Ładuję...

kolumber.pl


Przylecieliśmy do Budapesztu rano. Autobusem pojechaliśmy z lotniska do centrum miasta i metrem udaliśmy się do naszego hostelu (Casa de la Musica, który gorąco polecamy). Mieliśmy pokój 2-soobowy na poddaszu z łazienką na korytarzu. Postanowiliśmy od razu kupić bilety na pociąg do Zagrzebia na 23-09-2012 więc udaliśmy się na stację kolejową. Odstaliśmy swoje w kolejce i kupiliśmy bilety. Następnie pojechaliśmy pod Parlament. Niestety kolejka była ogromna, a upał nieznośny więc po krótkim spacerze wróciliśmy do hostelu, żeby się przebrać, co skończyło się tym, że zasnęliśmy :) Po ok 2h wstaliśmy jak nowonarodzeni i (już w mniejszym upale) mogliśmy spacerować po zielonym moście Szabadsag, dalej u podnóża Gellerta, aż na wzgórze zamkowe. Tu dotarliśmy już jak było ciemno więc widok na Budapeszt nocą był niesamowity. Zjedliśmy kolację w jakimś bistro "na górze" i poszliśmy w stronę kościoła Macieja. Kościół jest biały i wyjątkowo urokliwy. Za nim znajduje się taras widokowy (Baszta Rybacka) ze schodami prowadzącymi w dół. Spędziliśmy dłuższą chwilę na tym tarasie i ruszyliśmy schodami aż do Dunaju. Usiedliśmy nad rzeką, naprzeciwko parlamentu, który świeci jak choinka ;) Do hostelu wróciliśmy metrem.

Aha, okazało się, że dziewczyny mieszkające w pokoju obok miały takie same klucze jak my bo... weszły uradowane do nas w środku nocy. Szybko się jednak zreflektowały, że to nie ich pokój i łaskawie opuściły nasz :)

  • Piotrek w hostelu Casa de la Musica - recepcja
  • Piotrek w hostelu Casa de la Musica
  • Parlament w remoncie
  • Parlament
  • kolejka oczekujących do Parlamentu
  • Dunaj
  • Parlament
  • widok na kościół Macieja i taras widokowy
  • Piotrek vs mapa
  • Bazylika Św. Stefana
  • Nataszka
  • Most Szabadsag
  • widok na most Szachanyi i bazylikę Św. Stefana
  • bistro i węgierskie przysmaki
  • kolacja na wzgórzu zamkowym
  • Kościół Macieja
  • Kościół Macieja
  • pomnik św. Stefana i Piotrek
  • Taras widokowy
  • Taras widokowy
  • schody z Baszty Rybackiej "w dół"
  • Baszta Rybacka i kościół Macieja
  • rzeźba przy baszcie
  • Nataszka, Dunaj i Parlament

Rano zjedliśmy w hostelu śniadanie i ruszyliśmy na termy Shachanyi (miejsce gdzie dawniej leczono trędowatych). Było dużo osób, 3 baseny na powietrzu z wodą gorącą, chłodniejszą i największy basen z zimną. W budynkach były zbiorniki z bardzo ciepłą wodą z dodatkiem wszelkich minerałów (tu najwięcej kuracjuszy w wieku ok 70 lat). Popluskaliśmy się do ok 13:00 i ruszyliśmy w kierunku placu Hosok Tere. Dalej udaliśmy się do zamku Vajdahunyad, który wyglądał jak plan zdjęciowy do filmu Disney'a. Nikt nigdy tam nie mieszkał, a cały kompleks został wybudowany na potrzeby Wystawy Milenijnej. Na obiad udaliśmy się do Jelen Pub, który serdecznie polecamy. Jedzenie pycha, ceny w porządku i fajna atmosfera. Polecili go nam pracownicy hostelu, sami również tam się stołują. Po obiedzie udaliśmy się na spacer przez most Shachanyi i z powrotem. Po drodze odkryłam, że na moście mieszka dużo pająków na prześlicznych pajęczynach. Przystanków przy nich było bardzo dużo, gdyż musiałam wszystkim zrobić sesję zdjęciową ;) Przed powrotem do hostelu posiedzieliśmy na ławce przy deptaku nad Dunajem i zrobiliśmy małe zakupy na kolejny dzień w Tesco, które było czynne po 23:00 (za co plus, bo w dalszej części podróży znalezienie czynnego sklepu po 20:00 bywało niemożliwe, ale o tym później..)

  • Jelen Pub
  • Jelen Pub
  • Hostel Casa de la Musica
  • most Szechenyi
  • most Szechenyi
  • Piotrek i most Szechenyi
  • most Szechenyi
  • Nataszka i Dunaj z Parlamentem w tle
  • Nataszka i Piotrek, w tle most Szechenyi
  • Nataszka i Piotrek, most Szechenyi
  • most Szechenyi
  • most Szechenyi
  • most Szechenyi i zamek
  • most Szechenyi
  • Nataszka i Piotrek, Termy Szechenyi
  • Piotrek, Termy Szechenyi
  • Nataszka i Piotrek, Termy Szechenyi
  • Nataszka, Termy Szechenyi
  • Termy Szechenyi
  • Nataszka, Termy Szechenyi
  • Piotrek na Hosok Tere
  • Nataszka na Hosok Tere
  • Zamek Vajdahunjad
  • Zamek Vajdahunjad
  • Piotrek i Zamek Vajdahunjad
  • Nataszka, Zamek Vajdahunjad
  • Zamek Vajdahunjad
  • Nataszka, Zamek Vajdahunjad
  • Stacja metra przy termach Szechenyi
Bladym świtem pojechaliśmy metrem na stację kolejową gdyż o 6:50 mieliśmy pociąg z Budapesztu do Zagrzebia. Jechaliśmy wzdłuż Balatonu, na początku cały przedział był nasz więc nawet mogliśmy się przespać. Po kilku godzinach dosiadły się 2 dziewczyny. Zaraz za granicą węgiersko - chorwacką pociąg stanął we wsi i jakiś pracownik kolei chodził po przedziałach i krzyczał metodą zdartej płyty "Let's go bus, let's go bus!" Jakiś czas wszyscy go ignorowali, ale w końcu załapaliśmy, że trzeba wysiąść z tego pociągu bo dalej nie pojedzie. Wsadzili wszystkich pasażerów pociągu w 3 autokary i przewieźli do miasta, którego nazwy już nie pamiętam. Tam czekał na nas pociąg typu podmiejski, którym jeszcze ok 1-1,5 h musieliśmy jechać do Zagrzebia. Powodem takiej podmiany był ponoć pożar na trasie naszego pociągu. O dziwo nie mieliśmy opóźnienia. Tramwajem dotarliśmy do naszego hotelu i ruszyliśmy na spacer zgodnie z trasą ze zdobytych mapek :) Zobaczyliśmy katedrę WNP, "kamienną bramę" i kościół św. Marka (bardzo ładny). Dalej poszliśmy w kierunku Wieży Lotrscak i schodami zeszliśmy do centrum, aż do placu Preradovica gdzie uraczyliśmy się zimnym Spritz'em i dalej do placu Jelacica, gdzie zakupiliśmy kilka lokalnych owocowych nalewek (które dowieźliśmy do Polski!). Kolację zjedliśmy na ulicy Opatovina w knajpie (a w zasadzie na powietrzu), która się nazywała Pivnica Mali Medo i była bardzo fajna. Siedzieliśmy przy piwie do 22:00 i tramwajem wróciliśmy do hotelu.
