Ładuję...

kolumber.pl


9 +
2012-06-08 - 2012-06-11

Wyspy Eolskie 4 - Stromboli

Opisywane miejsca: Panarea, Ginostra, Stromboli, Ficogrande, Piscità (18 km)
Typ: Blog z podróży

O idei tej podróży, jej programie, oraz informacjach na temat wysp można przeczytać w podróży Urodziny na czynnym wulkanie. Wcześniejsze etapy podróży:

Etap 1 - Lipari, etap 2 - Salina, etap 3 - Panarea

=====================

Wypływam z portu w Panarea i usiłuję sobie wyobrazić co będzie dalej... 

Stromboli to od początku cel mojej podróży. Początkowo myślałam, że przypłynę tylko tutaj na dwa, trzy dni. Potem moje marzenie się rozwinęło i udało mi się do Stromboli dodać pozostałe wyspy. Jednak wciąż Stromboli, oraz Iddu, czyli ON (on, wulkan...) - to cel, bo to tutaj zamierzam świętować fajerwerkami moje nieszczęsne urodziny.

Stromboli to będą dwa etapy mojej podróży - północno-wschodnia część wyspy, ta najczęściej odwiedzana, najgęściej zamieszkana, skąd startują wyprawy na wulkan, oraz później Ginostra, na południowym zachodzie, maciupeńka osada, gdzie można się dostać tylko morską drogą.

 

  • Kurs na Stromboli (widać południowe wybrzeże)

Płynąc z Panarea najpierw zawijamy do Ginostry, do jej maciupeńkiego portu Pertuso. Patrzę z ogromną ciekawością na to niezwykle miejsce gdzie przypłynę za trzy dni, na wielką skałę nad portem, na którą trzeba się wspiąć by się dostać do osady... Ci vediamo, Ginostra!

  • Pertuso, maleńki port maleńkiej Ginostry
  • Ginostra,  tak się wchodzi z portu na górę

Na Stromboli zamierzam się zatrzymać w niezwykłym domu, u niezwykłej osoby: Monica, moje pierwsze doświadczenie z couchsurfingiem. Nieco się obawiam jak to będzie... Moniki dziś nie ma na Stromboli, pracuje w Neapolu, przypłynie jutro. Mam się zgłosić w barze Malandrino i zapytać o Andrea.

Po wyjściu z wodolotu na przystań obowiązkowe pierwsze zdjęcia... Jestem na Stromboli... 

  • Południowe wybrzeże wyspy
  • Południowy żleb
  • Wschodnie wybrzeże
  • Port w Scari, cumujemy
  • Pierwsze zdjęcia l'Iddu z przystani
  • Czarna plaża, z przystani

Monica pracuje w Neapolu, przyjeżdża do domu na weekendy.  Zgodnie z poleceniem, znajduję bar, pytam o Andrea. Andrea wsiada na motorino i mówi, żebym szła za nim. Kluczy wąskimi uliczkami a ja człapię za nim z moimi dwoma plecakami. W końcu zsiada i prowadzi mnie wąską ścieżką między domami, pod bujną roślinnością. Jakiś czas idziemy w górę... znów w górę... Ścieżka jakby opuszczona, zarośnięta, dobrze że w cieniu. W końcu wchodzimy schodkami na białe tarasy i moim oczom ukazuje się coś cudnego... Stary, chyba zabytkowy dom. Otwarte drzwi. Andrea mówi – to tutaj, Monica będzie jutro, no to ciao...

Zostaję sama. Wchodzę i oczom nie wierzę: nie jak w hotelu czy B&B, nie. To tak, jak przyjść do czyjegoś domu. To jest prawdziwy, żywy dom z duszą. Stary, trochę jak babciny. Na dole kanapka, komoda, śliczna stara kuchnia, maleńka łazienka przemyślnie urządzona, są też schody na drewnianą antresolę, gdzie leży wielki materac. Oj, jakbym tak tutaj mogła spać...

Trochę niepewnie się czuję, bo nie jestem pewna, czy coś tu się nie poplątało, ten dom wygląda na zamieszkały, może to Moniki mieszkanie, a ja miałam pójść gdzie indziej, może Andrea coś pomylił...

Pytam ją smsem, czy mogę się urządzić na górze czy na dole, a ona odpowiada – gdzie chcesz! No, to znaczy że jest OK...

Jest bosko... mój strombolański dom...

Właściwie to ja nie wiem, gdzie ten dom się zaczyna, gdzie kończy. Pod tarasem jest inny dom, którego dachem jest nasz taras, a nad nami też jest dom. Domy idą w dół, połączone jakoś, nie wiem dokładnie jak. To nie jest taki dom, jak pokój w hotelu, gdzie jest pusto, a tylko gość wnosi ze sobą życie, i potem to życie z nim odjeżdża. Nie, ten dom jest żywy. Są tu stare meble, piękne zabytkowe skrzynie, niezwykłe przedmioty, książki. Na kuchni przyprawy, oliwa, herbata, kakao, w lodówce sok. Dlatego myślałam , że może niechcący trafiłam do mieszkania Moniki, no bo jak to jest, skoro to jest mieszkanie do wynajęcia, to te wszystkie rzeczy czyje są?

