Ładuję...

kolumber.pl


 

 

Wstęp trochę dłuższy-małe przygotowania i podróż

 

          Chyba już wszyscy wiedzą, że Karaibski raj na co dzień chodzi mi po głowie i przy planowaniu następnego urlopu zawsze uwzględniać będę ten kierunek świata. Tak naprawdę to po ostatniej wojaży na Antiguę zarzekaliśmy się, że w roku następnym (czyt. bieżącym) nie wybierzemy się nigdzie z zamiarem podreperowania choć trochę budżetu domowego, nadszarpniętego spełnianiem podróżniczych marzeń.  Zarzekaliśmy się, że nie stać nas będzie na następną daleką podróż wakacyjną tym bardziej, że chcemy jak najszybciej wracać do Polski i co zrozumiałe trochę grosza, by się w tym celu przydało. Lecz zarówno ja, jak i moja druga połowa nie należymy do tych co oszczędzać potrafią. Zawsze powtarzamy sobie, że żyje się tylko raz i powinniśmy jak najbardziej wykorzystywać każdą minute naszego życia, dążąc do spełniania marzeń. Od kiedy złapaliśmy podróżniczego bakcyla , każdy rok pracujemy z myślą o następnych wakacjach. Pozwala nam przetrwać najgorsze momenty, wiedząc, że czeka nas następny etap nieprzerwanej wakacyjnej przygody, wyrwany całkowicie z naszej szarej konsumpcyjnej codzienności. Coś, czego zapewne  nie zapomnimy do końca życia, wspomnienia, których nam nikt nie zabierze. Ta myśl o następnej bajecznej przygodzie dodaje nam mocy i napełnia motywacją, aby brnąć dalej nie bacząc na napotykane problemy i przeciwności losu. Jest to nieopisane, cudowne uczucie, którego zapewne większość z was doświadcza. 

          Tym samym wiec, moja pasja znowu wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem i z końcem roku zaczęliśmy się rozglądać za kolejnym miejscem na ziemi, które mogło by stać się celem naszej następnej przygody. W pierwszym momencie St Lucia, jedna z najpiękniejszych wysp karaibskich zajmowała pierwsze miejsce na liście potencjalnych destynacji naszej następnej podróży. Lecz po początkowej kalkulacji kosztów zestawionych z naszymi możliwościami finansowymi, musieliśmy zrezygnować. Ponadto, choć tak bardzo zakochani w Karaibach, postanowiliśmy jednak zwrócić nasza uwagę na inna cześć świata. Ja postanowiłem przede wszystkim poszukać miejsca, które stanie się dla mnie wyzwaniem pod względem fotograficznym, a biorąc pod uwagę moją drugą połówkę, która uwielbia wylegiwać się na plaży, musiałem poszukać okolicy pozwalającej upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Rozważaliśmy Sri Lanke, Indie, Tajlandię, ponownie Malediwy. No i pojawiła się Kenia. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek był zauroczony kontynentem afrykańskim tak bardzo, jak jestem teraz, choć jako dziecko zaczytywałem się w powieściach Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego, a cześć opiewająca jego przygody w Afryce ,, Tomek na Czarnym Ladzie’’ stanowiła moja ulubiona lekturę. Uwielbiałem także jak pewnie każdy, programy przyrodnicze  o afrykańskiej florze i faunie, pokazujące walkę o przetrwanie na afrykańskich sawannach. Zawsze jednak uznawałem podróż do Afryki za niedoścignione marzenie, za podróż wręcz surrealistyczną. Tak jak i na Karaiby, nie było mnie wtedy na nią stać. A kiedy w końcu zwiększyły się moje możliwości finansowe,  Afryka jakoś przegrywała z Karaibami-choć paradoksalnie całe życie powtarzałem sobie, że doświadczenie samego safari traktowałbym za swoje podróżnicze spełnienie. 

          Tak wiec, będąc już dwa razy na Karaibach, pragnąc rozszerzyć nieco podróżnicze horyzonty, z początkiem 2010 roku postawiliśmy na Kenie, która wydawała się wręcz idealna na naszą następną podróż , gdzie pogodzenie boskiej plaży i bogatej tematyki dla mej amatorszczyzny fotograficznej stawała się faktem. Poza tym możliwość doświadczenia safari była dla mnie argumentem nie do pobicia. Finansowo także wszystko wydawało się realne. 

          Na miejsce naszego pobytu wybraliśmy resort Diani Beach, najbardziej popularny turystycznie cześć kenijskiego wybrzeża. Położony wzdłuż przepięknej biało piaszczystej plaży, oblewanej wodami Oceanu Indyjskiego, przyciąga co roku tysiące amatorów snorklingu, kite surfingu oraz wędkarstwa morskiego, pragnących powalczyć z dorado albo czarnym marlinem. Resort łączy się z maleńką miejscowością Ukunda i leży na południe, 30 km od Mombasy. Dlaczego często można spotkać się  z określeniem Diani Beach - Mombasa. Hotel, który wybraliśmy nazywał się Diani Sea Resort. Choć nie oferował wysokiego standardu, ale przeczytawszy mnóstwo recenzji na jego temat, z których znaczna większość była bardzo pozytywna, postanowiliśmy wybrać go jako miejsce naszego pobytu. Był także atrakcyjny pod względem finansowym, co także stanowiło dla nas ważny czynnik przy wyborze lokalizacji. 

          Przygotowania, jeżeli tak to mogę nazwać zaczęliśmy zaraz na początku lutego. Wybraliśmy się do naszego lekarza po poradę co do wyboru odpowiednich szczepionek itp. Po zaszczepieniu się przed wyprawa na Antigue na zapalenia wątroby typu A, poradzono nam zaszczepić się jeszcze raz przeciwko żółtaczce, co przedłużało ochronę naszych organizmów na kolejne 20-25 lat. Oprócz tego zaszczepiliśmy się przeciwko tyfusowi brzusznemu i żółtej febrze. Ta ostatnia szczepionka okazała się płatną- 50 funtów od osoby. Resztę wszystko za totalna darmochę. Poza tym trzeba zakupić tabletki przeciwko malarii. Poradzono nam aby nabyć Malaron-drogi ale mający najmniej efektów ubocznych. Zapłaciliśmy 115 funtów za 48 tabletek. Trzeba je brać dwa dni przed wylotem, codziennie podczas pobytu i tydzień po powrocie po jednej tabletce. Jeżeli chodzi o inne tabletki, nie polecałbym, gdyż widziałem ludzi, którzy poskąpili  sobie na tabletki, kupili jakiś tanie odpowiedniki i mieli wakacje z głowy, leżąc w łóżkach przeżywając dziwaczne halucynacje. Poza tym zakupiliśmy dużo repelenta przeciwko wszelkiego rodzaju robactwu i dużo filtrów przeciwsłonecznych.

          Postanowiliśmy także zakupić miejscowa walutę-szylingi kenijskie. Poradzono nam, że jeżeli chodzi o np. dawanie napiwków, wskazane było by robić to w lokalnej walucie, gdyż Kenijczycy, w miejscach, w których się zaopatrują mogą płacić tylko lokalną walutą. Kurs to około 115 szylingów do funta brytyjskiego. Poza tym wzięliśmy ze sobą funty aby zapłacić za safari i trochę dolarów. W rejonach typowo turystycznych takich jak Diani Deach, Bamburi Beach, Malindi, Mombasa szeroko akceptowane jest także Euro. 

          No właśnie-safari.  Dla mnie temat rzeka. Ktoś może znowu mi zarzucić, że się mądrze po jednej afrykańskiej wyprawie, ale trochę wiedzy na ten temat udało mi się nabyć. Zacząłem poszukiwania odpowiedniej firmy, która mogła by nam zorganizować safari na długo przed zabukowaniem hotelu. Zawężyłem sobie pole manewru recenzjami z Trip Advisora, w których wyczytałem o najbardziej rekomendowanych firmach w rejonie Dianii. Warto jest poserfować i popatrzyć za cenami, gdyż te różnią się bardzo, w zależności od operatora. 

          Po wysłaniu kilkunastu maili i otrzymaniu kilku ofert, zdecydowaliśmy się pójść za propozycją agencji WT Safari, z którą zarezerwowaliśmy czterodniową wycieczkę do Tsavo East i Ambsoseli, po jednej nocy w każdym z parków, w pięciogwiazdkowych obozach. Po zasięgnięciu opinii i poradzie w/w kenijskiego operatora upatrzyliśmy sobie dwie pasujące nam lodges-w parku Tsavo była to Voi Wildlife Lodge, w Amboseli -Sentrim Camp. Miały nam one zagwarantować niezapomnianą lokalizcje i dobrą jakość jedzenia. Cena jaka wynegocjowaliśmy to £580 w busie tylko dla siebie. Na temat samego safari usłyszycie więcej i w większych detalach w następnych etapach mej relacji.

 

Krótka o podróży wzmianka

 

          Nadszedł wreszcie długo oczekiwany dzień 14 czerwca, kiedy to mieliśmy wylatywać nocnym lotem do Mombasy. Jak zwykle mojej żonie udzieliła się przedlotowa nerwówka. Spakowani już kilka dni wcześniej dojechaliśmy na Gatwick trzy godziny przed wylotem. Check-in krótki i przyjemny, miejsca w samolocie koło siebie. Po cichu liczymy, że samolot nie będzie pełny i będziemy mieli  więcej miejsca na leżenie. Schodzimy na ziemie zaraz po wejściu do loży odlotów, zawalonej ludźmi co nie miara. Po wejściu do samolotu, lokalizujemy nasze miejsca-w środkowym rzędzie na wysokości skrzydeł. Nie za fajnie biorąc po uwagę odległości, które trzeba było pokonywać do toalety. No i w naszym rzędzie siedzi pani, raczej bardzo dziwna-taka sobie kaczka dziwaczka. Jak się później okazało moje początkowe określenie ,,dziwna’’ materializowało się przez cały lot. Wierciła się szeleściła, gadała do siebie, o wszystko miała pretensje do obsługi. Poza tym była tak pobudzona jak by kolumbijskiej spróbowała!!!

           Lot straszny-turbulencje non stop. Moja żonka blada jak ściana, ja nie mogę zmrużyć oka choćby na chwile. Tzw entertainment, czyli filmy nie za ciekawy, tym bardziej, że ekrany nie były tym razem zamocowane przy oparciu bądź w nagłówku przed, ale zwisały z sufitu co kilka metrów. Ja, jako główny ślepiec Rzeczpospolitej, mając ten mały kilku calowy ekran kilka metrów od siebie oczywiście nic nie widziałem......

          O 9.30 rano lądujemy w Mombasie. Już przy pierwszym wejściu do ubikacji pojawia się znany klimat- zebranie o kaskę. Zrobiłem swoje, podchodzę do umywalki a tu miejscowy jegomość, nie pytany, odkręca mi kurek, podaje papierowy ręcznik i się cieszy. Ja mu mówię ,,dziękuję'' a ten mi od razu, że mam mu zapłacić. Nikt mu nie kazał robić tego wszystkiego co robił, poza tym, ,miemam. Że to była jego praca. Odprawa na lotnisku to istny koszmar z niemiłymi paniami w okienkach.  Paszport, pieniądze i następny. Jak w naszym Misiu. Pieniądze to za wizę turystyczna, która kosztowała nas 25 USD za osobę. Można ja załatwić przed wylotem w wyznaczonych do tego miejscach na terenie UK, ale powiem wam, że jak sprawdzałem, za dużo było papierkowej biurokracji. Postanowiliśmy więc-jak zresztą później się okazało-większość naszej samolotowej ekipy, że wizę nabędziemy na lotnisku. 

          Po wyjściu z lotniska musieliśmy znaleźć stanowisko biura podróży, które skierować nas miało do odpowiedniego pojazdu. Busik klimatyczny, iście afrykański z naszymi bagażami porokładanymi na dachu. Pan, co okładał bagaże jeszcze nie zdążyć zejść z busa na ziemie, kiedy to kierowca nie omieszkał nam wspomnieć, że powinniśmy mu coś dać. No i daliśmy, choć znowu z niesmakiem. Powiem, że chyba tylko my nagrodziliśmy go napiwkiem, gdyż inni turyści zniesmaczyli się chyba jeszcze bardziej niż my tym bezczelnym nagabywaniem o dolary. 

