Ładuję...

kolumber.pl


Prolog 2013-12-01

Wieczór, rano wylot do Tokio. Postanowiłem oglądnąć "Cesarza", żeby wejść w klimat. Film słaby, ale dwie kwestie dla mnie ciekawe. Uświadomiłem sobie jak bardzo miasto zostało zniszczone przez naloty amerykańskie. Bomby zapalające spowodowały rozległe straty wypalając większość budynków.

Druga sprawa to Japończyk tłumaczący Amerykaninowi, że Japonia ma dwie warstwy. To co widzimy i nie jest prawdziwe oraz to co jest prawdziwe głęboko, ale tego nie zobaczymy. Kończy mówiąć: "Nigdy nie zrozumiecie tego kraju".

 

>>> Bardziej multimedialne spojrzenie na Japonię http://magdalenakrukowska.wordpress.com/ <<<

Lotnisko jest czyste i przyjemne, a formalności poszły gładko. Godzinę po lądowaniu jestem już w Narita Express i podziwiam bambusowe zagajniki. Jest ciepło i czuję się jakby mnie ktoś teleportował z powrotem do początku października. Obok siedzi Japończyk koło pięćdziesiątki i czyta. Właściwie to przegląda komiks manga, gdzie dziewczynka znacznie młodsza niż jego córka jest siekana mieczam na wiele kawałków. Sporą część stron pokrywa krew. A odziany w elegancki garnitur pan ze spokojnym skupieniem czyta.

Zmiana pociągow na Tokyo Station poszła sprawnie, pomimo ogromu tego kompleksu. Wysiadam na Shimbashi i przebijam się do pobliskiego hotelu. Spotkanie z Madzikiem. Bezcenne.

Wychodzimy na miasto do pobliskiej dzielnicy Ginza. To zagłębie handlowe, znane głównie z ekskluzywnych butikow. Faktycznie zagęszczenie luksusowych marek jest znaczące. Szukamy miejsca na lunch, gdzie nie trzeba zostawić wagonu jenów. W jednej z bocznych uliczek jest bar z zupami Soba. Zamawia sie w automacie i tutaj w pełni odczuwa się rozpacz nierozumienia absolutnie niczego. Pomaga nam przyjazny kucharz i za chwile siorbiemy zupę. Dokładnie tak to się odbywa. W klaustrofobicznym lokalu są sami faceci w garniturach i w większości na stojąco siorbią makaron z zupy. Bardzo wyraźnie słychać, że im smakuje. My zupełnie po chamsku spożywamy bezgłośnie podziwiając kakofonie.

Następny punkt to wywiad, który M. ma w centrali jednego z koncernów zajmujących się elektroniką. Zostałem w lobby i podziwiam spotkania biznesowe. Przy okolicznych stolikach odbywają się spotkania gości z pracownikami tej firmy. Niesamowita jest etykieta. Uczestnicy witają się już z oddali glębokimi pokłonami. Następnie podchodzą do siebie na odleglość metra i z namaszczeniem wyciągają wizytówki. Następuje uroczyste przekazanie połączone z kolejnymi skłonami. Jeśli jedna osoba przedstawia sobie dwie pozostałe to kłania się razem z witającymi się. Absolutnie żadnych bezpośrednich kontaktów dłonią. Następnie jedna osoba prezentuje na laptopie, a druga grzecznie potakuje i potwierdza krótkimi okrzykami. Skupienie sugeruje, że właśnie zapoznaje się z eliksirem na nieśmiertelność. Pożegnaniu także towarzyszy ciąg ukłonów, czasem czterokrotnych.

Metro jest skomplikowane, ale przyjazne zarazem. Udajemy sie do dzielnicy Asakusa, gdzie znajduje się Sensoji, jedna z najstarszych świątyn Tokio. Pierwszy raz spotykam białych, łącznie kilku kręcących się przy straganach Nakamise Dori. Sama światynie jest ładna, ale otoczona przez zwartą zabudowę nowego miasta. Poza tym pierwotny budynek z siódmego wieku został całkowicie zniszczony w 1945 i odbudowany z datków społeczeństwa.

Z powrotem w hotelu. Z 31 piętra rozciąga się naprawdę niesamowita panorama na drapacze chmur i Tokyo Tower. Siedzimy w samym oknie i dosłownie u naszych stóp widać bezkresne miasto rozjaśnione swiatłem neonów. Czegoś takiego nie widziałem.

  • Jap20131202 101543
  • Jap20131202 195003
  • Jap20131203 071326
  • Japimg 4371
  • Japimg 4391

Budzimy się rano i niespodzianka. Oprócz morza drapaczy chmur widąc wyraźnie górę Fuji. Ośnieżony płaski szczyt tego wulkanu daje niesamowite tło dla nieziemskiej i tak panoramy miasta. Kontemplujemy pijąc kawe z prażonego ryżu.Niesieni tłumem wychodzimy z hotelu innym wyjściem i odkrywamy podziemne miasto. To nie są przejścia podziemne przy dworcu centralnym, ale pełnowymiarowe miasto. Oprócz poziomu ulicy jest poziom podziemny b1 ze sklepami i poziom b2 z podziemnym przejściem łączącym nas z innymi hotelami, trzema stacjami metra, centrum handlowym i dworcem kolejowym. Z kolei nad poziomem ziemi jest dodatkowy poziom korytarzy nad ulicami, które również łączą okoliczne budynki, a nad tym poziom plus 2 na którym rozciągnięte są tory kolejowe. Czyli miasto ma łącznie pięć warstw z których gęsto wystrzeliwują smukłe wysokościowce. Taki kompleksowy ekosystem stworzony przez człowieka.

Ten ekosystem ma mieszkańców z trzech grup. Pierwsza to sarariman czyli mężczyźni w garniturach pracujący praktycznie w trybie 24/7 w rozlicznych biurowcach. Niestety przypominają armię klonow kiedy równymi rzędami beznamiętnie kroczą w strumieniach ludzi. Druga grupa to ich żeńskie odpowiedniki w garsonkach i na wysokich obcasach. Rownież mrowisko. Trzecia grupa to młodzież i tutaj z kolei nie ma żadnych barier w ubiorze. Tradycyjna koncepcja stylu i doboru garderoby traci na wszelkim znaczeniu. Zdecydowanie trzecia grupa składa się z maksymalnie niepowtarzalnych osobników i występują tu wszelkie możliwe kolory.

Pociąg do Nikko wbrew podchwytliwej nazwie nie jest wcale pospieszny. Raczej leniwie próbuje oswobodzić siś z tkanki miasta. Wyjeżdża z aglometracji Tokio prawie godzinę i dopiero po tym czasie rozluźnia się zwarta zabudowa i widać miejsca, kore nie sa w 100% zurbanizowane. Mijamy wioski i zagajniki drzew stopniowo nabierając wysokości. Kończymy już w podgórskim klimacie co wyraźnie czuć w temperaturze. Położony na obrzeżach wioski Nikko kompleks świątyń zbudowanych przez Tokugawa Ieyasu (ten na którym wzorował sie James Clavel w powieści Szogun) jest wart odwiedzenia. Całość, z najsłynniejszą świątynią Toshogu, jest położona w lesie z olbrzymimi XVII wiecznymi cedrami i robi niesamowite wrażenie. Świątynie są pogato pokryte płatkami złota i licznymi zdobieniami. Obok jest pięciopiętrowa pagoda, brama tori, a do kompleksu prowadzi świety most Shinkyo.

Wracamy pociągiem i muszę napisać jak wygląda przesiadka, która trwa niecałą minute. Na peronie sa oznakowania, które pokazują gdzie dokładnie zatrzymują się drzwi danego wagonu i ludzie ustawiają się grzecznie według tych symboli.

Za oknami wiejski klimat szybko przechodzi w zwarte przedmieścia. Uderza gęstość zabudowy, ponieważ niektóre budynki oddziela mniej niż pół metra. Oczywiście w tych prześwitach w obydwu budynkach są okna. Pewnie łapią troszkę światła.