Monika nazwała to miejsce „Uccelli d’Alto Mare – La casa per i viaggiatori” – (Ptaki wzburzonego morza – Dom dla wędrowców). Ptaki za oknem są, a dom to właśnie dom, a nie B&B ani hotel, ani mieszkanie do wynajęcia.

Ci, którzy by chcieli tu się zatrzymać, muszą respektować reguły tego domu: tu obowiązuje cisza, szacunek wobec natury, czystość, oszczędność wody, która jest tu niezwykle cenna. Na drzwiach wisi kartka z tymi zasadami, a Monika, kiedy przyjechałam zadzwoniła i jeszcze raz objaśniła mi wszystko.

Staram się przestrzegać tych wszystkich zasad, staram się ze wszystkich sił – na przykład wzięłam własny ręcznik i własny śpiwór-prześcieradło, żeby nie trzeba było (o, za oknem silne puff!!!) zużywać wody na pranie rzeczy, które ja użyję. Moje wypiorę już w moim domu, po powrocie. Prysznic biorę szybko, nie świecę światła przed domem, nie palę, więc nie muszę się martwić o niedopałki...

  • Tu skręcamy z głównej ulicy idąc do Moniki
  • Idziemy przez chaszcze
  • Ścieżka do domu Moniki
  • Po tych schodkach wchodzi się na taras domu
  • Taras jeszcze nie przykryty matą,  widać Iddu
  • Mój strombolański dom
  • Kuchnia
  • Pokój na dole
  • Schody na antresolę
  • Moje łóżko na antresoli
  • Wejście i kuchnia widoczne z antresoli
  • Schody z antresoli
  • Na antresoli - moja szafa
  • łazienka
  • Umywalka
  • Zlew w kuchni
  • Inne części domu
  • Jeszcze nieodnowiona część
  • Sąsiedzi pod nami
  • Widok z mojego okna przy łóżku
  • Na moim tarasie
  • Moje łóżko i widok za oknem

Potem idę poznać okolicę, dochodzę w oba końce (oczywiście, no bo jakby inaczej...), czyli gdzie kończą się zabudowania. Nade mną dymi ON (po tutejszemu Iddu, co znaczy właśnie ON), cały czas wydobywa się z niego biały dym, a co jakiś czas taki ciemniejszy kłąb.  (Tu gdzie teraz siedzę i piszę, na moim tarasie też mogę na niego patrzeć – mam go z tyłu, za domem, a z przodu mam morze, śpiewają ptaki i jest cichuteńko...)

Chodząc patrzę raz na NIEGO a raz na morze i na Strombolicchio, czyli Strombolika, który jest ni mniej ni więcej tylko wyplutym kawałkiem wulkanu... W oddali rozmywają się wybrzeża Sycylii z Etną... 

Co do ludzi, to wydaje mi się, że najbardziej ze wszystkich wysp tutaj ludzie traktują turystów jak ... turystów. Rzadko ktoś się uśmiechnie przechodząc czy pozdrowi. Turyści są tu chyba trochę towarem... No, ale co zrobić.

Odpoczywając podczas spaceru siedzę przed kościołem, gdzie zbierają się grupy wchodzące na wulkan, patrzę, jak są ubrani, jak wyglądają. Ja wczoraj weszłam na 450 m, tutaj będzie dwa razy tyle... Mam nadzieję, że nie odpadnę, że dam rady...

  • Uliczka w Scari
  • Uliczka
  • L'Iddu w tle (ON jest wszędzie...)
  • Domy przy głównej ulicy
  • L'Iddu dymi
  • Czarna plaża
  • Plaża w Scari
  • Idąc w kierunku Petrazzi
  • Domy przy głównej ulicy
  • Zabudowania
  • Chiesa di San Vincenzo
  • San Vincenzo
  • San Vincenzo,  witraże w wejściu
  • San Vincenzo
  • Madonna
  • Kaplica w kościele
  • Widok z placu przy kościele
  • Widok na kościół z góry
  • Strombolicchio,  widok znad kościoła
  • Główna ulica

Ficogrande to druga po Scari miejscowość na wyspie, ale trudno zauważyć, gdzie jedna się zaczyna a druga kończy. Ze Scari prowadzi tu jedyna na wyspie szeroka droga nabrzeżna. Tą drogą z portu dowożone są towary do sklepów, hoteli. Wszystkie inne drogi mieszczą zaledwie maleńkie meleksy czy ape.

Chodząc po Stromboli wszędzie można zobaczyć tabliczki z ostrzeżeniem przed tsunami, oraz wskazówki gdzie się chronić, którędy odejść od wybrzeża, gdzie są miejsca „do przeczekania”.

Nad wulkanem prawie cały czas krąży helikopter, coś niesie, ale nie wiem co takiego, czasem niknie w chmurze wulkanicznego pyłu. Pewnie to obserwacje, pomiary... (później dowiedziałam się, że kręcą tu film, coś jak wspomnienie filmu z Ingrid Bergman z lat 40-tych, i stąd ten helikopter).

