Ajax Loader Ładuję ...

17 +
2011-11-28

Podróż Singapur - Azja na bogato

Opisywane miejsca: Singapur
Typ: Album z opisami

Tej jesieni wszystko zaczęło się od Singapuru. Singapur był pretekstem;  był jednocześnie początkiem i końcem naszej podróży.  To strony o Singapurze przejrzałam w pierwszej kolejności, bo zanim zapadła decyzja, dokąd się udamy, nadeszła wiadomość, że Adam leci do Singapuru. Dokupienie biletu dla mnie było oczywistością – takiej okazji się nie marnuje!

Czego się spodziewałam? Na pewno nie typowej Azji. Na ten temat opinie internautów były zgodne – Singapur jest mało azjatycki, sterylnie czysty i tropikalnie upalny. 26 października, po kilkunastu godzinach podróży, wysiadłam więc z samolotu, oczekując nowoczesnego, wysprzątanego miasta, witającego podróżnych gorącym podmuchem.

Jak było? Nowocześnie – zdecydowanie tak. Czysto – jakże by inaczej. I… brrrr… - zimno!  Zamiast ściągnąć bluzę, szybko ją zapięłam. Idąc po korytarzach lotniska wyłożonych jasną wykładziną dywanową (!) marzłam, jakby to była polska noc październikowa. Po opuszczeniu lotniska nie było lepiej. W taksówce oczywiście klimatyzacja podkręcona na maksa. Gardło rozbolało mnie jeszcze w samolocie, a teraz poczułam, że katar to tylko kwestia godzin – pięknie się zaczyna!

Widok za oknem sprawił jednak, że zaczęłam myśleć o czymś innym. Jechaliśmy szeroką, czteropasmową drogą, otoczoną bujną roślinnością. Zanim zdążyłam się na głos zachwycić jakością drogi, z czterech pasów zrobiło się sześć i słów mi zabrakło. Aaaaa, to tak wygląda nowoczesna Azja – no, nieźle…  Dojeżdżamy do centrum. Czy ja już widziałam takie wieżowce? Chyba nie. Nie byłam w Stanach, a w Europie najwyższe, co mi przychodzi do głowy, to chyba paryska La Defense, ale czy tam jest aż tyle kilkudziesięciopiętrowych budynków? Raczej wątpię.  Może widok, jaki mam przed sobą, nie jest klasycznie „ładny”, ale warto to zobaczyć.  Jak cały Singapur zresztą…

Później, podczas podróży, ktoś z poznanych po drodze ludzi, mówił o Singapurze pogardliwie: „plastic city” – w znaczeniu „sztuczne”, jak rozumiem, bo jeśli chodzi o materiały, to zdecydowanie dominują metal i szkło. No może to jest sztuczne miasto, ale na mnie robi jednak wrażenie. Zdecydowanie tego u nas nie mamy.

Docieramy do hotelu – tutaj też ta okropna klima – czy nie można tego wyłączyć chociaż na chwilę? Chętnie poczułabym że jestem w Azji, a nie na Syberii. Szybki prysznic i ruszamy w miasto – przynajmniej taki mamy zamiar, ale zanim kończę „odświeżanie” za oknem pada. I nie jest to niestety delikatne kropienie, ani jesienny deszcz - za oknem leje jak z cebra. Prawdziwa tropikalna ulewa. W sumie ma prawo padać – jest dopiero końcówka października, pora deszczowa jeszcze się nie skończyła – wiedziałam o tym, ale jakoś nie brałam na poważnie informacji, że może padać – błąd nr 1, jak się okazuje. Błąd numer 2 popełniam  pól godziny później, kiedy decydujemy się jednak udać do Little India na kolację – w obawie przed deszczem zabieram kurtkę i nie zabieram aparatu, a tu jak na złość, zanim docieramy na miejsce, przestaje oczywiście padać  i mimo późnej pory jest przyjemnie ciepło.

