Ładuję...

kolumber.pl


8 +
2015-12-28 - 2016-01-10

Goryle we mgle

Opisywane miejsca: Kigali, Akageranp, Vulcanosnp, Gisenyi, Nyiragongo, Virunga, Nyungweforest (512 km)
Typ: Blog z podróży

Kigali 2015-12-28

Lądujemy z opóźnieniem. Jest już prawie trzecia w nocy, ale na zewnątrz ciepło i mokro. Lotnisko raczej malutkie i załatwianie wiz idzie sprawnie. Mamy też wszystkie bagaże i znajdujemy umówionego kierowcę Martina. Rzeczowy i sympatyczny - będzie OK. Także komplet szczęścia i suniemy do hoteliku, gdzie spróbujemy chwile pospać. Droga wiedzie stromo pod górę, ale Toyota Land Cruizer daje pewność. Potem kończy się asfalt, a na końcu masywna blaszana brama. Spać.

Cztery godziny snu czynią cuda. Zwłaszcza dopełnione mocną kawą z widokiem na miasto. No w zasadzie to widok jest na wzgórza z luźno porozrzucanymi budynkami. Trudno zgadnąć jakiś zamysł urbanistyczny, ale jest dobrze.

Mocny akcent na początek czyli muzeum poświęcone ludobojstwu. W naturalny sposób wydarzenia sprzed dwudziestu lat są wciąż żywe. Masakra Tutsi przez Hutu latem 1994 roku pochłonęła prawie milion ofiar. I to wszystko w sto dni. I to wszystko maczetami. Historia pisana słowami zarówno ofiar jak i oprawców jest znakomicie przedstawiona w książkach Jeana Hatzfelda "Nagość życia", "Sezon maczet" oraz "Strategia antylop". Dlatego zwiedzanie memoriału nie przynosi żadnej nowej wiedzy, ale na pewno zadumę.

Mkniemy na wschód i zadziwiająca jest czystość i porządek nie zawsze kojarzone z Afryką. Drogi są równe i zadbane, roślinność wypielegnowana. Nawet ruch uliczny nie tak chaotyczny. No i przede wszystkim brak foliowych śmieci. Zakaz plastikowych siatek jest dla Rwandy błogosławieństwem. Podziwiam pofałdowany teren tętniący zielenią. Jak okiem sięgnąć widać plantacje bananowców, które mieszkańcom glinianych czerwonych domów dają dobre pożywienie.

Pytam Martina o bezpieczeństwo w Rwandzie jak i Kongo z którego pochodzi. Odpowiada filozoficznie, po afrykańsku. "W każdym kraju są głodni ludzie, bo nie wszyscy są już syci. Przecież w Paryżu też są duże problemy." Fakt.

Dojeżdżamy do parku Akagera, który pokrywa wschód Rwandy przy granicy z Tanzanią.

  • 20151228 082516
  • 20151228 082647
  • 20151228 113658
  • 20151228 122358
  • 20151228 122742
  • Ei4a7370
  • Ei4a7379
  • Ei4a7382
  • Ei4a7392

Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie. Po pięknym wschodzie słońca znad wody ściągnęła gęsta mgła, ale szybko zniknęła i nastał ładny dzień. Zaczynamy od safari w łodzi i pływamy po jeziorze Ihema. Jest trochę hipopotamów, które kryją się w wodzie, ale z bliskiej odległości parskają i ewidentnie są gotowe do przepędzenia nas. Nawet nie próbujemy i pływamy podziwiając głównie ptaki.  Oprócz wszędobylskich kormoranów jest sporo czapli, żurawi i bliżej nieznanych ptaków wodnych. A wszystko w zaroślach z papirusu. Parę krokodyli jako dodatek.


Zmieniamy nocleg na bardzo przyjemną ekologiczną lodżę położoną przy samym jeziorze. Teraz już tylko druty z prądem oddzielają nas od hipopotamów i to zdecydowanie dobrze. Lodża jest świetnie wkomponowana w otoczenie, z energią słoneczną i bez śmieci.


Wyruszamy w klasyczne safari jeepem. Park Akagera nie ma oszałamiające liczby zwierząt, ponieważ wojny przepłoszyły zwierzynę do sąsiedniej Tanzanii. W dodatku teren jest pagórkowaty i bardzo gęsto zarośnięty.  Jest to malownicze niemniej ciężko wypatrzyć zwierzęta. Ale spotykamy impale, pawiany,  waterbucki,  dik diki, guźce i liczne ptaki. Są też Francuzi chyba, którzy wędkują. Akurat złowili suma, którego od razu wypuścili z powrotem. Nigdy nie zrozumiem pasji wędkarstwa.


Tylny napęd tracimy prozaicznie. Na zupełnie płaskim szutrze głośny huk oznajmia wyłamanie wszystkich śrub mocujących tylną oś. Stoimy. Martin ogląda samochód i mówi coś po rwandyjsku. Nie znam tego języka, ale z dużym pardopodobieństwem domyślam się słów. Konsultacje z bazą, przełączenie napędu na przód i jedziemy. W sumie przydałby się sprawny samochód.  Zwłaszcza na górzysty teren Kongo.