          Droga do Ukundy (największe miasteczko w okolicach Diani Beach) będzie prowadzić miedzy innymi przez centrum Mombasy, potem trzeba przeprawić się promem, aby dostać się do miasteczka Likoni i potem na południowe wybrzeże do resortu Diani Beach. Samo miastoMombasa położone jest bowiem na wyspie-Mombasa Island, która udzielona jest od lądu poprzez dwa przesmyki wodne-Tudor Creek i Kilingini Harbour. Ten drugi stanowi port Mombasy, będąc naturalnie przesmykiem bardzo głębokim, dzięki temu idealnie nadającym się na port. Z lądem miasto łączy się od północy poprzez most Nyali Bridge i na południu właśnie przez przeprawę promowa zwana Likoni Ferry, z której korzystaliśmy za każdym razem, podróżując przez Mombasę. 

           W autokarze wita nas przewodniczka, anonsując, że podróż do hotelu powinna potrwać około 1,5 godziny, oczywiście wszystko zależne od sytuacji na drogach, szczególnie w Mombasie. Po kilku minutach wyczajamy polsko wyglądające twarze, nawiązując z nimi od razu konwersację. Na pierwszy ogień wymieniamy się standardowym zestawem informacji, pojawiającym się za każdym razem przy ,, poznawaniu się’’ oraz dzielimy się wrażeniami z podróży. Rozmowa trochę urywa się, w momencie wyjeżdżania z lotniska i wjazdu do miasta Mombasa.

 

          Tutaj pozwolę sobie zatrzymać się na chwilkę, aby podzielić się z wami wrażeniami z mojego kontaktu z tym miastem. Choć to początek mej relacji, chce już teraz wysmarować kilka słów naszej opini dotyczących odbioru drugiego co do wielkoci miasta Kenii. Choć nigdy nie ukrywałem, że jade do Kenii przede wszystkim z pryiorytetem doświadczenia Safari, przed wyjazdem nastawiałem się entuzjastycznie na zwiedzanie Mombasy. Mimo przeczytania mnóstwa recenzji, obejrzeniu setek zdjęć, które nie za bardzo zachęcały do odwiedzin, starałem się nie dopuszczać do siebie negatywnych myśli, które mogłyby choć trochę wypatrzyć opinie na jego temat jeszcze przed samym wyjazdem. Chciałem zobaczyć to na własne oczy i wyrobić sobie opinie ze względu na osobiste odczucia. Zaplanowaliśmy nawet, że wybierzemy się do Mombasy na cały dzień w drugim tygodniu naszego pobytu.

                                                                          ******* 

           Mombasa była pierwszym miejscem jakie dane nam było zobaczyć na afrykańskiej ziemi i tak naprawdę ,,eye opener’em’’ co do tamtejszej rzeczywistości. Praktycznie od razu wjechaliśmy do tzw. centrum, czyli do teoretycznie najbardziej cywilizowanej części Mombasy-układanki wielkich betonowo-oszklonych budowli, siedzib banków, międzynarodowych korporacji, rządowej administracji i bogatych domów. Niby nowocześnie i cywilizowanie ale i biednie, nędznie, szaro, brudno. Domu miejscowych krezusów, wszystkie z okratowanymi oknami i drzwiami oraz z betonowym płotem, zwieńczonym drutem kolczastym pod prądem. Ludzie ogólnie smutni, jedni w pośpiechu, drudzy zabijają się bezczynnością i nudą. Miasto jak na razie wywiera wrażenie bezbarwnego. Jesteśmy jednak w jednym z najbiedniejszych regionów świata, tak więc nie ma co się spodziewać przysłowiowego ,,powalenia na kolana’’ przez otaczające nas widoki. 

          Poza centrum przejeżdżamy jeszcze przez dzielnicę targową, bo chyba tak można nazwać ulice otoczone z dwóch stron straganami, serwującymi wszystko i.... nic. To miejsce zrobiło na nas największe wrażenie. Choć nie chcę napisać, że zauroczyłem się jego klimatem, ale pełne różnorodności i pomysłowości codzinnie żyjących w jego obrębie ludzi, zapadło nam najbardziej w pamięci. Rzeczy, których byśmy pewnie nigdy nie zdecydowali się wstawić na sprzedaż w cywilizowanym świecie, ze względu na brak jakiejkolwiek wartości, tutaj stają się pożądanym towarem. Cóż, co kraj to obyczaj. Części z rożnego typu jednostek mechanicznych, pewnie większość z samochodów, większość pordzewiałych. U nas zapewne nie znalazłyby już zastosowania. Tutaj z braku laku jest na nie popyt. Wszystko to wmieszane w stragany z warzywami i owocami, gdzie przeważają pomidory i banany. Poza tym stragany gastronomiczne serwujące w większości gotowaną kukurydze oraz te nieśmiertelne, z ubraniami. Wszystko to w klimacie dosłownie Czarnego Lądu - osadzone wzdłuż czarnej, dziurawej drogi, czarnej wody w kałużach oraz także czarnej ziemi pełnej błotnych wgłębień, o wymieszane z kolorystyką straganów i strojów lokalnie ubranych kobiet. Wszechobecne śmieci stają się jakże wielkim przedmiotem zainteresowania paradujących wokoło bezpańsko kóz, wyżerających z nich co się da, popijając wszystko błotną, czarna jak smoła woda. Do tego mieszanka ludzi, tych biednych i bogatszych, bosych stóp i ubranych elegancko w zachodnim stylu. Tych spieszących się, nudzacych sie, sprzedających, kupujących - wszystko wygląda jak jeden wielki kocioł. Ludzie krzyczą, machają rekami, jakby kłócąc się, potęgując tym samym wrażenie chaosu. Sama droga zakorkowana mini-busami oraz motorkami. Busy, z założenia na osiem-dziesięć osób, w praktyce zabierające dwa razy tyle. Niektórzy pasażerowie, nie mieszcząc się w nich do końca, zadowalają się tylko miejscem na stopy, po czym zwisają całym tułowiem poza samochód podtrzymując się jedna z rak, tak, aby nie wypaść. Motorki podobnie zabierają więcej pasażerów, niż powinny-to samo tyczy się rowerów. Widzieliśmy nie raz trzech osobników podróżujących na rowerze-jeden siedzi standardowo, drugi na ramie a trzeci z tyłu. Poza tym często można spotkać ludzi ciągnących za sobą dwukołowe przyczepki samochodowe, wypełnione poza swe brzegi, także korzystające z drogi. Pomysłowość miejscowych nie zna więc granic - dla chcącego nic trudnego a konieczność podobno jest matką wszystkich wynalazków. Ludzie wyprzedzają się i omijają w totalnie niebezpiecznych warunkach, z pieszymi i kozami dookoła, wmieszanymi w ruch z kilkoma rzędami różnego rodzaju pojazdów na wąskiej drodze. Wszystko jednak biegło swoim rytmem. Kosmos nie do opisania. Byliśmy w takim szoku, że nawet nie robiliśmy zdjęć. 

          Choć bardzo chciałbym napisać coś więcej pozytywnego o Mombasie, niemniej jednak rzeczywistość jaką tam zastaliśmy nie przemówiła do nas choćby przez chwile. Otwarcie oczu tak naprawdę, jak żyją tam ludzie i tym samym docenienie tego, co mamy sami, to chyba jedyny pozytyw tego, że otarliśmy się o jej klimat. Ktoś może się od razu zapytać, czego się tak naprawdę spodziewałem jadąc do Afryki Wschodniej, gdzie rzeczywistość jest taką jaką jest. Oczywiście musiałbym bym się z tym stwierdzeniem zgodzić. Nie można przecież jechać w te cześć świata i oczekiwać poukładanego cywilizacją i nowoczesnością stanu rzeczy. Choć przed wyjazdem była to dla mnie rzeczywistość intrygująca- choć biedna i prymitywna, ale iście wschodnio-afrykańska - prawdziwa, autentyczna-tak charakterystyczna dla tej części kontynentu, stanowiąca o jego odrębności-po kilku przejazdach przez to miasto czułem, że to jednak nie bedzie moja bajka. Nie chcę wyjść tutaj na ignoranta, szczególnie w oczach miłosników takiego klimatu, ale widocznie nie jest on dla mnie stworzony. Nie będę go więc gloryfikować tylko dlatego, że jest autentycznym dla swego rodzaju. Zakocham się pózniej w afrykańskich krajobrazach i safarii, ale też rozczaruje się troszeczkę ludźmi oraz zniechęcę klimatem miast i miasteczek. 

          Nie nastawiając się na oczarowanie Mombasą, chciałem jednak doświadczyć jej rzeczywistości na żywo. Z drugiej strony naprawdę nie wiedzialem, że Mombasa zrobi na nas aż tak negatywne wrażenie. Za każdym razem, kiedy przejeżdżaliśmy przez miasto - a zrobiliśmy to chyba ze sześć razy- czasami jadąc przez nią nawet dwie godziny, przejeżdżając przez różne jego dzielnice - ani razu nie miałem ochoty zatrzymać się i wyjść z samochodu. Nic mnie nie zaciekawiło, nic w żaden sposób nie zachęcało do jego wnikliwej eksploracji.  Kiedy pytaliśmy miejscowych operatorów o atrakcje miasta wymieniali praktycznie tylko Fort Jesus. Tak więc chyba szkoda było czasu i pieniędzy. Owszem, Mombasa jest kolorowa, pełna kontrastu i wymieszana etnicznie, ale także pełna chaosu, brudu i poczucia niepewności, które wystarczyło nam, że doświadczaliśmy zza okien naszych samochodów. I choć nie zwiedziłem miasta dogłębnie a moja opinia jest oparta na jego powierzchownej samochodowej eksploracji, niemniej jednak twierdzę, że mieliśmy wystarczająco dużo okazji, aby wypracować sobie osobistą opinię.

          Jak już wcześniej wspominałem, cała droga do hotelu otworzyła nam naprawdę oczy na to jak wygląda i będzie wyglądać Afryka, na wszechobecna biedę i prymitywizm-nawet w Mombasie, największym mieście Kenii. Choć ogląda się to często w telewizji , efekt na żywo jest jeszcze bardziej do Ciebie docierający. Cale miasto zakorkowane przede wszystkim przez mini busy, które stanowią główny środek transportu dla obywateli, przypomina jak najbardziej ul pszczeli. Przepisy drogowe pewnie obowiązują, ale i tak ich nikt nie przestrzega a wyprzedzanie na tzw trzeciego to chleb powszedni. Przechodnie także nie zwracają uwagi na to, co się dzieje dookoła, przechodząc przez drogę jak im się podoba. Sytuacje utrudniają tuk-tuki i riksze, których także na pęczki w każdym zakątku Mombasy. 

          Jak wyjechaliśmy z City Mombasa i wjechaliśmy na ląd, zrobiło sie jeszcze bardziej autentyczne- jakby zatrzymał się czas. Lepianki, szałasy z drewna itp.- jak na National Geographic. W pewnym momencie jednak, krajobraz ten zaczął się zmieniać na bardziej cywilizowany, co oznaczało, że zbliżamy się do ,, resortowego’’wybrzeża... 

                                                                           ******* 

           W relacji oprócz zdjęć pozwoliłem sobie zaprezentować klipy wideo, dotyczące Afryki i Kenii-wybrzeża, safari i poszczególnych zwierząt. Wobec braku własnych, wszystkie filmiki załączone poniżej, ma się zrozumieć dzięki uprzejmości nieśmiertelnego You Tube.

 

         Miłego oglądania

 

        Na nasz pobyt wybraliśmy hotel Diani Sea Resort. Wybralismy go ze wzgledu na cene oraz przyzwoite recenzje- miejsce to posiadalo bowiem w miare duzo pozytywnych ocen na Trip Advisor. Co do hotelu, to nie spodziewaliśmy się niewiadomo czego jako, że zapłaciliśmy stosunkowo mało za pobyt £1500 za dwie osoby all inclusive na 14 dni. Pierwsze wrazenia nie za pozytywne jako, ze kiedy otworzylismy drzwi do naszego pokoju, przywital nas niesamowity smród zgnilizny. Od razu poprosilismy o zmianę a znalezienie nowego pokoju trwało następną godzinę, co nie ucieszyło nas za bardzo mając za sobą 13 godzinną podróż.