Pierwsza wymiana zdań z mieszkańcem Singapuru rozśmiesza mnie. Kierowca, który wiezie nas do indyjskiej dzielnicy, informuje nas, że mają tam dziś święto – to podobno pierwszy dzień hinduskiego Nowego Roku. Bynajmniej nie mówi nam o tym, żeby opowiedzieć o atrakcjach, jakie nas czekają,  tylko żeby ostrzec przed tłumem ludzi i zwrócić uwagę, żebyśmy uważali na kradzieże bo: „tam mieszkają głównie przyjezdni  z Indii” – w domyśle „ jak ktoś Was okradnie, to nie my, to obcy” ;) Zabawne i smutne jednocześnie – dobrzy swoi i zły obcy – wszędzie na świecie działa to tak samo.

Indyjska dzielnica wita nas pięknie ozdobionymi ulicami i kolorowymi  światłami. Mijamy bogato zdobione świątynie i tłumy ludzi w tradycyjnych strojach. Zapachy rozciągające się wokoło nie pozwalają nam odkładać kolacji zbyt długo. Indyjskie jedzenie oczywiście pyszne! Na koniec wieczoru spacer po dzielnicy.  Strasznie żałuję, że nie mam aparatu. Pstrykam parę fotek telefonem, ale to nie to samo – zdecydowanie!  

Ładnych kilkanaście minut poszukujemy świątyni z leżącym Buddą, o której piszą w przewodnikach. Lokalna ludność nie uznaje jej chyba za zbyt interesującą, bo nikt z zaczepionych przez nas osób, nie potrafi nam wskazać kierunku. W końcu docieramy na miejsce – oczywiście zamknięte – święto, nie święto – w końcu jest już środek nocy ;) Czas wracać do hotelu.

Jeszcze nie wpadliśmy w rytm podróżowania i maksymalnie rozleniwieni jesteśmy, więc rozglądamy się za taksówką. Wydaje się, że znalezienie kierowcy nie będzie trudne. W Singapurze wszystko jest w końcu świetnie zorganizowane. Z daleka widoczne koguty taksówek świecą się na czerwono (zajęta lub wezwana przez telefon) lub zielono (wolna). Proste? Niby tak, ale okazuje się, że taksówkarze tu strasznie zmanierowani i jakoś żadnemu, którego zatrzymujemy, nie pasuje kierunek – chyba już powoli zmierzają w stronę domów i jakoś im nie po drodze do centrum.  Po trzech nieudanych próbach lokalizujemy postój i jak w PRLu ustawiamy się w ogonku oczekujących. Ok – to działa ;)               

  Rano, zanim ruszymy na lotnisko, żeby udać się w dalszą podróż,  planujemy jeszcze zwiedzać miasto, ale oczywiście znowu leje – zaczyna mnie to drażnić, ale ponieważ mamy w perspektywie jeszcze 1,5 dnia w drodze powrotnej, bez żalu przestawiamy budzik – no cóż, w końcu jesteśmy na wakacjach! Trochę poleniuchować nie zaszkodzi.           

      Wracamy do Singapuru 11 listopada. Scenariusz podobny jak na początku naszej podróży. Mamy tylko dojechać z lotniska, zostawić bagaże i ruszyć na zwiedzanie miasta. Zaraz po dotarciu do hotelu konstatuję, że za oknem znowu leje! Tym razem jestem bliska płaczu. Będę tu jeszcze tylko dziś i jutro – nie może padać, bo nic nie zobaczę, a nawet jeśli uda mi się coś zobaczyć, przemykając pod parasolem, albo wyglądając przez szyby jakiegoś środka komunikacji, to przy takiej pogodzie nie zrobię żadnego zdjęcia.

Mój małżonek ulubiony proponuje centrum handlowe – przecież jesteśmy ponoć w świetnym miejscu do robienia zakupów. Niestety nawet taka propozycja nie jest w stanie poprawić mi humoru  - sklepy to ja mam w domu. No, może nie Gucci i Versace, ale umówmy  się, tam i tak nic nie kupię.