  • 20151228 171357
  • 20151228 171433
  • 20151229 141749
  • 20151229 142223
  • 20151230 074537
  • Ei4a7402
  • Ei4a7406
  • Ei4a7408
  • Ei4a7425
  • Ei4a7444
  • Ei4a7455
  • Ei4a7459
  • Ei4a7466
  • Ei4a7487

Noc była niesamowita. Namiot jest ażurowy z widokiem na jezioro i gwieździste niebo. Praktycznie przez cały czas panuje kakofonia dźwięków i zapachów. Bzyczenie owadów,  trele ptaków, krzyki małp i parskanie hipopotamów.  Jak w raju. Martwiąc się o samochód zasypiam i śpię aż do szóstej, gdy budzi mnie słońce i odgłosy zwierząt dziennych.


Dobra wiadomość - mamy nowy samochód. Jeżeli na samym przednim napędzie dojedziemy do Kigali to jesteśmy w domu. Marcel bardzo niewyraźnie zapewniał mnie ze jednak znalazł coś. Zobaczymy. A na razie opuszczamy park i w drogę.

Tereny wiejskie są ubogie, ale wszędzie jest zadziwiająco czysto i schludnie. Ciekawostką są ule, które są ulokowane jako beczki na drzewach. Miód, zaraz po kawie i herbacie, jest ważnym towarem eksportowym Rwandy.


Szczęście niepojęte. Na umówionym parkingu jest nowy samochód. I to nowszy, większy i w znacznie lepszym stanie. Szykowałem się dzisiaj na ciężkie przejścia, ale sprawy przybrały bardzo korzystny obrót.


W Kigali jest upał i tłok. Jemy w typowo afrykańskiej restauracji,  gdzie oczywiście nie ma białych. Natomiast jedzenie jest smaczne. Jeszcze tylko kawa w słynnym Hotel des Mille Colliers uwiecznionym na zawsze w filmie Hotel Rwanda i jedziemy dalej.


Nieustannie zdumiewa czystość po drodze. Co chwila ktoś krząta się pieląc trawę albo zamiata pobocze. Rząd Rwandy wprowadził Umuganda czyli przepis, że w każdą ostatnią sobotę miesiąca trzeba brać udział w publicznych pracach porządkowych.  To połączone z zakazem używania torebek foliowych daje wspaniały efekt.


Wznosimy się i stopniowo flora zmienia się na bardziej umiarkowaną. Oprócz rozległych upraw bananowców są też kukurydze, ziemniaki i fasola. Docieramy do Musazne, miasta wypadowego na trekking u stóp pasma gór Vulcanos. Kilkanaście wulkanów w tym pięć czynych dochodzi dobrze ponad cztery tysiące metrów i tworzy interesująca panoramę. Nocleg raczej rustykalny, ale mamy wino i jest ognisko. Chłodna noc więc w łóżkach termofory.

  • 20151230 091817
  • 20151230 094235
  • 20151230 094256
  • 20151230 141640
  • 20151230 164210
  • 20151230 164410
  • 20151230 172310
  • Ei4a7510
  • Ei4a7518
  • Ei4a7538
  • Ei4a7576
  • Ei4a7578

Vulcanos 2015-12-31

W końcu trekking i wysiłek fizyczny. Tylko dlaczego wstajemy przed szósta. W iście afrykański sposób na formalności schodzi ponad dwie godziny. Niby jest zespół taneczny, ale po co.

Najpierw dostajemy przewodniczkę z parku, potem porterów do noszenia bagaży,  a następnie dołączają żołnierze do obstawy. I tak z parką amerykanów tworzymy konwój i rozpoczynamy marsz w górę. Na początku są urocze pola obsiane rumiankiem. Po wysuszeniu kwiatów,  co obserwujemy bardzo często, powstaje wspaniały i naturalny odstraszacz na owady szeroko wykorzystywany w rolnictwie. Jest również jednym z nielicznych towarów eksportowych Rwandy.


Droga się wspina średnio stromo, ale słońce się podnosi i pali niemiłosiernie. To oraz wysoką wilgotność i niewyspanie zaczyna się na nas odbijać. Wchodzimy do lasu i zaczyna się prawdziwa walka. Epicka. Z błotem. Ścieżka jest tak mokra,  że miejscami nie da się przejść bez zapadania się całego buta. Także mozolnie brodzimy i kluczymy pnąc się w kierunku grobu Diany Fossey. Ta brytyjska badaczka, unieśmiertelniona w "Gorylach we mgle", jest tutaj osią turystyki. To właśnie pasmo gór Vulcanos było jej domem przez prawie dwadzieścia lat i stało się miejscem spoczynku na wieki. Wciąż nie jest do końca pewne czyja ręką opuściła na jej szyję maczetę. Powszechnie oskarża się kłosowników z którymi ta obrończyni goryli walczyła zaciekle. Niemniej w jej domu zostało sporo nietkniętych pieniędzy więc sprawa nie jest bynajmniej jasna.


Z domu i bazy naukowej nie zostało już nic. Natomiast teraz jest piękna dżungla i miejsce pochówku Diana dzieli z Digitem i innymi ukochanymi gorylami. Chwilę kontemplę, ale zaczyna się zabawa z błotem tym razem schodząc w dół. Po drodze mijamy pluton żołnierzy chroniący drugą grupę turystów. Nie uszedł mojej uwadze karabin maszynowy i ręczna wyrzutnia granatów. Najwyraźniej same kałasznikowy to za mało. Trochę dziwnie w tej dżungli, gdzie większość spotykanych ludzi nosi moro i karabin.


