyści zwiedzający bardziej dostępny zachód kraju.  Co ciekawe wydaje się, że do Bhutanu można przylecieć wyłącznie po ukończeniu siedemdziesiątego roku życia. Jest wprost niesamowite, że wszyscy spotkani przez nas turyści mają siwe głowy. Jeszcze tylko kilka godzin trasy i docieramy do Wangdue.


W jednostce wojskowej odbywa się właśnie festyn ludowy. Dołączamy pierwszy raz mając do czynienia z tłumem ludzi. To bardzo dziwne uczucie, zwłaszcza że wypatrzyliśmy kilku białych. Ale w ogóle czego tu nie ma - istna cepelia i festiwal kiczu. Pojawiło się bardzo dużo ubrań i zabawek z Chin, są zaklinacze magii, rekrutacja do armii, zespoły taneczne, wycieczki szkolne, garkuchnia. Ogólnie klimat waty cukrowej.

Siadamy w kółku i oglądamy pokazy tańców ludowych organizowane na głównym placu. Na szczęście wypogodziło się więc trafiliśmy idealnie. Rytualne bębny wybijają rytm, a trąby obsługiwane przez mnichów dodają grozy tancerzom w czarnych kapeluszach. Podziwiamy i spokój chwili przerywa gwałtowny ból ręki. Otóż hitem festynu są pneumatyczne karabiny dla dzieci. Latają ich całe gromadki i dosyć beztrosko strzelają gdzie się da. Nie są sądzę, że ktoś chciał mnie zranić ale siła uderzenia jest taka, że zdecydowanie nie chcemy dostać na przykład w oko. Ewakuujemy się.

Wjeżdżamy do nisko położonej bardzo żyznej doliny Punakha i szybko wchodzimy w pola ryżowe. Naszym celem jest świątynia szalonego lamy (divine madman). Drukpa Kunley był nietuzinkową postacią nauczającą na przełomie XV i XVI wieku. Jako artefakt służący rozprzestrzenianiu nauki Buddy wybrał własny penis, który pieszczotliwie nazywał Piorunem o Tryskającej Wiedzy (Thunderbolt of Flaming Wisdom). Nasz szacowny duchowny bardzo garnął się do ewangelizacji i starał się utrzymywać bardzo bliskie stosunki z wiernymi. Układał wiersze, pił wino i korzystał z artefaktu szerzącego wiarę. Koncept bardzo się przyjął i od tego czasu symbol fallusa oznacza ochronę domostwa oraz bezpieczeństwo. Z tego powodu często okrasza elewację domów a popularną pamiątką jest drewniana wersją, którą można zainstalować na przykład w samochodzie.

  • Ei4a9031
  • Ei4a9034
  • Ei4a9039
  • Ei4a9044
  • Ei4a9054
  • Img 1171
  • Img 1173
  • Img 1177
  • Img 1183
  • Img 1185
  • Img 1188
  • Img 1208
  • Img 1220
  • Img 1221
  • Img 1224
  • Img 1229
  • Img 1230

Thiumphu 2016-10-10

Jest źle, bo lało intensywnie całą noc. Odpada kolejny trekking a globalne anomalie pogodowe są przerażające. Bhutańczycy dziwią się, że monsun letni wciąż nie odpuścił. Przedzieramy się drogą wyraźnie już lepszą i natrafiamy na punkty z jedzeniem. Tak kosztujemy lokalne przysmaki czyli ogórek posypany chilli oraz kukurydza z ogniska. Jest ciepło i parno, w dżungli da się dojrzeć małpy. Po pewnym czasie droga z błotnej przechodzi w asfaltową i widzimy nawet namalowane pasy. To spory szok, ale niechybny znak że zbliżamy się do stolicy.


Thiumphu wita nas słońcem i w końcu podjeżdżamy pod przyzwoity hotel. Nawet luksusowy trzeba przyznać. Dostajemy prawie dobre mojito i zupełnie dobre białe wino. Jest oczywiście spektakularnie drogo, spora odmiana po pobycie na wschodzie kraju. Robimy z siebie ludzi, pierwszy raz od kliku dni i ruszamy w stolicę. No w zasadzie to nie ma w co ruszać, bo aglomeracja nawet po ostatnim intensywnym wzroście ma 90 tysięcy mieszkańców i szczyci się brakiem świateł drogowych. Faktycznie na głównej arterii są dwa skrzyżowania, gdzie policja kieruje ruchem. Podobno były nawet zainstalowane światła, ale to takie bezosobowe i wszyscy chcieli powrotu policjantów. Wtedy można wszyscy na raz wjeżdżać na skrzyżowanie, potrąbić sobie, obetrzeć się o kogoś i tak jakoś raźniej się jeździ. Po pół godzinie miasto mamy już gruntownie zwiedzone więc kierując się Tripadvisorem znajduję mekkę białych - Ambient Cafe. Dają tu wyśmienitą kawę i jest wifi. Myślę, że to nasz odpowiednik buddyjskiego stanu nirwana.

