Ładuję...

kolumber.pl


To pierwszy tak technologiczny wyjazd. Bilet kupiony w internecie wyświetla się w poczcie Google podając bramkę i czas odlotu. Hotel zarezerwowany w Booking przypomina o numerze rezerwacji i przy okazji przesyła przewodnik po mieście i prognozę pogody. Także Dreamliner pomaga skrócić czas przelotu do ośmiu godzin. Raptem godzinę dłużej niż w Bieszczady ;-)

Na pokładzie iście amerykańskie podejście do historii. Prezydent Lincoln zamiast ratować Unię podczas wojenny secesyjnej biega z siekierą polując na wampiry. Myślę, że interesująca byłaby adaptacja na przykład z Piłsudskim. Manhattan dostrzegam tylko dzięki sprawnemu przyczajeniu, ponieważ w zachodzącym słońcu i przy zachmurzeniu majaczy tylko w oddali.

Za to lotnisko JFK możemy poznać lepiej, bo kontrola paszportowa zabiera godzinę. Odbiera nas R. i suniemy przez Queens w kierunku Manhattanu. Im bliżej tej wyspy tym bardziej gęstnieje ruch i pomimo północy panuje spory zgiełk i mega korek. Wszyscy prezentują się jak w amerykańskich filmach, szczególnie policjanci, więc chyba jesteśmy na miejscu. Hotel położony nieopodal Times Square jest jakby w centrum tego harmidru, ale i tak zasypiamy szybko.

Udąło się pospać aż do piątej rano. Na dole na ulicy jest jakby spokojniej chociaż to miasto faktycznie nigdy nie śpi. Idziemy przez Time Square skąpany wciąż w neonach i lądujemy w Starbucks. Okazuje się, że tutejsze rozumienie falt white to wiadro (pół litra) wody i mleka. Powinno być jeszcze ostrzeżenie dla alergików: „Może zawierać śladowe ilości kawy”.

No nic. Idziemy przez Broadway, który o tej porze jest raczej skupiskiem bezdomnych. Naszym celem jest Empire State Building i jesteśmy dużo przed otwarciem. Chłodny poranek nie odstrasza turystów, którzy przybywają w tempie geometrycznym. Niemniej nam udaje się bardzo sprawnie znaleźć na górze i obserwować panoramę Manhattanu o poranku. Wprawdzie zbudowana na miejscu World Trade Centre wieża Freedom Tower jest wyższa, ale stary dobry Empire daje wspaniałe widoki.

Za to metro to smutny widok. Raczej sceneria horrorów klasy C ze smrodem, kapiącą wodą i obłupanymi kafelkami. To spore zaskoczenie, a dla turystów z Japonii chyba rustykalna atrakcja sama w sobie.

Spacerujemy piątą aleją w kierunku parku. Mijamy szykowne skelpy, bo ten adres mają chyba wszystkie ekskluzywne butiki. Jednak po jakimś czasie okazje się, że idziemy w niewłaściwą stronę i tym samym nawiązujemy pierwszy kontakt z taksówkami. Są żółte, radosne i wszędobylskie, a okazuje się, że także tanie.

Przelatujemy od razu do Metropolitan Museum of Art (MET) i dzięki internetowemu biletowi znowu unikamy tłumów. W charakterystyczny dla siebie sposób wybieramy ekspresowe zwiedzanie, ale i tak obezwładnia nas mix obrazów, rzeźb, grafiki, naczyń, zbroi i dekoracji pochodzących z całego świata. Naprawdę robi to duże wrażanie.

Wyskakujemy do Central Parku i tutaj mieszane uczucia. Z jednej strony kwitną magnolie i ogromny park daje dobre schronienie w tym dużym mieście. Ale z drugiej strony spora część jest zabudowana z ulicami, betonem i tłumami ludzi, którzy jadą, biegną i idą we wszystkich możliwych kierunkach. Idziemy przez park w kierunku Timse Square po drodze wpadając na lunch. Wybieramy modny lokal i zamawiamy sałatki. Ponownie okazuje się, że definicje są szalenie pojemne. Moja sałatka to inspirujący kolaż bekonu, jajek i żółtego sera. Nutę serca faktycznie stanowi coś zielonego, ale to raczej nieinwazyjny dodatek.