Znowu na trasie. Tym razem do Gisenyi, gdzie mamy krótka sylwestrową noc przed wejściem na wulkan. Jutrzejszy dzień będzie bardzo ciężki wiec oprócz wina mamy elektrolity i tabletki wysokogórskie. Ale na razie siedzimy wygodnie patrząc w głąb jeziora Kivu. Przy okazji poznaję Cudowną Osobę, ale o tym w ostatni dzień.

  • 20151231 060235
  • 20151231 060303
  • 20151231 060310
  • 20151231 060757
  • 20151231 070348
  • 20151231 070906
  • 20151231 083634
  • 20151231 091244
  • 20151231 100333
  • 20151231 102358
  • 20151231 103211
  • 20151231 105857
  • 20151231 105953
  • 20151231 110031
  • 20151231 110939
  • Ei4a7612
  • Ei4a7622
  • Ei4a7626
  • Ei4a7628
  • Ei4a7634
  • Ei4a7644

Naprawdę trudno jest wyspać się w noc sylwestrową, ale próbujemy. Te kilka godzin snu jest dzielone częstymi przebudzeniami z których ostatnie to nawoływanie muezzina równo o 4:44. No nie powiem, że czuję moc.


Granica jest bardzo blisko, gdzie Gisenyi płynnie przechodzi w Goma. No jest spora różnica między Rwandą a Kongo i nigdzie nie widać tego ostrzej niż na granicy. Po stronie Rwandy wszystko poszło szybko i sprawnie. Urzędnicy w jednakowych uniformach są uśmiechnięci mówiąc po angielsku i francusku. Z kolei w Kongo otacza nas banda rzezimieszków ubranych w najróżniejsze mocno sportowe ciuchy. Wyglądają jak naprędce sklecona drużyna piłkarska szóstej ligii. No i twarze. Oni się nie uśmiechają. Godzina schodzi nam głównie na oczekiwanie na główniejszego urzędnika, który może wbić pieczątki. Jest 1 stycznia wiec jeszcze nie wytrzeźwiał. Jest też facet z białym fartuchem podający się za lekarza. Sprawdza ważność szczepień i wpisuje nas do zeszytu. Jestem pierwszą osobą w roku 2016.


Telepiemy się drogą dostępną tylko dla jeepów wprost do parku Virunga na punkt startowy trekkingu na Nyiragongo. Tutaj zdziwienie, bo tego dnia wejdzie aż trzynaście osób. Oprócz nas sami Amerykanie. Krótka odprawa i już sześć godzin po obudzeniu się w końcu możemy iść. Dodam, że towarzyszy nam barwna świta tragarzy i uzbrojonych strażników.


Pogoda jest idealna, bo nie pada i nie ma bardzo silnego słońca. Ale i tak już od początku podejście jest wymagające, a mieszanka parnego powietrza, stromych podejść i niewyspania osłabia nas. Na szczęście wszędzie są mrówki i ich rozliczne ukąszenia działają na mnie bardzo pobudzająco. Mają takie urocze szczypce i czuwają, żeby nikt w lesie nie przysypiał.

Pokonujemy las, a wulkan majaczy w oddali. Wychodzimy na odsłonięty teren, gdzie poruszamy się jęzorem zastygłej lawy. Będzie jeszcze sporo sapania i po sześciu godzinach wchodzimy na szczyt krateru. To 3470m, ale po zdobyciu półtora kilometra różnicy wysokości wszyscy są mocno zmęczeni. Czeka tam na nas osiem domków dosyć uroczych. Do tego można spuścić się na linie do położonej poniżej latryny. To już koniec ośrodka, który faktycznie jest uroczo położony przy samej krawędzi wulkanu. Widzimy czerwoną poświatę więc niezwłocznie wychylamy się do środka krateru.


Widok jest niesamowity. Dwieście metrów poniżej jest jakby gigantyczny kocioł w którym wrze lawa. Jest dym, bryzgające fontanny i fale roztopionej magmy. Z kolei odgłos jest tak jak nad morzem gdy fale rozbijają się o brzeg. Trwa nieustanny spektakl sił natury. Ostatnia erupcja miała miejsce w 2002 i zmiotła trzecia część miasta Goma. Podobno następna będzie dopiero za piętnaście lat więc chowam się do śpiwora i w poczuciu całkowitego bezpieczeństwa szybko zasypiam.

  • 20160101 071708
  • 20160101 071805
  • 20160101 073637
  • 20160101 092320
  • 20160101 102536
  • 20160101 133329
  • 20160101 162712
  • 20160101 172628
  • 20160101 183711
  • 20160101 185041 lls
  • Ei4a7720
  • Ei4a7722
  • Ei4a7737
  • Ei4a7753

Budzę się zaraz po czwartej co oznacza siedem przespanych godzin i nowy rekord wyjazdu. Pierwsza reakcja to chwytam za aparat, aby jeszcze w ciemności zupełnej podziwiać wulkan. No nie ma co. Budzi zachwytu i grozę zarazem.