W samym mieście panuje atmosfera podniecenia na co wskazuje fakt, że niektóre z leżących dosłownie psów nie śpią tylko mają otwarte oczy i czasami postawione jedno ucho. Chodzi o to, że jutro zaczyna się najważniejszy w roku festiwal religijny a dzisiaj jest ważny mecz. W rozgrywkach Azji Bhutan podejmuj drużynę Bangladeszu i pierwszy raz liczy na wygraną. Osią zwycięskiej taktyki ma być geografia, ponieważ goście przylatują przed samym meczem i z poziomu morza wzniosą się na ponad dwa tysiące. Także powinni się szybko męczyć.

Przed zachodem słońca wdrapujemy się na otaczające miasto wzgórze, gdzie z kolei za tajskie pieniądze powstaje duży pomnik Buddy. Budowana z okazji sześćdziesiątych urodzin króla senior statua ma ponad 50 metrów wysokości. Co ważne w jej wnętrzu ma się zmieścić bagatela sto tysięcy małych wykonanych z brązu i złota posągów Buddy także trochę im jeszcze zejdzie. Możliwe, że król nawet zejdzie zanim skończą.

Już w hotelu siedzimy w barze z widokiem na rwąca rzekę. Jest idealnie schłodzone wino i radość. Bo Bhutan pierwszy raz w historii wygrał i to 3:1. Z czasem dołączają do nas piłkarze i sędzia. Jak pisałem to godny hotel.

  • Img 1230
  • Img 1236
  • Img 1241
  • Img 1243
  • Img 1244
  • Img 1245
  • Img 1247
  • Img 1260
  • Img 1263
  • Img 1266
  • Img 1268
  • Img 1289

Tsechu 2016-10-11

Zaczyna się trzydniowy Thiumphu Tsechu - być może najważniejszy festiwal w kraju. Dosyć wcześnie udajemy się na teraz dzongu, aby zająć miejsca w pierwszy rzędzie. To nam się udaje i co najlepsze pogoda jest wspaniała. Rozstawiamy się za sprzętem obserwując napływający tłum. Tym razem możemy wypatrzeć całkiem sporo turystów, chyba każdy kto jest w Bhutanie będzie dzisiaj właśnie na tym placu. Lokalsi znoszą niezliczone kosze z jedzeniem, maty do siedzenia, materiał do przykrycia głowy i wszystko tworzy  to bardzo barwny rozgardiasz. Mężczyźni ubrani są w ludowe szaty Gho, a kobiety odpowiednio w Kira. Wygląda to bardzo spójnie i uroczyście. Oczywiście jest cała chmara dzieci, ale także prezentują się nadobnie.


Wreszcie zaczyna się, gdy główny lama pojawia się w oknie świątyni i daje znak na rozpoczęcie festiwalu. Sporym zdziwieniem jest to, że na plac wybiega czterech clownów i to z penisami. Stroją sobie żarty nawet przy sporym wyluzowaniu określane jako niewybredne i to ewidentnie kierując swoją atencję do dzieci. Przyznam, że nie bardzo koresponduje to z ważnym religijnym festiwalem ale oglądam z zainteresowaniem. Po jakimś czasie w rytm bębnów wychodzą pierwsi tancerze. Oglądamy jak kolejne tańce mieszają się ze śpiewem zarówno męskim jak i damskim. Są kolorowe stroje i maski, a z tego co nam tłumaczą większość przedstawienia pokazuje szlachetne czyny Guru Rinpoche w szerzeniu Buddyzmu i poskramianiu zła, a także przedstawia losy człowieka po śmierci. Najwyraźniej nikomu z lokalsów nie przeszkadza, że w najbardziej podniosłych chwilach na placu kręcą się clowni dziarsko machając drewnianymi fallusami. Widać intencją jest połączenia sacrum i profanum.