Ale tak poza tym to jest spokojnie, nie słychać żadnego mruczenia wulkanu, również w nocy. Widać dym, co jakiś czas pyka taki kłąb jak z fajki, a cały czas taki biały jak chmura, ale z tej strony wyspy również nocą nie widziałam ognia.

Tu ludzie plażują, ale mnie się jakoś nie chce wchodzić na te plaże pełne czarnego piasku... Kamienie to co innego, ten pył, właściwie popiół jakoś mnie zniechęcia. Co innego na wulkanie, ale na plaży... Przed chwilą pozamiatałam na tarasie, wszystko było przykryte wulkanicznym popiołem...

  • Ficogrande, tu od portu dochodzi szeroka ulica
  • Ficogrande,  ulica wzdłuż brzegu
  • Plaża z czarnym piaskiem w Ficogrande
  • Widok z plazy - Strombolicchio
  • Strombolicchio i łódź
  • Ficogrande,  tu kończy się szeroka droga
  • Dom Ingrid Bergman
  • Dom Ingrid Bergman
  • Zabudowania
  • Takie ozdoby  podobno przynoszą szczęście
  • Sklepik
  • Kolorowy dom
  • Błogoslawione niech będą ławeczki
  • Kapliczki ?
  • Te tablice ostrzegają przed tsunami
  • W razie tsunami uciekaj w tym kierunku

Piscita to najdalej na północ położona miejscowość. Jest tu bardzo spokojnie, cicho, uliczki są wąskie, zabudowania najczęściej białe, mnóstwo zieleni a w dole czarne plaże. 

Dziś wieczorem płynę na wycieczkę łodzią do Sciara del Fuoco, czyli żlebu, którym spływa lawa. Mam nadzieję, że będzie co oglądać. Poza tym chciałabym jeszcze jedną wycieczkę wykupić – dookoła wyspy, na Strombolicchio. Na razie pytałam, strasznie tu wszystko drogie, może Monika mi podpowie gdzie to załatwić taniej. Na takiej wycieczce są przystanki na pływanie, można snorkelingować...

Jutro wielki dzień, i zupełnie nie pamiętam z jakiej to okazji. Pamiętam jedno – jutro wejdę na Stromboli...  

  • Piscita - za miasteczkiem
  • Biały dom w Piscita
  • Biale zaciszne podwórko
  • Tu można odpocząć
  • Stary dom
  • Kościół San Bartolo
  • Kościół San Bartolo
  • San Bartolo,  Dzwonnica
  • Księgarnia na wyspie
  • Księgarnia z kotami
  • Księgarnia
  • Ostrzeżenie "Uwaga, koty"

Sciara del Fuoco to stromy żleb na zachodnim zboczu wyspy, którym z wulkanu podczas erupcji spada w kierunku morza pył, wyrzucone lapille – kawałki skał, a czasem też spływa lawa. Stromboli to wulkan nieprzerwanie aktywny, wyrzuca gaz i materię co kilkanaście minut, ale takie prawdziwe, silne erupcje z wyciekiem lawy zdarzają się bardzo rzadko – raz na kilka lat chyba. Wspaniałe musi być takie widowisko, jak czerwona lawa spływa żlebem do morza i tam z chmurą pary się topi... Czekam więc, co zobaczę dzisiaj...

Najpierw trzeba wejść na łódź. Nie jest to łatwe, bo morze jest dość niespokojne i łódź, mimo że zacumowana i dodatkowo trzymana przez silne ręce pomocników, skacze w górę i w dół, i to przybliża się do przystani, to oddala. Już się widzę w wodzie, ale – trzymana przez kilka rąk bezpiecznie staję na łodzi.

Nasza łódź jest niewielka, taka łupinka na morzu. Płynę z grupą messinesi (z Messyny, czyli hen za morzem), którzy z zamiłowania, regularnie spędzają na Stromboli wakacje, choć – jak się okazuje – nigdy dotąd nie weszli na wulkan, nawet pytają mnie o szczegóły... Grupa wyraźnie jest zgrana, więc na łodzi jest wesoło. 

Żeby dopłynąć do Sciara del Fuoco, opływamy wyspę, i oto przed nami Ginostra! Tu będę za trzy dni...

Jednocześnie z Ginostrą mamy drugą atrakcję – zachód słońca. Jak mówi załoga, jest to gratisowa część wycieczki :)

Po chwili widać za zboczem dym na całej wysokości zbocza – zbliżamy się do Sciara del Fuoco. Od wysokości wulkanu aż do morza żleb dymi... Wygląda to całkiem niezwykle.

(W tej chwili kiedy to piszę, leżąc na łóżku na mojej antresoli, usłyszałam „pufff!” – bardzo wyraźnie, wyjrzałam przez okno, i nad głową wulkanu pojawiła się szaro-kremowa czapa, która szybko rozproszyła się na niebie... Ciekawe, jak by to wyglądało nocą, czy byłoby widać ogień...)