  • trg bana Josipa Jelacica
  • Katedra Wniebowzięcia NMP
  • Katedra Wniebowzięcia NMP
  • Dolac
  • ulica Opatovina
  • Kościół Św. Marka
  • Kościół Św. Marka i Nataszka
  • Kościół Św. Marka
  • Kościół Św. Marka i Piotrek
  • Widok z górnej stacji kolejki Uspinjaca
  • górna stacji kolejki Uspinjaca i Wieża Lotrscak
  • Piotrek i droga z Wieży "na dół"
  • trg Petra Preradovica
  • Marsala Tita
  • Dsc01379
  • Dsc01386
  • plac przed głównym dworcem kolejowym
  • trg bana Josipa Jelacica
  • ulica Opatovina
Znowu wczesna pobudka i o 6:50 ruszyliśmy pociągiem z Zagrzebia do Lublany. Trasa ta jest bardzo malownicza. Po przyjeździe do Lublany zostawiliśmy bagaż w przechowalni na dworcu i pojechaliśmy autobusem (1h) nad jezioro Bled. Przespacerowaliśmy się wzdłuż jeziora i na dłużej zatrzymaliśmy się na jednym z płatnych kąpielisk (ok 6€ cały, 3€ z polską legitymacją). Poskakaliśmy z wieżyczki do wody, poleżeliśmy na pomoście i zjedliśmy obiad. Nie płynęliśmy na wyspę z klasztorem gdyż szkoda nam było czasu, ok 17:00 wracaliśmy do Lublany. Jezioro Bled było jednym z najpiękniejszych miejsc, które zobaczyliśmy podczas tej podróży i serdecznie wszystkim polecamy. Jezioro ma czystą, błękitną wodę i leży u podnóża Alp. Po powrocie do Lublany odebraliśmy bagaże i ruszyliśmy do Alibi Hostelu. Później okazało się, że lokalizacje w samym centrum życia nocnego możę utrudniać sen.. Kolejnym punktem był zamek, do którego trzeba było się trochę powspinać pod górę. Po zejściu pochodziliśmy między kamieniczkami rozglądając się za jakimś sklepem spożywczym, chcieliśmy kupić coś na drogę na następny dzień i przede wszystkim wodę do pokoju. Godzinę szukaliśmy! W końcu zapytaliśmy jakiegoś przechodnia, który powiedział, ze sklepy są zamknięte po 20:00 i wskazał nam jedyny czynny do 21:00, ale bardzo daleko. Ledwo zdążyliśmy przed zamknięciem, ale przynajmniej Piotrek już nie mówił, że uschnie ;) 
  • W pociągu relacji Zagrzeb - Lublana
  • W pociągu relacji Zagrzeb - Lublana
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled i klasztor na wyspie
  • Jezioro Bled i klasztor na wyspie
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Jezioro Bled
  • Lublana
  • Lublana
  • Lublana
  • Lublana
  • Lublana
  • Lublana, wejście na zamek
  • Lublana, zamek
  • Lublana, zamek
  • Lublana, zamek
  • Lublana, zamek
  • Lublana, zamek
  • Lublana, zamek
  • Lublana
  • Lublana
  • Lublana
Kolejny raz wstawaliśmy wcześnie. Pociąg z Lublany do Rijeki ruszył o 6:20. W Rijece złapaliśmy bus do Punat na wyspie Krk. Przejechaliśmy przez most łączący ląd z wyspą i w miejscowości Punat odnaleźliśmy nasze kwatery. Dosyć daleko od plaży, ale bardzo ładne i czyste. Byliśmy wcześnie więc zanim mogliśmy się zameldować zostawiliśmy bagaże i poszliśmy na plażę. Ponieważ metalowe zejścia do wody nie koniecznie nam się spodobały to poszliśmy na malutką plażę "normalną", gdzie nie wchodziło się do morza jak do basenu. Mieliśmy szansę przetestować nasze gumowe buty do kąpieli i faktycznie się sprawdziły - łatwiej w nich chodzić po kamieniach i mniejsze ryzyko, że nastąpi się na jeżowca. Piotrek zjadł swojego pierwszego burka i wróciliśmy do pokoju. Po zameldowaniu znowu poszliśmy na plażę, tym razem trochę dalej i zaopatrzyliśmy się w materac i koło :) Kąpaliśmy się do zachodu słońca. Wieczorem kupiliśmy sobie po burku i wino w kartonie, usiedliśmy nad wodą i tak wyglądała nasza kolacja.
  • W pociągu. Lublana - Rijeka
  • W drodze z Rijeki na Krk
  • W drodze z Rijeki na Krk
  • Most łączący ląd z wyspą Krk
  • W oddali Punat
  • Piotrek i jego pierwszy burek ever :)
  • Punat
  • Punat
  • Punat
  • Punat
  • To było to lato kiedy w całej Europie królowały Radlery ;)
  • Punat
  • Punat
Ok 9:00 zeszliśmy na śniadanie. Tego dnia postanowiliśmy pojechać na plażę w Baśce. Zakupiliśmy maskę i rurkę i byliśmy gotowi :) Ponieważ nie doczekaliśmy się na autobus to postanowiliśmy jechać stopem. Staliśmy dobre 20 min w upale zanim jacyś Niemcy się nad nami zlitowali. Podwieźli nas kawałek, ponieważ dalej jechali w przeciwną stronę musieliśmy znowu łapać. Tym razem nie zajęło to nam nawet 5 min. Od razu zatrzymał się miejscowy Chorwat i zawiózł nas na miejsce. Dla Piotrka było to nie lada przeżycie ponieważ nigdy wcześniej nie podróżował stopem. Nie było nam dane długo plażować gdyż po ok godzinie zaczęła się burza. Posiedzieliśmy chwilę w kawiarni popijając Spritz'a i jedząc Panna Cottę (w tej części Chorwacji jest dużo "Włoszczyzny"). Nie przestawało padać więc o 14:30 wróciliśmy autobusem do Punatu. Siedzieliśmy w pokoju do 19:00, przestało padać i poszliśmy na spacer i kolację. 