Jest lekko chłodno przez wiatr, ale temperatura ma raczej rosnąć. Jetlag trochę nas obezwładnia, ale może to wino? W Hard Rock Cafe zamawiam Long Island i urocza barmanka chwyte w swe mocne dłonie trzy butelki i leje od serca. Nie zauważyłem europejskiej tendencji do skrupulatnego odmierzania po 40ml. O nie! To jest drink, w krótym nie ma już miejsca dla nie-alkoholu. Jego moc pozwala spędzić cały wieczór bez repety. Za to późniejszym wieczorem lądujemy w Bubba Gump Shrimps czyli lokalu z krewetkami inspirowanemu filmem Forest Gump. Odwiedza nas R, i gadamy o życiu. Czyli rozwodach, kontroli podatkowej i życiu w Stanach. Wracamy do hotelu przedzierając się przez bardzo zatłoczony Times Square. Pomimo jedenastu stopni sporo kobiet stawia na wielkomiejską modę i gołe nogi. Za to panuje jasność jak w słoneczny dzień, ponieważ wszędobylskie neony mają potężną moc. W sumie nie da się wywnioskować czy to południe dnia czy północ.

  • Ei4a6740
  • 20150502 072922
  • Ei4a6741
  • Ei4a6744
  • Ei4a6745
  • Ei4a6746
  • Ei4a6747
  • Ei4a6748
  • Ei4a6749
  • Ei4a6750
  • Ei4a6757
  • Ei4a6761
  • 20150502 092900
  • Ei4a6764
  • Ei4a6792
  • Ei4a6796
  • Ei4a6807
  • Ei4a6808
  • Ei4a6810
  • Ei4a6815
  • Ei4a6819

Pospaliśmy tęgo. Do siódmej. W telewizji jest sporo relacji z pobliskiego Baltimore, gdzie podczas interwencji policyjnej ginie czarnoskóry. Widzimy rosnący tłum jego kolegów, mają w rękach różne przedmioty i nie wspominają o chrześcijańskim przebaczeniu. Za to pani w studio informuje nas, że temat jest grubszy, bo aż jedna trzecia czarnoskórych amerykanów podczas swojego życia trafia albo ociera się o więzienie. Niestety lata niewolnictwa, które pozwoliły tak szybko rozwinąć bogactwo rolniczych stanów południowych w XVIII wieku, a następnie bogactwo przemysłowe stanów północnych na początku XIX wieku, mają teraz spore konsekwencje.

Ranek jest chłodny, ale słoneczny. Znaleźliśmy miłe miejsce na śniadanie, gdzie znają pełnoziarniste pieczywo i świeżo wyciskane soki. Uspokoiło to nas, bo większość miejsc serwuje właściwie wyłącznie cukier i tłuszcz.

Czekamy, razem ze szczurami, w metrze i po sprawnym transporcie wysiadamy wprost na dolnym Manhattanie dosłownie wychodząc na Ground Zero. Pozostałości po WTC to teraz wielki pomnik ofiar terroryzmu, a także bohaterstwa strażaków. Aż do nieba sterczy już Freedom Tower, a wyrwę w morzu biurowców wypełniają już nowe budowy. Za to podchodzące do lądowania samoloty (pewnie z Newark) wyglądają niepokojąco blisko drapaczu chmur i przywodzą niewesołe wspomnienia.