Wróćmy na łódź... Robi się coraz ciemniej. Wszyscy wypatrują erupcji. Udaje się zobaczyć parę razy błysk ognia, który jednak znika zanim się włączy aparat. Myślę, że lepiej ustawić aparat na filmowanie i nie wyłączać go. I w pewnym momencie – jest!

Piękna eksplozja, czerwień tryska w górę, potem się rozprzestrzenia, widać, jak drobiny czerwieni kładą się na stożku a potem powoli błyskają coraz niżej. Cały czas filmuję, choć zdaję sobie sprawę, że tego co widzą moje oczy, aparat wiernie nie odda... Te czerwone drobinki, wędrujące po żlebie w dół są maleńkie, to pojawiają się to znikają, w końcu ich nie widać. Wszyscy rozentuzjazmowani, ta erupcja była jak podarunek dla nas od Iddu...

Po chwili widać coś jeszcze: z wody podnosi się kłąb – dymu, pary... Widać, że gorące dotarło do wody... Następne erupcje są już niewielkie, moment i po wszystkim, ale ta była piękna...

Ciekawa sprawa, płynąc łodzią dwa czy trzy razy znajdujemy się w strumieniu gorącego powietrza. Ktoś mówi, że to scirocco, bo wiatr mocno zaczyna wiać, inny, że to ciepło od wulkanu. Nie wiem, ale to było niezwykłe. Chłodny wiatr i nagle takie gorące powiewy jak z pieca, i potem znów chłodno...

W końcu wracamy, płyniemy nie z powrotem, ale dalej, dzięki czemu okrążamy całkowicie wyspę. Mogę powiedzieć, że opłynęłam wyspę, bo tak jest faktycznie, ale ja bym chciała opłynąć ją w dzień, zajrzeć w różne miejsca, dopłynąć na Strombolicchio. Może jutro się uda...

Wiatr wieje coraz mocniej, naszą łupinką zaczyna rzucać. Skaczemy z fali na falę. Mijamy wszystkie zabudowania, od Piscita, dokąd dotarłam przedtem pieszo, w stronę portu. W pobliżu przystani niektórzy mają strach w oczach, ja też. Jak wysiąść z łodzi, którą rzuca we wszystkie strony, mimo liny, mimo kilku osób które starają się ją utrzymać. Łódź skacze w górę i w dół, jak zwariowana winda, to uderza o przystań to się od niej oddala o parę metrów...

Pierwszy wysiada niewidomy pan, a ja zaciskam kciuki. Grupa krzyczy – uważaj, nie teraz, nie tak! On w końcu krzyczy na nich: - Cisza! Spokój! Ja wiem co mam robić! - I po chwili już jest na przystani...

Mnie się wydaje to niewykonalne. Patrzę na innych, po trochę jakoś wychodzą, nikt nie wypada do wody, to może i mnie się uda. W pewnym momencie widzę, że łódź robi się jakby odrobinę bardziej stabilna, szybko zbliżam się do burty, dwie pary rąk wyciągają się po mnie, ktoś asekuruje mnie z łodzi – i już stoję na kamiennym pomoście. Uff, udało się!

Za chwilę żegnam się z grupą, idę szybko ciemnymi uliczkami: tu nie ma świateł ulicznych, gdzie niegdzie świeci się w oknach lub świeci lampa nad sklepem, ale na ulicy jest całkiem ciemno. Tu się dba ogromnie o to, żeby zachować naturalny charakter wyspy i nie cywilizować jej za bardzo. Nic nie powinno przeszkadzać podziwianiu rozgwieżdżonego nieba... Wyciągam więc latarkę, świecę sobie idąc w kierunku domu.

Wyciągam z lodówki białe wino, za chwilę już leżę, przeglądając zdjęcia z wycieczki, i przede wszystkim ten film z erupcji. Tak jak myślałam, przekazuje chyba nie więcej niż ćwierć tego co widziałam na własne oczy, ale i tak jestem szczęśliwa, że udało mi się to uwiecznić...

  • Wypływając z portu do Sciara del Fuoco
  • Południowa część wyspy
  • Za Ginostrą zachodzi słońce
  • Południowe stoki
  • Strome zbocze
  • Zachód słońca nie wchodzi w cenę wycieczki :)
  • Zabudowania Lazaro
  • Lazaro na wysokim brzegu
  • A słońce nadal zachodzi...
  • Ginostra przed nami
  • Za moment nie będzie już słońca
  • Port Pertuso i moja wymarzona Ginostra
  • Mijamy Ginostrę - ja tu wrócę!
  • Wysoki brzeg Timpone del Fuoco
  • Już widać dymiący żleb Sciara del Fuoco
  • Sciara del Fuoco
  • Sciara del Fuoco
  • Sciara del Fuoco - czekając na erupcje
  • Sciara del Fuoco i ja
  • Dym erupcji
  • Ogień jak diabełek
  • Erupcja
  • Erupcja na pożegnanie
  • To chyba piracka łódź w ciemności...