Druga reakcja jest nawet pilniejsza, bo polega na pospiesznym udaniu się do latryny. Chyba jeszcze nikt nie zjeżdżał po tej linie tak szybko. Już czułem smak zwycięstwa, ale zabrakło dosłownie trzech metrów. No nic, mamy Nifuroksazyd.


Słońce wstało szybko jak to na równiku i zaczynamy zejście. Tym razem sekretem jest nie poślizgnąć się na sypkiej lawie. Czas umila nam grupa zwariowanych Amerykanek, które założyły fundacje w Ugandzie (Serving His Children) i zostały w Afryce na dłużej. Jedna adoptowała dziecko. Druga wpadła na krótkie odwiedziny tylko z bagażem ręcznym.... półtora roku temu. Tak czy owak cieszymy się,  gdy po zejściu z góry widzimy nasz samochód.


Jedziemy do lodży w parku przez szutrowe drogi. Mijamy rozliczne plantacje i małe wioski. Pomimo pięknej przyrody wszędzie widać bród i biedę. Niesamowite jak bardzo zacofane w stosunku do Rwandy jest Kongo. Przy takich bogactwach naturalnych kolejne rządy robią bardzo niewiele dla ludzi. W jednej z wiosek jest akurat wielka radość z powodu wodociągu. Zbudowała go fundacja Howarda Buffeta, a sam założyciel był tu dwa tygodnie temu na otwarciu.


Namioty safari okazały się być pewnym rozczarowaniem, ale z radością zmywam wulkanów brudy. Jesteśmy na duże wysokości, ponieważ goryle górskie nie żyją na nizinach.  Dlatego też po zapadnięciu zmroku robi się zaskakująco zimno. Mamy jednak ognisko, wino i gwiazdy świecące nad nami.

  • 20160102 053935
  • 20160102 055151
  • 20160102 055608
  • 20160102 055615
  • 20160102 055900
  • 20160103 064254
  • Ei4a7760
  • Ei4a7761
  • Ei4a7764
  • Ei4a7770

To ten dzień. Idziemy w dżunglę spotkać goryle. Tradycyjnie budzę się koło szóstej kiedy pierwsze promienie słońca są sygnałem dla rozlicznych ptaków do rozpoczęcia koncertu. Szybkie śniadanie i już jesteśmy na odprawie u strażników parku. W parku Virunga żyje ponad dwieście goryli czyli jedna trzecia światowej populacji. Dzięki ochronie i poświęceniu strażników ich liczba powoli rośnie. Bezpośrednio obok nas jest sześć rodzin skupionych wokół wielkich samców zwanych silverback. Strażnicy patrolują las i aktualizują ich pozycje. Wysyłane są grupy maksymalnie sześcioosobowe, które z gorylami mają spędzić godzinę. My będziemy szukać stada oznaczonego Nyakamwe składającego się z jedenastu osobników.


Wyruszamy żwawym krokiem przez plantacje i pola kierując się w stronę lasu pokrywającego góry. Pomimo wczesnej pory słońce już mocno pali. Po godzinie marszu docieramy do lasu. Teraz mamy nie tylko uzbrojonych strażników,  ale także przewodników torujących drogę maczetą. Las jest naprawdę gesty i przemieszczamy się mozolnie potykając co chwila. Jest parno, tradycyjnie kąsają nas mrówki, zaczepiaja liany i pnącza, a my kluczymy w kierunku ostatnie znanej lokalizacji goryli. Jak już straciliśmy nadzieję,  że do nich dotrzemy i prawie padliśmy z parności to padła komenda założyć maseczki. Przebywając z gorylami ludzie muszą koniecznie zakładać maseczki chirurgiczne. Zapobiega to transmisji chorób w obie strony.

Zdumiałem się, że są tak blisko i takie dużo. W odległości dwóch-trzech metrów siedziała samica z młodym. O ile mama konsumowała liście to młody był nami zainteresowany. Wyraźnie się przyglądał,  a potem zaczął popisywać robiąc przewrót i bujać się na gałęziach. Zaraz obok siedział ogromny samiec - silverback. Żuł sobie gałęzie i spokojnie omiotał nas wzrokiem. Najwyraźniej ocenił,  że istoty tak wąskie w barkach nie stanowią żadnego zagrożenia. Dlatego też po chwili odwrócił się tyłem pokazując swój srebrny grzbiet. Miliony kulturystów na całym świecie pracują nad taką muskulatura, ale to niedościgniony wzór. Za tą siła stoi jednak spokój i pewność siebie, bo samiec pokazał nam ... równie imponujące pośladki.

W tym czasie słyszę hałas na górze. To z konarów gramoli się kolejny osobnik. Aż cud, że gałęzie mogą utrzymać taki ciężar. W parnym powietrzu roi się od much i trzeba przyznać,  że da się odczuć obecność małp. Niemniej przez całą godzinę z bardzo bliskiej odległości obserwujemy aż siedem osobników. To jedna setna światowej populacji goryli górskich. Spełnia się jedno z moich marzeń. A goryle po porannej konsumpcji najzwyczajniej idą spać. Strażnicy chrumkają do nich przyjaźnie i widać,  że panuje między nami wszystkimi międzygatunkowe porozumienie.