Siedzimy tak pół dnia i nawet musimy przykrywać się szalami przed palącym słońcem, co jest sporym zaskoczeniem bo ostatnie dni były raczej pochmurne i deszczowe. Może jednak zadziałał otwierający taniec odpędzający demony?

Jedziemy do zoo. Tak, jest tutaj zoo. Kluczowym eksponatem jest takin - rodzaj górskiej antylopy będącej symbolem Bhutanu. Legenda głosi, że zwierzę stworzył szalony lama który do korpusu krowy dołączył głowę kozy. Jednak to nieprawdę i takin jest bardzo ładny. Są też inne jelenie i antylopy, a samo zoo nawet przytulne.


Z powrotem w mieście atakuje nas deszcz i smród. Ogólnie miast Bhutanu nie są wiele warte. Owszem jest tu klasyczna ludowa zabudowa dosyć spójna, ale jest też rynsztok, śmieci bród i mocna woń. No w sumie Azja. My lokujemy się w ulubionej, od wczoraj, kawiarni i przebijamy przez internet. Niestety z Polski same ponure wieści i mam niesamowitą nadzieję, że zrobimy coś jako naród żeby tak nie grzebać własnych szans. Aż żałuję, że zacząłem czytać wiadomości. Przy okazji spłynęło trochę wiadomości z pracy więc mam się czym zająć.

Wieczorem natrafiamy jeszcze na pokaz łuczników. Już trochę znamy zasady i beztroskość zawodników, dlatego ryzyko nagłej śmierci poprzez przebicie strzałą jest lekko mniejsze. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu dla ich niesamowitej precyzji i podoba mi się wesoły sposób w jaki ze sobą rywalizują. Nie rozumiem dlaczego reprezentacja Bhutanu nie przywozi regularnie olimpijskiego złota.

  • Ei4a9077
  • Ei4a9078
  • Ei4a9092
  • Ei4a9096
  • Ei4a9112
  • Ei4a9129
  • Ei4a9131
  • Ei4a9148
  • Ei4a9154
  • Ei4a9160
  • Ei4a9189
  • Ei4a9230
  • Ei4a9237
  • Ei4a9241

Thiumphu 2016-10-12

Budzę się o świcie, pada solidnie. Rwąca rzeka przepływająca tuż obok zrobiła się żółta od błota zbieranego z gór. Kontempluje sytuację odprowadzając wzrokiem zwłoki psa spływającego ze spienionym nurtem.

Wyruszamy zwiedzać i pierwszy przystanek to fabryka papieru. Możemy prześledzić cały proces od rozcinania łodyg papirusu, po gotowanie, rozbijanie, scalania i suszenie płacht. Fabryka wygląda jak niskiej klasy warsztat samochodowy natomiast efekt pracy zdumienia. Otrzymujemy bowiem wysokiej klasy papier czerpany idealny do grafik i kaligrafii. Nie dziwi eksport do Japonii. Czujemy się jak w fabryce sprzed wieków.

Kolejny krok to muzeum ukazującym głównie tkactwo, ale także malunek i rzeźbę. Jest to muzeum narodowe i trafiamy akurat na wizytację królowej matki. Oznacza to, że jesteśmy na chwilę wyproszeni z sali, aby królowa ze swoją świtą mogła się zapoznać z nielicznymi dziełami. Smaczku dodaje fakt, że królowa w muzeum porusza się z ewidentną podróbką torebki Gucci. Również jej najbliższa świta wygląda jak słabej klasy skecz.

Odwiedzamy świątynię Changangkha Lhakhang słynącą z poświęcania dzieci. Oczywiście w sensie szukania dla nowo narodzonych dzieci pomyślności i stąd tłumy rodziców z małymi dziećmi. Niby ładnie, ale już mamy przesyt świątyń.