  • Baska - ładna pogoda
  • Baska - godzinę później
  • Baska
  • Baska
  • Baska
  • Piotrek, burza i espresso
  • mniam
  • Punat
  • my
  • Punat
  • Punat
  • Punat
  • Punat

O 6:00 mieliśmy autobus z Punat do Rijeki, a o 9:00 z Rijeki do Szybenika. Czekając w Rijece urządziliśmy sobie śniadanie przy fontannie nieopodal dworca autobusowego. W skład śniadania wchodziło świeże pieczywo z piekarni, plastry szynki i sera, ogromne zielone oliwki. Pycha :) Droga z Rijeki do Szybenika zajęła nam ponad 3 godziny, ale niewiele pamiętam bo poszłam spać po chorwackim odpowiedniku Aviomarinu. Na dworcu czekał na nas właściciel domu, gdzie mieliśmy mieszkać, p. Davor. Zabrał nas do siebie czyli do miejscowości na końcu świata - Jadrtovac.. Nie byliśmy zachwyceni bo przez booking.com rezerwowaliśmy sobie pokój w Żaboricu, który jest położony nad morzem. Niestety będąc w Punacie dostaliśmy mail z informacją, że właściciele domu w Żaboricu robią remont i przenieśli nas do swoich "sąsiadów" czyt. 2,5 km dalej. Nie mając samochodu było to mocno uciążliwe. Wracając do naszej kwatery z Jadrtovacu to była faktycznie bardzo ładna, widok na jezioro, świeże figi na drzewie i mili właściciele. Pan Davor podrzucił nas na przystanek i pojechaliśmy autobusem do miasteczka Primosten (ważna informacja - autobusy nie zatrzymują się na przystankach jeżeli się nie "pomacha"). Primoszten nie zrobiło na nas jakiegoś mega wrażenia.. Posiedzieliśmy na plaży, kąpaliśmy się bo były wysokie fale (ale woda nie była najczystsza) i zobaczyliśmy starówkę, która znajduje się na okrągłym półwyspie z cienkim połączeniem z lądem. Jest tam kościół św. Jerzego i cmentarz. Do Żaboricza wróciliśmy jak było już ciemno i czekał nas spacer 2,5 km przez ciemny las. Jak już dotarliśmy do pokoju to chcieliśmy sobie posiedzieć na tarasie, ale "pchlarz" skutecznie to nam utrudniał wpychając się prawie na głowę.

  • Między Rijeką a Szybenikiem
  • Między Rijeką a Szybenikiem
  • Nataszka vs. Aviomarin
  • nasz pokój w Jadrtovac
  • Droga do Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • Primosten
  • "Pchlarz"
Mieliśmy tego dnia jechać Parku Narodowego Krka, ale bez samochodu okazało się to niemożliwe. Nasza rada to podróżować po Chorwacji samochodem ponieważ transportem publicznym można przemieszczać się tylko pomiędzy większymi miastami, a wydostanie się z małej miejscowości czasami jest wręcz niemożliwe. W zamian za Park pojechaliśmy do Szybenika. Zanim jednak wsiedliśmy do autobusu to minęła godzina - tyle czekaliśmy na przystanku. W Szybeniku nam się podobało. Kolejna "biała starówka", fajne katedra, a najbardziej nam się podobał widok z twierdzy (Tvrdava sv. Mihovila, wstęp 20 kun). Ponieważ tego dnia chcieliśmy jeszcze popływać to zdecydowaliśmy się wrócić do Żaboricza i po obiadokolacji w postaci pizzy poszliśmy poskakać do wody. I tak w kółko do zachodu słońca :) Tym razem przyjemnie się wracało do naszych kwater bo było jeszcze widno. 
  • Droga z Jadrtovaca do Żaborica
  • plaża w Żaboriczu
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Sibenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik
  • Szybenik - twierdza
  • Szybenik - twierdza
  • Szybenik - twierdza
  • Twierdza
  • Szybenik - widok z twierdzy
  • Żaboricz
  • Żaboricz
  • Żaboricz
  • Żaboricz
  • Żaboricz
  • Żaboricz
  • Żaboricz
  • Droga z Żaborica do Jadrtovaca
  • Droga z Żaborica do Jadrtovaca
O 10:00 p. Davor podrzucił nas na przystanek autobusowy i pojechaliśmy do Trogiru. Po drodze zjedliśmy figi chwilę wcześniej zerwane z drzewa gospodarzy. W Trogirze nie znaleźliśmy autobusu do naszej kwatery w Okrugu Górnym i byliśmy zmuszeni jechać taksówką. Po przyjeździe do naszej kwatery byliśmy zaproszeni przez właścicieli na rakiję. Starszy Pan poczęstował nas trunkiem swojej roboty, małżonka uraczyła nas ciasteczkami i było bardzo miło. Gospodarz nie rozumiał dlaczego będąc Polakami nie chcieliśmy dłużej posiedzieć przy butelce ;) Tradycyjnie ruszyliśmy na rozpoznanie terenu i wylądowaliśmy na pobliskiej plaży. Ponurkowaliśmy trochę i poczytaliśmy książki na plaży. Wieczorem poszliśmy na kolację do centrum Okrugu, a kolację były frytki ;) Późnym wieczorem jeszcze poszliśmy nad wodę, na skałki, podziwiać światełka Okrugu i odległych statków. Chcieliśmy jeszcze posiedzieć na balkonie, ale prawie nas zjadły żywcem komary. 
  • Okrug
  • Okrug
  • Okrug
  • Okrug
  • Okrug
  • Okrug
  • Okrug
  • Okrug
  • Nasz domek w Okrugu
  • "centrum" Okrugu
  • "centrum" Okrugu
  • "centrum" Okrugu
  • Okrug Górny
  • "centrum" Okrugu
  • "centrum" Okrugu
  • "centrum" Okrugu
Rano zadzwoniliśmy po taksówkę i ruszyliśmy w stronę lotniska w Splicie, gdzie czekał na nas mały, czerwony samochodzik do wynajęcia w Sixt'cie. Zabrałam ze sobą napompowane koło więc mocno rzucałam się w oczy na lotnisku.. Niestety nie mogłam wcisnąć napompowanego koła do samochodu tak by nie narażać nas na niebezpieczeństwo (zasłaniało widoczność) więc musiałam je trochę spompować i upchnąć do bagażnika. Ruszyliśmy najpierw do Splitu gdyż poza tym, że chcieliśmy to miasto zobaczyć to w planie mieliśmy również zakup biletu na katamaran na następny dzień na Hvar. Niestety było to niemożliwe, pani w kasie objaśniła nam, że bilety można kupować tylko w dniu wypłynięcia. W Splicie zobaczyliśmy w zasadzie tylko port i Pałac Dioklecjana. Trafiliśmy akurat na "zmianę warty" więc radosny tłum krzyczał AVE! Zobaczyliśmy od środka katedrę św. Dujama i weszliśmy na ponad 60-metrową dzwonnicę (przy moim lęku wysokości to COŚ), skąd widok na Pałac, miasto i morze z wyspami jest cudowny. Następnie ruszyliśmy do Breli, gdzie zatrzymaliśmy sie na dłużej, żeby pobyć na tamtejszej plaży. Po drodze zatrzymywaliśmy się też kilka razy gdyż widoki były przepiękne. Dalej przez Baśkę Vodę dojechaliśmy do Makarskiej, gdzie po krótkim spacerze po mieście zakupiliśmy sobie tradycyjnie po burku i pomaszerowaliśmy w bardzo fajne miejsce, skąd mieliśmy widok na port, miasto i góry w tle - piękna sceneria do naszej obiado-kolacji. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Trogirze i spędziliśmy tam wieczór. Trogir robi bardzo dobre wrażenie. Uroczo położony na wysepce, a z lądem i wyspą Ciovo łączą go mosty. Spacerowaliśmy do bardzo późna i wróciliśmy samochodem do naszej kwatery w Okrugu.