Szybka drzemka w hotelu, bo jednak jetlag dopada. Potem wypad do dzielnicy Shinjuku słynnej z życia nocnego i uciech cielesnych. Faktycznie tłumy są bezkresne, a Kabukicho to klaster domów publicznych. Sporym zainteresowaniem cieszą sie lolitki w białych podkolanówkach i szkolnych mundurkach. A także ich rowieśnicy płci przeciwnej. Jest dużo dyskretniej niz w Bangkoku, ale schemat podobny.

Następna dzielnica to Shibuya, gdzie przed stacją odnajdujemy pomnik psa Hachiko. Jest to znana historia z lat dwudziestych, kiedy pies codziennie rano odprowadzał swojego pana na pociąg a wieczorem po niego wychodził. Niestety właściciel tragicznie zmarł czego pies nie mógł zrozumieć. Dlatego codziennie wieczorem przychodził na dworzec i w umówionym miejscu siedział wiernie czekając. Robił tak dziesięc lat, dopóki sam nie padł. Wzruszeni mieszkańcy byli zgodni co do upamiętnienia psa pomnikiem. Obecnie jest to miejsce spotkań nastolatkowów i faktycznie cała dzielnica Shibuya to ich mekka. Tłum niesie nas do przejścia dla pieszych, które ma z pięćdzisiąt metrów szerokości. Morze osób przechodzących na zielonym świetle wygląda niesamowicie i zostało ciekawie uwiecznione w filmi Sofii Coppoli "Między słowami". Faktycznie można sie zagubić w takim skupisku, ale śmialo ruszamy deptakami uginającymi sie od kawiarni, sklepów, barów z automatami itd. Jest północ w środku tygodnia, ale nie sposób wsadzić szpilki. Wrażenie robi rewia mody. Doprawdy niesamowite jest łączenie stylów i barw, zupelnie niezależne od pogody, miejsca i ... całego swiata. Zastanawiam się nad trudnym losem japońskich projektantów mody. Jak oni w ogóle mogą czymś intrygującym jeszcze zaskoczyć?

Za to ostatnie metro jest pełne sararimanów. Tutaj są dwa możliwe zachowania. Albo trzeba nieustannie wpatrywać się w telefon, gdzie są gry i komiksy manga. Albo można spać wykorzystując nadażającą się okazję. Praktycznie wszyscy grają albo spią. Jest zupełna cisza mimo wielkiego tłoku.

  • Jap20131203 121655
  • Jap20131203 124032 blog
  • Jap20131203 130753
  • Jap20131203 133850
  • Japimg 4368
  • Japimg 4369
  • Japimg 4370
  • Japimg 4376
  • Japimg 4380
  • Japimg 4383
  • Japimg 4388
  • Japimg 4389
  • Japimg 4390

Teraz o posiłkach. Dobre śniadanie to onigiri. Są to trójkątne "bułeczki" z ryżu nadziewane tuńczykiem, warzywami czy po prostu sosem sojowym i zawinięte w wodorosty nori. Taki zielony pakunek na kilka gryzów. Pyszne i tanie, chcociaż nigdy z góry nie wiadomo co będzie w środku. Natomiast dobry lunch to bento. Jest to tacka z sushi, sashimi, warzywami, owocami morza i kuleczkami mięsa.

Najlepiej smakuje w pociągu shinkansen, którym pojechaliśmy na południe. Ten szybki pociag zabrał nas do Kobe, gdzie mamy mieszkanie-bazę wypadową. Na pokładzie, bo jest to praktycznie lądowy samolot, są stewardesy. Niesamowite jest to, że każdorazowo wchodząc do wagonu kłaniają się nisko pozdrawiając wszystkich pasażerow. Bardziej niesamowite jest to, ze wychodząc z wagonu obracają się z powrotem i robią to samo. Nie inaczej konduktor.

Kobe jast bardzo przyjazne i nie ma przygniatającej wielkości Tokio. Na przykład z dworca wychodzi się po prostu na zewnątrz. Nie ma plątaniny korytarzy, rożnych poziomów, zintegrowania z kilkoma liniami metra i centrami handlowymi. Klimat też bardziej morski, wyraźnie chłodniej niż w Tokio.

Mieszkanie jest położone wysoko na wzgórzu Rokko i trzeba dobrze pokierowac taksówkarzem, żeby trafił. Adres napisany na kartce jest niedużym ułatwieniem, ponieważ kierowca cały czas prowadzi z nami konwersację. Pyta, odpowiada sobie, oznajmia itd. Szkoda, że po japońsku, ale jemu to nie przeszkadza.

Krótka wizyta na pobliskim uniwersytecie. Michiko, akademicki opiekun stypendium Magdy, jest wyraźnie zadowolona otrzymaną puszką krówek. Potem w dół do centrum. Naprawdę w dół, bo jest stromo. Centrum jest przyjazne i aż roi się od małych i przytulnych knajpek. Nie możemy się oprzeć tajskiej, taki sentyment. Włóczymy się trochę, ale to taki rekonesans dla mnie. Wieczorowe umeshu smakuje niezmiennie dobrze.

Szybki transfer z Kobe do Kioto dzięki bardzo gęstej siatce pociągów. Potem nieco niekonwencjonalnie od razu opuszczamy Kioto i jedziemy na obrzeża do Arashiyama.

Miasteczko jest położone przy rzece i u podnoży wzgórz czyli ładnie. Jest grudzień, a aurę mamy z początku października. Czternaście stopni i mocne słońce. Zagłębiamy się w historyczne atrakcje kierując się do świątyni Tenryu-jiten. Czternastowieczny kompleks ufundowany przez szoguna był jednym z pierwszych ośrodków buddyzmy zen w Japoni. Obecnie zachwyca starannym zaplanowaniem, ponieważ zawiera klasyczny ogród japoński.  Przy miękkim słońcu podziwiamy nie tylko architekturę, ale też piękne czerwone liście. Zaraz w pobliżu ulokowany jest bambusowy las. Strzeliste drzewa robią wrażenie rosnąc gęsto i niemal do nieba. Bardzo przyjemny spacer. Tak powinien wygladać każdy grudzień!

Ciekawostką Japoni są automaty z napojami. Tutaj są praktycznie wszędzie a w dodatku mają nie tylko napoje zimne, ale też ciepłe. Niebieskie rzędy to zimne coca cole tego świata, a czerwone rzędy to ciepłe herbaty np. zielona z mlekiem albo kawy np. ryżowa z soja.

Kolejne wyzwanie ze skomunikowaniem autobusów, ale o dziwo znowu się udaje. Kierujemy sie do Złotego Pawilonu w Kioto, ale po drodze wypatrzyliśmy piękną bramę. Spontaniczny przystanek jest strzałem w dziesiątkę. Światynia Ninnaji jest oazą spokoju idealnie komponując się z pagodą, bramą i ogrodem. Spotykamy grupkę uczniów szkolnych, którzy uczą się angielskiego. Zadaja nam kilka pytań czytając poprawnie, a my wpisujemy się im do dzienniczka. Wydają się być zachwycone spotkaniem.

Nastepny przystanek to swiatynie Rokuon-ji zwane po prostu Kinkaku czyli Zloty Pawilon. Glowny obiekt faktycznie pokryty jest zlota farba i przy zachodzacym sloncu prezentuje sie godnie. Ten czternastowieczny pawilon kryje podobno szczatki Buddy, ale przyznam ze w roznych krajach mielismy podobny przekaz i Budda musial byc bardzo ogromny, skoro szczatkami obdzielil tyle obiektow.

Jedziemy dalej. Tym razem do centrum Kioto i to w celach gastronomicznych. Szybko znajdujemy bar sushi z plywającymi łódkami. Jest bardziej śmiguśnie niż w modych u nas suszarniach, no i taniej. Jedzenie super, ale na koninę się nie skusiliśmy.