          Powiem szczerze, że zastanawiam się co wam napisać o tym miejscu, gdyż za wiele ciekawego to tam sie nie działo. Najbardziej utkwili mi w pamięci animatorzy, niestety z negatywnych wzgledów- byli niemili, leniwi, aroganccy i starali się wyłudzić od ciebie wszystko, co mogli by pozniej sprzedawac-twoje ubrania, perfumy, telephony komórkowe, itp. Piwo i rum z All inclusive tragiczne, nad czym strasznie ubolewalem, jako, ze smakoszem jestem. Trzeba bylo chodzic do pobliskiego market aby zakupic cos co bylo by do przelkniecia. Jedzenie monotonne choć całkiem zjadliwe. Co chwile coś ginęło ludziom z pokojów. Jedyną rozrywką była siatkówka plażowa-godzine dziennie, bo częściej się animatorom sprzętu nie chciało wynosić oraz ogladanie pilkarskich mistrzostw świata.

          Z pozytywnych akcentów wymieniłbym bardzo sympatycznych i miłych ogrodników, ochoczo wchodzących na palmy i serwujacych świerze kokosy, bardzo uczynnych ochroniarzy oraz rozrabiające małpy, zachowujace sie jak rozbrykane hotelowe zwierzaki. 

  • Na zawsze czujni
  • I ta sama
  • Krab co zabłądził
  • Kolubus
  • Pozerka
  • Błękitne jajeczka
  • Malpka
  • Wiewióra afrykanska
  • Wiewióra afrykanska

 

          Co do samego wybrzeża, prezentowało się w miarę okazale, szczególnie przy odpływach, kiedy plaża byla szeroka na kilkadziesiąt metrów. Sytuacje niesamowicie psuli różnojakiego rodzaju naciagacze, żebracy, sprzedawcy, którzy uprzykrzali życie co kilka metrów podczas plażowych spacerów. Najbardziej denerwował mnie fakt, że nie odpuszczali choćby na chwile- potrafili iść za tobą przez kilkaset metrów. Z tego powodu, nie było także mowy o wylegiwaniu się na plaży. W większości hoteli leżaki plażowe nie były wystwione na plaży ale na skraju gruntów hotelowych, właśnie aby zminimalizować problem nagabywania gości hotelowych. Zazwyczaj opalającym się ludziom towarzyszyli uzbrojoni w pałki ,,ochroniarze’’.

          Co do morza, zazwyczaj było bardzo wzburzone i pełne glonów tak więc nie kąpaliśmy się często. Osobiście uwielbiałem spacerować po plaży jeszcze przed wschodem słońca, kiedy nikt mnie nie zaczepiał i mogłem w spokoju robić zdjęcia. Co poranek obserwowałem wypływających na połów miejscowych rybaków, czy ćwiczących na plaży młodych kenijczyków. Wszystko w spokoju, w akompaniamencie szumu fal i orzeźwiajacej bryzy morskiej. Te momenty wspominam najcieplej.

 

  • Ich troje
  • Palmy w rzędzie stoją
  • Klasyka rybacka
  • Rozmowa
  • Zapatrzeni .... niby ze w siebie?
  • Smutny jakiś
  • A ten drugi narzeka
  • A na horyzoncie ulewa...
  • W dużym deszczu
  • Przy wschodzie
  • A tu wschód bez rybaków
  • A tu troche po karaibsku..
  • Porannie
  • O brzasku
  • Chmury i jasność zarazem
  • Załamani?
  • Naprawdę sprawny jegomość
  • Rzeźbiarz piaskowy
  • Poranne kolarstwo
  • Pogoń za piłką
  • Akrobaci
  • Akrobaci
  • Wyspa Robinsona
  • Przyszedl czas na poranny trening
  • Karaibsko
  • O wschodzie
  • Miejscowe BMW
  • Jazda o wschodzie
  • Wschód...
  • Wschód...
  • Pochmurno
  • Wschód...
  • Jestem may ale jary...
  • Praca o wschodzie
  • Praca o wschodzie
  • Praca o wschodzie
  • Praca o wschodzie
  • Wschód
  • Wyspa Robinsona

          Tsavo East jest jednym z największych parków narodowych w Kenii, zajmując obszar, w zależności od źródeł, od 11000 do 13000 kilometrów kwadratowych, zajmując około 40% obszarów wszystkich parków narodowych Kenii. W 1948 Park Narodowy Tsavo został podzielony ze wzgledów administracyjnych na Tsavo Wschodnie i Zachodnie, ułatwiony przede wszystkim autostradą i linią kolejową na trasie Mombasa-Nairobi, które biegną równolegle do siebie i przecinają park na dwie części.

          Nazwa pochodzi od rzeki Tsavo, która płynie przez park od zachodu na wschód, granicząc z Parkiem Narodowym Chyulu Hills i z rezerwatem Mkomazi w  Tanzanii. Rzeka Tsavo i Athi łączą się w pewnym momencie tworzącna rzekę Galana ( czasami zwana Sabaki).

          Do parku można wjechać trzema głównymi brami: od strony Mombasy brama Bachuma, Manyani od strony miasteczka Voi i Sala od strony Malindi.  Jest on akredytowany jako jeden z czołowych światowych bastionów pod względem różnorodności ekosystemów, począwszy od zakrzewionych stepów i otwartych równin przechodzących w sawanny, półsuche krzewy akacjowe oraz tereny leśne. Zielone pasy przecinają park w miejscu, gdzie brzegi rzeki są porośnięte bujną roślinnością. Na północ od Galany napotykamy na prawdziwe tereny pustynne. W Parku natkniemy się na specyficzne tylko dla Tsavo zjawiska geologiczne, w szczególności skały Mudanda ( długość 1.6 km) i Płaskowyż Yatta (ciągnący się przez 290 km, biegnący wzdłuż zachodniej granicy parku), które są największymi na świecie zastygłymi potokami lawy. Niezwykły wodospad Luggarda jest znany ze swych skał specyficznie uformowanych przez wodę. Dzieki w/w atrakcyjności terenów, połączonej z ogromna ilością afrykańskiej zwierzyny, Tsavo East przyciąga rzesze foto-turystów z całego świata.

          Choć bliskość do wybrzeża i niesamowita sceneria, powoduje, że Tsavo stało się bardzo popularne wśród turystów, ustępuje jednak sławą parkowi Amboseli czy Masai Mara.

Safari 

          Choć nie udało nam się zobaczyć słynnej wielkiej piątki w całości ( woli wyjaśnienia na wielka piątkę składają się lew, bawół afrykański, nosorożec, lampart i słoń afrykański), zobaczyliśmy z jej grona bardzo dużo słoni oraz jedną lwią rodzinę. Poza tym antylopy, gazele, stada zebr, żyrafy oraz rozmaite ptactwo najczęściej wpadały nam przed obiektywy. No i te wspaniale krajobrazy, iście wyrwane z filmów dokumentalnych BBC bądź National Geographic traktujących o afrykańskiej florze i faunie.

          Safari to pozostawiło we mnie niestety malutki niedosyt. Zobaczyliśmy tylko jednego hipcia i to jeszcze z bardzo daleka a gdyby nie obiektyw 70-300, pewnie nie zobaczyłbym go w ogóle. Kiedy wybieraliśmy sie na safari postawiłem sobie za cel zobaczenie hipopotamów z bliska, lecz już na samym początku dowiedzieliśmy sie jednak, że, aby je zobaczyć na 100%, musielibyśmy udać się w miejsce zwane Aruba Dam, niestety oddalone od naszej lodge o około 60 km, co w przypadku parkowych dróg stanowiło by mniej więcej 3 godzinną jazda bez trzymanki i to bez zatrzymywania się na sesje zdjeciowe. Przy dwóch dniach przeznaczonych n odwiedziny w Tsavo, musieliśmy niestety z tego zrezygnować, przez co zaprzepaściliśmy podobno także szanse na zobaczenie krokodyli. Nie zobaczyliśmy nosorożca, który podobno jest prawdziwem rarytasem do ujrzenia w Tsavo East. Lampart także nie uraczył nas swoja obecnościa. Nie widzieliśmy także hien, likaonów a gepard, choć uchwycony na zdjęciach pojawił się na krótko, uciekając poza zasięg naszych obiektywów.

          Cóż, nie można mieć wszystkiego naraz. I tak zdołaliśmy zobaczyć wiele i doświadczyć niezapomnianych wrażeń. Wrażeń, które jak do tej pory nie usnęły, tląc się stale w naszych głowach, przenosząc nas ponownie co jakiś czas na afrykańskie sawanny. 

                                                                      *******

          Pisząc o safari, nie sposób nie wspomnieć o kierowcy twego busa, który jest kluczowa postacią podczas podróży. Nie tylko prowadzi samochód, ale także umila ci czas ciekawymi opowieściami oraz jak w naszym przypadku, jest wyśmienitym przewodnikiem, chodzącą-ba-raczej jeżdżącą encyklopedia na temat Afryki-jej flory i fauny, miejscowego stylu życia i obyczajów, bezpieczenstwa itp. Troszke przerysowana jest dla mnie jego rola, wytrawnego tropiciela zwierzyny. W parkach narodowych takich jak Tsavo czy Amboseli, gdzie podrózuje się w busach po wyznaczonych do tego drogach, trudno bowiem jest powiedzieć o zastosowaniu jakichkolwiek tradycyjnych umiejętności tropicielskich. Jak planowaliśmy nasze safari jeszcze w domu i czytaliśmy mnóstwo recenzji dotyczących poszczególnych firm orgaznizujacych tą imprezę, niektórzy recenzenci rozpływali się, komplementujac właśnie tropicielskie umiejetności ich kierowców oraz przewodników. Nie chcę umniejszać ich wiedzy na temat parków narodowych i zwierzyny, ich spostrzegawczości, ale tak naprawdę to, jaką faunę zobaczymy i w jakich ilościach zależy od naszego szczęścia. Tak więc są bardziej wytrawnymi przewodnikami niż tropicielami. Poza tym kierowcy mają bardzo dobrze rozwinietą sieć komunikacji między sobą w postaci cibi radia. Kiedy tylko jeden wypatrzy pożądaną zwierzynę, szczególnie koty, które zawsze stanowią najwiekszą atrakcję, natychmiast powiadamia innych uczestników przez radio, dając przy tym szansę ujrzenia upragnionego lwa, lamparta czy geparda innym spragnionym tego widoku turystom. Nie ma w nich nic z zazdrosci czy zawiści, dzielą się ze sobą informacjami na temat lokalizacji zwierzyny na bieżąco, dostarczając cudownych wrażen jak największej grupie safariowiczów. Choć pochodzą z różnych, konkurujących ze sobą firm, na samych game’ach nie widać między nimi żadnej animozji czy też przysłowiowego wyścigu szczurów. No i ich sokole oko!!! Prowadząc samochód ciągle czyjnie wpatrują się w okoliczne zarośla czy niekończące się połacie sawanny. Nagle okrzyk: -,,Patrzcie, patrzcie na lewo!!!’’-My rozglądamy się w lewo, naokoło i nic nie widzimy!! Nagle pojawia się jakiś zwierz wypatrzony przez naszego kierowcę. Później zadajemy sobie pytanie, jak on zdołał to wypatrzyć prowadząc samochód. Spostrzegawczość mają wzorową, to im trzeba przyznać. Może właśnie taki rodzaj tropienia mają wszyscy na myśli, wychwalając kierowców w niebogłosy?! Jeśli o to chodzi, są naprawdę mistrzami w swoim fachu.

          Powiem wam szczerze, że abym mogł się poczuć w pełni usatysfakcjonowany, musiałbym tam pewnie spędzić tydzień a może i dwa!!! Park jest ogromny, przez co zwierzyna ma się gdzie przemieszczać. Poza tym dwa dni to tak naprawdę może z 8-10 godzin w samym parku. W dwudniowe safari wlicza się przecież juz podróż, która trwa do 4 godzin z kenijskiego wybrzeża. W zależności o firmy, z która jedziesz, z hotelu wyjeżdża się w godzinach  5 -7 rano. Przy bramie wjazdowej jesteście, jak wspomniałem około 9-tej i zaczynacie swego game’a, który trwa do lanczu. Po około dwu i półgodzinnej przerwie ruszacie na następny game do 6.30 wieczorem, kiedy to park jest zamykany. Na dzień następny śniadanie o piątej bądź szóstej, wymeldowujecie się z lodge i ruszacie z reguły na ostatni game przy safari dwudniowym. Z parku wyjeżdżacie równe 24 godziny po wjeździe dzień wcześniej, czyli w cytowanym przypadku około 9-tej, gdyż karty wstępu są ważne tylko na dobę. I ot tyle z dwudniowego safari. Poza tym, w drugim dniu, wyjeżdżaliśmy na jedną noc do Amboseli a sama podróż zajmuje następne 4-5 godzin z Tsavo. Dlatego czasami lepiej jest rezerwować safari w jednym parku, gdyż oszczędzamy wtedy czas na przemieszczanie się miedzy nimi, który możemy wykorzystać na kolejnego game'a.