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Pałac Dioklecjana (brama srebrna)
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - dzwonnica
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - widok z dzwonnicy
  • Split - widok z dzwonnicy
  • Split - my na dzwonnicy
  • Split - dzwonnica
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - katedra św. Dujama z dzwonnicą
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Świątynia Jupitera
  • Split - dzwonnica
  • Split - Pałac Dioklecjana (ze sfinksem w tle)
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Pałac Dioklecjana
  • Split - Pałac Dioklecjana (złota brama)
  • Split - Pałac Dioklecjana (złota brama)
  • Makarska Riwiera
  • Makarska Riwiera
  • Makarska Riwiera
  • Makarska Riwiera
  • Makarska Riwiera
  • Makarska Riwiera i nasze autko
  • Brela
  • Brela
  • Brela
  • Brela
  • Brela
  • Brela
  • Makarska Riwiera
  • Makarska
  • Makarska
  • Makarska
  • Makarska
  • Makarska
  • Makarska
  • Trogir
  • Trogir - katedra św. Wawrzyńca
  • Trogir - katedra św. Wawrzyńca (portal Radovanov)
  • Trogir - pałac Cipiko
  • Trogir - pałac Cipiko
  • Trogir - ratusz i loggia
  • Trogir - miejska loggia i ratusz
  • Trogir
Rano oddaliśmy samochód na lotnisku w Splicie i autobusem pojechaliśmy z lotniska do portu. Codziennie tylko jeden katamaran odpływał o 11:00 ze Splitu do miasta Hvar na Hvarze (pozostałe pływają do miejscowości Stari Grad, a nam zależało by od razu trafić do Hvaru). W kasie okazało się, że już od kilku godzin (!) nie ma biletów. Po chwili podeszła do nas dziewczyna, która wyjęła kilka biletów z godziną zakupu ok 7:00 rano. Cena była już 2x większa i ostatecznie zapłaciliśmy 'konikowi' za tę przyjemność po 100 HRK na głowę. Stanęliśmy w długiej kolejce i zajęliśmy dwoje miejsca na pokładzie. O 12:30 byliśmy już na miejscu. Już wysiadając z katamaranu rzuciło nam się w oczy, że w tej miejscowości są przede wszystkim ludzie w wieku 25-35 lat. Początkowo trochę błądziliśmy, w końcu złapaliśmy taxi by zaoszczędzić czas. Kwatery były ok, ładne w środku, niewykończone jeszcze na zewnątrz, z widokiem na morze, ale dosyć daleko od wody i centrum miasta. Po rozpakowaniu się poszliśmy zobaczyć miasto. Najpierw posiedzieliśmy na skałkach przy klasztorze Francszkanów. Później poszliśmy na kolację do fantastycznej knajpy, która się nazywała Konoba Menego. Przy porcie zapłaciliśmy zaliczkę na całodniowy rejs statkiem po Piekielnych Wyspach na następny dzień. Pogoda tego dnia była średnia, a wieczorem już fatalna. Mieliśmy w planie popłynąć na imprezę do Carpe Diem, ale ze względu na burzę odpuściliśmy sobie. Ok 23:00 wróciliśmy do pokoju. 
  • Piotrek w kolejce na nasz katamaran
  • W drodze na Hvar
  • Hvar, przy klasztorze Franciszkanów
  • Hvar, przy klasztorze Franciszkanów
  • Hvar
  • Hvar - plac i katedra św. Stefana
  • Hvar - plac św. Stefana
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar - plac św. Stefana
  • Hvar (twierdza Spanjol w oddali)
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar - widok z Arsenału
  • Hvar - widok z Arsenału
  • Hvar - port
  • Hvar - port
Pogoda nie była pewna więc statki nie wypływały na całodniową wycieczkę. Oddano nam pieniądze i w zamian popłynęliśmy na Sv Klement (największa wyspa Pekelnych) na plazę Palmiżanę. Tam spędziliśmy pół dnia. W mieście Hvar nie ma plaż piaszczystych, a nawet kamienistych - zejścia do wody są w większości ze skał. Palmiżana ma część żwirkową. Zdziwiło nas tylko, że było tam trochę brudno. To oczywiście świadczy o turystach, ale.. Najpierw raczyliśmy się częścią piaszczysto - żwirkową, ale w końcu trafiliśmy na skały i tam zostaliśmy. Po powrocie poszliśmy na obiad do knajpy Mama Leona gdzie obsługiwał nas bardzo zabawny kelner. Długo tam siedzieliśmy bo nagle było oberwanie chmury i strasznie padało. Jak już raczyło przestać to wróciliśmy do pokoju. Przebraliśmy się i ruszyliśmy na spacer i kolację. Najpierw poszliśmy spacerkiem do Hula Hula na drinka o zachodzie słońca. Wróciliśmy do centrum i spotkaliśmy Toma Cruisa, otoczonego grupą rozentuzjowanych turystów i reporterów. Kolację zjedliśmy w restauracji hotelu Park Hvar na tarasie z pięknym widokiem. 
  • Płyniemy na Palmiżanę
  • Hvar
  • Płyniemy na Palmiżanę
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Palmiżana
  • Płyniemy na Palmiżanę
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
Rano pogoda była super. Wymeldowaliśmy się z naszego pokoju i zostawiliśmy nasze bagaże w przechowalni w centrum miasteczka. Od razu też kupiliśmy bilety na prom na Korculę na dzisiejsze popołudnie. Po śniadaniu u Mamy Leona zdobyliśmy Twierdzę Spanjol. Nie wspominam tej wspinaczki najlepiej gdyż przy samej twierdzy fruwało dużo natrętnych owadów, których nie dało się odpędzić. W końcu jeden mnie boleśnie dziabnął w ramię i czerwony ślad utrzymywał się przez kolejne 2 tygodnie. Nie wiem co to było. Widok z twierdzy był przepiękny. Widać miasto, Piekielne Wyspy i Vis. W środku zobaczyliśmy bardzo fajne zbiory amfor i innych przedmiotów ze statków, które zatonęły w okolicy. Widzieliśmy też malutkie cele więzienne (ale z widokiem na morze..). Po zejściu z twierdzy udaliśmy się na plażowanie. Był to pierwszy dzień na Hvarze kiedy słońce świeciło nieprzerwanie i było cudownie. Wejście do morza nie należało do najłatwiejszych gdyż można było łatwo się uderzyć o skały. Ok 14:00 poszliśmy na obiad - znowu do Mamy Leona. Odebraliśmy walizki i o 16:20 weszliśmy na prom na Korculę. Do Vela Luki przypłynęliśmy o 17:30. Zameldowaliśmy się w bardzo fajnych kwaterach u ludzi, którzy prowadzą agencję turystyczną (www.mediterano.hr). Przespacerowaliśmy się po mieście i wróciliśmy do pokoju.