Chowamy się pod szklanym dachem centrum handlowego na marinie – zaczyna grzmieć, a ja jestem wściekła. Pada, nie pada – musimy chociaż dotrzeć do Muzeum Cywilizacji Azji, bo czytałam, że warto tam pójść, a to w końcu chyba jest pod jakimś dachem. Sprawdzamy na mapie – całkiem blisko – jakoś dotrzemy, choćby mokrzy. Zanim przebijemy się na drugą stronę, mijając  witryny najbardziej ekskluzywnych marek świata, przestaje padać. Niebo się rozpogadza, a wraz z nim i ja. Z muzeum jednak nie rezygnujemy. Idziemy tam na piechotę, po drodze podziwiając nowoczesną architekturę miasta. Mijamy także Meriliona – symbol miasta - pół lwa, pół rybę.         

          Muzeum Cywilizacji Azji zdecydowanie nie jest przereklamowane. To miejsce tak samo nowoczesne, jak cały Singapur – żadnych gadających głów – przynudzających przewodników i przykurzonych eksponatów. Każda sala poświęcona jest innej części Azji, w każdej możesz sam zdecydować, co Cię interesuje, czego chcesz dotknąć i o czym posłuchać.  W kolejnych pomieszczeniach pokazane jest jak wygląda wnętrze domu z Indonezji, a jak z Chin czy Bliskiego Wschodu. Możesz spróbować swoich sił, grając na arabskich bębnach czy próbując podnieść pałeczkami kamienne kulki, możesz założyć na głowę kapelusz indonezyjskiego wieśniaka, poczytać o różnych gatunkach ryżu, obejrzeć film o tym, jak robi się balijski batik czy chińską porcelanę. Zmęczony? Usiądź na kanapie wyłożonej miękkimi poduchami i posłuchaj śpiewu muezina. Odwiedzający sam decyduje, ile czasu spędzi  w kolejnych salach, co go interesuje, a co nie. Ekspozycja jest interaktywna, ciekawa i dla dorosłych, i dla dzieci – jak dla mnie – bomba!

Wieczorem zwiedzamy chińską dzielnicę – gwarną i kolorową, ale jak dla mnie zdecydowanie mniej klimatyczną niż indyjska część, którą odwiedzaliśmy poprzednio. Nad naszymi głowami wiszą czerwone lampiony, kamienice wyglądają na stare i są ładnie zdobione, dookoła pełno straganów z pamiątkami zdecydowanie „made in China”, ale jakoś tak chyba więcej tu turystów niż Chińczyków ;) Nawet jedzenie jakieś takie mało powalające.

Na zakończenie dnia spacer po pięknie oświetlonym centrum – mniej lub bardziej zamierzony, bo przyznam, że trochę błądzimy w drodze do hotelu ;) Takie te budynki dookoła wysokie, że niewiele widać i łatwo pomylić drogę, ale z pomocą mapy docieramy na miejsce, po raz kolejny zachwycając się nowoczesną architekturą, która w nocy robi chyba jeszcze większe wrażanie niż w dzień.

Ostatni dzień naszego urlopu, ostatni dzień w Singapurze i… jakże by inaczej… znowu pada. Chyba z tym deszczem będzie mi się to miasto kojarzyło w pierwszej kolejności. Łudzę się, że będzie jak poprzedniego dnia – popada godzinę i przejdzie, ale tym razem nie jest tak fajnie. Leje cały dzień – do samego wieczora. Hotel musimy opuścić o 11.00, samolot mamy dopiero o 23.00 – tym razem nie mamy za bardzo wyboru.

Deszcz, nie deszcz – czymś trzeba te godziny wypełnić. Plan miałam taki, że ten dzień spędzimy na Sentosie – sztucznej wyspie, która jest takim tutejszym dużym parkiem rozrywki. Miałam nadzieję, że się na zakończenie wakacji trochę poopalam pod palmami, ale niestety akurat ten plan trzeba nieco skorygować.