Droga z powrotem jest łatwiejsza,  ponieważ nie musimy już kluczyć i cześć trasy jest już wycięta maczetami. Szybki lunch i przenosimy się do kolejnej lodży w samym sercu parku Virunga.

Obok znajdują się kwatery strażników,  biuro parku, psiarnia z psami do tropienia kłusowników i kilka domków dla turystów. Strażnicy poświęcają się dla ochrony przyrody każdego dnia, a ich bohaterski szef już raz przeżył zamach na siebie (Emmanuel de Merode).

Wieczór jest uroczy a na zapaść alergiczną mamy przecież Zyrtec. Użycza go szefująca lodży Judy, która pomiędzy kolejnymi lampami wina opowiada nam o dzieciństwie w Kenii, pracy w Tanzanii i teraz kontrakcie w Kongo. Uspokaja nas, że jutrzejsze próba dotarcia do sióstr zakonnych nie musi skończyć się spotkaniem z partyzantami. Pomimo niedawnego porwania kogoś z Lekarzy Bez Granic.

  • 20160103 081701
  • 20160103 084622
  • 20160103 103236
  • 20160103 110541
  • 20160103 110913
  • 20160103 111152
  • 20160103 111331
  • 20160103 111904
  • 20160103 112018
  • 20160103 112136
  • 20160103 112645
  • 20160103 112706
  • Ei4a7837
  • Ei4a7839
  • Ei4a7841
  • Ei4a7850
  • Ei4a7864
  • Ei4a7866
  • Ei4a7873

Im dalej na północ prowincji wschodnich Kongo tym słabsza kontrola wojsk rządowych. Więc z lekkim strachem przebijamy się do położonej tam misji Sióstr od Aniołów. Mamy przecież dla nich żarówki, piłkę nożną z pompką i sto dolarów. Okolica jest urocza i gęsto pokryta kawowcami. Natomiast ludzie przy drodze jakby mniej uroczy. Co któryś ma jakiś fragment odzieży maskującej oraz karabin. Znowu widzę ciężkie karabiny maszynowy i wyrzutnie granatów.  Podobno to wojska rządowe,  ale dosłownie nikt nie jest w mundurze z insygniami. W naszym samochodzie panuje napięcie, a Martin pomimo dziur w drodze prowadzi bardzo szybko.


Za dużą żelazna bramą jest jakby inny świat. Równo przycięty trawnik i prosty, ale sensowny dom. Tutaj mieszka siostra Agnieszka i siostra Renata razem z kongijską  koleżanką. Chyba się cieszą. Chyba bardzo, bo pewnie nie do końca wierzyły,  że faktycznie do nich dotrzemy.


Żelazna brama bynajmniej nie jest spiżową, bo siostry żyją bardzo blisko prawdziwego życia. Dostajemy własnej roboty jabłecznik z mango i kawę włoską, bo "lokalna jest do niczego". Jest i Polityka i Gość Niedzielny. Sporo kaset magnetofonowych, ale świadomość jak najbardziej współczesna.


Siostry zalane pytaniami zaczynają opowieści:
- o tym jak można od jedenastu lat pracować na misji w Afryce,
- o tym, że w pomaganiu ważniejsza jest wędka niż ryba,
- o tym jak plantacje kawy należą do Belga,  którego relacje z mieszkańcami wioski są prostą kontynuacją kolonializmu,
- o tym jak Polak pamiętając komunizm zrozumie zwyczaje skorumpowanego do szpiku kości Kongo, 
- o tym jak Howard Buffet de facto płaci za modernizację tego regionu a prezydent Kabila junior tylko przecina wstęgi,
- o tym jak żołnierze rządowi po służbie napadają na domy pobierając okup i jak ich szpital oszczędzili, bo jednak dobrze leczą,
- o tym jak towary są szmuglowana do Rwandy i konieczności importowania nawet prostych produktów (cement, papier toaletowy), bo w Kongo jakoś nic się nie produkuje,
- o tym jak Kongijczycy szybko się uczą, a jedyny w szpitalu lekarz sam odebrał zagrożony poród swojej żony wzorowym cięciem cesarskim,
- o tym jak za dolary przywiezione z Polski (od ojca siostry Agnieszki) kupią antybiotyki,
- i o tym jak jeden Szymon Hołownia po cichu robi więcej dobrego dla wschodniego Kongo niż głośne organizacje pomocowe.


Musimy jechać,  bo dziś czeka nas długa droga. Siostra Agnieszka zajmuje się edukacją, a siostra Renata szpitalem - jednak imponują mi jednakowo. Bardzo. Gdyby Kościół składał się z takich ludzi... Eh. Na pewno kupię książkę Szymona Hołownia "Jak robić dobrze".


Jedziemy na południe z powrotem do Rwandy w kierunku znanego już przejścia granicznego w Gomie. Mijamy tereny bardzo niedorozwinięte i zaniedbane. Jedynym światełkiem jest fundacja H.Buffeta, która doprowadza bieżącą wodę i inicjatywa hydroelektrowni wspierana przez Virunga Alliance. Widzimy stawianie słupów do trakcji elektrycznej więc chyba się uda. Według planów ten region ma nawet generować nadwyżki prądu dzięki wykorzystaniu siły rzek w rejonie Jeziora Edwarda. Mam nadzieje, że odbędzie się to z poszanowaniem przyrody.