          Firma, która organizowała nam safari, zarezerwowane zresztą jeszcze w UK, to WT Safaris-tel.nr: +254 202354383; komórka +254 734540221; E-mail: info@wtsafariskenia.com; website: www.wtsafaris.com.

  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Tsavo East
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Tsavo East I

          Kiedy jeszcze w domu bukowaliśmy dwudniowe safari w Tsavo, postanowiliśmy spędzić nasz nocleg, mieszkając w jednej z najlepszych tzw. ,,lodges’’-tak przynajmniej ją reklamowano- Voi Wildlife Lodge, którą nie zawiedliśmy się choćby przez chwile. Królewskie-serwis oraz jedzenie i przede wszystkim cudowna lokalizacja, czynią z tej lodge idealne miejsce na odpoczynek po męczącym safari. Dwa baseny oraz siłownia czekają na tych, którzy pragną bardziej aktywnej formy relaksu. Miejscowe Spa oferuje zestaw masaży i innych podobnie relaksujących zabiegów. Dla spragnionych chillout-u przy drinku, lodge oferuję bardzo dobrze wyposażony bar oraz bardzo profesjonalna obsługę, umilającą czas ciekawymi opowieściami o Afryce i safari. My wybraliśmy najbardziej nam pasujące leżakowanie z kenijskim piwkiem w reku, delektując się przepiękną sceneria otaczającej nas afrykańskiej rzeczywistości. Przed nami mieliśmy bowiem naturalny wodopój, przy którym zazwyczaj tłumnie gromadzi się dzika zwierzyna. Wszystko to można obserwować z balkonu swojego pokoju bądź ze specjalnie do tego stworzonego tarasu widokowego, wyposażonego w wygodne wiklinowe sofy.

          Lodge oferuję akomodacje dla 300 osób, od pokojów podstawowych do luksusowych. Wszystkie pokoje wyposażone sa w obszerna łazienkę,podwójne łóżko, w tym pokoje luksusowe także dodatkowo w  jeszcze jedno podwójne łóżko oraz w balkony z widokiem na wymienioną wcześniej przepiękna afrykańską sawannę. Cały obiekt udekorowany jest w iście lokalnym stylu. Na jego terenie znajduje się także tzw,, tented camp’’, czyli efektowny układ namiotów, wyposażonych we wszystkie niezbędne wygody, takie jak dobrze wyposażona łazienka, wygodne podwójne łóżko oraz wypasiona toaletka. Płacąc za noc w wersji full board dostajemy pokój,oraz śniadanie obiad i kolacje w postaci słynnego szwedzkiego stołu. Jakość jedzenia nie do przecenienia. Problem pojawia się co do napojów, za które prze-dziwacznie trzeba płacić dodatkowo. Ta zasada obowiązuje najprawdopodobniej we wszystkich miejscach tego typu, bez znaczenia czy tanich, czy drogich. Za butelkę 1.5 litrowa trzeba wyłożyć 150 szylingów- normalnie 35 szylingów- za butelkę piwa 300, co jest ekwiwalentem 13 złotych!!! Ale nie jedziemy na wakacje, żeby się ze wszystkim przysłowiowo szczypać!!!   Za naszego pobytu, o ile dobrze pamiętam, cena za jedna noc, za nasz ,, luksusowy’’pokój oscylowała w okolicach $120. Ale mogę się mylić. Celowo takze napisalem luksusowy w cudzyslowie. Pokój bowiem, choc obszerny i czysty, z dwoma podwójnymi łózkami, dużą łazienką, stylowym tarasem oraz cały ozdobiony w afrykańskich dekorach, za nic nie sprawiał wrażenia luksusowego. Ot akomodacja o bardzo przywoitym standardzie, szczególnie jesli chodzi o afrykanskie pustkowie. Zapewne zastosowali ta klasyfikacje w zestawienieu z innymi, mniej wygodnymi rodzajami noclegu w omawianej Lodge.

          Co do pieniedzy, których czasami trzeba wydac troszke wiecej, nie maja one dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, jak wrażenia, które mogę za nie kupić. Kiedy kładliśmy się spać, zasypialiśmy przy dźwiękach sawanny- odgłosy słoni, lwów, ptactwa, nietoperzy oraz wszechobecne cykanie owadów przerywały cisze nocna w tak bardzo charakterystycznym tylko dla tego miejsca stylu. Jednak nam to bynajmniej nie przeszkadzało. Bajkowa sceneria, przy której czasami trudno było zasnąć, ale tylko z powodu bycia pod jej oszołamiającym wrażeniem!!! To cudowne, obezwładniające uczucie, które tak naprawdę jest nie do opisania- po prostu trzeba je doświadczyć na żywo.          

       Lodges w parkach narodowych, (choć są często tez położone są na ich skraju, jak to się miało w przypadku Voi Wildlife Lodges), są dla mnie zaiste zjawiskiem fenomenalnym. Stanowiąc bazę wypadową dla turystów, same są jedynymi w swoim rodzaju hotelami na afrykańskim pustkowiu. Zestawione zazwyczaj w rankingach w klasycznej klasyfikacji gwiazdkowej, reprezentują różnorodne standardy i wygody. Sa lodges dwu , jak i pieciogwiazdkowe. Występują także logde extra luksusowe,  o najwyższym standardzie, które dla mnie osobiście są trochę za bardzo przesadzone. Od nas oczywiście zależy wybór lodgy- od nas zależy bez jakich zwyczajowych wygód jesteśmy w stanie się obejść. Czesto są też częścia ogromnych koncernów hotelarskich, które posiadają swoje filie w całej Afryce i nie tylko. Tak się ma w przypadku kompani Ashnill czy koncernu Sentrim Hotels, w którego masajskiej filii- Sentrim Camp, dane nam było spędzić noc podczas safari w Amboseli. Dla Kącików podstawowym kryterium było jedzenie oraz lokalizacja, co niestety zazwyczaj kosztuje. Co do jedzenia, nie chciałbym bowiem spędzić mojego safari zmulony zatruciem pokarmowym, które staje sie bardziej prawdopodobnym w bardzo tanich lodge'ach. Co do spania , wystarczyło by nam łóżko i miejsce na kąpiel. Nic więcej nam nie potrzeba.

          Ceny za pobyt uzależnione są  jak zawsze od czynników,  które decydowałyby o atrakcyjności podobnych miejsc na każdym krańcu świata. Powiedziano nam, ze jakość i bogaty wybór potraw wpływają na cenę najbardziej, w dalszej kolejności plasuje się jakość noclegu oraz sama lokalizacja, poza tym ,,luksusy’’ w postaci basenów, siłowni oraz salonu Spa, bez których tak naprawdę można sie przecież obejść bez żadnego problemu- w końcu jesteście w samym środku dzikiej Kenii!!! Posiadanie pokoi z wlasna lazienka i oraz dostepność do cieplej wody bardzo czesto pojawia się także jako czynnik wpływajacy na cene. Tak, przeczytaliscie dobrze-ciepłej wody. W bardzo tanich lodge'ach zdarza się podobno, że jej nie ma a prysznic lub toaletę trzeba dzielić z innymi gośćmi. Poza tym są one zazwyczaj bardzo zaniedbane.

          Lodge prześcigają się sposobami, jakimi mogą ściągnąć jak najwiecej gości a jednym z najbardziej efektywnych jest zapewnienie swym gosciom możliwości obserwowania dzikiej zwierzyny z ich terenu. Dlatego najczęściej budowane są w poblizu oczek wodnych, bądź wodopojów bądź te ostatnie są sztucznie tworzone wabiąc tym dzika zwierzynę. Najczęściej można spotkać przy nich kopytne, słonie przy odrobinie szczęścia hipopotamy, nosorożce i dzikie koty. Pamiętam, jak w jednej z lodges wpadnięto na ciekawy pomysł wybudowania drewnianej konstrukcji, na której zawieszano krwisty stek w celu zwabienia nieuchwytnego lamparta. W większości przypadku, goście mogli podziwiać z tarasu widokowego tego bardzo trudnego do wytropienia kota skuszonego bez wysiłkowym posiłkiem. Dla niektórych był to jedyny sposób, aby móc ujrzeć tego kota na żywo. Z opowieści dowiedzieliśmy się jednak, ze nawet kiedy podchodził na darmowa wyżerę robił to zazwyczaj w nocy, kiedy to większość ludzi spala. Niemniej jednak pomysł okazał się strzałem w dziesiątkiem, gdyż możliwość zobaczenia lamparta stał się główną atrakcą i wabikiem dla tego miejsca.

          Lokalizacja w praktyce okazuję się chyba czynnikiem najczęściej wymienianym jako decydujący czynnik przy wyborze poszczególnej lodge. Także ona pojawiała się jako czynnik wpływający na jak najbardziej pozytywne oceny odwiedzanych lodges. Kiedy wymienialiśmy się wrażeniami z pobytu na safari z innymi gośćmi naszego hotelu, Diani Sea Resort,  nawet jesli ktos narzekalby na standard pokoi badz jedzenie, lokalizacja pojawiala sie najczesciej jako glowny rekompensator dla wszystkich w/w niedogodnosci.

          Co do bezpieczeństwa wszystkie lodges ogrodzone są zazwyczaj drucianym płotem pod prądem, zabezpieczając przed dzika zwierzyna ale także przed niechcianymi osobnikami rasy ludzkiej. W lodges droższych w pokojach znajdziemy sejf  wielkości pudelka po butach, w którym schowamy nasze kosztowności. Tereny obiektu są patrolowane przez strażników, którzy uzbrojeni w długie kije oraz proce, czuwają nad naszym bezpieczeństwem. Kije służą im do ewentualnych zmagań z jadowitymi wężami a proce maja na celu zniechęcać całkiem agresywne małpy. Te ostatnie potrafią być bardzo odważne, na przykład wskakując na stól podczas posiłku.

           Jeśli chcecie dowiedzieć się o dokładnych cenach obecnie obowiązujących w Voi Widelife Lodge posyłam do stronki: http://www.voiwildlifelodge.com/aboutus.html. Jeśli pragniecie poczytać bezstronne opinie podróżników z całego świata na jej temat, odsyłam do biblii podróżniczej Trip Advisor, na stronę dotycząca właśnie tego  miejsca; Jesli chcecie poszosować za innymi miejscówkami, Trip Advisor jest kopalnią wiedzy na ten temat- z opiniami, cenami oraz zdjeciami z każdej możliwej  znajdującej się w Parku Tsavo East.

  • Wejscie na taras widokowy
  • Widok z tarasu i moje piwo
  • Po prostu bajka
  • Taras widokowy


         Czerwone słonie z Tsavo osławiły Park na całym świecie. Można je spotkać tylko w tym miejscu, a swą barwę zawdzięczają osypywaniu się czerwonym piaskiem (charakterystycznym dla Tsavo) w celu chłodzenia skóry oraz pozbycia się choćby na chwile wszechobecnych insektów. Często kąpią się i tarzają w czerwonym błocie, powstałym po opadach  deszczu, który wraz z czerwonym piaskiem tworzy  błotne bajorka w małych zagłębieniach glebowych.

          W latach 70-tych XX wieku, żyło w Tsavo 17 tysięcy słoni. Dzisiaj żyje ich tam 4 tysiące ale i tak możemy być pewni, że natkniemy się na te olbrzymy, częściej niż na jakiegokolwiek innego zwierza. Choć są bardzo przyzwyczajone do widoku ludzi, busów, dźwięku silników, nasza czujność choć na chwile nie powinna zostać uspiona za żadną cenę. Słonie bowiem, mimo swojego potulnego wygładu, są tak naprawdę najbardziej agresywnymi ze wszystkich zwierząt obecnych w Parku, szybko denerwując się, szczególnie kiedy są z małymi, a bus podjedzie za blisko. Nasz kierowca zapytany jakie zwierze jest najbardziej niebezpieczne, bez zastanowienia powiedział, że słonie. Wspomniał także, że tylko w ostatnich latach doszło do kilku przypadków, kiedy to słonie zainteresowały się turystycznymi busami, szarżując agresywnie w ich kierunku.

          A teraz może troche suchych faktów na temat naszych bohaterów.

          Słoń afrykański, jest najwiekszym ssakiem lądowym, zaliczanym do rodziny z rzędu trąbowców, zamieszkującym lasy, sawanny i stepy Afryki, w niektórych rejonach występowania wytępiony całkowicie między innymi w Afryce Północnej .