Za oknem deszcz i relacja na żywo z drugiego dnia festiwalu. Tancerzom jest ciężko w deszczu, ale pracują dzielnie. My za to siedzimy z szefem stowarzyszenia dziennikarzy Bhutańskich i popijamy kawę. Rozmowa głównie o realiach życia w Bhutanie. Mały, nawet nie milionowy naród, wbity w góry idealnie pomiędzy dwoma najbardziej ludnymi i najszybciej rosnącymi mocarstwami świata nie ma łatwo. Dlatego w dramatycznym wyborze być wasalem Indii albo Chin wybrali to pierwsze. Także demokracja, pomimo przyjęcia oświeconej konstytucji, jest lekko fasadowa. Wszyscy wiedzą, że krytykować to można rząd, ale pałacu już nie. Bo w pałacu rezyduje król - wciąż faktyczny organ władzy w kraju. Niby nie ma represji, ale wszyscy wiedzą jak daleko dziennikarz może się posunąć. Są też spore wątpliwości dotyczące pomiaru szczęścia, ale ogólnie jest przekonanie że kraj się rozwija w sposób przemyślany i osiągnął moment krytyczny. Prawdziwe zaawansowanie i nowoczesność nie jest już możliwa bez gospodarki rynkowej i demokracji. Rozmawiamy też czy bardzo limitowana turystyka to troska o kraj, chęć utrzymania propagandy czy wyciagnięcia kasy. Chyba raczej te dwa ostatnie powody.

  • Img 1382
  • Img 1383
  • Img 1384
  • Img 1387
  • Img 1388
  • Img 1389
  • Img 1390
  • Ei4a9243
  • Ei4a9247
  • Ei4a9254
  • Ei4a9258
  • Ei4a9262
  • Ei4a9272
  • Ei4a9278

Paro 2016-10-13

Jest słonecznie i do tego trasa wyjątkowo łatwa. Opuszczamy Thimphu i jedziemy do Paro, bo tam jest jedyne międzynarodowe lotnisko. Oczywiście nie oznacza to, że nie musimy kluczyć pomiędzy obsuwiskami kamieni, bo jednak opady pomimo października są mocno intensywne.


Uderzamy od razu do muzeum historii naturalnej, które mieści się w ciekawym budynku spoglądającym na dolinę w której leży mieścina Paro. Zapoznajemy się z geologią, florą i fauną porządkując nieco doświadczenia ostatnich dwóch tygodni. Zaraz obok znajduje się stary zhong, dosyć kompaktowy ale więcej na wzgórzu się nie zmieściło. Z gór obserwujemy ruch na lotnisku, gdzie  bhutańskie linie królewskie obsługują loty do Delhi, Kalkuty, Singapuru i Bangkoku.

Samo Paro to w zasadzie jedna ulica. Jest sporo sklepów z pamiątkami, ale przy mocnych chęciach nie ma nic do kupienia. Liczyłem na maskę, ale są same potworki. Jemy kolację i obok nas jest grupa Amerykanów. Umierają z ostrości potraw i mocy lokalnego piwa. To bardzo ciekawe, bo my po znajomości dostajemy z kuchni papryczki chilli przeznaczone dla lokalsów i nie uważamy że to przesada. Amatorzy. Nas ten wyjazd utwardził. Popijamy myśląc o porannym locie. Potem już tylko 26 godzin tranzytu i dom.

  • Img 1393
  • Img 1394
  • Img 1396
  • Img 1398
  • Img 1399
  • Img 1402
  • Img 1403
  • Img 1409
  • Img 1410
  • Img 1415
  • Img 1421
  • Img 1422
  • Img 1423
  • Img 1426
Trekking to XVII wiecznej świątyni poświęconej Guru Rinpoche i wspaniale położonej na eksponowanej skale. Pogoda jest idealna i doceniamy sporo ruchu. Podejście dosyć strome i szybkim nawet tempem to dobre dwie godziny.
  • Ei4a9278
  • Ei4a9279
  • Ei4a9281
  • Ei4a9285
  • Ei4a9291
  • Img 1427
  • Img 1429
  • Img 1432
  • Img 1441
  • Img 1448
  • Img 1464
  • Img 1467
  • Img 1475
  • Img 1477
Lot z Paro do Delhi przebiega wzdłuż głównego masywu Himalajów. Widoki zapierają dech. To jest pomysł na kolejny wyjazd...
  • Img 1486
  • Img 1490
  • Img 1492
  • Img 1494
  • Img 1495
  • Img 1496

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. hooltayka (04.11.2016 20:18) +1 + -
    Wspaniała podróż, do zdjęć wrócę, bo wiele pięknych.
    Pozdrawiam.
  2. archer46 (27.10.2016 23:00) +1 + -
    Poczytałem,jest już pózno.Jutro zdjęcia.Bardzo ciekawy rejon świata,rzadko odwiedzany.Szkoda że pogoda Wam nie dopisała.

michal.paprocki

Michał Paprocki
Punkty: 30682