Przy drodze stoi armata, nalegam na stop. Okazuje się,  że jest to sowiecka artyleria kal.  122 mm wz.38 prawdopodobnie ściągnięta do Kongo w latach sześćdziesiątych. Podobne zdobywały Berlin w 1945. Pewne jest według Martina, że jeszcze dwa lata temu strzelali z niej partyzanci M23. Sami też oberwali i uciekli do Ugandy zostawiwszy armatę z uszkodzonym kołem.


Ponownie na przejściu granicznym w Gomie. W samym mieście zatrzymujemy się tylko na targu i kupujemy maskę. Kontrola na przejściu jest raczej pobieżna. Tak z grubsza czy nie mamy Eboli i nie przewozimy broni (głównie granatów).

  • 20160104 063153
  • 20160104 064119
  • 20160104 064200
  • Ei4a7876
  • Ei4a7881
  • Ei4a7885
  • Ei4a7888
  • Ei4a7892
  • Ei4a7898
  • Ei4a7899
  • Ei4a7911
  • Ei4a7917
  • Ei4a7918
  • Ei4a7923
  • Ei4a7925
  • Ei4a7929
  • Ei4a7945
  • Ei4a7950
  • Ei4a7954
  • Ei4a7958
  • Ei4a7979
  • Ei4a7983
  • Ei4a7994

Jedziemy bardzo krętą drogą na południe. Widać sporo robót budowlanych a większość  nadzorowana jest przez Chińczyków. Przy drodze rozciągają się połacie bananowców, pola ryżowe i plantacje herbaty. Pagórki pokryte zielenią przypominają trochę Sri Lanke.

Rozmawiamy o abp Hoserze i jego co najmniej niejasnym życiorysie związanym z przebywaniem w Rwandzie w czasie ludobójstwa.  Delikatnie mówiąc nie przejawił sporej dawki chrześcijańskich wartości.

Przy drodze jest sporo miejscowości i wszędzie ludzie idą poboczem niosąc na głowach najróżniejsze towary. Z powodu braku motoryzacji sporą część dnia prości ludzie poświęcają po psoru na chodzenie. To smutne.

Docieramy do bram parku Nyungwe Forest do lodży, która najlepszy czas ma już za sobą. Na szczęście mamy przed sobą białe wino.

  • 20160105 074311
  • 20160105 093010
  • 20160105 110055
  • Ei4a7996
  • Ei4a8007
  • Ei4a8009
  • Ei4a8010
  • Ei4a8022

Jak pójdzie gładko, to całe stadko. I z tą myślą wstajemy o czwartej rano, aby za nimi uganiać się po lesie. To trochę absurdalne i na razie nie wyobrażam sobie żadnego wysiłku. Sączę kwaśną kawę. Jest ciemno, ale nadspodziewanie ciepło.
Na wertepach i w promieniach wschodzącego słońca docieramy do miejsca startowego w gęstym deszczowym lesie.

Nasz ranger twierdzi, że rodzina ponad trzydziestu szympansów powinna być blisko. No to maszerujemy i faktycznie słychać ich odgłosy. No to maszerujemy szybciej i bingo. W tym lasie rosną wysokie i rozłożyste drzewa. Właśnie na jednym z nich jest czworo szympansów. Konsumują owoce i z imponującą sprawnością przemieszczają się po konarach i lianach. W zasadzie roślinożerne mają jednak słabość do jednego gatunku małp - Columbus. Potrafią sprawnie współpracować,  żeby zastawić zasadzkę i upolować taką małpę. Robimy zdjęcia zadzierając głowy,  ale bez teleobiektywów byłoby ciężko. Szympans ma w 94% zbieżne z nami DNA stąd z fascynacją obserwujemy ich gesty i zachowania. Podobno mamy szczęście,  że tak od razu wypatrzyliśmy rodzinę szympansów. Wprawdzie w parku jest ich pięćset,  ale na tak dużym górzystym terenie ich przypomina ciuciubabke.

Ten położony przy granicy z Burundi las to ich raj i niech tak pozostanie. Ciekawe także, że właśnie w tych górach mają początek obie wielkie rzeki Afryki - Nil i Kongo. Zatem tutejszy wododział symbolicznie spina cały kontynent.

My już przed dziesiąta rano jesteśmy z powrotem w lodgy. A  po lunchu z czystej ciekawości jedziemy do chyba najdroższej lodży w tej części Afryki. Położona pięknie na plantacji herbaty dobitnie uświadamia nam skromność naszej noclegowni.  Pocieszamy się rumem z maracuya doświadczając zwyczajowo urwania chmury po piętnastej. Okolicy jest przepiękna. Aż uderza zielenią.