           Długość ciała u słonia będzie wynosiła do 9 m, do 4 m wysokości w kłębie, ciężar największych samców przekracza 7,5 ton (największy ze znanych okazów zastrzelony w Angoli w 1974 roku ważył 12 ton, miał długość ponad 10 metrów). Czoło ma płaskie, uszy bardzo duże, trąba zakończona dwoma przeciwstawnymi wyrostkami chwytnymi (osiąga wagę do 200 kg), ciosy są u samic mniejsze niż u samców (największe znane ciosy samca miały 340 cm długości i ciężar 107 kg każdy). Ciosy słoni afrykańskich pojawiają się ok. 2 roku życia, roczny przyrost wynosi ok. 17 cm. Tułów nieco mniej masywny niż u słonia indyjskiego, ogon i kończyny dłuższe. Skóra na grzbiecie ma ponad dwa i pół centymetra grubości, zaś wokół pyska maksymalnie dwa milimetry. Powierzchnia ucha dochodzi do dwóch metrów kwadratowych.
          Słoń afrykański żyje w stadach złożonych z samic, młodzieży i młodych karmionych przez matki. W stadzie zazwyczaj znajduje się jeden lub (rzadziej) więcej dorosłych samców. Samce często tworzą oddzielne stada, stare samce są samotnikami, co mogliśmy zaobserwować zarówno w Tsavo jak i w Amboseli. Stado prowadzone zawsze przez doświadczoną samicę liczyć może nawet do 50 sztuk. Więź pomiędzy członkami stada jest niezwykle silna, osobniki ranne lub chore są natychmiast otaczane opieką. Porozumiewają się na odległość ponad pięciu kilometrów za pomocą infradźwięków (o częstotliwości 14-20 herców). Słoń afrykański osiąga w biegu na krótkich odcinkach prędkość ok.35 km/godz., w szybkim, wytrwałym marszu 12-15 km/godz. Na krótkim dystansie przenosi ciężar o wadze 1000 kg.

          W ciągu doby słoń afrykański może pokonać trasę do 100 km. Żywiąc się głównie trawą, podczas pory suchej konarami i korą drzew, wyrządza często szkody na polach uprawnych, ponadto przewraca lub łamie drzewa, aby dosięgnąć gałęzi. Dziennie zjada do 150-250 kg pożywienia i wypija do 200 ltr wody. Ciąża trwa 646-722 dni (średnio 22 miesiące), samica rodzi jedno młode, które ma 80-90 cm wysokości w kłębie i waży ok. 100 kg. Młode są matkę przez ok.10 miesięcy, w nielicznych przypadkach do 2 lat, osiągając dojrzałość płciową pomiędzy 9-12 rokiem życia.

          Słoń afrykański żyje zazwyczaj do 80 lat. Wyróżnia się dwa podgatunki: słoń afrykański stepowy-największy podgatunek, o potężnych ciosach, osiągający do 4 m wysokości w kłębie, zamieszkujący głównie sawanny Afryki Południowej , słoń afrykański leśny, mniejszy podgatunek, -samce do 250 cm wysokości w kłębie- występujący głównie w lasach Afryki Zachodniej i Środkowej. Od 2010 naukowcy spierają się, czy nie ma wystrczajacych dowodów aby oddzielić te dwa podgatunki jako całkowicie osobne gatunki. Słoń afrykański jest chroniony przepisami Konwencji Waszyngtońskiej jako gatunek ginący, głównie w wyniku kłusownictwa dla pozyskania kości słoniowej, a także wskutek niszczenia środowiska naturalnego.

  • Słoń i akacja
  • Na miejscu
  • Trąby w wodę
  • Małe cudo
  • Dwa pokolenia
  • Samotnik
  • Samotnik
  • Samotnik czerwony
  • Słoń..... z dwoma ptakami

 

          Zebry, oprócz konia są najbardziej znanymi ssakami z rodziny koniowatych. Są zdecydownie jedną z wizytówek Afryki, będąc jednymi z jej najbardziej rozpoznawalnych mieszkańców.

          Trzy wyodrbnione gatunki zebry ciągle wystepują w Afryce, przy czym w Kenii, występują dwa gatunki zebry: zebra zwyczajna albo stepowa ( czasami zwana zebra Burchell’a) oraz zebra Gravy’ego. Trzecim gatunkiem jest zebra górska, gatunek największy, której populacja ogranicza się do Angoli, Namibi i części Republiki Południowej Afryki. Gatunek ten zagrożony jest niestety wyginięciem. W Kenii podczas Safari, mogliśmy obserwować tylko zebrę stepową, chociaż na północy tego kraju wystepują także zebry Gravy'ego, której populacja także staje się coraz to bardziej zagrożona. 

                                                                      ******  

          Zebra stepowa jest najpowszechniejszym i najliczniejszym gatunkiem. Chociaż jest populacja rozwija się stabilnie, jej liczebność zmniejsza się stopniowo ze względu na popyt na jej mięso oraz skóry-szczególnie w Tanzanii ich populacja dramatycznie spadła.

          Istnieje sześć podgatunków zebry stepowej, rozróżnianych ze względu na wzory ubarwienia-grubość pasów, ich położenie, odległości między,cienie znajdujące się między pasami nimi itp.  

          No właśnie zebrowe pasy. Umaszczenie zebry czyni je przecież jednymi z najbardziej charakterystycznych i rozpoznawalnych zwierząt na świecie. Pierwotnie wierzono, że zebry są zwierzętami o białej skórze z czarnymi paskami, szczególnie gdyż niektóre podgatunki zebry–zebra Granta-mają białe podbrzusza. Niemniej jednak dowody embriologiczne wskazują, że kolor pierwotny to czarny a białe pasy i podbrzusza są dodatkiem. Prawdopodobnie same występowanie pasów spowodowane jest kombiancją czynników.

          Same pasy są pionowe na głowie, szyi, przedniej części tuszy, oraz części głównej z poziomymi pasami w tylniej części oraz na nogach. Wzór pasów na ciele zebry - podobnie jak linie papilarne u człowieka-jest unikatowy dla każdego osobnika zebry.

          Naukowcy od lat zastanawiają się nad tym, czym kierowała się natura, wyposażąjac zebry w takie a nie inne umaszczenie. Wysnuto wiele hipotez na ten temat z czego najbardziej tradycyjne odnoszą się do ich funkcji dla kamuflażu. Pionowe pasy mogą pomagać zebrze ukrywać się w trawie, rozmywając dla potencjalnego drapieżnika zarys jej ciała. Pasy zapewne moga powodować, że drapieżnik goniący stado zebr będzie widział jedną wielką masę mieniących się pasów, czyniąc wybranie ofiary cięższym.

          Eksperymenty przeprowadzone przez różnych badaczy wskazują także, że pasy na ciele zebry odstraszają skutecznie muchy- w tym przenoszące choroby muchy tse-tse oraz krwiorzercze muchy końskie. Pasy także służą identyfikacji poszczególnych osobników chociaż naukowcy spierają się, co do tego, czy same zebry potrafią rozpoznawać się po ich wzorach. 

          Najgroźniejszym drapieżnikiem dla zebry jest lew, przed innymi, takimi jak hieny czy gepardy zebra bedzie broniła się mocnymi kopniakami oraz ugryzieniami.

 

  • Kręcąca uszami
  • Zebra crossing I
  • Najlepiej z mamą
  • Przepiękna
  • Zebry Amboseli
  • Pocałunki
  • Przytulane...
  • Młoda laska
  • Zebra Crossing II
  • Rodzina zebrą silna
  • Rodzina zebrą silna
  • Kąpiele ziemne
  • Kąpiele ziemne
  • Ekipa zebrą silna...
  • Kapiele piaskowe
  • Zlewające się....
  • Ładny widok
  • Pasiasta ekipa
  • Dik-dik Kirk'a
  • Kob śniady
  • Kob śniady-waterbuck
...
  • Marabuty dwa...
  • Samotnik odpoczywajacy
  • Ich troje
  • Samotnik...
  • Brzydal
  • Yellow-necked Spurfowl
  • Jastrzębiak ciemny
  • Dzioborogi Kafryjskie
  • African Open-bill stork-kleszczak afrykanski
  • Dławigad afrykański
  • Gęsiówka egipska
  • W którą stronę teraz?
  • Toko białogrzbiety
  • Toko białogrzbiety
  • Drop olbrzymi
  • Kraska liliowopierśna
  • Kraska liliowopiersna
  • Kraska liliowopierśna

          Impale są jednymi z najbardziej rozpoznawalnych i najpowszechniejszych afrykańskich antylop. Są średniego rozmiaru i zamieszkują zarówno sawanny jak i częściowo zalesione tereny wschodniej i południowej części afrykańskiego kontynentu. Impale były zdecydowanie najczęściej podziwianymi antylopami podczas naszego safari. 

          W czasie pory desczowej kiedy pożywienia jest pod dostatkiem impale będą się gromadzić w duże stada, liczące nawet kilkaset osobników. Bycie w dużym stadzie zaoferuje impali przede wszystkim lepszą ochronę przed drapieżnikami, szczególnie przed lwami. Zaalarmowana impala wyda coś w rodzaju krótkiego szczeku, alarmując resztę stada o zagrożeniu. Stado wtedy dosłownie wystrzeli jak z procy w rózne strony. Zaletą impali jest jest szybkość i zwinność, oraz umiejętność pokonywania przeszkód na drodze swojej ucieczki-antylopa ta potrafi biegnąc przed siebie, skakać w 10 metrowych odstępach, potrafi także przeskakiwać 3 metrowe przeszkody. Krótko mówiąc impala będzie starała się przeskakiwać wszystko co napotyka na drodze, czasami robiąc to także dla zwykłej zabawy.

          Ta elegancka antylopa znana jest przede wszystkim przez swoje przepękne spiralne poroże, wystepujące tylko u samców. Samce używają je często do wzajemnych walk o terytorium i co za tym idzie prawo do reprodukcji. W czasie sezonu godowego starsze impale będą stały na ,,czatach’’, aby obce samce nie starały się wniknąć w szeregi ich stada. Samce, które odważyły się wyzwać szefa stada na pojedynek i przegrają go, zazwyczaj tworzą z innymi przeganymi stada tylko samcze.  

          Sezon godowy będzie dla starszych samców impali bardzo męczącym-często będą walczyc o utrzymanie stada z innymi samcami, oprócz tego muszą także trzymać samice w ryzach no i oczywiście zająć się częścią rozrodczą. Co do tej cześci życia bohaterki tego punktu, samice będą rodzić potomstwo po siedmiu miesiącach ciąży, zazwyczaj jedno młode. Zarówno matka jak i cielak dolączą do swojego stada zaledwie po kilku dniach po urodzeniu. Po około 6 miesiącach młode impale będą przyłączać się do grup stworzonych ze swoich rówieśników.    

          Wyróżnia się dwa podgatunki impali: impale zwyczajną i impale black-faced (czarno-pyszczna). Impala jako gatunek jest rdzenną dla Angoli, Botswany, Kenii, Malawi, Mozambiku, Namibii, Rwandy, Poludniowej Afryki, Tanzanii, Udandy, Zambii i Zimbabwe. Podgatunek ,,black-faced'' ogranicza się tylko do rejonu Kaokoland w Namibii oraz do południowo-zachodniej Angolii. Impala zwyczajna jest bardzo powszechna w całej południowej i wschodniej Afryce. Mimo, że nie ma żadnych realnych zagrożeń dla jej populacji jako gatunku, kłusownictwo i naturalne przeciwności jak utrata habitatu, wpłynęły bardzo negatywnie na populacje podgatunku black faced, przez co jest teraz sklasyfikowany jako zagrożony wyginięciem.

  • Impala-samiec
  • Impala
  • Na różowym tle....
  • Nieruchomy....

          Gazela Granta pojawiała sie często przed naszymi obiektywami, paradując zazwyczaj w dużych stadach, czasami wraz z Impalami. Powiem wam szczerze, ze nasz przewodnik zapytany przez nas co to za okazy, pomylił ja z Gazela Thomsona. Tak wiec przez cały czas do powrotu do domu, gdzie moglem zweryfikować jego wiedzę, trwałem w przekonaniu,ze to gazela Thomsona. Kiedy zacząłem poszukiwania tej gazeli w internecie, natrafiłem na zdjecia gazel Thomsona, które od razu wydały mi się za małe porównując je z  okazami uwiecznionymi u mnie na zdjęciach. Posiadały przede wszystkim jedna istotna różnice-czarny pas na sierści biegnący od nóg przednich do górnej części lud gazeli. Niestety przy dalszych porównaniach natrafiłem na gazele Granta, posiadające podobne pasy na podbrzuszu. Okazało się bowiem, ze gatunki te są aż tak genetycznie podobne,ze niektóre samice gazel Granta posiadają także owe pasy. Tak wiec zakręciłem się co niemiara.