Dziś jest wielki dzień. Dlaczego? Bo dziś wchodzę na Stromboli. Boję się tego trochę – boję się czy dam rady – ale muszę dać rady, padnę, ale dojdę! Tyle czasu robiłam wszystko pod tym kątem: nie mogę się potknąć, skręcić nogi, nie może się nic nieprzewidzianego wydarzyć, nie mogę otrzeć nóg, muszę być zdrowa  – bo inaczej, jak wejdę na Stromboli?

Oczywiście, jak zwykle budzę się bardzo wcześnie, za oknem śpiewają ptaki, pachnie zielskiem. Tu wszędzie tak cudownie pachnie, te zapachy głaszczą... Już na Lipari pachniało, na Panarei żarnowiec pieścił powonienie, tu też pachnie. Wstaję, żeby zrobić kawę, wychodzę na taras – a tu patrzy na mnie kilka par oczu: koty! Nieufne, odsuwają się ode mnie, ale nie wyglądają na zaniedbane, ktoś tu je dobrze karmi.

Połaziłam (dobra sprawa, mięśnie po przedwczorajszej wspinaczce właśnie dziś zaczęły porządnie boleć...), zrobiłam zakupy głównie na wycieczkę: coś słodkiego, coś do picia, owoce, znów foccaccia. Pochodziłam po porcie, zaczepiana (Madame, madame...) nie odchodziłam z uśmiechem, jak zwykle, ale wdawałam się w rozmowę.  W jednej budce, oferującej wycieczkę dookoła wyspy, kiedy na kolejne „madame” odpowiedziałam – ma io parlo italiano! – sympatyczny pan wykrzyknął – Ja też, i im dłużej mówię po włosku, tym bardziej lubię ten język... Wdaliśmy się w rozmowę o językach i o dialektach, to było bardzo sympatyczne i ciekawe.

Potem dotarłam na cmentarz, cichy, na zboczu, za kościołem. Trzeba skręcić w dróżkę idącą mocno w górę, via Camposanto. Tak myślałam już wczoraj, że tak się może nazywać droga prowadząca do cmentarza, ale że nie byłam pewna, wolałam nie ryzykować wspinaczki. Przy wejściu groby są zadbane, ładne, dużo też krypt w murze. Wyżej wyraźnie starsza część cmentarza, zarośnięta, napisy się wytarły... Jeszcze dużo wyżej - idzie się zagubioną ścieżką wśród roślinności, po kamieniach - stary cmentarz z 1900 r, niemal kompletnie zarośnięty... Nad cmentarzem oczywiście (jak nad wszystkim) góruje Iddu. 

Niedługo pójdę coś zjeść, dziś muszę mieć siły, energię. Potem wrócę odpocząć, a na 17 mam być – już wiem gdzie – na zbiórce przed wyprawą. Założę buciory, w których tu przyjechałam właśnie w tym celu, dostanę kask, mam latarkę – czołówkę, do plecaka wezmę prowiant, wodę i ciepłe rzeczy. 

(po obiedzie) Zjadłam pizzę siciliana w pizzerii Da Luciano. Była pyszna i wielka jak koło młyńskie, ale Monica mi poradziła, żeby zjeść ile mogę, a resztę wziąć na potem. Posiedziałam na osłoniętym tarasie, u góry Iddu, na dole morze i Strombolicchio. Teraz się byczę, leżę na mojej antresoli, za oknem śpiewają ptaki, poza tym cisza, spokój, aż spać się chce, ale nie mogę, bo a nuż zaśpię... Zbieram te siły, zbieram, zbieram, zbieram...

(z kawiarenki, tuż przed wyjściem w górę) Zaopatrzona w kask i maske czekam na start... Dziękuję wszystkim za życzenia! Moje życzenie dzisiaj się spełni! 

  • Idąc na cmentarz
  • Mijam lądowisko helikoptera
  • Sciana nagrobna
  • Jeden z nagrobków
  • Jeden z nagrobków
  • Cmentarz na tle Iddu
  • Oryginalny nagrobek
  • Starsza część cmentarza
  • Kapary na cmentarzu
  • Idąc wyżej  na stary cmentarz z 1990 r
  • Stary cmentarz
  • Stary cmentarz wysoko nad miasteczkiem
  • Groby zarośnięte zielenią
  • Zniszczone stare płyty nagrobne
  • Nagrobek ukryty w trawie
  • Stare groby zarośnięte i trudno dostępne
  • Stara zniszczona płyta nagrobna
  • Widok na miasteczko i Strombolicchio
  • Pizzeria da Luciano
  • Una siciliana  da Luciano
  • Da Luciano

Na szczęście wieje wiatr, na szczęście już po południu pojawiły się chmurki i nie ma takiego upału. Na szczęście ruszamy dopiero koło wpół do szóstej. Na szczęście jesteśmy ostatnią grupą – dlaczego, o tym później. Tyle szczęścia!