  • 20160105 181113
  • 20160106 055142
  • 20160106 063137
  • 20160106 075919
  • 20160106 081655
  • 20160106 090413
  • 20160106 142716
  • 20160106 161613
  • 20160106 161804
  • 20160106 162027
  • 20160106 173248
  • 20160106 175051
  • 20160106 175215
  • Ei4a8027
  • Ei4a8041
  • Ei4a8045
  • Ei4a8060
  • Ei4a8070
  • Ei4a8078
  • Ei4a8094
  • Ei4a8096
  • Ei4a8107

Suniemy przez park Nyungwe i podziwiamy dziewiczą zieleń. Przy trasie spotykamy małpy i barwne ptaki. Są też towarzyszące nam wszędzie patrole policyjne. Rwanda ot w zasadzie państwo policyjne, ale przyzwyczailiśmy się już i daje nam to bezpieczeństwo. Poza tym samochód z białymi zawsze puszczają.  To nic, że zaraz za granicą w Burundi właśnie giną ludzie. Martin twierdzi, że "Jest tam spokojnie. Ale jeśli nalegasz to oczywiście Ciebie zastrzelą."

Po drodze nieskończone plantacje herbaty i ryżu. Co dziwne nie widzę nigdzie kawowców. Droga jest bardzo kręta i w pewnym momencie wysokościomierz pokazuje 2300m npm. Pojawiają się owce i długo-igłowe odmiany sosny.
Jednak nieubłagalnie zjeżdżamy i wracają plantacje bananowców, mango i roślin jednoznacznie upało-lubnych.

Docieramy nad Jeziora Kivu. Ten podłużny akwen słodkowodny jest najwyżej położonym jeziorem w Afryce (1460m npm) i stanowi naturalną granicę z Kongo. Z kolei położone nad nim miasto Gisenyi uchodzi za kurort pozbawionej dostępu do oceanu Rwandy. Pierwszy raz podjeżdżamy pod naprawdę dobry hotel.

  • Ei4a8115   kopia
  • Ei4a8116   kopia
  • Ei4a8123   kopia
  • Ei4a8124   kopia
  • Ei4a8136   kopia
  • Ei4a8141   kopia
  • Ei4a8143   kopia
  • Ei4a8166   kopia
  • Ei4a8168   kopia
  • Ei4a8181   kopia

Chillout 2016-01-08

Jest czysta pościel,  ręczniki,  szampony, nawet kapcie. Czyli nuda.

Wychodzimy na miasto chociaż nazwa jest mocno na wyrost. Deptak nad jeziorem obsadzony jest palmami na których koczują nietoperze. Pomimo dnia są wyraźnie pobudzone i hałasują. Głębiej w stronę lądu są rozliczne zabudowania i czerwone piaszczyste drogi na których bardzo się kurzy. Co dziwne są aż dwa w miarę przyzwoite szpitale. Ludzie tłumnie przed nimi siedzą co niechybnie oznacza izbę przyjęć. Słońce pali i samo Gisenyi okazuje się być mocno nieciekawe. Jako jedyni biali snuje się ulicami więc zawracamy.

W hotelu jest kilku białych,  ale zdecydowana większość to Afrykanie. Nie pływam w jeziorze ze względu na metan połozony pod warstwą wody. Podobno głęboko. W basenie tez nie pływam. W sumie to tylko lód pływa w drinkach.

Za to kończę czytać "Cząstki elementarne" Houellebecqa i myślę,  że to bardzo wnikliwy obserwator życia. Na pewno erudyta, ale też na pewno głęboko smutny. Na afrykańska noc mam "Lśnienie" Kinga i bardzo doceniam podświetlany ekran czytnika.

  • 20160108 102316
  • 20160108 102552
  • 20160108 103553
  • 20160108 113750
  • 20160108 181533

Coś poszło źle,  bo znowu wstajemy po szóstej rano. Tym razem jest plan, żeby zobaczyć rybaków wracających z połowów. Po małej wpadce organizacyjnej jesteśmy w ich zatoce, a łódki są na horyzoncie. Jedna po drugiej łodzie wracają na brzeg w rytm miarowych uderzeń wioseł i piosenek śpiewanych przez rybaków. Na lądzie kobiety rozpalają ogniska pod zwyczajowe śniadanie rybaków czyli zupę rybną z rybek Sambaza. Wkrótce nadciągną pierwsi kupcy, a właściciele łodzi będą negocjować ceny. I tak co dzień.


Pogoda się zmieniła podczas wieczornej burzy i teraz jest chłodniej i ciemnej. Dla mnie super. Idziemy do zwariowanej knajpy prowadzonej przez Amerykanina z Kalifornii, bo tu dają najlepsze sałatki (z hipsterskiego domowego ogródka) no i mojito. Jest bosko.

Leniwie snujemy się po hotelu, gdzie nawet czas płynie jakby wolniej. Na drinka czeka się pół godziny, na jedzenie całą. Smutek ostatniej nocy.

  • 20160108 182008
  • 20160109 080008
  • 20160109 080241
  • 20160109 082926
  • 20160109 084755
  • Ei4a8198
  • Ei4a8213
  • Ei4a8216
  • Ei4a8224
  • Ei4a8230
  • Ei4a8245

Pakujemy się. Wciskamy maskę między śpiwór a ubrania w nadziei, że doleci w jednej części. Przed hotelem widzę białego,  który upycha bagaże do Wranglera ... na niemieckiej rejestracji. Zaintrygowany zagadnę go. Reinhard jest szefem znana sieci siłowni, ale jego pasją są podróże. Przejechał już Syberię,  Pakistan, Iran, następnie nadał samochód statkiem do RPA. I teraz właśnie przebija się przez Afryka na północ. W sumie niedaleko podwójna bariera Sahary i Islamu, ale najwyraźniej facet twardy jest. Czuję zazdrość i chęć kupna samochodu terenowego...