          W końcu przeczytałem ze te dwa gatunki różnią się tak naprawdę niewiele rozmiarem i przede wszystkim ubarwieniem..... pupy. Przystąpiłem wiec ponownie do wnikliwej analizy i rzeczywiście Gazela Granta posiada białe połacie sierści wychodzące wysoko ponad ogon, przy czym u Gazeli thomsona kończą się one  pod ogonem.Ot taka główna różnicą. Różnią się także grubością trzonu swoich rogów ale na zdjęciach jest to nie do wyłapania.

          Gazela Granta żyje przede wszystkim w Afryce Wschodniej na słabo zalesionych terenach, zazwyczaj krzewiastych i tam gdzie trawa jest niska, mając wtedy doskonalą widoczność, wypatrując drapieżników. Występuje także na terenach półpustynnych,  adaptując się znakomicie do warunków suchych. Gazela ta podobnie jak Generuk czerpie większość wody z liści , które zjada, tak wiec może, przebywać na tych terenach bezwodnych dłużej niż Gazele Thomsona , Gnu czy zebry, które to są bardziej zależne od wody. W ten sposób konkurencja się eliminuje sama.  w meni  opisywanej gazeli znajdują sie także zioła i kiełki. W zależności od Parku Narodowego, pada ofiara albo gepardów bądź likaonów. Czasami zainteresuje się nią lew.  Jest bardzo szybka jej prędkość dochodzi do 90 km na godzinę. Posiada także dużo podgatunków, które różnią się przede wszystkim grubością i długością poroża oraz umaszczeniem..

          Ps.  Co do Gazeli Thomsona, z która bohaterka tego punktu jest bardzo często mylona, uwieczniliśmy ja dopiero w Amboseli, jak się okazało po późniejszej analizie zdjęć. Traktuje o niej osobny punkt w dalszej części podróży.

 

  • Na sawannie Amboseli
  • Gimnastyka
  • ich troje
  • Przyjaciele

        Gerenuk znany także jako gazela Wallera, jest długoszyjnym gatunkiem antylopy z rodziny krętorogich, zamieszkującym krzaczaste busze i stepy Afryki Wschodniej. Jego nazwa pochodzi z języka somalijskiego i oznacza ,,o szyi żyrafy’’ co prowadzi do genezy kolejnego popularnego określenia Gerenuka jako ,,Giraffe-necked Antylope'', co można tłumaczyć na różnorakie sposoby. Antylopa ta jest jedynym przedstawicielem rodzaju Litocranius.

       Gerenuk jest zjawiskiem dla mnie zupełnie nowym. Nigdy wcześniej nie wiedziałem o istnieniu owego specyficznego stworzenia i opisując go, nie boję się użyć tego określenia-dziwacznego. Tłów naszej sarny, szyja żyrafia, malutka głowa, dziwacznie nieproporcjonalne w stosunku do niej uszy i oczy.  A do tego podjada z krzaczka, stojąc na tylnich nogach, podtrzymując przednimi kopytkami obgryzaną gałąź.

      Powiem szczerze, że antylopa ta zafascynowała mnie od razu, zapewne właśnie ze względu na owa wyjątkowość. W późniejszym czasie dowiedziałem się, że Gerenuk występuje tylko w Afryce Wschodniej, tym bardziej moje spotkanie w oko w oko z tym cudem natury okazało się   nieocenione.

      Napotkaliśmy  zarówno samca i samice. Udało mi się także uchwycić Generuka w tej cudownej pozie, wyciągniętego jak struna, stojącego na dwóch tylnich nogach szykującego się do posiłku. Fenomenalny widok.  Zobaczenie tego momentu na własne oczy stanowi dla mnie teraz bezcenną wartość.

           Oglądając programy dokumentalne, albumy, zdjecia z Afryki, które skupiają się na pokazywaniu lwów, słoni, żyraf, krokodyli i innych bohaterów dzikich, afrykańskich przestrzeni nie widzimy zazwyczaj tych mniejszych, mniej znanych i podziwianych aktorów spektaklu, który rozgrywa nam natura Czarnego Lądu. Takim właśnie bohaterem jest Gerenuk.  Bóg podarował mi tą szanse, aby zobaczyć Gerenuka w jego naturalnym habitacie, z tym większą satysfakcją chcę podzielić się z wami fotografiami, które prezentują tą niesamowitą antylopę w Parku Narodowym Tsavo.

  • Gerenuk
  • Gerenuk
  • Gerenuk-samica
  • Gerenuk
  • Gerenuk
  • Gerenuk

 

           Opisujac zwierzęta afrykańskie, przedstawiając ich najbardziej charakterystyczne cechy kilka razy będziemy mogli urzyć przedimka ,,naj''. W Afryce żyje przecież największy ssak lądowy, czyli słoń. Najszybszy ssak lądowy-gepard. Żyje także najwyższy ssak lądowy bohater tego punktu-żyrafa. Zwierzę to obok zebry, słonia, lwa i hipopotama jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych afrykańskich zwierząt na świecie-chyba każdy na świecie zna jej długą na 2 metry szyję i charakterystyczne siatkowe ubarwienie. Żyrafa jest zwierzęciem jedynym w swoim rodzaju i pisząc, to mam to na myśli dosłownie-jest jednym z dwóch żyjących gatunków rodzaju żyrafowatych. Drugim z nich jest okapi.   

           Żyrafy są najwyższymi ssakami na ziemi, dzięki ich długim nogom i nienaturalnie długiej szyi. Same nogi żyrafy są wyższe niż niejeden człowiek-1.8 metra. Te długie nogi pomagają żyrafie biegnąć aż 56 kilometrów na godzinę na krótkich dystansach oraz krążyć spokojnie 16 kilometrów na godzinę na długich dystansach. U żyraf nawet język jest długi-osiągać może nawet 50 cm. 

          Zazwyczaj żerują w grupach nie większych niż sześć osobników. Wykorzystują ich wzrost aby zjadać te liście, które znajdują się bardzo wysko na drzewach eliminując w ten sposób konkurencje. Ulubionym pożywieniem jest akacja afrykańska. Samce będą pożywiać się liściami z najwyższych kondygnacji samice z tych niższych. W ten sposob nie ma także konkurencji o pożywienie między płciami. 

           Żyrafa potrzebuje około 34 kilogramów jedzenia dziennie. Przez to, że je bardzo soczyste zielone części akacji, potrzebuje wody tylko kilka razy w tygodniu. Choć ich wzrost wielokrotnie przydaje się w codziennym życiu, czasami im jednak przeszkadza. Kiedy na przykład piją wodę, zazwyczaj przykucają przednimi nogami, rozkraczając je na boki, przez co czynią się bardziej bezbronnymi na wypadek ataku dzikich kotów przy wodopoju. 

           Żyrafy żyją zazwyczaj w grupach ale nie w stadach. Skład tych grup będzie bardzo otwarty, jako gatunek bowiem, żyrafy mają bardzo słabe więzi towarzyskie, dlatego grupy te będą zmieniały swoich członków co kilka godzin. Pojęcie grupy przy charakteryzacji zachowań socjalnych żyraf jest pojęciem bardzo umownym. Za grupe bedzie uwazalo sie bowiem kilka osobników, wedrujacych pojedynczo, rozproszonych na odcinku jednego kilometra, podazajacych mniej wiecej w tym samym kierunku. 

          Żyrafy mogą występować w stadach tylko samczych, samiczych, stadach mieszanych oraz jeśli mówimy o dojrzałym samcach, ten zazwyczaj będzie wędrował sam. W stadzie nie ma zawyczaj lidera i występuje minimum koordynacji, co do tego, gdzie stado się udaje. Najbardziej stabilnymi grupami będą samice z młodymi-grupy te będą wędrować razem nawet kilka miesięcy. W tego typu grupach najtrwalsze więzi będą nawiązywać się wśród młodych cielaków, które będą spajając grupe najbardziej. Żyrafy jako gatunek nie są terytorialne choc posiadaja areał osobniczy-mają stały teren, po którym się poruszaja i gdzie się pożywiają, choć stare samce czasami będą wędrować poza te areały. 

          Wyróżnia się do 9 podgatunków żyrafy, które odróżnia się ze wzgledu na ich umaszczenie, a dokładnie mówiąc wzór plam. Jedne mają plamy bardziej wyraziste od drugich, u jednych białe lub kremowe linie oddzielające te plamy będą szersze lub węższe itp. Tylko jedna z nich jest zagrozona-podgatunek zwany żyrafa Rothschilda, zyjacy w czesci Ugandy i Kenii-szacuję się, że na wolności żyje tylko około 700 osobników tego podgatunku.  

          W Tsavo East mogliśmy obserwować, podgatunek żyrafy Masaiskiej. Zdecydowanie sprawdzała sie zasada ,,grup’’ w jakich wystepowaly żyrafy. Pamietam jak na Safari, przez bardzo długi czas nie widzeliśmy żadnej. Potem w ciągu kilkunastu minut widzieliśmy pięć różnych osobników, pewnie właśnie pochodzących z tej samej grupy.  

           Największe wrażenie zrobił na nas widok żyrafy z dystansu-wtedy można było w pełni docenić ich rozmiar. Pięknie prezentowała się na przestrzeniach sawanny tylko gdzie niegdzie porośniętej pojedynczymi drzewami. Inne widzine osobniki spacerowały już po bardziej zalesionej części parku. Podobno jest o rzadkość, jako że w takich okolicznościach ich widoczność co do drapieżników staje się bardzo ograniczona.

           Pomimo swojego rozmiaru, żyrafy nie mogą się czuć na 100 % bezpiecznie. Bardzo głodne stado lwów pokusiło by się bowiem zapewne o jej zaatakowanie. W Parku Krugera w Południowej Afryce, niektóre stada lwów są wręcz wprawione w polowaniach na żyrafy. Czasami ich cielęta bedą padały ofiarami mniejszych drapieżników takich jak lamparty, chieny czy dzikie psy. Żyrafa czująca zagrożenie będzie uciekać, choć podczas ucieczki będą mocno kopać, szczególnie tylnimi kopytami. Jedno kopniecie moze z latwoscia zabic lwa. Znane sa zreszta przypadki smiertelengo zranienia lwa przez żyrafe. Ze względu na swój rozmiar żyrafy, i tylko jednego drapieżnika, który się pokusi o jej upolowanie, żyrafy dożywają do 25 lat co jest niespotykanym osiągnięciem wśród innych przeżuwaczy z afrykańskiej sawanny.             

                                                                               ******* 

           Samce ustanawiają terytorium poprzez,,necking’’-walke na szyję, kiedy to uderzają swoimi szyjami o siebie. Ten, który wygra zdobywa prawo do samic, które to mają wyłaczną odpowiedzialność w wychowywaniu młodych. 

          ,,Necking'' może udbywać się mniej lub bardziej instensywnie. Mniej instensywana wersja bedzie obejmowała dwóch samców krzyżujących ze sobą szyję, opierając jedną na drugiej, ocierając się w tym samym czasie. Wygrywa osobnik, którego szyja pozostanie bardziej wyprostowana. Wersja bardziej intensywna będzie obejmować pełne uderzenia szyjami i kostnymi wyrostkami, znajdującymi się na głowie żyrafy o siebie. Napastnicy rozkraczą przednie nogi, z wielkim rozmachem będą starali się uderzyć w swojego przeciwnika, używając swoich kostnych wyrostków, które znajdują się na głowie zwierzęcia. Ten drugi będzie się starał robić uniki, kontratakując zaraz po tym. Siła uderzenia będzie zależała od twardości czaszki oraz łuku rozmachu.  

          Po pojedynku nastepuję coś, co jest zdecydowanie nieoczekiwanym zwieńczeniem takiego pojedynku. Żyrafy zamiast rozchodzić się, będą pieściły się, po czym jedna wejdzie na drugą i nastąpi szczytowanie. Takie homosexualne interakcje między samcami są częstsze stosunki heterosexualne. Podczas badań prawie 94 procent obserwowanych ,,wspięć’’ zaszło między samcami. Tylko jeden procent wspięć wśród tej samej płci wystąpiło wśród samic.