Nie jestem jedynie zadowolona z przydzielonej mi grupy, nie to, żeby mi się nie podobała, tylko że ja jedyna mówię po włosku. Przewodnik, Icaro (czyli Ikar!) mówi po angielsku, przewodniczka dla swojej grupy tłumaczy na niemiecki. Z angielskiego rozumiem dużo, ale po włosku to całkiem co innego. Icaro co jakiś czas relacjonuje to co wcześniej mówił specjalnie dla mnie, ale tylko co jakiś czas, więc sporo z tego co mogłabym się dowiedzieć mi ucieka, no i z grupą niemieckojęzyczną niewiele mam kontaktu. Z Włochami byłoby całkiem co innego. No, ale trudno, nie można mieć wszystkiego, a ja mam tyle szczęścia!

Idziemy najpierw kamienną drogą w górę, potem między bogatą roślinnością, w tym pachnącym żółtym żarnowcem, kamienno-pylistą ścieżką. Dochodzimy do miejsca, gdzie kończy się roślinność, ok 500 m nad poziomem morza, to połowa drogi. Tu czeka chłopak, którego zadaniem jest sprowadzenie w dół osób, które z powodu zawrotów głowy rezygnują z wejścia dalej.

Icaro tłumaczy nam, że tu jest ostatni moment, kiedy można zrezygnować z pójścia dalej. Gdyby ktoś musiał zrezygnować wyżej, musielibyśmy z nim zejść wszyscy, całą grupą, bo przewodnik nie ma prawa zostawić grupy ani - na tej wysokości - puścić nikogo samego... Idzie grup chyba sześć, są ze sobą w stałym kontakcie, ustalają kolejność, tempo, informują o zajętym lub zwolnionym miejscu postoju.

Chłopak, z jedną kobietą z innej grupy czeka jeszcze kwadrans, bo w naszej grupie jest osoba, która nie jest pewna czy da radę. Po 15 minutach Ikaro zawiadamia go, że może schodzić, nasza towarzyszka idzie dalej.

Teraz wspinamy się wzdłuż kamienno – pylistego zbocza, idziemy zygzakami, wciąż wyżej i wyżej. Nad nami widać inne grupy zygzakiem pokonujące zbocze. Mam wrażenie, że radzę sobie lepiej niż na Panarei, może motywacja, z pewnością fakt, że wieje wiatr i słońce nie pali, może i to, że jestem w grupie i nie mogę zatrzymywać się co chwilę i zipać. Staram się dotrzymywać kroku innym, choć z każdą chwilą mam wrażenie, że moje nogi już nie mogą, ale idę do góry, do przodu, zygzakiem, raz w prawo, raz w lewo. Do tego usiłuję co chwilę robić zdjęcia, bo warto wiedzieć jak to wygląda, a nie tylko jak tam będzie u celu.

Kiedy wydaje się, że już się nie da iść dalej – stoimy na górze. Nie jest to jeszcze ostateczny cel naszej wyprawy, stąd widzimy zbocze, na którym co pewien czas pojawiają się erupcje i widać również jak czerwone iskry staczają się w dół, więc widzimy Sciara del Fuoco, ale z góry. Po kolei grupy wchodzą na punkt widokowy 150 m. nad kraterem, skąd zagląda się bezpośrednio w krater wulkanu.

My czekamy, jesteśmy ostatnią grupą, Icaro mówi, że to bardzo dobrze, bo dzięki temu będziemy mogli zostać dłużej. Na razie zakładamy kaski i czołówki, ubieramy się cieplej i obserwujemy zbocze. Erupcje, które się pojawiają są raczej niewielkie, trzymamy aparaty w pogotowiu. 

  • Siedziba Magmatrek
  • Tu rozpoczyna się wycieczka na Stromboli
  • Przed kościołem zbierają się grupy
  • Icaro, alpinista,  przewodnik naszej grupy
  • Icaro opowiada o wyspie,  miasteczku,
  • Na szczęście dziś słońce daje odetchnąć
  • Już widać koniec strefy roślinności
  • Widok  z górnej części strefy roślinności
  • Wspinamy się do góry
  • Koniec strefy roslinności,  idziemy żlebem
  • Nad nami daleko widać wierzcholek...
  • Teraz idziemy po wulkanicznych kamieniach
  • Idziemy pracowicie serpentynami do góry
  • Serpentyny
  • Pierwsze grupy są już na górze
  • Moja grupa nade mną
  • Erupcja na górnej części Sciara del Fuoco
  • Droga materialu wulkanicznego
  • Czerwona droga na Sciara del Fuoco

W końcu dostajemy pozwolenie na wejście wyżej. W kaskach, z czołówkami wspinamy się, nogi mówią nie, a dusza się rwie do góry. Icaro objaśnia – tu mamy ustawić się rzędem, nie wolno stać jeden za drugim, bo w razie silnej erupcji jeden drugiemu może zrobić krzywdę cofając się, no i oczywiście, nie wolno się oddalać ani też schodzić niżej.

Jestem zaskoczona tym, co tu widzę, myślałam, że również tutaj będziemy patrzeć w ciemność czekając na erupcje, tymczasem tam na dole cały czas wrze! Ogień tańczy, strzela, rzuca iskry, to jest przepiękne widowisko. Ikaro mówi, że to od wczoraj, bo otworzył się wcześniej przymknięty otwór, czyli, mamy szczęście!