  • Hvar - wejście na Twierdzę
  • wejście na Twierdzę - widok na Hvar
  • wejście na Twierdzę - widok na Hvar
  • wejście na Twierdzę
  • wejście na Twierdzę
  • Twierdza Spanjol
  • wejście na Twierdzę
  • Twierdza Spanjol
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol
  • Twierdza Spanjol
  • Twierdza Spanjol - amfory
  • Twierdza Spanjol - amfory
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • Twierdza Spanjol - zejście do więziennych cel
  • Twierdza Spanjol - więzienne cele
  • Twierdza Spanjol - Piotrek w celi
  • Twierdza Spanjol - widok na miasto i Pekleni Otok
  • zejście z twierdzy do centrum miasta
  • zejście z twierdzy do centrum miasta
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • krabik
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Hvar
  • Vela Luka - wyspa Korcula
  • Vela Luka - wyspa Korcula
  • Vela Luka - wyspa Korcula
  • Vela Luka - wyspa Korcula
  • Vela Luka - wyspa Korcula
Mieliśmy w planie tego dnia popłynąć na wyspę Proizd, ale rano pogoda była nienajlepsza i nic nie pływało. Postanowiliśmy wynająć samochód i pojechać dookoła wyspy. Dopiero ok 14:00 udało się wyruszyć w drogę. Wcześniej mieliśmy problemy z kartą kredytową i mocno padało. Naszym pierwszym celem była Lumbarda. Znaleźliśmy piaszczystą plażę, która była idealna dla dzieci bo bardzo długo trzeba było iść by zrobiło się głębiej (czyt. do pasa). Następnie pojeździliśmy po okolicy. Ciągle mijaliśmy uprawy winogron. Kolejnym punktem było miasto Korcula. Zaparkowaliśmy samochód na jakimś strzeżonym parkingu i poszliśmy obejrzeć starówkę. Fajne miejsce, ale na pewno nie należy do naszych ulubionych. Oczywiście robią wrażenie mury, brama Veliki Revelin, plac św. Marka z katedrą i urocze uliczki odchodzące od jednej głównej. Samo położenie starówki na wzgórzu na półwyspie jest malownicze. Wieczorem wróciliśmy do Vela Luki i udaliśmy się na kolację do konoby Bata - gorąco polecamy (pyszne jedzenie i niedrogie). 

Rano pojechaliśmy naszym wynajętym samochodem do innej części Korczuli, a dokładnie naszym celem była Marina Bok. Od parkingu szliśmy do plaży prawie godzinę przez las. Sama plaża składała się z małych, płaskich skałek. Bardzo ciekawie to wyglądało. Było kilka wieżyczek ułożonych z owych skałek co wyglądało bardzo fajnie. Po powrocie do samochodu ruszyliśmy przed siebie. Jeździliśmy po pd-zach. części wyspy. O 12:30 oddaliśmy samochód i właściciele podwieźli nas na przystanek, skąd jechaliśmy autobusem do Korczuli i dalej promem do Orebica. Bilety na prom kupiliśmy przed wejściem na pokład. Po kilkunastu minutach byliśmy w Orebicu. To bardzo spokojna miejscowość, podobnie jak Makarska, położona u podnóża gór. Sporo tam naszych rodaków. Plaże są kaminieste i piaszczyste, a woda czysta. Tego dnia do wieczora siedzieliśmy na plaży kąpiąc się i czytając ksiązki.

Rano obudziła nas burza. Czekał nas spacer w deszczu do sklepu. Zjedliśmy śniadanie na balkonie i po 12:00 ruszyliśmy na plaże gdyż pogoda się poprawiła. Znowu zostaliśmy na plaży do zachodu słońca. Cudowne lenistwo.. Tak mnie to zmęczyło, że o 20:00 już zasnęłam ;))
Rano w pośpiechu się pakowaliśmy i o 7:20 już jechaliśmy autobusem do Dubrownika. Strasznie się rozpadało. Droga zajęła nam 2,5h i prawie całą spędziliśmy na stojąco. Dopiero pod koniec jakiś pan się ulitował nade mną i ustąpił mi kawałek swojego siedzenia. Widoki na tej trasie są przepiękne! Do Dubrownika wjechaliśmy w trakcie burzy. Pioruny uderzały obok nas, do tego ulewa, ciemno - koszmar. Spędziliśmy na dworcu autobusowym chyba godzinę czekając aż się uspokoi, ale w końcu zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy do pokoju, który mieścił się po drugiej stronie portu. Niestety nasz kwatera była specyficznie położona na wzgórzu przy schodach, bez dostępu do ulicy, więc od miejsca gdzie wysiedliśmy z taksówki do celu mieliśmy jeszcze ok 10 min po schodach z walizkami. Jak raczyło się wypogodzić to udaliśmy się na piechotę na starówkę. Zajęło nam to ok godziny. Starówka bardzo nam się spodobała, można chodzić po jej uliczkach bez końca. Późnym wieczorem wróciliśmy autobusem do pokoju.
Tego dnia postanowiliśmy się wyspać i z pokoju wyszliśmy dopiero ok południa. Udaliśmy się na najbliższą plażę. Długo jej szukaliśmy bo się zgubiliśmy. Do plaży prowadził długi deptak, a na samej plaży mało miejsca, ale udał nam się ulokować przy wodzie. Na obiadokolację pojechaliśmy na starówkę. Autobus dziwnie jechał na około. Jak dojechaliśmy to już było za późno na zwiedzanie murów starego miasta, było zamknięte. Znowu pospacerowaliśmy urokliwymi uliczkami, poobserwowaliśmy ludzi. Jak już było ciemno to wjechaliśmy na Wzgórze Srd (to był jeden z ostatnich wjazdów i było taniej, ale nie pamiętam ile dokładnie). Widok na oświetloną starówkę był super. Szkoda, że nie zobaczyliśmy też tego widoku za dnia. Zjedliśmy późną kolację i wróciliśmy autobusem do naszego pokoju. Bardzo chciałam wejść na mury więc postanowiliśmy rano przyjechać ponownie, przed wyjazdem z Dubrownika.