 

  • Samotnica
  • Trzy wieże
  • Wyczaiła mnie....
  • Skrzyżowane
  • Pozuje

          Jeszcze przed wyjazdem do Tsavo zapytałem naszego operatora jakie dzikie koty będziemy mogli oglądać podczas naszego safari. Zapewniano nas, że oprócz lwów, także gepard występuje w sporych ilościach w tym Parku i przy odrobinie szczęścia będziemy mogli nacieszyć swoje oczy także jego widokiem.

          No i nie mylił się on jako, że widzieliśmy gepardy cztery razy. Niestety byŁo nam dane podziwiać je z dystansu. Choć przez chwile jeden z nich znalazł się w ,,fotograficznej odległości'' od busa, ale po chwili spłoszony czymś, przebiegając między autami znajdującymi się jakieś 20 metrów od naszego, po kilku sekundach, zniknął kompletnie z pola widzenia. Zdołałem pstryknąć kilka ujęć ale wszystko działo się tak szybko, że zdjęć mało a jakość ich bardzo wątpliwa.

             Będąc w Amboseli widzieliśmy je także z dystansu-dwa osobniki siedzące od siebie w odległości kilkudziesięciu metrów, wyprostowane jak struny, zapewne wypatrujące potencjalnej ofiary, cudownie komponujące się z beżowymi trawami sawanny Amboseli. Był do dla nas idealny przykład jak wspaniale zakamuflowane są gepardy w swoim naturalnym środowisku.

                                                                           *******

          Gepard jak pewnie wszyscy wiecie, jest najszybszym lądowym ssakiem. W czasie 3 sekund jest w stanie przyspieszyć do 96 km na godzinę. Koty te najczęściej zamieszkują najczęściej na otwartych bądz czesciowo zalesionych sawannach gdzie moga, polegając na wysokich trawach pod osłonach, których skaradają się do ofiary. Polując, polegają przede wszystkim na swoim wyostrzonym wzroku bardziej niż na węchu, skanując wnikliwie sawanny za potencjalną ofiarą. Podchodzą ofiarę mniej wiecej 10-30 metrów, potem gonią za nią. Pościg nie trwa dłużej niż minutę i jeśli gepard nie złapie ofiary, dość szybko zazwyczaj porzuca próbę. Około 50% prób kończy się niepowodzeniem.

          Gepard będzie polował na zwierzęta o masie ciała niższej niż 40 kg, między innymi gazele Thomson’a, Grant’a oraz impale. Czasami koalicja kilku pokusi się o antylopę Gnu albo zebrę. Jeśli nadarzy się okazja nie pogardza również królikami czy perliczkami. Gepardy zazwyczaj polują wcześnie rano albo późnym wieczorem, unikajac w ten sposób konkurencji ze strony innych duzych kotów. 

          Gepard polega ogromnie na swoim przespieszeniu oraz na umiejetności szybkiego zmieniania kierunku podczas pościgu. Kiedy już dogoni ofiarę, zazwyczaj podcina ją i natychmiast chwyta za gardło, dusząc ją, gdyż nie jest dosyć silnym, aby złamać jej kark. Potem zazwyczaj ofiara jest zaciągana w zaciszne miejsce, gdzies w wysokie trawy i w cień i zjadana jak najszybciej, aby zapobiec kradzieży przez inne drapieżniki. 

          Pomimio swojej szybkości, gepardy nie mogą dorównać innym drapieżnikom, co do efektywności w upolowaniu pożywienia. Ponieważ są stworzone do szybkich przypływów prędkości kosztem ich siły, nie potrafią bronić się przed wiekszością drapieżnych gatunków. Zazwyczaj stronią od walki i poddają upolowaną ofiarę nawet pojedyńczej hienie, unikając w ten sposób niepotrzebnej kontuzji. Poniważ gepardy polegają tylko nas swej szybkości i zwinności aby upolować posiłek, każda mała kontuzja, która może je spowalniać może oznaczać w konsekwencji dla nich śmierć głodową. 

                                                                             *******

          Starożytni Egipcjanie często trzymali gepardy jako zwierzaki domowe, często oswajając je i trenując do polowań. Były trzymane w niskich wózkach albo przywiązane do konia z kapturami na głowie, trzymane na smyczy podczas gdy psy miały za zadanie wypłoszenie ofiary z ukrycia. Kiedy potencjalna ofiara była wystarczająco blisko, gepady spuszczano ze smyczy i sciągano im kaptury. Tradycja ta przeszła do starożytnych Persów oraz przyjęła się w Indiach, gdzie kultywowano ją aż do XX wieku. Kto czytał ,, Tomka na topach Yetii’’ Alfreda Szklarskiego – a z wielu z was zapewne czytalo-pewnie pamięta jak główny bohater powiesci, Tomek Wilmowski, ujarzmiał geparda księżnej Alvaru, podczas ich wizyty w pałacu Maharadży Alwaru.  

          Pierwotnie gepardy można było spotkać w całej Afryce i Azji- od południowej Afryki do Indii. Dzisiaj ich populacja ogranicza się tylko do Afryki Centralnej, Wchodniej i południowo-zachodniej i małego skrawka Iranu. W 1900 roku populacja gepadów liczyła 100 tysięcy, dzisiaj szacuje się ze pozosytalo ich 9,000-12,000 w Afryce i okolo 70 osobników geparda azjatyckiego żyjących w Iranie. Gepard jest niestety gatunkiem zagrożonym. Ze wszystkich z dużych kotów jest najmniej zdolny do adaptacji do nowych warunków naukowcy mieli zawsze problemy z rozmnażaniem gepardów w niewoli.  

          Śmiertelność jest dużym problemem w podtrzymywaniu gatunku, szczególnie wśród młodych gepardów-do 90% kilka tygodniowych maluchów ginie zabitych przez lwy, lamparty, hieny czy likaony także przez orły. Poprzez konsekwentną utrate habitatu, w Afryce konkurencja o pożywienie wzrasta i wzrasta. Drapieżniki biją się o nie na coraz mniejszej przestrzeni a gepard nie bedąc z najsilniejszych z nich, czesto przegrywa walke.

          Gepardy zazwyczaj mają od dwóch do czterech małych w jednym miocie. Samica chowa maluchy zawsze w głebokich trawach, zmieniają położenie co kilka dni. Kiedy maluchy osiągną 5-6 tygodni, samica bedzie zabierała je ze soba, aby jadły to co upolowała.

 

  • Dwie wieże
  • Cętkowana piękność

          ,,Pumba!!!! Pumba!!!’’- rozlega się krzyk mojej żony, przerywając nędzną ciesze i spokój, i niespotykany do tej pory godzinny nieurodzaj w postaci braku napotykanej zwierzyny wzdłuż naszej trasy. ,,Good job Marta-you’ve just spotted Kenya Express’’- krzyknął Richard, całkiem zaskoczony spostrzegawczością mojej zony, która miała nie lada szczęście spojrzeć w odpowiedni kierunku. Guziec, bo o nim oczywiście mowa, w wysokich trawach gęsto zarośniętegco Tsavo jest bowiem bardzo trudny do wypatrzenia.

            Zwierzę znane szerzej jako niezapomniana Pumba z disney'owskiej produkcji ,,Król Lew’’, u miejscowych dorobił się właśnie przydomku ,, kenijski ekspres’’. Geneza tej nazwy jest bardzo ciekawa. Kenijczycy twierdzą, że guziec biegnie, nagle zatrzymuje się, zastanawiając się pewnie, dlaczego biegnie, po czym znowu rusza z kopyta bez celu. I tak w kółko. Ot taka śmieszna historia. I powiem wam, że obserwując prawie przez półgodziny tego świniakowatego zwierza, lokalna opinia sprawdzała się w stu procentach. Guźce, które widzieliśmy, najpierw paradowały kilka minut w miejscu, coś tam podgryzając, potem biegły, znowu się zatrzymywały na chwilę, rozglądając się w około i dalej hulaj dusza, przebierając komicznie swymi krótkimi nóżkami. Cały czas w pośpiechu. Dla guźców widocznie instytucja marszu jest nieznana, gdyż tak naprawdę jeżeli się poruszają, to tylko biegiem. Nie dziwne więc, że przyczepiła się im łatka ,,kenijskiego ekspresu''!!!

          Choć nie grzeszące gracja ani uroda, (według miejscowych także inteligencja), Guźce niemniej jednak istotami niesamowitym-tak jak w przypadku Gnu, jedynymi w swoim rodzaju. Zamieszkując praktycznie cala Afrykę od Sahary w dól, najbardziej  rozpowszechnione są we wschodniej części Czarnego Lądu. Są jedynymi świniami, które potrafią żyć na bezwodnych terenach przez kilka miesięcy roku. Poprzez posiadanie wyższej niż standardowa temperatury ciała, guziec jest prawdopodobnie w stanie konserwować wilgoć wewnątrz, która w innym przypadku mogłaby zostać używana dla chłodzenia organizmu zwierzęcia. Podobny mechanizm życia w gorącym klimacie i na suchym terenach maja rozwinięte wielbłądy i pustynne antylopy.

          Guźce są zwierzętami o bardzo słabym wzroku, muszą wiec polegać na zmysłach słuchu i zapachu, które ze zrozumiałych wzgledów są dużo lepiej rozwinięte. Brakiem dobrej wizji można pewnie tłumaczyć wcześniej wymieniona nadmierna płochliwość. Aby zabezpieczyc sobie w miare bezpieczny odpoczynek, zwierze wymyslilo sobie, ze bedzie spalo i odpoczywalo w norach, co najśmieszniejsze, najczęściej nie wykopanych przez siebie samego. Guźce bowiem,  zazwyczaj przywłaszczają sobie nory wykopane przez mrówniki ( inaczej prosie ziemne).

          Oprócz  bezpieczenstwa, nory służą guźcom także w innym, nie mniej ważnym celu. Nie posiadając sierści ani też tkanki tłuszczowej, guźce pozbawione są jakiejkolwiek ochrony przez zimnem bądź słońcem. Nory podobno mają dostarczając odpowiednich warunków dla termoregulacji ciała zwierzęcia. Czasami ssaki te wykładają sobie owe nory trawą w celu ich ocieplenia.

          Co do wartości rodzinnych, Pumby tworzą stada samic z młodymi. Czasami stado jednej samicy łączy się ze stadem drugiej, najczęściej z nią spokrewnionej. Samce zazwyczaj żyją same sobie, przyłączając się do stada tylko dla reprodukcji.

          Jeśli chodzi o dietę i sposób, w jaki się pożywiają, mamy do czynienia u guźca z małą ciekawostką. Pumby będąc ssakami pasącymi się, przybrały sobie bardzo ciekawa praktykę klękania na swych zrogowaciałych, owłosionych, jakby wypchanych poduszkami kolanach, aby dostać się do krótkiej trawy, która jest ich głównym pożywieniem. Klęczenie wspomaga je tez przy kopaniu za glizdami i innymi ziemnymi robalami. Nie posiadając praktycznie szyi, miały by inaczej problem z pochyleniem swej gigantycznej głowy do ziemi.  W okresie suchym, oczywiście klęcząc, wyżerają także bulwy, cebulki roślin oraz korzenie.

          Poza terenami parków i rezerwatów populacja guźca maleje. Zabijane są przede wszystkim ze względu na niszczenie upraw oraz przenoszenie  wirusa tzw. African pig’s fever- afrykańskiej gorączki świńskiej. Niekiedy padają także ofiara dzikich kotów.

         Guziec, choć jest zwierzem nie dużych rozmiarów, jest bardzo silny i solidnie zbudowany. Atakowany, zazwyczaj woli uciekać, lecz przyciśnięty do muru, potrafi być godnym przeciwnikiem nawet dla lwa. Odnotowano przypadki śmiertelnego zranienia lwa przez guźca ( patrz filmiki)!!!! Posiadając ogromna sile i ostre jak brzytwa kły, może narobić dużo szkody każdemu, kto tylko odważy się go zaatakować. Jest na tyle czujny, ze nawet kiedy chowa się do nory, wchodzi do niej tyłem, aby w razie próby ataku z zewnątrz, mógł skutecznie bronic się swymi kłami. Poza tym za każdym razem kiedy wychodzi rano z nory, robi to wylatując z niej na pełnej parze, jak z procy, zyskując odpowiednia prędkość i sile,  tym samym przewagę nad potencjalnie czyhającym gdzieś w pobliżu drapieżnikiem.