Jest bardzo turystycznie, a my na promie płynącym w kierunku Statuy Wolności. Ten francuski amerykański symbol ma się dobrze i stwarza okazje do super zdjęć panoramy dolnego Manhattanu. Robimy rundkę i robi się bardzo ciepło i słonecznie. Dlatego z powrotem na lądzie szukamy miłego zaułka. I znajdujemy takowy na Stone Street, gdzie trafiamy do meksykańskiej tawerny, która akurat obchodzi jakieś meksykańskie święto (Cinco de Mayo jako de facto dzień kultury meksykańskiej w USA). W patriotycznym uniesieniu zamawiamy olbrzymią Margharitę dodatkowo wzmocnioną piwem Corona. Przyznam, że kolejny raz jestem pod wrażeniem drinków w USA. Spożywamy sobie niespiesznie, a na koniec jakby trudniej się podnieść.

Niemiej idziemy a następny przystanek to Wall Street. Ten symbol kapitalizmu obecnie ma chyba bardziej sentymentalne znaczenie. Vis a vis budynku giełdy jest stary ratusz, miejsce zaprzysiężenia pierwszego prezydenta. I faktycznie na wielkim krześle siedzi spoglądająca w dal postać Jerzego Waszyngtona. To nic, że Nowy Jork był stolicą nowoutworzonego państwa tylko półtora roku.

Znowu w metrze kierujemy się na Brooklynu. Stamtąd spacerujemy w kierunku słynnego Mostu Brooklyńskiego, ale z niego podziwiać panoramę Manhattanu. Faktycznie jest klawa, ale samo przejście zatłoczonym mostem zajmuje dłuższą chwilę. Jest cudownie, a nawet za gorąco. Jeszcze tylko krótkie zakupu w TK Maxx i 21 Century. Uff!

Tym razem z metra wysiadamy na starym dworcu Grand Central. Ten imponujący gmach wciąż robi wrażenie, a jest zarazem ogramny jak i bardzo zadbany. To miły kontrast z przystankami metra. W pobliżu księgarnia Barnes and Noble, jeszcze zanim wykończy ją Amazon, i zakupiłem New Yorkera (rozczarowanie) i historię Stanów Zjednoczonych (bardzo ciekawa). Już lekko orientując się w topografii przecinamy łukiem piątą aleję i oskrzydlamy Times Square, aby spokojnie wrócić do hotelu na zupełnie kamiennych już nogach. Dzisiaj, podobnie jak wczoraj przeszliśmy prawie dwadzieścia kilometrów.

  • Ei4a6832
  • Ei4a6834
  • Ei4a6839
  • Ei4a6840
  • Ei4a6843
  • Ei4a6849
  • Ei4a6860
  • Ei4a6876
  • Ei4a6877
  • Ei4a6885
  • 20150503 134316
  • Ei4a6892
  • Ei4a6911
  • Ei4a6893
  • Ei4a6901
  • 20150503 144910
  • 20150503 144756
  • 20150503 145508
  • 20150503 120702
  • Ei4a6912
  • Ei4a6916

Przedwczoraj był górny Manhattan, wczoraj dolny, więc dzisiaj atakujemy środek wyspy. Dzisiaj środek wyspy. Celem jest Soho, Tribeca i Nolita, bo tutaj wszystkie dzielnice mają klawe nazwy. Wcześniej jeszcze „Don't panic, we are organic” czyli nasza śniadaniownia. Skończył się weekend, więc naulicach oprócz turystów pojawili się faceci w garniturach. Lekko za dużych i oldschoolowych, ale i tak prezentują się szykownie. My zamawiamy kawę bardzo dokładnie opowiadając, że nie ma to być wiadro wody, ale mocne espresso. Udało się.

Górna część piątej alei to świątynia konsumpcji. Kręcimy się czekając na otwarcie Metropolitan Museum of Modern Art. (MoMA) i udaje mi się kupić chociaż bluzę z kapturem. Ale jednak z piątej alei. Sama MoMa okazuje się być bardzo ciekawa więc ze sporą ciekawością przemierzamy korytarze. Obok Picassa czy van Gogha są też perełki. Moim hitem jest instalacja „Strzał ze strzelby”. Jest to mur bez żadnego śladu, ponieważ jak informuje artysta „Maluje odbiorca a nie artysta” i to każdy zwiedzający musi sobie samodzielnie wyobrazić dziurę po kuli. Wpadamy jeszcze do Andiego Warhola po drodze podziwiając różne izmy jak np. dadaizm i spadamy.