Z powrotem do Kigali. Samolot jest dobrze po północy,  ale mamy plany. Najpierw targ rękodzieła Caplaki, gdzie chcemy kupić wyplatany z liści kosz. Jest to bardzo typowe dla Rwandy i nawet jego wizerunek znajduje się na fladze państwa. Zależało nam na kooperatywie Gahaya Links, ale ich stoisko jest nieczynne. Martin nakazuje nam zaciekle się targować więc to robimy. Poznajemy też Marcela, właściciela firmy, która zorganizowała nam wyprawę. Spędziłem wiele godzin na wyszukiwaniu lokalnych przedsiębiorców i układaniu planu wyprawy. No i ze sporymi trudnościami (kraj na czarnej liście) i wątpliwościami (czy jest uczciwy) wysyłałem dolarową zaliczkę. Zgodnie z oczekiwaniem Marcel okazał się być jowialnym facetem i już wstępnie omawiamy wyjazd do Południowego Sudanu, Ugandy i ... zresztą to na przyszły rok.


Zaglądamy do supermarketu i kupujemy zacne importowane wina. Ich cena jest sroga, ale da się coś dobrego wybrać. Jedziemy na spotkanie z Joanną Kos-Krauze, którą poznaliśmy przypadkowo w Gisenyi. Jej dom położony jest w Kigali i w dodatku blisko lotniska. Nasz lot z powrotem jest po północy więc szykuje się wspaniały wieczór.

Joanna de facto mieszka w Rwandzie od lat i właśnie kończy film "Ptaki śpiewają w Kigali", który ukaże się w Polsce już w tym roku. Jest też Aleksandra Bielska, która czuwa nad całością jako kierownik produkcji. Gotujemy pastę, pijemy drinki, otwieramy wina, podziwiamy mangowce i awokado. No i przede wszystkim rozmawiamy. O historii Rwandy, o tym jak się tu dobrze żyje i jacy mili choć bardzo nieufni są ludzie. O robieniu filmów, sytuacji w Polsce. No i tak po prostu o życiu. To jeden z piękniejszych wieczorów w moim życiu, a przecież tak przypadkowo wypadł.

Smutek oczekiwania na nudnym lotnisku, burza i turbulencje podczas międzylądowania w Ugandzie, szczęście międzylądowania w Stambule jeszcze przed zamachami, no i beznadzieja polityczna obecnej sytuacji Polski. Wróciliśmy, ale czuję, że w Rwandzie jeszcze będziemy.

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. archer46 (29.02.2016 20:18) 0 + -
    Wspaniała przygoda.Dzięki za przybliżenie mało znanej części Czarnej Afryki.
  2. pt.janicki (04.02.2016 23:46) +1 + -
    ...może nie tak do końca czarna jest Afryka, ale mało znana na pewno. Dzięki każdemu zdjęciu z tej podróży nieznana jest mniej!...
  3. marek55 (24.01.2016 8:27) +1 + -
    Taka przygoda to esencja podrozy.
  4. iwonka55h (23.01.2016 20:15) +2 + -
    gratuluję pięknej podróży i opisów, brakuję jedynie podpisów pod zdjęciami.
  5. jolrop (23.01.2016 9:33) +3 + -
    Tekst świetny, bogactwo szczegółów codziennego dnia. Zdjęcia zostawiam na później i na pewno jeszcze wrócę, aby na spokojnie podelektować się opisem. Mnie ten kierunek i tematyka wycieczki nie interesuje, więc tym bardziej ciekawe jest Twoje spojrzenie. W czasie ostatniej wycieczki w grupie był pan, który drugi raz wybiera się, aby zobaczyć goryle. Coś musi w tym być. A informację o misji sióstr, może warto nagłośnić, aby je wspomóc? Tam każda złotówka się liczy. I może udałoby się nam, Kolumberowiczom, zrobić razem coś dobrego. Tak jak Szymonowi, bez zadęcia i rozgłosu. Pozdrawiam.
  6. koniczyna (18.01.2016 21:34) +6 + -
    I to się nazywa podróż przez duże "P". Gratuluję wyboru kierunku!
    Podczas lekturki, ciary przechodziły mi po ciele a czasem i włos jeżył mi się na głowie....
    Podziwiam za odwagę! Zazdroszczę kondycji, bo trekking w takich warunkach to nie byle co...
    Spotkania z gorylami i szympanasami, bezcenne chwile!
    Wspaniała przygoda!
    Pokazałeś miejsce nietuzinkowe, dzięki Ci za to.
    Pozdrawiam serdecznie.


  7. hooltayka (18.01.2016 18:33) +5 + -
    Wspaniała podróż i wspaniała przygoda!
    Bajka!
    Świetnie się czyta Twój tekst.
    Maleńki minusik to brak opisu do zdjęć.
    Gratuluję spotkania z gorylami!
    Pozdrawiam-)

michal.paprocki

Michał Paprocki
Punkty: 30682