Wstaliśmy wcześnie i udaliśmy się na starówkę. Byliśmy przy kasie przed 8:00 i od razu weszliśmy na mury. Bilet kosztował 70 kun. Mieliśmy godzinę na mury - zdecydowanie za mało, pod koniec zwiedzania biegliśmy, dosłownie :) Widoki z murów były cudowne. Polecam. Autobusem wróciliśmy do pokoju po walizki i taksówką wodną popłynęliśmy na drugą stronę zatoki, skąd było już 5 min na piechotę na dworzec autobusowy. Myśleliśmy, że zdążymy na ostatnią chwilę, ale autobus do Budwy opóźnił się o godzinę (bez sensu tak pędziliśmy). Bilet kosztował 160 kun. Na granicy chorwacko - czarnogórskiej wszystko by poszło bardzo szybko gdyby nie problem z paszportem jednego z pasażerów. Postaliśmy ok 30 min i ruszyliśmy w stronę Budwy. Przez zatokę kotorską autobus przepłynął na promie, niedaleko miejscowości Bijela. Po dotarciu do Budwy długo szukaliśmy naszej kwatery gdyż w Czarnogórze nie ma czegoś takiego jak nazwy ulic! Pytaliśmy przechodniów, wskazywali nam drogę, ale też nie byli pewni. W końcu dodzwoniłam się do właścicielki kwater i po nas wyjechała. Mieszkaliśmy w Apartments Mijovic - do plaży ok 10-15 min na piechotę, a poza tym wszystko super. Ok 17:00 wyszliśmy coś zjeść. Usiedliśmy w knajpie przy porcie i zamówiliśmy sobie talerz ryb i owoców morza dla 2 osób. Miła odmiana cenowa po Chorwacji. Pospacerowaliśmy po starówce i wróciliśmy do pokoju. W drodze powrotnej przeszliśmy przez tamtejszy deptak (chyba). Klimat jak nad polskim morzem. Pamiątki, automaty, wata cukrowa, fast-food i sami Polacy ;)
Fantastyczny dzień! Po śniadaniu poszliśmy na plażę skąd popłynęliśmy na pobliską wysepkę Svety Nikola. Na miejscu pierwszy raz w życiu wykupiliśmy na plaży 2 leżaki i parasol, żeby leżeć, czytać, pływać i nic nie robić ;) Po 4h nam się znudziło i zdecydowaliśmy się wrócić na ląd. Przed opuszczeniem wysepki, wstąpiliśmy do beach baru na drinka, który chyba miał wpływ na dalszy przebieg dnia.. Po dotarciu na ląd mieliśmy w planie przejść się wzdłuż plaży w poszukiwaniu fajnego miejsca na obiad. Po drodze zobaczyliśmy małe biuro, które oferowało Parasailing. Nigdy wcześniej nie próbowaliśmy. Nagle Piotrek oznajmił pani z tegu biura, że jesteśmy zdecydowani i zanim się zorientowałam to faktycznie się zgodziłam i już siedzieliśmy w motorówce. Śmialiśmy się, że gdbybyśmy się dłużej zastanawiali to znaleźlibyśmy wiele powodów by się nie zdecydować (bo się zabijemy, bo szkoda pieniędzy, itd), a dzięki tej spontanicznej decyzji dostarczyliśmy sobie niezapomnianych wrażeń. Na pokładzie motorówki były z nami 2 Rosjanki i 2 starsze małżeństwa z Rosji. Mówię biegle po rosyjsku więc pośmialiśmy się z siebie i swojego strachu. Jedna pani się nie zdecydowała, a druga do końca nie była przekonana, nawet jak się wznosiła.. Kiedy pozostali latali to my na motorówce podziwialiśmy widoki. Jak już przyszła nasza kolej to dopiero zobaczyliśmy widoki. Niesamowite doświadczenie. Wznosiliśmy się z motorówki i ściągali nas też z powrotem na pokład motorówki. "Na górze" byliśmy ok 5 min. Polecam! Wieczór ponownie spędziliśmy na starówce. Znaleźliśmy tam punkt, który miał w usługach zgrywanie zdjęć i filmów na płyty CD. Bardzo się ucieszyliśmy bo już nam brakowało miejsca na kartach, a taka usługa była o wiele tańsza niż zakup kolejnej karty. Wracając do pokoju skusilłam się na watę cukrową - a co, na wakacjach jestem ;)
Od 10:00 mieliśmy samochód. Zanim pani wypełniła wszystie papierki w Sixt'cie i wyjechaliśmy z Budwy była 11:00. Rano właściciel kwatery, Pan Dragan, uprzedził nas, żebyśmy nie planowali trasy wzdłuż Tary bo w TV ogłaszali, że walczą tam z pożarem i droga jest zamknięta. Bardzo mi zależało na tej trasie więc byłam mocno zawiedziona. Skierowaliśmy się na Cetinje. Droga wiodła nad Budwą - piękne widoki. Do samego Cetinje nie dojechaliśmy gdyż odbiliśmy na stolicę. W Podgoricy jakoś specjalnie nam się nie podobało. Szybko pojechaliśmy dalej w stronę miasta Niksic. Jego obrzeża były trochę przerażające, nie byłam w Indiach, ale właśnie tak sobie wyobrażam biedne dzielnice Delhi. Nie wiem dlaczego tam trafiliśmy, miało być krócej. W okolicy Parku Narodowego Durmitor zaczęło robić się bardzo malowniczo. Wysokie góry, pastwiska. Minęliśmy Żablijak i dojechaliśmy do mostu na Tarze. Pokonaliśmy na piechotę most, po drugiej stronie przeszliśmy się jeszcze kawałek. Piękna okolica. Nastepnie pojechaliśmy wzdłuż Tary (w kierunku pożaru..). To najpiękniejsza rzeka jaką w życiu widziałam. Ma kolor turkusowy, otaczają ją białe skały i las. Polecam! Po kilku km postanowiliśmy zawrócić. Jechaliśmy tą samą trasą do Nikisica, a dalej wybraliśmy poleconą nową drogę (Nikisic - Boka Kotorska). Ogólnie stan dróg w Czarnogóze jest dobry, ale ta droga byłą nowiutka i szybko pokonaliśmy ten odcinek. Wzdłuż zatoki kotorskiej nam się zeszło bo drogi sa wąskie, a ruch duży. Do Budwy dojechaliśmy na 20:00.
Rano pojechaliśmy przez Bar do Ulcnij. Chcieliśmy kupić bilety do Albanii na następny dzień. Pani w okienku powiedziała, że bilety można kupić tylko w dniu wyjazdu. Pojechaliśmy pod granicę albańską, na wyspę Ada Bojana. To płatna plaża nudystów, z częścią dla "ubranych" ;) Szeroka, piaszczysta plaża i tylko kilka domków. Tam również spotkaliśmy grupę Polaków. Po godzinie ruszyliśmy w drogę powrotną. Następnym celem była Zatoka Kotorska. Po drodze zatrzymaliśmy się w Sv Stefan, ale po chwili się rozpadało się pojechaliśmy dalej. Dojechaliśmy do Kotoru ok 16:00. Obeszliśmy starówkę i pojechaliśmy do miejscowości Perast, by zachód słońca podziwiać z kawiarni tuż nad wodą. Wróciliśmy do Budwy, zostawiliśmy samochód i udaliśmy sie na kolację, a po kolacji trafiliśmy na koncert pod murami starego miasta. 