 Póki co, zaczynamy od dostania się metrem do stacji kolejki linowej na Sentosę. Przejażdżka tutejszym  metrem sama w sobie jest dla mnie atrakcją. Dlaczego? Z dwóch powodów – po pierwsze, słyszałam, że to metro jest wyjątkowo czyste i świetnie zorganizowane, a po drugie, muszę odnaleźć i sfotografować znak zakazujący wnoszenia durianów – widziałam taki w czyjejś relacji i strasznie mi się spodobał ;)

Metro faktycznie jest niesamowicie czyste i kolorowe, naprawdę przyjemnie tak podróżować. Dodatkowo akurat trwa akcja społeczna namawiająca do bycia miłym dla współpasażerów i wnętrza wagonów są oklejone uśmiechniętymi kwiatami – sympatycznie bardzo. Łatwo kupić bilet, bo w automacie, na dużej mapie metra musisz tylko przycisnąć nazwę stacji, do której chcesz się udać, i automat sam wylicza cenę i wydaje kartę biletową odpowiednio zaprogramowaną – pasażer nie musi znać skomplikowanego systemu minutowo-strefowego, jak to bywa w niektórych miastach. Myślę, że takie rozwiązanie jest sporym ułatwieniem dla mało zorientowanych turystów. No i udaje mi się znaleźć znak zakazu – dowiaduję się przy okazji, że za jedzenie i picie w metrze jest kara 500 dolarów kary – nic dziwnego, że tak tu czysto ;)

Docieramy do kolejki – pogoda się nie poprawiła, ale i tak jedziemy na wyspę. Mamy sporo czasu do „zabicia”, więc decydujemy się na łączony bilet: przejazd kolejką, oceanarium, delfinarium i na dokładkę kino 4D. Widok z kolejki fajny, choć wrażenia przy ładnej pogodzie są pewnie zdecydowanie ciekawsze.

Po kilkunastu minutach jesteśmy na Sentosie. Deszcz dalej pada, ale tak tu jest wszystko fajnie zorganizowane, że nawet aż tak bardzo nam ta woda z nieba nie przeszkadza.

Najpierw oglądamy wystawę poświęconą historii kolejki. Dowiadujemy się, że to już wagoniki piątej generacji, możemy też obejrzeć poprzednie modele. No i  kto budował singapurską kolejkę? Szwajcarzy oczywiście ;)

Później autobus zabiera nas do oceanarium. Nie jest zbyt duże, ale naprawdę bardzo ciekawe. Pierwszy raz widzę, żeby można było włożyć rękę do akwarium, a nawet karmić płaszczki i rekiny – te pierwsze z ręki, te drugie nadziewając kawałek ryby na długi patyk. W głównej sali oceanarium ruchomy tunel, podobny do tego w Barcelonie – ryby pływają dookoła i robi to sympatyczne wrażenie. Najbardziej podoba mi się wielki krab z kilkumetrowymi kończynami i miniaturowe żyjątko o nazwie Sea Angel.

Pokaz w delfinarium, to pewnie nie to samo co pływanie z delfinami na Karaibach, ale w sumie nigdy wcześniej nie miałam okazji zobaczyć  czegoś takiego na żywo i muszę przyznać, że to, w jaki sposób delfiny i foki potrafią wykonywać polecenia swoich trenerów, jest zadziwiające. Może nie stałam się fanką tego typu spektakli, ale raz w życiu - można.