Czytam o górze Fuji. Raczej z przerażeniem. Prowadzony od jakiegoś czasu odczyt ciśnienia magmy w tym wulkanie jasno pokazuje rosnące ryzyko erupcji. Naukowcy osiągnęli consensus na połowę 2015 jako przewidywaną datę wybuchu, a jego siła będzie między duża a b.duża. Przyzwyczajeni do życia na styku trzech płyt tektonicznych Japończycy chyba pogodzeni są z tym losem, bo spokojnie estymują przewidywaną liczbę ofiar śmiertelnych. No nic, to dopiero za półtora roku.

  • Japimg 4395
  • Japimg 4406
  • Japimg 4410
  • Japimg 4415
  • Japimg 4420
  • Japimg 4425
  • Japimg 4432
  • Japimg 4437
  • Japimg 4438
  • Japimg 4455
  • Japimg 4456
  • Japimg 4459
  • Japimg 4463
  • Japimg 4466
  • Japimg 4469
  • Japimg 4472
  • Japimg 4541
  • Japimg 4549

Nara 2013-12-06

Coś poszło źle. Z pociągami. Droga do Nara to niewiele ponad półtorej godziny, ale jechaliśmy łącznie pięcioma pociągami. No i dobrze poznaliśmy przedmieścia Osaki.

W Nara czekał nas spory spacer zanim dotarliśmy do parku. Atrakcje ustawiły się od najmniej znaczącej do najciekawszej.  Najpierw przemknęliśmy koło świątyni i pagody Kofukuji. Atrakcją parku są daniele, które śmiało poruszają się wśród ludzi. Przyczyną tego są ciasteczka, które można kupić do karmienia zwierząt. My nie mieliśmy ciasteczek, ale jelonki chciały zjeść moją mapę.

W końcu docieramy do świątyni Kasuga, która jest pięknie położona u stóp porośnietego lasem wzgórza. Do budowli prowadzi droga wytyczona przez kamienne latarnie, podobno ponad dwa tysiące. Wyobrażam sobie magiczny widok w nocy jak te stare zmurszałe latarnie rzucają słabe światło. Kasuga prezentuje się godnie i spędzamy tu chwile w plenerze. Zbudowaną w 768 roku światynie zgodnie z sintoistycznym pojęciem czystości czyli dwadzieścia lat burzono i odbudowywano. I tak do połowy osiemnastego wieku.

Następnie ruszamy w kierunku Todaiji, ośmiowiecznej świątyni mieszczącej wielki pomnik siedzącego Buddy. Jest to największy stojący gmach drewniany  (50 metrów) i faktycznie robi wrażenie zarówno masywnoscią jak i rozmachem zdobień. Budda ma piętnaście metrów wysokości, a do jego konstrukcji użyto ponad czterystu ton bronzu, pół tony srebra i siedem ton wosku roślinnego. Faktycznie chodziło o skromny symbol wiary!

Wokół Todaiji kręci się kilka wycieczek szkolnych. Dzieci ubrane w jednakowe mundurki cierpliwie słuchają bardzo żywych i plastycznych tłumaczeń przewodników.

Szybki przeskok pociągiem przenosi nas do Horyuji, położonego na uboczu zespołu świątyn, które ufundowal cesarz Yomei w podziękowaniu za ozdrowienie z choroby. Niestety nie dożył widoku swego dziela, bo wkrótce po podjęciu decyzji o budowie zmarł. Pomysł wszakże był dobry, bo okoliczny las iglasty wspaniale pomieścił nawet tak rozległy kompleks. Zwiedzamy pagodę, kondo i pawilony towarzyszące obserwując Japonię jaką była w siódmym wieku. Kolejny raz zadziwia nas bogactwo kulturowe tego kraju i skala dobrze zachowanych budowli. Zdumienie jest większe, gdy Pawilon Daihozoin okazuje sie mieścic kolekcję sztuki takie jak rzeźby i zwoje z kaligrafią.

Powrot przez Osakę już bez perturbacji. Na kolację pyszna zupka przygotowana samodzielnie jako kombinacja makaronu soba, dziwnych warzyw i traw, sosu sojowego i wołowiny. Jedzona na matach tatami smakuje dobrze.

  • Japimg 4480
  • Japimg 4481
  • Japimg 4490
  • Japimg 4505
  • Japimg 4507
  • Japimg 4511
  • Japimg 4514
  • Japimg 4519
  • Japimg 4525
  • Japimg 4529
  • Japimg 4534
  • Japimg 4535
  • Japimg 4536
  • Japimg 4537

Dzisiaj mały trekking na Mount Shosha. Ta położona pod Himeji góra była podobno tysiąc lat temu miejscem objawiania dla jednego z mnichów. Od razu powstał klasztor z biegiem lat rozbudowywany. Niewielką kolejką liniowa pokonujemy większość wzniesienia, a następnie uzbrojeni w bambusowe kije do wspinaczki zaczynamy.

Droga pielgrzymów, bo wiele osob odwiedza górę z pobudek religijnych, wiedzie przez las i wyznaczona jest przez małe ołtarzyki. Jest dosyć chłodno, choć słonecznie. Budowle są nieduże przez co nie zaburzają porządku natury. Główne zabudowanie to pawilon rytualny i dom mnichow buddyjskich z niewielkim placem pośrodku. Siedząc na nim pochłaniam ciszę i spokój. Miejsce faktycznie sprzyja kontemplacji.

Ciekawostką jest jakby mini terakotowa armia figurek Buddy. Kilkunastocentymetrowe posągi są ustawione w równych rzędach na pokrytych mchem półkach skalnych. Szczególnie wygladają też cmentarze, ponieważ groby są niewielkie i wspólne dla rodziny. Natomiast każdy ma specjalne miejsce, gdzie opiera się deseczki w kształcie jakby nart, które upamietniają kolejną złożoną w grobie osobę. Niektóre groby mają całą wiązkę deseczek. Starych i nowych.

Z powrotem w Himeji ubolewamy, że biały żuraw nie szykuje sie do lotu. Tak nazywa się słynny zamek, może najpięknijeszy w Japonii, któremu strzelista bryła i biały kolor nadały tą nazwę. Od kliku lat jest w remoncie i niewiele widać z powodu rusztowań. Zwiedzamy za to kenruoken czyli ogrody położone u jego stóp. Grudzień to nie jest miesiąc kiedy dają z siebie wszystko, ale wciąż niektóre krzewy kwitną.

  • Japimg 4237
  • Japimg 4238
  • Japimg 4243
  • Japimg 4244
  • Japimg 4247
  • Japimg 4248
  • Japimg 4249
  • Japimg 4251
  • Japimg 4252
  • Japimg 4255
  • Japimg 4256
  • Japimg 4552
  • Japimg 4290 blog
  • Japimg 4298 blog

Wczesna pobudka, bo ruszamy w kierunku Alp Japonskich. Sushi spożywane w pociągu przy pierwszych promieniach wschodzącego słońca. Bezcenne. Najpierw niezawodnym shinkansenem przelatujemy do Nagoya, a potem już w kierunku gór - do Takayamy.

Pogoda nam sprzyja i słońce wyłania barwy jesieni. Pociąg stopniowo wspina się, a droga wiedzie wąskimi wąwozami. Dolinkę drąży krystalicznie czysta rzeka, a widoki są faktycznie alpejskie. W dole pola ryżowe i zielone roąliny, a w najwyższych partiach gór już biało.

Takayama da sie zwiedziać dosyć szybko i nie zrobiła na nas wrażenia. Może to termin pomiędzy złotą jesienią a śnieżną zimą? Czyli między sezonami. Miasteczko jest słynne ze starej drewnianej zabudowy i faktycznie sporo jest małych domków, gdzie można kupić rękodzieło albo.... Ja wybieram gorącą sake i szaszłyki wołowe. Wspaniały duet. Obchodzimy miasto i położone u podnóży gór świątynie. Poszukujemy Kyoya czyli polecanej w Lonely Planet tradycyjnej restauracji. Jako odmianę po ryżowym tygodniu kucamy przy stolikach z paleniskiem na węgiel drzewny. Zamawiamy zestaw z wołowina Hida i delektujemy się własnoręcznie pieczonym mięsem i warzywami.