Metro przenosi nas wprost do SoHo. Niegdyś ta zaniedbana dzielnica artystów przeszła kolejną metamorfozę. Wciąż uchowały się tu niewysokie ceglane kamienica z charakterystycznymi metalowymi schodami na zewnątrz. Niemniej miejsce artystów i bardów zostało przejęte przez luksusowe butiki. Miejsce stało się bardzo modne więc rosnące czynsze wykurzyły pierwotnych mieszkańców. Obecnie jest tu bardzo miło, ale na płacenie ponad dziesięć tysięcy dolarów miesięcznie za nieduże mieszkanie stać niewielu.

Spacerujemy dalej omijając turystyczne Chinatown i Little Italy, aby wylądować na lunch w Nolita. Ta dzielnica o wszystko mówiącej nazwie North of Little Italy jest dużo bardziej autentyczna i spożywamy tu świetne hamburgery. Popijając różowe wino kontemplujemy życie ulicy.

Następnie idziemy w kierunku Washington Squre, gdzie mieści się campus New York Stern University. Faktycznie żaków jest cały tłum i szczelnie wypełniają trawniki w parku. Jest też dużo freaków z których każdy ma jakieś niesamowite objawianie i w ekstazie chce oświecać innych. Wieńczący plac łuk triumfalny stanowi zarazem początek piątej alei.

Znowu w metrze, którym pokonujemy aż 121 ulic, aby wysiąść na Harlemie. Zaiste zmieniło się od czasów pierwszych holenderskich osadników. Zmienia się zasadniczo struktura mieszkańców i białych jest jakby zdecydowanie mniej. Idziemy śmiało w kierunku Apollo Theater, który czasy świetności miał już w okresie Louisa Armstronga. Jest to legenda muzyki, ale w środku dnia nie jawi się wyjątkowo. Szukamy trochę grafiki i sztuki ulicznej, ale nie udało się. Wracamy, bo nie jest to miejsce gdzie chcemy spędzać wieczór.

Długa podróż metrem staje się nieoczekiwanie bardzo ciekawa. Zagaduje nas kobieta i dzieli opowieścią życia. Wcześnie wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim decyduje się na emigrację zarobkową. Szuka stałej pracy „do emerytury” i trafia się taka posada. Na Bronxie w szkole dla czarnych upośledzonych umysłowo. Jest jednak twarda i zaczyna. Jej opinie są już mocno radykalne. „Trzeba ich sterylizować. Oni tylko proszki i prostytuacja. I wtedy rodzą się dzieci upośledzone i oni dostają na takie dziecko po 2,5 tysiąca dolarów miesięcznie i znowu proszki i upośledzone dziecko. I tak mają po kilkoro dzieci i są super ustawieni finansowo. Śmieją się ze mnie, że niby taka wyedukowana jestem, a to im jest lepiej w życiu. A w ogóle to schowajcie zaraz ten aparat, bo to cud że nikt was nie zaczepił”. I tak z wypiekami na twarzy wracamy do midtown wysiadając przy ruchliwym Columbus Circus. Ze swojego postumentu spogląda Krzysio Kolumb na ogrom miasta, którego pewnie nawet by nie wyśnił pierwszy raz przybywając do „Indii”.

Wieczorem wybieramy się do Chelsea, kolejnej modnej dzielnicy w zachodniej części Manhattanu. Na sam zachód słońca trafiamy nad brzeg rzeki Hudson i obserwujemy licznych biegaczy i ćwiczących na wolnym powietrzu. My szwendamy się po ładnych uliczkach z kamienicami identycznymi jak w serialu „Seks w wielkim mieście”, aby wylądować we włoskiej knajpie z ekologicznym jedzeniem. To ważne, bo ogólną zasadą jest GMO i 88% żywności w USA zawiera przynajmniej jeden składnik modyfikowany genetycznie. Na szczęście nasze sałatki i wino są czyste.