Tam na dole, jak się okazuje, jest nie jeden, ale siedem otworów, prócz jednego, pozostałe tylko lekko czerwienieją i czasami dają o sobie znać. Ten jeden bawi się, tańczy, żyje. Następują erupcje, czasem niewielkie, a od czasu do czasu imponujące – moje urodzinowe fajerwerki... Powiedzcie mi, kto na urodziny miał taką atrakcję!

Nie wiem jak ustawić aparat, bo kiedy erupcja jest nieduża, chciałoby się zrobić powiększenie, ale kiedy użyję zoom, następuje duża fontanna, która nie mieści się na ekranie... Oczywiście, Iddu bawi się z nami, jest nieprzewidywalny... Stoimy zapatrzeni w kipiącą czerwień na dole.

Później grupa rusza dalej – zejście jest inną drogą, myślę – szkoda, że już idziemy... Tymczasem za chwilę stajemy i znów patrzymy w dół, jesteśmy chyba bliżej tego kipiącego otworu. Mogę tu stać godzinami! Tymczasem Ikaro mówi – jeszcze jedna erupcja i schodzimy... I za chwilę ogień strzela w górę...

Przewodniczka niemieckiej grupy podchodzi do mnie, i składa mi życzenia, a potem cała grupa śpiewa mi po włosku, angielsku i po niemiecku: Tanti auguri a te... Nie spodziewałam się! Dziewczyna tłumaczy mi, że dzięki temu, że jesteśmy ostatnią grupą mogliśmy zostać na szczycie dużo dłużej, i mogliśmy też zejść tutaj, czego normalnie się nie robi, i że jest to specjalny prezent dla mnie! Nie wiem, czy mam w to wierzyć, ale to ogromnie miłe...

Teraz zaczyna się zejście. Dostajemy maski na twarz, bo idziemy w głębokim wulkanicznym pyle. To zejście jest o wiele łatwiejsze niż myślałam. Dzięki temu, że idziemy żlebem, można stawiać nogi inaczej niż na kamieniach, niegroźny jest upadek, bo pada się jak w śnieg. Choć jak poświecę w bok, widzę pod sobą przestrzeń aż do morza... Wbijam mocno nogi obcasami w pył i schodzę, schodzę, schodzę.

Idziemy niemal stromo w dół, bez żadnych serpentyn. Większość grupy ma problemy z pyłem, który wciska się do butów, ja nie, bo na wysokie skarpety założyłam getry, dzięki temu ani odrobina pyłu nie dostaje mi się do butów, choć grzęznę po kostki.

Później pył robi się bardziej dokuczliwy, bo fruwa w powietrzu, światło z czołówki miesza się z pyłem i są miejsca, gdzie po prostu nic nie widzę. Choć szlak prowadzi w taki sposób, że nie sposób się pomylić, jednak to mnie dezorientuje. W końcu zdejmuję czołówkę i niosę ją w ręce – tak jest dużo lepiej. Mimo wszystko nogi zaczynają mdleć, nie bolą, ale jakby zaczynały żyć własnym życiem. Czuję się coraz bardziej zmęczona, niemal nieprzytomna. Ale idę, idę, idę...

W końcu docieramy do kościoła, i do siedziby Magmatrek. Tu oddaję kask, żegnam się z przewodnikiem i dziewczyną z niemieckiej grupy. Na placu przed kościołem w barze trwa dyskoteka. Idę w dół uliczką świecąc sobie czołówką. Potem moimi chaszczami do domu. Z trudnością pokonuję ostatnie schody. Woda, szybkie mycie i spać. Jest po polnocy...

To zmęczenie jest nieprawdopodobne. Chyba nawet nie mam siły się cieszyć. Na to przyjdzie czas...

  • Stojąc na Pizzo,  918 m patrzymy na krater,
  • Fajerwerki
  • Krater
  • Zaglądając do krateru
  • Duża erupcja
  • Erupcja
  • Kolejna erupcja
  • Ta erupcja nie mieści się w kadrze
  • W dole caly czas bulgoce
  • Kolejna erupcja
  • W kraterze
  • Fajerwerki
  • Ostatnia nasza erupcja,  trzeba schodzić

Dziś poruszam się powoli... Ostatecznie, mam już te swoje lata ;) Mogę się teraz przyznać - od wczoraj mam ich sześcdziesiąt... Wcześniej nie potrafiłam tego wymówić, ale wczoraj stało się coś takiego, że już się nie przejmuję. Mogę wszystko, weszłam na wulkan, zajrzałam do środka, a on dla mnie tańczył...

Obserwuję, jak Monica i chłopaki przygotowują dom do sezonu. Oni przymocowują matę z trzciny do konstrukcji nad tarasami, dzięki czemu tarasy zyskują cień. Faktycznie, wczoraj na tarasie trudno było wytrzymać – a przecież jest śnieżno-biały, oczy bolą od światła... Po położeniu maty na tarasie zrobił się miły półcień... Monica uwija się cały dzień, choć to niedziela. Nie przyjeżdża tu odpoczywać. W Neapolu uczy imigrantów włoskiego.