Krótki sprint na autobus w jeszcze bardziej odległe miejsce. Godzina drogi i jesteśmy w Shirakawago, która słynie z górskich chatek krytych strzechą. Jest wyraźnie chłodniej i w oddali otaczają nas ośnieżone szczyty. Mamy złudzenie, że przyjechaliśmy do Austrii na narty. Wioska jest urocza i przy ciepłym popołudniwym słońcu spacerujemy robiąc zdjęcia. Turyści są, ale nieliczni i wyłącznie Japończycy. Dlatego traktowani jesteśmy bardzo przyjaźnie, a szczególnie zapamiętałem kawiarnię, gdzie na jedynych dwóch krzeslach na zewnątrz siedziałem razem z .... psem właścicieli. Słońce zaszło i temperatura gwałtownie spadła, więc czas wracać do Takayamy. Stamtąd tylko pociąg do Nagoji, potem shinkansem do Kobe, kolejka podmiejska i przed północą jesteśmy w domu.

  • Japimg 4565
  • Japimg 4567  2
  • Japimg 4572
  • Japimg 4574
  • Japimg 4583
  • Japimg 4590
  • Japimg 4591
  • Japimg 4592
  • Japimg 4594
  • Japimg 4598
  • Japimg 4602
  • Japimg 4604
  • Japimg 4608
  • Japimg 4616

Kobe 2013-12-09

Dzisiaj spokojny dzień w Kobe. Pogoda tez słabsza i po dluższym poszukiwaniu nie możemy znaleźć muzeum sake. Oczywiście nie ma żadnych oznaczeń po angielsku, a pytane osoby nie są w stanie umieścić siebie na mapie. Miasto też okazuje się być jakby większe niż oczekiwałem. Ewakuujemy się zatem do centrum, aby sobie po prostu połazić.

Jestem pod wrażeniem uprzejmości. Dosłownie każdy robi wrażenie jakby spotkanie z nami bylo dla niego wyjątkowa i bardzo radosną chwilą. Są pokłony, podziękowania, uśmiechnięte miny. W takich warunkach na początku czułem się nieswojo, potem wesoło, a w końcu po prostu przyjemnie. Dla przykładu konduktor w pociągu wchodząc i wychodząc z każdego wagonu kłania się nisko. I tak kilka razy podczas kursu. Pani w kawiarni dziękuje, że wybraliśmy jej lokal i cieszy się, że zamówiliśmy dobrą herbatę. Robotnik sterujący ruchem przy rozkopanej drodze też kłania się uprzejmie pokazując przejście. To bardzo miłe, bo przecież w Polsce jesteśmy dla siebie często obojętni jeśli nie wrodzy.

Teraz o ekoterrorze, bo trudno to nazwać inaczej. Otóż nie ma śmietników. Nie to, że występują rzadko. Ich prawie w ogóle nie ma. A jeśli są to np. tylko na butelki plastikowe. Efekt jest taki, że papierek albo puszkę można nosić kilka kilometrów zanim nadarzy się okazja do wyrzucenia. W domu z kolei jest piękna ulotka tłumacząca sześć różnych worków na śmieci. Niektóre worki zostawia się pod domem, a niektóre trzeba taszczyć np. na stację kolejową. Wyrzucenie gumy do żucia to już wyższa szkola jazdy i czasami zdarza mi sie już w innym mieście. System jednak dobrze działa prewencyjnie, bo jak dziabeł święconej wody zaczęliśmy unikać jakichkolwiek dodatkowych opakowań.

Kolejna zagadka to pachinko, które są japońskimi salonami gier. Ich niesamowita popularność bardzo mnie dziwi. Są kiczowate, bardzo hałaśliwe, w środku jest mocno nadymione i cała zabawa zręcznościowa to manipulowanie przy metalowych kulkach spadających w automacie. Oczywiście komputer kreuje jakąś fabułe o nieustraszonych samurajach albo pięknych księżniczkach, ale widok osób które spędzają tam sporo życia jest przygnębiający.

Za to zdecydowanie wesoły jest widok na ulicy. Bardzo ciekawe jest obserwowanie Japończyków, którzy noszą się zdecydowanie elegancko i z wielką swobodą łączą style. Panowie mają damskie torebki. Panie mają najczęściej krótkie spódniczki, czarne rajstopy i wysokie obcasy. Do tego np. coś pluszowego i rożowego. Zgodność panuje natomiast w stosunku do telefonow komórkowych. Muszą być duże i opakowane w bardzo wymyślne futeraly np. Hello Kity. No i koniecznie trzeba się w nie wpatrywać. W pociągu. W restauracji. W kolejce. W sklepie. Wszędzie.

Są jeszcze wszędobylskie megafony. Ogłaszają różne treści, bo nie wszystkie mogę zrozumieć. Natomiast nadają nieustannie np. w pociągu podmiejskim informując: jakie możliwe przesiadki, który peron, że niebezpiecznie opierać się o drzwi, że nie można palić, że toaleta jest w wagonie sześć, że dziękują za wybranie ich pociągu itd.

O zupełnej ciekawostce dowiedzieliśmy się z internetu, ale dobrze obrazuje Japonię. Okazało się, że jest wiele osób niepełnosprawnych albo zabieganych. I chciałyby one, żeby ich pupile mogli np. pozwiedzać Tokio. Sami nie mają na to czasu albo możliwości wićc powstała specjalna agencja, która to umożliwia. Wszystko całkiem OK, ale pupile to w tym przypadku są zabawki-pluszaki. I tak ulubiony miś rusza na całodniowa wycieczkę po Tokio albo lalka wyprawia się na eskapadę do Kioto. Potem wraca razem z kompletem zdjęć na tle najważniejszych atrakcji.

  • Japbank
  • Japchinatown duze
  • Japimg 4175
  • Japimg 4261
  • Japimg 4275
  • Japimg 4276

Kioto wyróżnia się liczbą dobrze zachowanych świątyn, które rozsypane są na znaczącym obszarze. Dlatego trzeba dobrze wybierać, ale i tak łażenia jest bardzo dużo. My zaczynamy dziś od Sanjusangen-do, ktąra jest świątynią buddyjską pochodzącą z dwunastego wieku. Ten długi na ponad sto dwadzieścia metrów pawilon mieści nietypową kolekcję. W środku w równych rzędach są wyrzeźbione z drewna cedrowego figurki. Jest 1000 kanonów i 28 strażników opiekuńczych czyli tradycyjnych wyobrażen bożków z których każdy odpowiada za inny żywioł jak wiatr, pioruny, deszcz itd. Rzeźby są bardzo starannie wykonane i warto spędzic trochę czasu kontemplując szczegóły. Sama świątynia ma dobry klimat, półmrok, krącący się mnisi, zapach kadzidełek i drewna.

Szybki przeskok i jesteśmy w Shimogamo. Ten klasyczny chram położony jest ładnie w niewielkim parku, ale sama architektura nie robi wielkiego wrażenia. W środku znajduje się mały skansen.

Za to nastepny przeskok robimy do perły architektury Kioto czyli srebrnego pawilonu. Ginkakuji został zbudowany w piętnastym wieku przez wnuka budowniczego złotego pawilonu. Jest to w zasadzie willa położona na wzgórzu wraz ze świątynią. Intencją szoguna Ashikaga Yoshimitsu było zbudowanie miejsca idealnego z japośskim ogrodem, który miał zachwycać we wszystkie pory roku. Na koniec całość miała być pokryta srebrem. Sponsor zmarł przed ukończeniem dzieła, ale to co stworzył i tak wygląda okazale. Zabudowania są proste i eleganckie, a umieszczenie ich w starannie wypielągnowanym ogrodzie jest mistrzowskie.