Uber działa bez zarzutu więc przerzucamy się z powrotem do hotelu, aby tym razem wejść od tyłu. Przywitałem się z czarnym kolegą zapoznanym wcześniej i wpuścił nas do klubu. W zasadzie to plątanina ciemnych korytarzy zakończona windą. Ale za to winda zabiera nas na dach, gdzie urządzony jest klub. Nie to, żeby oprócz nas było sporo białych, ale jest wspaniale. Z szesnastego pięta podziwiamy miasto-las wieżowców. NA tej wysokości jesteśmy wciąż na poziomie runa leśnego, a lśniące wieże i barwne neony świetnie komponują się z muzyką i drinkami. Można powiedzieć: high life.

  • Ei4a6921
  • Ei4a6925
  • Ei4a6926
  • Ei4a6929
  • Ei4a6931
  • Ei4a6934
  • Ei4a6935
  • Ei4a6937
  • 20150504 112411
  • 20150504 112006
  • Ei4a6940
  • Ei4a6941
  • Ei4a6942
  • Ei4a6945
  • Ei4a6949
  • Ei4a6952
  • Ei4a6954
  • Ei4a6955
  • Ei4a6957
  • Ei4a6959
  • Ei4a6966
  • Ei4a6951
  • Ei4a6953
  • 20150505 134128
  • 20150505 141856
  • 20150505 142058

Jedziemy do New Jersey, ale wymaga to lekkiej logistyki. Niemniej mamy tam temat służbowy, więc dajemy radę. Dolny Manhattan z tek perspektywy prezentuje się także okazale, a niesamowity jest ruch w powietrzu. Obserwowałem przez dłuższą chwilę, że w każdym momencie nade mną przelatywały przynajmniej cztery helikoptery. Chyba alternatywa dla taxi i faktycznie sprawdzam, że jest opcja Uber Chopper. W gazetach są informacje o policji i czarnych. Np. wczoraj młody policjant został zastrzelony w Queens  i jest to prawie codzienność. Nawet widziałem plakaty z numerem telefonu, gdzie mają zgłaszać się świadkowie strzelania do policjantów. Ot taki miejski sport najwyraźniej. Wprawdzie miasto dzięki burmistrzowi Rudiemy Giulianiemu odeszło znacząco od czasów „Gangów Nowego Jorku”, ale wciąż strzelaniny w gorszych dzielnicach są częste.

Lunch już z powrotem na Manhattanie i ponownie w barze organic. Ale my wsiadamy do metra w kierunku lotniska. Będzie brakowało Big City Lights, ale z drugiej strony w takim zgiełku i bałaganie nie jest łatwo żyć.

  • Ei4a6968
  • Ei4a6979
  • Ei4a6980
  • Ei4a6984
  • Ei4a6994
  • Ei4a6996
  • Ei4a6998
  • Ei4a6999
  • Ei4a7000
  • Ei4a7004
  • Ei4a7008
  • Ei4a7010

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. turysta1310 (23.06.2015 17:48) 0 + -
    Nie lubię wielkich miast / USA ... i in. / . Co tam jest ciekawego ... beton i szkło .. .

    Pozdrawiam Tadek
  2. hooltayka (15.06.2015 19:05) +1 + -
    Nie moja bajka.Nie lubię wielkich miast.
    Nie mogłabym w takim mieście mieszkać.Moja koleżanka jest już wiele lat w NY i jest zachwycona.
    Ja wolę je oglądać na zdjęciach.
    Ciekawa podróż i równie ciekawie opisana.
    Pozdrawiam-)
  3. iwonka55h (31.05.2015 19:30) +2 + -
    witaj Michale, cieszę się, że do nas zajrzałeś.
    Podróż ciekawa i fajnie opisana.

michal.paprocki

Michał Paprocki
Punkty: 30682