Rano oddaliśmy samochód w Sixt'cie. O 9:37 mieliśmy autobus z Budwy do Ulcnij i o 12:30 z Ulcnij do Tirany. Szybko dojechaliśmy do granicy, po drodze ładne krajobrazy, dużo drzew z granatami. Szybko poszło na granicy. O 14:00 byliśmy w mieście Szkoder i tam kazali nam się przesiąść w bus do Tirany. Towarzystwo w busie całkowicie międzynarodowe. Starszy Amerykanin, 2 Brytyjki, Australijczyk z Niemką chyba. Wszyscy się po drodze wymieniali wspomnieniami z przebytej drogi, zachęcali do odwiedzenia różnych miejsc na Bałkanach, dawali "dobre rady". Dojechaliśmy na główny plac w Tiranie (Szeszi Skenderbej), który był rozkopany i nie wiedzieliśmy jak się dostać do hotelu. Najpierw poszliśmy do kantoru po lewy i wsiedliśmy do taksówki. Po zameldowaniu w hotelu wyszliśmy na spacer po mieście. Przyznam, że cały ten pomysł z Albanią trochę mnie przerażał, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Miasto nie jest może supernowoczesne, ale klimat podobny do ukraińskiego (który jest mi bliski). Zobaczyliśmy piramidę i centrum miasta. Na kolacje trafiliśmy do włoskiej knajpy przy Taiwan Center (w Albani jest dużo włoskich wpływów), nazywała się Taverna Vlora, jedzenie był dobre i dosyć tanie. Kelner dziwnie się na nas popatrzył jak zostawiliśmy napiwek (ok 10%) i 2 razy zapytał czy chcemy zostawić pieniądze, po czym podziękował.. Do tej pory nie wiemy skąd taka reakcja. Wieczorem wróciliśmy do pokoju. Powrót ulicami Tirany był przyjemny, czuliśmy się tam bezpieczni. W hotelu był dziwny prysznic, tzn nie było żadnej kabiny tylko słuchawka prysznicowa wystawała ze ściany i cała łazienka pływała po kąpieli :)
Rano pojechaliśmy taksówką na lotnisko skąd mieliśmy odebrać samochód. Tym razem Budget. Niestety pan, który tego dnia miał dyżur utknął gdzieś w korku i spóźnił się prawie godzinę. Dał nam kilka wskazówek odnośnie podróżowania po Albanii, nauczył kilku słów (zapamiętałam: "faleminderit" - dziękuję, "po" - tak, "jo" - nie) i ruszyliśmy. Zanim wyjechaliśmy z Tirany zatrzymała nas policja. Nie wiedzieliśmy o co chodzi policjantowi bo mówił tylko po albańsku. Powtarzał Elbassan (miejscowość, w kierunku której jechaliśmy). Po chwili zrozumieliśmy, że chce się z nami zabrać i takim oto sposobem jechaliśmy z policjantem przez ok 1h. Po drodze rozmawiał z kimś przez telefon krzycząc ile pary w płucach więc trochę się go obawialiśmy. Po jakimś czasie jednak poprosił kartkę. Zapisał nam swoje imię i nazwisko + nr telefonu, z dopiskiem "policaj" i swoją parafką. Na migi zakomunikował, żebyśmy pokazywali tę kartkę każdemu policjantowi, który nas zatrzyma. Super :) Nazywał się Resmi Broshka. Podpowiadał nam którędy jechać. Wyżynne okolice Krraby są bardzo malownicze. Pan policjant wysiadał w Elbasan, pytał czy wejdziemy na kawę, ale się śpieszyliśmy więc podziękowaliśmy i pojechaliśmy w stronę granicy z Macedonią. Drogi w Albanii są TRAGICZNE!!! A kierowcy jeszcze gorsi. Baliśmy się, że nasz malutki samochodzik (Chevrolet SPARK) nie da rady. Już od pierwszego dnia musiałam wysłuchiwać, że to przez moją oszczędność jezdzimy tekturowym pudełkiem, po górach, narażając się na niebezpieczeństwo. Trochę w tym prawdy było bo nasz samochodzik nie miał siły jechać pod górkę, ale za to z górki jechał aż za szybko, bo nie działały mu dobrze hamulce.. Jakoś dojechaliśmy do granicy, pogoda piękna, na miejscu kupiliśmy "zieloną kartę" i już byliśmy po drugiej stronie granicy. Widoki na jezioro Ohrid i góry były piękne. Dojechaliśmy do miasta Ohrid i przez informację turystyczną znaleźliśmy nocleg. Mieliśmy problemy z wyjęciem pieniędzy z bankomatu, a terminal nie czytał naszych kart. Jakoś się udało i przyjechał po nas właściciel kwatery. Jadąc za nim dotarliśmy do pokoju. Lokalizacja była super, na wzniesieniu, na starym mieście. Gospodarz uraczył nas swoją rakiją na balkonie, z którego rozciągał się widok na jezioro. Wyszliśmy na spacer po mieście. Jest tam fajny pomost, którym idzie się nad jeziorem tuż przy skałach. Zobaczyliśmy starożytny teatr, bramy, cerkiew św. Zofii i cerkiew św. Jana Teologa z Kaneo (ta najładniej położona, tuż nad jeziorem). Pod wieczór zerwał się silny wiatr przez co fale na jeziorze było ogromne. Poszliśmy na kolację i do pokoju. 
Rano błądziliśmy po Ohridzie nie mogąc wyjechać z miasta. W końcu wyjechaliśmy w kierunku Bitoli. Dojechaliśmy do granicy gdzie sprawdzono nam paszporty i bez żadnych pytań o samochód przepuszczono nas dalej. Dostałam od pana celnika kiść winogrona :) Wybraliśmy trasę przez Grecję ze względu na stan dróg tych albańskich. Nie mieliśmy porządnej mapy po Grecji tylko wydruki z googli (bo trasa miała być taka łatwa). Błądziliśmy długo w okolicy Floriny zanim pojechaliśmy w dobrym kierunku. Zaczęło strasznie padać i nie przestawało przez prawie całą drogę. Na wysokości Ioaniny trochę się rozpogodziło. Na granicy grecko - albańskiej zaczęły się pytania "jak to albańskim samochodem z Macedonii przez Grecję?". Nie rozumieli dlaczego celnicy greccy przy wjeździe nie podstemplowali dokumentów samochodu.. Chwilę to trwało, ale w końcu nas puścili. Po przekroczeniu granicy pojechaliśmy do Gjirokastry. Bardzo fajne miasteczko z zamkiem na wzgórzu. Zobaczyliśmy kamienne domki na starówce, Twierdzę z wieżą zegarową, resztki amerykańskiego samolotu, galerię artylerii i piękny widok na okoliczne wzniesienia oraz na miasto. Wróciliśmy do samochodu i staraliśmy się jak najszybciej dojechać na wybrzeże. Droga z Gjirokastry do Sarrande nie jest w złym stanie, ale jest wąsko i wiedzie przez tereny górzyste, bez oświetlenia. Po drodze zatrzymała nas policja. Już chciałam wyjmować naszą karteczkę z podpisem policjanta z Tirany, ale jak usłyszeli, że jesteśmy turystami z zagranicy to od razu na twarzach zagościł promienny uśmiech i pozwolili nam jechać dalej, nie sprawdzili nawet dokumentów. Przed samą Sarandą droga była fatalna, jakby ktoś zerwał nawierzchnię. Wielkie doły, brak oświetlenia, oznakowań gdzie się kończy droga, ile pasów - nic. Im głębiej wjeżdżaliśmy w miasto tym nawierzchnia się poprawiała, ale ciągle było ciemno. Kierowaliśmy się znakami na Ksamil, gdzie mieliśmy nocleg. Jednak wyjechać z Sarandy pomógł nam młody chłopak. Jak dojechaliśmy na miejsce to byliśmy w lekkim szoku. Brak asfaltu, krowa na drodze, zero światła. Oznaki życia były w sklepie spożywczym. Tam dowiedzieliśmy się, ze w całym okręgu jest awaria prądu. Pytaliśmy jak dojechać do naszych kwater, ale pani nie potrafiła wytłumaczyć. Zadzwoniła po męża i jemu kazała nas poprowadzić samochodem! Cudowni ludzie. Na drogę wyszedł właściciel z latarką i zaprowadził nas do pokoju. Była noc, a my cieszyliśmy się jak dzieci, że mamy jednak gdzie spać. Nawet prąd nie był potrzebny.