Potem jeszcze jedziemy na południe do Fushimi Inari czyli zespołu świątyń połączonych bramami tori. Bram jest faktycznie sporo i tworzą tunele, którymi przemieszczają się turyści i pielgrzymi. Nadchodzi zachód słońca. Idziemy przez las ścieżką wyznaczoną przez tori, a cienie staja sie dłuższe i dłuższe. W końcu pomarańczowy kolor bram jest wydobywany już tylko przez latarnie. Wrażenie niezapomniane.

  • Japimg 4622
  • Japimg 4625
  • Japimg 4627
  • Japimg 4628
  • Japimg 4632
  • Japimg 4643
  • Japimg 4644
  • Japimg 4647
  • Japimg 4655
  • Japimg 4660
  • Japimg 4663
  • Japimg 4666

Lekko ponad 300km i w godzinę dzięki shinkansenowi jesteśmy w Hiroszimie. Potem drugi pociąg i już jesteśmy na promie na Miyajima. Statek leniwie przebywa niewielki dystans z Honsiu na wyspę. Akurat aby zrobić zdjęcia słynnej bramy tori na tle równie ciekawej światyni Itsukushima.

Już na lądzie klimat letniego kurortu chociaż grudzień to już zdecydowanie po sezonie. Nie ma wspominanych w przewodniku tłumów ludzi. Są za to jelonki. Zupełnie jak w Nara błąkają się wśród ludzi licząc na coś słodkiego. My oglądamy bramę i świątynię żałując, że nie ma przypływu kiedy całość stoi w wodzie.

Kolejka linowa zabiera nas w głąb wyspy, a dalsza wspinaczka na jej szczyt. Z ponad pięciuset metrów rozciąga się dobry widok na Morze Wewnętrzne i liczne wysepki. Roślinność już jest prawie tropikalna, a w lasach kryją się małpy. Rozkoszujemy się świeżym powietrzem, bujną roślinnościa i pocztówkową panoramą.

Schodzimy w dól, bo zaczyna trochę kropić. Ku naszemu zdumieniu przypływ nastąpil i cała świątynia wynurza się teraz z wody. Jesteśmy zaskoczeni jak szybko to nastąpiło, bo poziom morza wzrósł o jakiś metr, gdy byliśmy na szczycie góry.

Z powrotem w Hiroszimie, która budzi dziwne odczucia. Miasto jest duże, ładnie położone nad morzem i rzekami, z szerokimi bulwarami i dynamicznym rozwojem. Z drugiej strony ciąży nad nim wspomnienie pierwszej bomby atomowej. Amerykanie wybrali to miasto, ponieważ mieściło dowództwo armii i fabryki Mitsubishi. I tak w sierpniowy poranek 1945 roku na wysokości 600 metrów nastąpiła eksplozja, która praktycznie unicestwiła miasto i zabiła prawie połowę mieszkańców, około 140 tysięcy.

Świadectwem tych wydarzen jest Kopuła Bomby Atomowej czyli ruiny jednego z budynków, który przetrwał wybuch i da sie odczytać jego bryłę. Obok jest Park Pokoju w którym jest muzeum upamietniające historię miasta i skutki działania bomby atomowej. Nas wzrusza pomnik dziecka puszczającego zrobionego z papieru żurawia. Jest to na pamiatkę dwunastoletniej dziewczynki, która zachorowała na białaczkę, ponieważ doświadczyła wybuchu mając dwa lata. Wierzyła, że żuraw jako symbol życia i pomyślności przeniesie jest wyleczenie. Przed śmiercią złożyła z papieru tysiąc takich żurawii. Dzisiaj dzieci przynoszą origami pod ten pomnik, wciąż pamiętając tą historię.

Idziemy dalej parkiem mijając wieczny ogień, który ma płonąć nieprzerwanie dopóki z ziemi nie zniknie ostatnia broń atomowa. Zastanawiam się czy będzie mógł kiedykolwiek zgasnąć. Samego muzeum nie zwiedzamy, bo pomimo zapewnień przewodnika jest już zamknięte. Natomiast zaraz obok punktu wyznaczającego epicentrum wybuchu znajdujemy miłą restaurację włoską. Obserwujemy w niej zachód słońca i pomimo lekkiej absurdalności sytuacji mamy miłą kolację.

  • Japimg 4667
  • Japimg 4671
  • Japimg 4677
  • Japimg 4684
  • Japimg 4690
  • Japimg 4692
  • Japimg 4699
  • Japimg 4700
  • Japimg 4703
  • Japimg 4706
  • Japimg 4707
  • Japimg 4710
  • Japimg 4711
  • Japimg 4713
  • Japimg 4716
  • Japimg 4717
  • Japimg 4719

To miasto wsysa zwiedzających. Już wiem czemu. Oprócz 1,5m mieszkańców i związanego z tym rozmiaru, świątynie rozrzucone są często na wzgórzach otaczających miasto. Korzystając z mapki atrakcji Kioto policzyłem. 77 świątyń i chramow, nie wspominając o muzeach, zamku i pałacu.

Zamek w Kioto służył jako koszary dla około stu samurajów, którzy stanowili gwardię chroniąca szoguna. Zadziwia jego prostota. Z zewnątrz proste obmurowanie i masywna brama. Zdobień raczej niedużo. Natomiast wnętrza wręcz ascetyczne. Podłogi pokrywają maty tatami, a poszczególne pomieszczenia nia miały mebli i były rozdzielane przesuwanymi drzwiami z papierowymi szybami. Na ścianach widać szesnastowieczne malowidła, ale także stonowane i idealnie dopełniające tą czystość. Jestem bardzo ciekawy słynnej słowiczej podłogi i nie zawiodłem sie. Masywne deski tworzące podłogę faktycznie śpiewają nawet przy ostrożnych krokach. Nie skrzypią jak stare deski, ale właśnie wydają dzwięk przypominający śpiew słowików. Uniemożliwialo to potencjalnym zabójcom niepostrzeżenie zbliżyć się do szoguna.

Wschodnie obrzeża miasta to najbardziej urokliwa dzielnica Higashiyama-ku. Znajduje sie tu sporo świątyń, tradycyjnych restauracji i wąskich uliczek z tradycyjną zabudową. Słowem idealne miejsce, żeby się powłóczyć. To właśnie robimy zaczynąjac od zwiedzania świątyni Kiyomizudera. Czysta woda, bo tak brzmi nazwa, jest położona na wzgórzu z dobrą panoramą miasta. Wody czysta faktycznie jest w strumyczku i stawie. Nawet pitna. Z czystym widokiem jest gorzej, bo raz budowla jest w remoncie i przykryta rusztowaniami, a dwa jest mnóstwo kamer i telewizji. Widać wyraźne poruszenie i interesujemy się o co chodzi. Potem wyjaśniamy, że wydarzeniem transmitowanym przez telewizje jest coroczny rutuał oczyszczenia jako przygotowanie do nowego roku. Taka sytuacja.

Przechadzamy się urokliwymi uliczkami, gdzie za każdym rogiem są jakieś zabytkowe budowle. Słońce jest już miękkie, a sporo drzew zachowalo jeszcze złote liście. To zdecydowanie najładniejsze zakątki Kioto. Znajdujemy też małą restaurację, gdzie pod haslem Kaiseki Ryori spotyka nas kulinarna uczta. Dań jest nie tylko wiele, ale nie wszystkie można uznać za małe. Do tego popijamy rożne gatunki ciepłej sake. No, jest wspaniale.

Na zakończenie jeszcze Yasaka, która dumnie stoi na podwyższeniu przy rozrywkowej dzielnicy Gion. To dopełnia nam Kioto.

  • Japimg 4102  2
  • Japimg 4104  2
  • Japimg 4108  3
  • Japimg 4109  2
  • Japimg 4111  2
  • Japimg 4114  2
  • Japimg 4120  2
  • Japimg 4122  2
  • Japimg 4125  2
  • Japimg 4126  2
  • Japimg 4131  2
  • Japimg 4133  2
  • Japimg 4135  2
  • Japimg 4137  2
  • Japimg 4145  2
  • Japimg 4147  2
  • Japimg 4149  2
  • Japimg 4153  2
  • Japimg 4154  2
  • Japimg 4156  2
  • Japimg 4171  3

Luksusy Kobe 2013-12-13

Chyba byliśmy zmęczeni, bo pierwszy raz strefa czasowa zsynchronizowała się z Polską. Budzimy się i włączamy radio internetowe, a tam informacja, że niedługo wstaje nowy dzień. Faktycznie tak jest dla nas, chociaż w Japonii już trzynasta.