Monica odnawia dom, myje wszystko, wybiela, usuwa wciąż nanoszony wulkaniczny pył. Już wiem, jak to jest, że ten dom wydaje się czyimś domem, że są tu czyjeś rzeczy. Monika nie ma tutaj swojego mieszkania, mieszka w tej części domu, która jest właśnie wolna. 

Zupełnie to jest niezwykłe, co tu nazbierała, jak to urządziła. Mówi, że właśnie tak chciała, żeby to był dom, z duszą. Wszędzie zostawia swoje rzeczy, nawet jest tu trochę nieporządku, jak w prawdziwym zamieszkanym domu. Jak mówi, goście mogą korzystać ze wszystkiego co tu jest, byle by potem odłożyli na miejsce...

Monica jest z Neapolu, nie pochodzi ze Stromboli. Kupiła ten dom, lub te domy, jak by to nazwać, w stanie ruiny. Po troszkę je wyremontowała, urządziła. Jak tu dowiozła te sprzęty, te komody, szafy, skrzynie – nie mam pojęcia... Mówi, że kiedyś, w dziewiętnastym wieku, tu mieszkała wielka rodzina wielopokoleniowa, która rozbudowywała się właśnie tak – na boki, do góry, dom nad domem, dom przylepiony do domu...

To jednak całkiem niezwykłe co Monica zrobiła z tego co kupiła jako ruderę, skąd miała takie pomysły, taki gust, taki zmysł estetyki. Tu wszystko ma sens, wszystko jest piękne...

  • Chlopcy kładą maty na belkach nad tarasami
  • Mata,  roślinność i biel
  • Układanie maty
  • Zacienianie tarasu
  • Zacienianie tarasu
  • Już jest cień na tarasie
  • Monica maluje wszystkie białe elementy
  • Zacieniony taras

Chodząc po wyspie usiłuję złapać do pudełka tutejsze życie... Dzieci jadące na budzie ape, ulicznego sprzedawcę ryb, dzieciaki skaczące do wody z przystani... To nic, że nie udało się wyruszyć na wycieczkę łodzią, to jedyny minus bassa stagione - poza mną nie ma chętnych... Gapię się na to życie i próbuję choć na chwileczkę stać się jego cząstką... Bo już jutro będę gdzie indziej...

(Poniżej filmik, pokazujący maleńką cząstkę tutejszego życia...)

  • Trójkołowce na uliczkach Stromboli
  • Uliczny sprzedawca ryb
  • Tu narodziło się dziecko
  • Niezwykłe drzwi
  • Ceramiczna tabliczka jakich wiele
  • Automat tuż koło kościoła ...
  • Na placu przed kościołem
  • Carabinieri
  • Obwoźny sklep z warzywami w porcie
  • Warzywniak
  • Warzywa
  • I owoce
  • Zmyślny sposób podlewania roślinki
  • Dzieciaki idą na przystań
  • Zabawy na przystani
  • Na przystani
  • Skok
  • Zainteresowani
  • Tu kręcą film
  • Tabliczka -  Uwaga,   koty!

Dziś opuszczam Scari i płynę do Ginostry, na południowo-zachodnie wybrzeże.

(Początkowo myślałam, że aby tam się dostać muszę wziąć łódź - taksówkę wodną. Wiedziałam, że to drogie rozwiązanie, ale nie widziałam innego wyjścia. Na szczęście Monica, i potem Giovanna z Ginostry zwróciły mi uwagę, że ze Scari do Ginostry codziennie rano jest aliscafo, czyli wodolot. Później dowiedziałam się, że za taksówkę wodną płaci się, bagatela, 40 euro! Tymczasem wodolot kosztuje koło 8 euro...)

Z Ginostrą jest tak, że nie można być niczego pewnym. O 7.20 powinien być wodolot. Ale czy wodolot będzie, tego nikt na pewno powiedzieć nie potrafi.

... Szkoda się żegnać z tym niezwykłym domem, ale przede mną następny punkt mojej podróży - całkowicie niezwykłe miejsce – Ginostra...

  • Szkoda się zegnać z Domem dla Wędrowców
  • Plaża w  porcie raniutko
  • Czekając na wodolot
  • Opuszczam Scari i płynę na południe
  • Ostatnie zabudowania tej strony wyspy
  • Scari z wodolotu
  • Płynąc na południe
  • Południowy żleb
  • Opływam Stromboli
  • Niedostępne zbocze
  • Płynąc na zachód

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lmichorowski
    lmichorowski (02.06.2013 23:50) +2 + -
    To ja się też dołączam do tych życzeń!
  2. slawannka
    slawannka (24.07.2012 22:38) +1 + -
    Oj, to jest życzenie! :) Dziękuję przeogromnie!!!
  3. alefur
    alefur (24.07.2012 22:34) +2 + -
    Wypada złożyć życzenia: STU takich wypraw.
slawannka

slawannka

Sława, czyli: www.jedziemynasycylie.pl
Punkty: 146656