W przeciwieństwie do filmu 4D – najpierw przed 10 minut opowiadali nam, jakie to niebezpieczne dla serca, niezalecane dla kobiet w ciąży, jak trzeba uważać na kręgosłup i jak zapiąć prawidłowo pasy bezpieczeństwa , a potem przez 5 minut potrzęsły się fotele i to by było na tyle – nie warto ;)

Na takich oto rodzinnych rozrywkach zleciało parę godzin. Deszcz ciągle padał – mniej lub bardziej, ale nieustannie. Wróciliśmy do miasta. Pojechaliśmy na pożegnalną kolację do Little India. Pierożki samosa, chlebek naan, kurczak tandoori i pyszne krewetki  - ostatnie spojrzenie na stragany z egzotycznymi owocami i… to by było na tyle…

Jaki jest Singapur w moich wspomnieniach? – czysty, nowoczesny, świetnie zorganizowany i deszczowy ;)

  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur - Merilion
  • Singapur - Merilion
  • Singapur - Merilion
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur - Muzeum Cywilizacji Azji
  • Singapur - Muzeum Cywilizacji Azji
  • Singapur - Muzeum Cywilizacji Azji
  • Singapur - Muzeum Cywilizacji Azji
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur
  • ISingapur
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur - świątecznie
  • Singapur
  • Img 3001  800x532
  • Singapur
  • Singapur
  • Singapur - hinduska świątynia w chińskiej dzielnicy ;)
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - dzielnica chińska
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - chińska dzielnica
  • Singapur - dzielnica chińska
  • Singapur
  • Singapur  - w metrze
  • Singapur - widok z kolejki na Sentosę
  • Singapur - Sentosa - karmienie płaszczki
  • Singapur - Sentosa - karmienie płaszczki
  • Singapur - Sentosa - oceanarium
  • Singapur - Sentosa - oceanarium
  • Singapur - Sentosa - oceanarium
  • Singapur - Sentosa - delifarium
  • Singapur - Sentosa - oceanarium
  • Singapur - oceanarium
  • Singapur - oceanarium
  • Sentosa - delfinarium
  • Sentosa - delfinarium
  • Singapur - Sentosa
  • Singapur - dzielnica indyjska
  • Singapur - dzielnica indyjska
  • Singapur - dzielnica indyjska
  • Singapur - dzielnica indyjska
  • Singapur - dzielnica indyjska
  • Singapur - dzielnica indyjska
  • Singapur - dzielnica indyjska
  • Singapur - dzielnica indyjska

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. poprawa12
    poprawa12 (13.01.2012 17:00) 0 + -
    lalala
  2. lmichorowski
    lmichorowski (06.01.2012 21:42) +1 + -
    Nie miałaś szczęścia z pogodą, to fakt. Oczywiście deszcz tam to "normalka", potrafi padać (czytaj: "lać jak z cebra") kilka razy dziennie, ale w przerwach nieraz zaświeci i słońce. Szkoda, że tak szybko znika stary, kolonialny Singapur, który pamiętam z moich dawnych podróży jeszcze sprzed 30 lat, ale i tak to miasto da się lubić. Pozdrawiam.
  3. avill
    avill (03.12.2011 8:43) +1 + -
    Bardzo ciekawie opisałaś i wiele interesujących zdjęć znalazłam. Chciałabym kiedyś tam zawitać.
    Aniu, zżera mnie ciekawość, gdzie byłaś w środku tej podróży :)
  4. czarmir1
    czarmir1 (30.11.2011 22:35) +3 + -
    Podobną sytuację miałem w Chinach, tylko "nieco" dłużej i cóż było robić..., pstrykałem i chowałem aparat pod kurtkę :-). Szkoda by było pięknych widoków nawet przy deszczowej pogodzie :-).
  5. asta_77
    asta_77 (30.11.2011 22:25) +3 + -
    Ja tam wolę robić zdjęcia w słońcu niż w dzeszczu, ale jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma ;)
  6. czarmir1
    czarmir1 (30.11.2011 21:03) +3 + -
    Singapur jest bardzo ładny na Twoich zdjęciach, bo co Ci powiem, to Ci powiem..., ale Ci powiem, że i w deszczu przecież ktoś zdjęcia zrobić musi :-). Szkoda tylko tego pierwszego "iścia" bez aparatu :-(.
    Pozdrawiam :-).
asta_77

asta_77

Ania
Punkty: 60209