Leniwie wyruszamy poszwędać się po mieście i pierwszy przystanek to masaż stóp. Po tych kilku dniach schodzonych kilometrami jest bosko. Siedzimy jak kocury na zapiecku i oglądamy w małych telewizorkach .... reportaż o uprawie ryżu. Hitem jest połautomatyczny kombajn do umieszczania sadzonek w błotnistym podłożu. Widać fascynację wieśniaków i zadowolenie producenta sprzętu.

Skoro Kobe to wołowina. Postanowiliśmy raczej na bogato czyli slynny steakhouse i wołowina Kobe klasy premium. Mięso zaprezentowane nam pochodzi od krów rasy Wagyu chodowanych w regionie Hyogo. Ma 9-10 w skali jakości BMS (super fine) co oznacza wybitną marmurkowatość, idealne proporcje tłuszczu do mięsa, a także dobry kolor i strukturę. Próbki pobiera się między szóstym a siódmym żebrem i jak dotąd jakość tego miesa jest wyzwaniem dla hodowcow z Australii, Argentyny i USA. Przyznam jednak, że kolor jest zniechęcający o czym zresztą uprzedza chef. Mięso jest pokryte gęstą ścieżką żyłek tłuszczu i wygląda raczej niezdrowo. Jakże się jednak myliłem. Jedenaście tysięcy jenow nie poszło na marne, ponieważ tak kruchego i delikatnego mięsa nie doświadczyłem. Chef tnie je na kęsy przygotowując mięso i warzywa na naszych oczach. Oczywiście jemy pałeczkami a jako dodatki do mięsa mamy sol, pieprz, wasabi i sos sojowy. Mi smakuje kombinacja mieso+wasabi+sos sojowy.

Zbliżają się Święta więc kupujemy ... herbatę. Wybór jest spory, ale główne typy to sencha (słomkowy smak i zółtawa barwa - moja ulubiona), genmaicha (mieszanka z prażonym ryżem), matcha (herbata ze sproszkowanych liści (wychodzi z tego idealne latte) oraz gyokuru. Ta ostatnia to najlepszy gatunek ze względu na szczególny sposób uprawy. Młode liście okrywa się na 20 dni bambusowymi matami, aby ochronić przed intensywnym słońcem. Dzięki temu produkują więcej chlorofilu i mniej teiny i w rezultacie mamy herbatę o intensywnej zielonej barwie i słodkawej wręcz delikatności. Gyokuru to dosłownie drogocenna rosa.

Do takowej herbaty można spożyć lody. Ciekawe opcje to właśnie matcha czyli zielone lody z liści herbaty oraz lody z czerwonej fasoli. Sprawdzam i w obydwu przypadkach rezultat jak bardzo smaczny.

Zaczyna się weekend i ulice Kobe ożywają tłumami ludzi oraz morzem neonów. Kręcimy się pomiędzy Chinatown i centrum, aby na zakończenie wieczoru wbić się na pierozki gyoza (pierwotnie chińskie) i piwo. Gatunki piwa w Japonii to znowu niespodzianka. Są przeważnie mniej goryczkowe i ze zwartą pianą. Tak kończymy luksusowy dzień w Kobe, jutro wypad w góry.

  • 20131213 160423
  • 20131213 160524
  • 20131213 160303
  • 20131213 161331
  • 20131213 161544
  • 20131213 161626

Koya-san 2013-12-14

Pociąg szybko opuszcza aglomerację Osaki i zaczyna piąć się w górę. Krajobraz jest jak najbardziej wiejski i górzysty, a zbudowanie tej linii kolejowej musiało być trudne. Przesiadka na stacji Hashimoto (nazwa w Polsce kojarzy się z syndromem depresji) i przybywamy do celu. Kolejnym etapem jest kolejka linowa, która bardzo stromo pnie sie na szczyt.

Koya-san wita nas śniegiem. Jest biało i lekkko pruszy. W sumie uroczo. Udajemy się na koniec wsi i wkraczamy na drogę do świątyni i miejsca pochówku Kobo Daishi. Ten mnich buddyjski po okresie nauki w Chinach znalazł właśnie w tych górach idealne miejsce do medytacji. On to zapoczątkował już w dziewiątym wieku budowę kompleksu świątyń, w których zresztą doznał oświecenia i podobno wciąż żyje. Nie przeszkadzało to wybudować mu mauzoleum, które jest porządanym miejscem pielgrzymek. Droga do świątynii wiedzie przez stary cmentarz wśród ogromnych cedrów. Biała sceneria i kamienne lampiony tworzą klimat.

Bliżej środka wsi jest Kongobuji, która zawiera cenne malowidła na papierowych drzwiach suwanych. Oglądamy motywy z żurawiami, drzewami wiśniowymi, falami morskimi i historią założenia Koya-san. Nie bez znaczenia w tej zimnicy (oczywiśce zwiedzamy bez butów) jest także serwowana wszystkim ciepła herbata. Nieco dalej mamy cały zespół budowli z pawilonem, pagodą i dzwonnicą. Wyobrażam sobie, że latem jest tu popularnie, ale obecna zawieja trochę nas popędza.

W drodze powrotej zatrzymujemy się w Osace i ponownie nie możemy się nadziwić liczbą ludzi i ich sposobem ubioru. Jemy świetne okonomiyaki chłonąc miasto. Wszędzie mnóstwo zabawek i motywów z końmi, bo taki znak zodiaku będzie miał przyszły rok. To też mój znak.

  • Japimg 4760
  • Japimg 4767
  • Japimg 4769 blog
  • Japimg 4782
  • Japimg 4784
  • Japimg 4796
  • Japimg 4801
  • Japimg 4799
  • Japimg 4800
  • Japimg 4802

Mt. Rokko 2013-12-15

Dzisiaj mały trekking na góre Rokko, która wznosi się ponad Kobe. Szlak jest dobrze oznaczony i w sumie łatwy. Po drodze mijamy tylko parę osób, wszystkie po sześciesiątce i schodzą. W pobliżu jest kolejka linowa, ale we wrześniu uszkodził ją tajfun. To tutaj akurat typowe.

Natomiast prawdziwa zdrada okazała się na szczycie, ponieważ następna kolejka jest po prostu wyłączona na regularny przegląd. Tym samym nie możemy zjechać do Arima Onsen i wracamy do Kobe.

Rozsmakowani w stekach uderzamy ponownie, ale teraz na takie bardziej budżetowe. Są dobre i cały ceremoniał przyrządzania na naszych oczach podobny. Niemniej jest spora rożnica z wołowiną Kobe.

W centrum miasta jest także mini onsen do moczenia nog. Czujemy się śmiesznie i wzbudzamy zainteresowanie, gdy na środku deptaku siedzimy na ławce trzymając nogi w gorącej wodzie. Naprawde gorącej, bo po jakimś czasie wyjmujemy od łydki w barwie burakowej. Relaks jest i faktycznie do końca dnia czujemy się dobrze.

Jest niedziela i miasto pokazuje w pełni swoich mieszkańców. W dobrze zorganizowanych strumieniach ciał przepływaja oni w ustalonych ciągach komunikacyjnych. Obserwuje to z zaciekawieniem. A także demonstrację, które się odbywają od kliku dni. Polegają na tym, że w centrum jest wytyczony okrąg i ludzie bezgłośnie maszerują kilka kółek. Nad całością czuwa bardzo przejęta policja, ale widok raczej absolutnie pocieszny.