Rano padało. Po śniadaniu w hotelu Castle, który sąsiadował z naszymi kwaterami i serwował pyszne jedzenie, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy do miejscowości/osady Butrint. Jest to starożytna osada tuż przy granicy z Grecją, która jest wpisana na listę UNESCO. Droga z Ksamil do Butrintu jest nowa i bardzo dobra. Z niektórych jej punktów widać grecką wyspę, Korfu. Ku naszemu zaskoczeniu na miejscu było sporu ludzi. Akurat przyjechały 2 autokary z turystami z Francji i Wielkliej Brytanii. Bardzo fajne miejsce, ciekawe pozostałości po Grekach i Rzymianach, np amfiteatr. Podczas naszego zwiedzania pogoda była ładna. Wrócliśmy do pokoju, spakowaliśmy plażowy ekwipunek i ruszyliśmy nad wodę. Wypożyczyliśmy rowerek wodny i popłynęliśmy na pobliską wysepkę, a właściwie dwie oddzielone mielizną. Wszystko było już zamknięte, ale pani sprzątająca pozwoliła nam chwilę pochodzić po plaży. Wracając rowerkiem ścigaliśmy się z Francuzami. Resztę dnia spędziliśmy na kąpieli w morzu i skakaniu z pomostu do wody. Trochę się rozpadało więc zebraliśmy się do pokoju. Wysuszyliśmy się i udaliśmy się na pyszną obiado-kolację nad wodą gdzie raczyliśmy się krewetkami i faszerowanymi kalmarami. Zachód słońca obejrzeliśmy na naszym balkonie.
Rano korzystając z pięknej pogody poszliśmy na plażę. Następnie udaliśmy się na śniadanie (ponownie do Castle) i ok 12:00 opuściliśmy Ksamil. W planie mieliśmy dojechać do Vlore. Jechaliśmy piękną trasą (stan dróg w większości dobry) z Sarande do Vlore. Co chwilę padal deszcz lub wychodziło słońce z tęczą. Zatrzymywaliśmy się na różnych plażach. Wszystie były puste, a jedynymi plażowiczkami były krowy, które wylegiwały się na białych kamieniach. Przed Vlore rozpadało się na dobre. Akurat kiedy musieliśmy naszym niepełnosprawnym samochodzikiem wjechać na wysokość 1055 m n.p.m. To było przerażające doznanie.. ulewny deszcz przez który nic nie było widać, mgła, urwiska i serpentyny. Na szczęście udało się pokonać tę drogę i w okolicy Orikum znaleźliśmy genialną knajpę (niestety nie pamiętam nazwy, ale było to gdzieś przy drodze między Orikum a Vlore). Naszą uwagę przykuła jagnięcina na ruszcie. Restauracja była duża i większość stolików było zajętych, w większości przez miejscowych, którzy przychodzą do restauracji całymi rodzinami po kilkanaście osób. Zamówiliśmy po 0,5 kg mięsa + sałatkę szopską + sos tzatziki. Wszystko było przepyszne. Kelnerzy mówili po angielsku. Najedzeni ruszyliśmy w stronę Vlore. Były tam remonty dróg i dojazd do naszego hotelu był utrudniony. Hotel był bardzo ładny. Było już późno więc już nie wychodziliśmy z hotelu (przejażdżka samochodem nie zachęciła nas do spaceru po mieście, mieliśmy dosyć daleko z hotelu do portu). Przez okno posłuchaliśmy modłów dobiegających z pobliskiego minaretu i poszliśmy spać. 
Rano zjedliśmy śniadanie w hotelu i ok 10:00 ruszyliśmy w stronę Durres. Po drodze mieliśmy w planie zwiedzić park archeologiczny Apollonia - starożytną grecką kolonię. Dosyć szybko odnaleźliśmy to miejsce. Turystów było niewielu, jedna duża grupa, ale trafiliśmy na "wykopki" tzn aktywne stanowiska pracy niemieckich archeologów, którzy odkryli kolejną świątynię pod ziemią. Teren parku jest dosyć rozległy. Poza ruinami starożytnych budowli jest tam też kościól Św. Marii oraz muzeum. Następnie pojechaliśmy w stronę morza. Trafiliśmy na ogromną plażę (na wysokości Apollonii). Nie było tam śladu ludzi, żadnych hoteli, sklepów czy barów. Ciekawe miejsce. Podczas dalszej drogi do Durres złapaliśmy gumę, ale Piotrek szybko sobie poradził z problemem i po chwili już jechaliśmy ze zmienionym kołem. Jak dojechaliśmy do Durres to udaliśmy sie na plażę. Poobserwowaliśmy ludzi, zjedliśmy coś w rodzaju małych ptysio - pączków w sosie tofi i ostatni raz popływaliśmy w morzu. Byłam zadowolona bo tego dnia zobaczyłam też "grzybki" czyli bunkry, których już jest coraz mniej w Albanii, oraz osiołki :) Dalej pojechaliśmy w stronę Tirany, a dokładniej do hotelu przy lotnisku. Zjedliśmy kolację w przydrożnej knajpie i zameldowaliśmy się w hotelu. Zachód słańca podziwialiśmy z balkonu obserwując lądujące samoloty.
Rano zdążyliśmy jeszcze popływać w hotelowym basenie i po wysuszeniu pojechaliśmy na lotnisko oddać samochód i o 12:00 polecieliśmy do Monachium. Tam mieliśmy ok 7h między lotami więc zostawiliśmy bagaż na ootnisku i ruszyliśmy do centrum. Bardzo nam się spodobał ratusz, udało nam się wjechać za darmo na samą górę gdyż zdecydowaliśmy się 10 min przed zamknięciem. Widok był ładny, ale spodziewałam się lepszej widoczności Alp. Jedna wieża w kościele NMP była w remoncie, ale środek robił wrażenie. Spacerkiem udaliśmy się do Hofbrauhaus, gdzie popijając piwo i jedząć precle mogliśmy się poczuć jak na Octoberfest. Zobaczyliśmy Hofgarden, żółty kościół Teatynów, stary ratusz i pochodziliśmy uliczkami bez celu, aż nadeszła pora powrotu. Wróciliśmy na lotnisko i polecieliśmy do Warszawy. Tak się skończyła nasza 29-dniowa podróż :)

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. kahlan77
    kahlan77 (20.07.2014 23:02) 0 + -
    Super
  2. lmichorowski
    lmichorowski (06.03.2014 20:43) +1 + -
    Bardzo przyjemnie podróżowało mi się w Waszym towarzystwie. Faine zdjęcia i opisy. Pozdrawiam.
  3. eli_ko
    eli_ko (14.02.2014 14:59) +1 + -
    fajna słoneczna podróż :)
  4. pt.janicki
    pt.janicki (03.02.2014 23:13) +1 + -
    ...jeszcze wrócę!...
  5. hooltayka (29.01.2014 8:57) +2 + -
    Podróż w piękne miejsca.
    Zazdroszczę słońca,morza i pięknych widoków.
    Pozdrawiam-)
nantee

nantee


Punkty: 4478