Trzeba wstać o piątej rano, a potem już tylko trzy pociągi i dwa autobusy. W południe stajemy na szlaku pielgrzymów, który ma tysiąc lat. Kumano Kodo ma prawie osiemdziesiąt kilometrów i jest położone w urokliwej cześci półwyspu Kii, dwieście kilometrów na południe od Osaki. Już w ósmym wieku pielgrzymowali tutaj mnisi, potem szogunowie, a teraz wszyscy zainteresowani.

Nasz odcinek to finał szlaku biegnący przez gęsty las, aż do celu czyli świątyni Hongu Taisha Mae. Czujemy się trochę jak w Bieszczadach. Pogoda zdecydowanie nam dopisuje, bo jasno świeci słońce co nie jest oczywiste w grudniu. Ponadto oprócz nas nie ma na szlaku nikogo, co także jest niecodziennym luksusem. Przyroda jest wciąż zielona, niektóre drzewa mają pąki, dzięcioły dzielnie pracują. Słowem, jak w raju. Wydaje się, że za chwilę wybuchnie wiosna.

Sama świątynia jest nieduża i ładna. W sumie wszystkie spotykane dotychczas świątynie były wykonane z drewna z estetycznymi zdobieniami i ładnie wkomponowane w otoczenie. W pobliżu jest sklepik i obok dewocjonaliów znajduję umeshu czyli śliwkowe wino. Co więcej przy próbie kupna dostaje je w prezencie od uśmiechniętej sprzedawczyni. Miło, bo na powrotną podróż jak znalazł. Region słynie z produkcji cytrusów. Zwłaszcza pomarańczy, których żółta skóra przypomina cytrynę. Dlatego też do wina dokupujemy lokalny specjal - pomarańczowe ciasteczka.

  • Japimg 4805
  • Japimg 4807
  • Japimg 4810
  • Japimg 4811
  • Japimg 4812
  • Japimg 4815
  • Japimg 4817
  • Japimg 4819
  • Japimg 4821
  • Japimg 4823
  • Japimg 4827

Arima Onsen 2013-12-17

W Japonii pierwszy raz zobaczyłem stare społeczeństwo. Myślę, że tak będzie wyglądała Polska za dwie, trzy dekady. Na ulicach jest bardzo dużo ludzi w podeszłym wieku i na ogół trzymają się bardzo dobrze. To zapewne skutek zdrowej morskiej diety, higieny i dużej ilości sportu. Często w trudnych trekkingowo miejscach spotykaliśmy ludzi definitywnie po siedemdziesiątce jak wspinali się w fachowym stroju i z plecakami. Uderza to, że stare osoby wykonują prace zarezerwowane najcześciej dla młodych jako dorywcze zajęcia. Na przykład obsługa w barach, sprzedaż biletów czy rozdawanie ulotek.

W każdym z tych przypadków widać zaanagażowanie i staranność, aby dana czynność wykonywać naprawdę dobrze. Myślę, że tutaj kwintesencję profesjonalizmu widać wlaśnie przy grabieniu liści, pakowaniu zakupów czy sprzedaży biletów. Możemy się naprawdę bardzo dużo nauczyć etosu pracy, a także dobrej organizacji. Bo to właśnie kombinacja profesjonalizmu i przyjazności tworzy warunki do godnego funkcjonowania starszych ludzi. Zamiast agresji i zagubienia, które często obserwuję w Polsce.

Po drugiej stronie gór okalających Kobe znajdują się najstarsze gorące źródła Japonii. Miejscowość Arima Onsen wyrosła właśnie wokół tych źródeł (onsen). Wybieram się tam i jak zwykle wymaga to kilku środków transportu, niemniej idealnie skomunikowanych. W ostatnim pociągu otaczają mnie sami starsi ludzie i wizualizuję sobie siedzenie z nimi w gorących basenach. Spróbuję jednak bardziej kameralnie. Na przystanku końcowym czeka już bus i pytam kierowcy do którego onsen się wybiera (Taiko). Znajduję informację turystyczną i z trudnem, ale porozumiewam się. Oczywiście rekomendują mi Taiko, ale na to byłem gotowy. Proszę o jakieś kameralne miejsce, może być dalej.

Tak ląduję w Miyukiso, gdzie mam onsen wewnątrz, onsen na zewnątrz i ładny widok z ostatniego piętra hotelu. Baseny są niewielkie i trzy. Jeden w miarę przezroczysty, a w dwóch woda jest brunatno-czerwona. Oprócz mnie jest dwóch Japończyków i bardzo dobrze, bo jest z kim skonsultować właściwe zachowanie. Dostaję klapki, ręcznik i najpierw kąpiel. Siedząc na drewnianym krzesełku mam prysznic i aż siedem różnych środków czystości. Patrzę na zawzięcie szorujących się kolegów i robię tak samo. Czytałem, że był ostatnio incydent w onsen, kiedy Chińczyk nie wymył się przed wejściem do wody i za zbezszczeszczenie miejsca został poturbowany przez Japończyków.

Będąc już naprawdę wyszorowany wchodzę, oczywiście do brunatno-czerwonego. Woda jest gorąca, ale do wytrzymania. Raczej bosko, szczególnie na zewnątrz. Zmieniam baseny i wychodzę po jakimś czasie lżejszy o ponad pół kilo (jest do tego specjalna waga). Teraz tylko pięć różnych odżywek do skóry i pokoj chillout, aby dojść do siebie i się nawodnić. Cala przygoda zdecydowanie do powtórzenia.

Nieopodal w mieście znalazłem źródło brunatno-czerwonej. To Gokuraku i z głębokości 240 metrów pobiera wodę o temperaturze 93 stopni silnie wzbogaconą żelazem. W całej miejscowości jest jeszcze kilka takich źródeł o podobnych parametrach. Łatwo je odnaleźć, bo z dala widać obłoki pary a z bliska emanuje takie ciepło i wilgotność, że aż trudno wytrzymać.

Zdajemy naszą bazę w Kobe i przenosimy się do Tokio na ostatni etap podróży. Bagaże są znacznie cięższe, bo gromadzimy prezenty świateczne. W tym roku raczje osobliwe.

Już wiem skąd w pociągach są głośne melodyjki przypominające dżingle radiowe. Zapracowani na śmierć Japończycy (czasem dosłownie) wykształcili zdolność zasypiania w dowolnym miejscu i dowolnej pozycji. Pociąg to idealna okazja stąd śpi większość pasażerów. Znowu z pomocą przyszła ewolucja, która pozwala im obydzić się idealnie we właściwym momencie aby wysiąść. I tu właśnie pomagają melodyjki.

Czytam o planach usprawnienia pociagów. Obecna wloką się niemiłosiernie osiagając tylko 300 km/h. Według Japończyków to nie do zaakceptowania. Prędkośc 400 km/h została już przetestowana w 1993 i teraz trwa jej wdrażanie. Niesamowite jest to, że obecne maksymalne prędkości pociągów w Polsce (czytaj: saga o pendolino) w Japonii były dostepna na początku shinkansen czyli na olimpiadę w Tokio w 1964.

Dziś pogoda raczej gastronomiczna. Jak dowiadujemy się z telewizji, niż znad Korei przygnał zimne i wilgotne powietrze. Nie to żeby komuś to przeszkadzało, bo miasto od rana pulsuje życiem. Dziewczyny dalej przebijają się w szpilkach, często z gołymi nogami, a chłopaki w obowiązkowych garniturach tworzą armię klonów.

Udajemy się do dzielnicy Ueno, gdzie w rozległym parku mieści się mnóstwo ciekawych muzeów. W rozległym parku o tej samej nazwie speceruje sporo ludzi a my wybieramy Muzeum Narodowe, które prezentuje raczej klasyczne dziedzictwo kulturowe. Interesujace w muzeum, które składa się z pięciu monumentalnych gmachów, jest mała liczba eksponatów. Pierwszy raz w muzeum mam wrażenie raczej pustki, gdy poszczególne eksponaty oddalone są czasem o kilka metrów. Może to optymalne feng shui?

Dzisiaj raczej nienerwowo, więc na skraju parku znajdujemy miejsce na lunch. Zestaw klasyczny - zupa miso, ryż i tempura. Jak zwykle najbardziej interesującym punktem jest samo złożenie zamówienia. Najpierw trzeba posługując się obrazkami, gestami i kilkoma angielskimi wyrazami ustalić menu. Niemniej kelner się niepokoi i cały czas coś powtarza. Oczywiście po japońsku, więc szanse mamy małe. Nadchodzi wsparcie, drugi kelner, i okazuje się, że musimy wybrać kawę albo herbatę, bo jest w zestawie. Wybieramy herbatę. Jedzenie smaczne, ale kelner atakuje. Znowu coś powtarza co brzmi jak "ticket", ale nie możemy zgadnąć o co chodzi. Chłopak jest twardy i znowu idzie po koleżankę. Ta pyta czy mamy bilet z muzeum. Lekko zdziwiony wyciagąm bilet i jaka jest radość obsługi. Okazuje się, że jako posiadacze biletów mamy herbatę i deser gratis. W sumie nie chcieliśmy, ale taka sytuacja. Dostajemy więc już w formie trofeum ciasto i .... kawę. Nieustępliwość godna potomka ninja i samurajów.

Z powrotem w Shinjuku na zakupy. Wchodzimy do domu towarowego Isetan i zatyka nas. To jest ludzkie mrowisko. Wielopoziomowa konstrukcja, gdzie jedno piętro już obezwładnia jest przepełniona po brzegi ludźmi. Od pięter podziemnych poprzez restauracje na dachu. Liczba i ilość towarów, często bardzo luksusowych, jest obezwładniająca. Mi już po krótkim czasie brakuje powietrza. W okolicy jest jeszcze kilka domów towarowych i wszystkie są równie oblężone. Zastanawiam się co tu się dzieje w weekendy.

Uciekamy do okolicznej dzielnicy barów i nazwijmy to uciech cielesnych (kabukicho). Nie to, żeby tu było pusto. Wręcz przeciwnie. Natomiast atomosfera jest bardziej przyjazna i szybko znajdujemy miejsce, gdzie można miło spędzić wieczór.

Niektóre bary są czynne do 26 a nawet do 29. Tak, jest taka godzina. W środku pełno facetów w garniturach, którzy w środku upojenia alkoholowego nawet nie poluzują krawatów ani nie zdejmą marynarek. Następnego dnia spotykamy niektórych śpiących na schodach wejść do metra. Tu bardzo nas zastanawia kondycja tego społeczeństwa. Myślę, że pod warstwą uprzejmości i obojętności gdzieś głębiej nie ma zbyt dużo szczęścia i radości życia. A może tego po prostu nie rozumiem?

  • Jap20131202 195003
  • Jap20131203 211438
  • Jap20131203 211810
  • Jap20131203 211836
  • Jap20131203 212151
  • Jap20131203 212829 lls
  • Jap20131203 213523 lls

Kamakura 2013-12-20

Trzeba uwolnić się od wszechogarniającego miasta. Wyruszamy do Kamakury, która w dwunastym wieku stała się na krótko stolicą. Została wybrana przez pierwszego szoguna, ktory chciał zbudować miasto od nowa z dala od polityki Kioto.

Dojazd z Tokio jest bardzo prosty i zaczynamy od głównej atrakcji czyli wielkiego posagu Daibutsu położonego na wzgórzu pod miastem. Pogoda nam dopisuje i możemy podziwiać sto ton brązu, które tworzą ten jedenastometrowy posąg. Budda stoi tak niezmiennie od trzynastego wieku, chociaż liczne trzęsienia ziemi i tsunami trochę go przesuwają.

Omijamy atrakcję i wchodzimy na wzgórza na których wytyczone zostałe szlaki trekkingowe. Idziemy przez las kolejny raz dziwiąc się grudniowej przyrodzie. Jest gęsto, zielono, niektóre drzewa mają świeże pąki ewidentnie chcąc wkrótce zaprezentować kwiaty. Nad głowami przebiegają szare wiewiórki, a na niebie krąży kilka ptaków drapieżnych. Uwielbiam takie klimaty.

Na szlaku spotykamy wycieczkę szkolną. Ciekawostką są dzieciaki, które ewidentnie od najmłodszych lat są hartowane. Jest grudzień, koło siedmiu stopni, a dziecią są często w krótkim rękawku a niektóre boso. Opiekunki czujnym okiem nadzorują sytuację, a dzieci są zdecydowanie wesołe. Tak hartuje się stal.

Schodzimy do miasta, które w sezonie ewidentnie jest kurortem. Idziemy główym deptakiem przy którym jest sporo sklepów z pamiątkami i wszelakim jedzeniem. W jednej z bocznych uliczek znajdujemy klasyczną restaurację japońską, gdzie siedząc w kucki na matach tatami wciągamy makaron soba z tempurą.

Długi trakt prowadzi do światynii Tsurugaoka, która góruje nad całym miastem. Trwają przygotowania do jakiejś imprezy, bo policjanci ćwiczą przemowy przez megafony, a obsługa instaluje oświetlenie świąteczne. Wyraźnie są przejęci, ale tu wszystko jest traktowane bardzo poważnie.

Z powrotem w Tokio. Uderzamy do dzielnicy Henjuku, gdzie wpadamy ponownie w tłum ludzi. Suną oni poprzez wąskie uliczki z barami lub szerokie ulice z eleganckimi butikami. Niesieni tłumem znajdujemy miły bar sushi. Po raz ostatni zasiadamy przy barku i zbieramy przepływające łódeczki. Samych typów tuńczyka jest pięć. Pyszność, a ceny nie są wyższe niż w Warszawie.

Następny punkt to dzielnica Akihabara, która słynie ze sklepów z elektorniką. Jest tu nawet Electronic City czyli cały kwartał ulic, gdzie miesza się rzeczywistość realna z tą wirtualną. Raj dla miłośników gier komputerowych, gadżetów i wszystkiego co nowoczesne.

Ostatnia noc w Tokio. Las wieżowców i neonów. Krótko po północy hotel się trzęsie. Sprawdziłem w internecie. Siła 4 w skali Richtera (czytaj: odczuwalne przez większość osób, nieszkodliwe), epicentrum w pobliżu Tokio, 70 km pod ziemią. Dzień jak codzień jeśli ktoś mieszka w Japonii.

"Nigdy nie zrozumiecie tego kraju".

  • Japimg 4833
  • Japimg 4834
  • Japimg 4835
  • Japimg 4838
  • Japimg 4841
  • Japimg 4843

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. kahlan77 (01.04.2014 15:54) +1 + -
    super ,pozdrawiam
  2. lmichorowski (26.02.2014 18:09) +1 + -
    Fajna relacja - bardzo dobrze się czyta i dużo można się dowiedzieć o kraju, zwiedzanych miejscach i niektórych japońskich zwyczajach. Może dobrze byłoby dać opisy zdjęć, ale i bez tego jest fajnie. Pozdrawiam.
  3. pt.janicki (18.01.2014 20:54) +2 + -
    ...z "drugiej Japonii" spojrzenie na pierwszą jest ze wszech miar wskazane ... :-) ...
  4. avill (05.01.2014 20:28) +1 + -
    Świetnie napisana relacja, dużo ciekawych informacji.
    Szkoda, że zdjęcia nie zawierają opisów
  5. eli_ko (02.01.2014 19:39) +2 + -
    świetnie napisany tekst, fajne zdjęcia :)
  6. mika (30.12.2013 9:10) +3 + -
    Fajnie opowiedziane.
  7. slawannka (29.12.2013 12:46) +4 + -
    Najpierw tekst - przeczytałam, zajęło mi to kilka godzin. Wspaniały opis! Pozazdrościć podróży! Teraz biorę się za zdjęcia...
  8. hooltayka (28.12.2013 17:36) +3 + -
    Świetnie napisany tekst.
    Piękna podróż.
    Pozdrawiam-)

michal.paprocki

Michał Paprocki
Punkty: 30885