           Guźce mieliśmy okazje obserwować zarówno w Tsavo East, jak i w Amboseli. Choć zwierzęta te naturalnie posiadają ubarwienie szarawe, tak jak w przypadku słoni z Tsavo, skóra osobników z tego parku jest charakterystycznie czerwona ze względu na kolor ziemi, z jaka dane jest im się na co dzień stykać- koloru tak bardzo wyróżniającego to miejsce na tle innych parków narodowych na afrykańskim kontynencie. 

 

           Przedstawione filmiki prezentują ciekawe sytuacje dotyczące zmagań guźców z dzikimi kotami, pokazując także tym samym jakie waleczne i groźne potrafią być te niepozorne świniaki. Jeden klip dotyczy właśnie historii przypadku zabicia lwicy przez guźca. Zainteresowanym szczerze polecam

 

  • Gusiec na sawannie
  • Zapatrzony
  • Ogon jak antena
  • Pumba zadymiony

Historia Amboseli

          To, co obecnie jest parkiem Amboseli, na początku XIX wieku nazywało się Południowym Rezerwatem Masajów. Gdy w latach 40 XX wieku zaczęli przyjeżdżać tutaj pierwsi turyści, utworzono rezerwat Amboseli. Park Nairobi i Tsavo, które powstały równocześnie, były gęsto zaludnione, natomiast mokradła Amboseli służyły Masajom jako wodopoje dla ich stad krów. Podmokłe tereny zasilane wodą z topniejących szczytów górskich porastała soczysta trawa, która stanowi świetne źródło pokarmu zarówno dla wypasanych krów jak i dzikich zwierząt. Nie widzieli zatem powodu, dla którego nie mogliby dalej dzielić się tymi terenami z dzikimi zwierzętami i jeśli to konieczne z

          W 1961 roku kontrolę nad obszarem objęła Okręgowa rada Masajów w Kajiado. W latach 60 XX w. stały się widoczne oznaki degradacji środowiska spowodowanej wypasem bydła i nasilającym się ruchem turystycznym. Podniesienie poziomu wody doprowadziło do wytrącenia na powierzchni trujących związków zasadowych i do zniszczenia wielkich połaci lasów akacjowych

           Prezydent Kenyatta ogłosił strefę o powierzchni 400 km2 wokół mokradeł (czyli obecny park Amboseli) parkiem narodowym. Nadanie nowego statusu prawnego tym terenom, spowodowało, że Masajowie i ich bydło zostali z tych terenów bezwzględnie wysiedleni. Wściekli Masajowie w ciągu kilku lat wybili prawie całą populację wspaniałego nosorożca czarnego (gardząc ich rogami), który był swoistym symbolem Amboseli. Nosorożce, które ocalały, zostały wywiezione przez władze parku. Poradzili sobie niestety, także ze sporą liczbę lwów, których populacja do dziś nie wróciła do dawnego poziomu.

          Dopiero po zbudowaniu wodopoju dla bydła Masajowie zgodzili się oddać zajmowaną część ziemi wewnątrz Amboseli. Nadal jednak zdarza im się polować na lwy (które polują na ich bydło), choć wydaje się, że osiągnięto pewien kompromis – w porach suchych widuje się duże stada bydła i pasterzy, którzy bez ograniczeń, tak jak w przeszłości, wchodzą do parku.

          Degradacja sawanny w Amboseli spowodowana przez turystyczne minibusy doprowadziła w latach 80 XX wieku do utraty przez park jego racji bytu: kurz, spaliny samochodowe, hałas nie były atrakcją ani dla zwierząt ani dla samych turystów. Sytuację zdecydowanie poprawił program ochrony przyrody, budowy dróg i barier, a także twardy stosunek władz do jazdy terenowej poza wyznaczonymi trasami (m.in. mandaty i wydalenia)

          W latach 1992 – 1993 ogromne opady deszczu spowodowały potężne powodzie, zmieniając Amboseli w jedno wielkie bagno. Służby ochrony przyrody stworzyły wówczas plan odbudowy zniszczonych dróg i przepustów wart 2 miliony dolarów. Niestety w latach 1997 – 1998 znów wystąpiły powodzie. Cykl katastrofalnych powodzi i suszy przypisuje się efektowi El Ninio, który wydaje się być naturalnym sposobem eliminacji najsłabszych i najmniej przystosowanych zwierząt. Naraża także park na coraz większe zniszczenia spowodowane pojazdami, które nawet jadą c bardzo wolno, wznoszą ogromne tumany kurzu.

          We wrześniu 2005 roku Mwai Kibaki (obecny prezydent Kenii) ogłosił, że status Amboseli zostanie obniżony z parku narodowego do rezerwatu narodowego, a kontrola nad nim przejdzie w inne ręce ( z rąk ogólnokrajowej organizacji w ręce lokalnej społeczności masajskiej). Decyzja budziła wiele kontrowersji.

          W oczach wielu osób była próbą pozyskania poparcia Masajów w referendum konstytucyjnym w listopadzie 2005 roku, które zresztą prezydent przegrał. Przeciwnicy zmiany statusu parku, między innymi wiele grup zajmujących się ochroną przyrody oraz Kenijska Federacja Turystyczna, argumentują, że taka zmiana doprowadzi do złego zarządzania i spadku dochodów zarządzających parkami w Kenii, co z kolei może odbić się na innych parkach w Kenii. Zwolennicy zaś twierdzą, że decyzja wesprze lokalną wspólnotę Masajów i zachęci jej członków do uczestniczenia w ochronie przyrody.

 

 Kącikowe doświadczenia

          Już będąc kilkanaście kilometrów od Amboseli można było zobaczyć różnice w krajobrazie Parku, w porównaniu do Tsavo East. Teren przypominał bowiem sucha pustynie, z bardzo rzadkimi akacjami przerywającymi plaski horyzont.  Kilimandżaro, którego podnóże rysowało się na horyzoncie z dwóch stron, ginęło prawie całkowicie w gęstych chmurach, co złagodziło nam nieco euforie związana właśnie z perspektywa krajobrazu góry widzianego na żywo.Co jakiś czas mogliśmy także obserwować  Masajów, zazwyczaj pasących bydło, lecz za każdym razem kiedy chcieliśmy robić zdjęcie wykrzykując coś w naszym kierunku, grozili palcami. Kierowca poprosił nas, abyśmy uszanowali ich prywatność. Robienie zdjęć dozwolone jest bowiem podobno tylko w wiosce, która jest położona przy granicy parku i stanowi jedna z głównych atrakcji turystycznych tego regionu. Kierowca zapewnił od razu,  ze wioskę te odwiedzimy na drugi dzień.

           Kiedy wjechaliśmy przez bramę wjazdowa, od razu okrążyli nas masajscy sprzedawcy, którzy proponowali nam swoje wyroby za ceny z księżyca. My, sfatygowani po kilkugodzinnej podróży, nie byliśmy skorzy do żadnych transakcji handlowych. Niemniej jednak za zestaw figurek robionych z drewna, za który chcieli początkowo 30 funtów zaproponowałem im 10. Poprosiłem ich aby dorzucili mi jeszcze za te cenę dwie inne figurki, które się nagle spodobały zonie. Oczywiście się nie zgodzili, ale widząc mnie, wchodzącego bezinteresownie do busa, z miejsca zgodzili się na zaproponowane przeze mnie 10 funtów. Biorąc pod uwagę, ze byliśmy dla nich pewnie jednymi z nielicznych, którzy zainteresowali się ich wyrobami, nawet te dziesięć funtów stanowiło dla nich zadowalający zysk.

          Juz na pierwszy rzut oka Park  Narodowy Amboseli  bardziej odzwierciedlał  obraz  Afryki i safari, który utkwił w mojej głowie za sprawa wcześniej oglądanych  programów telewizyjnych.  Nie mam zamiaru porównywać do siebie dwóch parków, które dane mi było zobaczyć, gdy każdy z nich jest unikalny  na swój własny sposób, muszę jednak przyznać ze aura Amboseli  bardziej przemówiła do mnie swa afrykańska autentycznością niż Tsavo East. Oczywiście z praktycznego punktu widzenia więcej zwierząt zobaczyliśmy w Tsavo, ale w Amboseli zobaczyliśmy także te, które umknęły nam z różnych wzgledów za pierwszym razem. No i ten niepowtarzalny widok Kilimandżaro......

 

          Amboseli jest jednym z najmniejszych parków narodowych w Kenii, ale zarazem jednym z najbardziej znanych afrykańskich parków narodowych na całym świecie. Dzieje się tak zapewne ze względu na fakt, ze Amboseli leży dokładnie u stóp (dokładnie 28 km) Kilimandżaro najwyższej góry Afryki i najwyższej wolno stojącej góry na świecie. Położony  na granicy Kenii z Tanzania kojarzy się wszystkim ze zdjęciami słoni, żyraf bądź zebr, wtopionych w panoramę tej majestatycznej góry. Najwięcej zdjęć Kilimandżaro robionych jest właśnie od strony Parku Amboseli. Tylko tam można spotkać dzika zwierzynę przechadzająca się po afrykańskiej sawannie  w tle z jakby wyrwanym z innej rzeczywistości zaśnieżonym szczytem  Kilimandżaro.Dach afryki, bo tak często nazywa się te góre, przyciągał i nadal ściąga życie w tutejsze okolice. W języku Masajów Amboseli oznacza ,, wodna ziemie( krainę)’’. Nazwa ta wzięła się zapewne ze względu na bagna i mokradła, które nawadniane naturalnie poprzez podziemne strumienie powstające z topniejących śniegów Kilimandżaro, stwarzają cudowne warunki dla dzikiej zwierzyny i ptactwa przez cały rok.

         Choć jak juz wspomniano, Amboseli nie jest parkiem dużym, zajmujac zaledwie powierzchnie 392 kilometrów kwadratowych, przyciąga jednak rzesze foto turystów z całego świata. Park ten jest bowiem  bardzo słabo zalesiony, składa się przeważnie z płaskiej, gdzieniegdzie pokrytej wysoka trawa sawanny oraz wszechobecnych mokradeł. Doskonała widoczność powoduje, ze możemy obserwować zwierzęta w całych stadach, pasące się wokół nas bez żadnych przeszkód w postaci akacji bądź wysokich krzewów, jak to było w przypadku Tsavo East. Jednym mankamentem jest zazwyczaj dystans w jakim zwierzęta znajdują się od dróg , po którym poruszamy się w naszych busach.  Zalecane jest zatem zaopatrzenie się w odpowiedni obiektyw, gdyż zwykły zestaw  może nie wystarczyć. Ja miałem obiektyw o parametrach 70-300 i czasami naprawdę brakowało zasięgu, aby zrobić dobre ujecie. Popularność parku, który jest po Masai Mara najczęściej odwiedzanym w Kenii, powoduje, ze zwierzęta  po prostu uciekają jak najdalej od dróg pełnych podnieconych turystów a przede wszystkim od nadmiaru brzekotu silników samochodowych, szczególnie w tzw sezonie. Choć są zapewne bardzo przyzwyczajone do naszej obecności, rozumują  pewnie jednak za naszym przysłowiem,, co za dużo to nie zdrowo’’, i  po prostu tracą, od nadmiaru zainteresowania cierpliwość. Poprzez natężenie turystów, którzy tabunami rocznie odwiedzają park, jest on także najbardziej zanieczyszczonym parkiem Kenii.

          W naszym przypadku, mieliśmy właśnie problemy z odległościami w jakich znajdowały się od nas zwierzęta. Kilka razy tylko z bliska widzieliśmy zebry i antylopy Gnu. Najmniej płochliwe byly słonie, które czasami podchodziły na kilka metrów od busa.

          No właśnie, słonie. Jeżeli ktoś jest miłośnikiem tych zwierząt i chce je obejrzeć naprawdę z bliska to Amboseli jest zaiste miejscem dla niego. Nie lew, lampart czy gepard są królami tego terenu, lecz właśnie słonie, obecne stadami na każdym kilometrze kwadratowym parku. O słoniach z Amboseli powiemy znacznie więcej w punkcie, traktującym o tych wspaniałych ssakach w dalszej części opisu mej wyprawy.

          W Amboseli po raz pierwszy ujrzeliśmy antylopy Gnu i bawoły afrykańskie. Po raz pierwszy tez natknęliśmy się na flamingi i koronniki szare. Lew i gepard był do wypatrzenia z bardzo daleka, tak wiec jakość zdjęć nawet z moim obiektywem pozostawia dużo do życzenia ze względu właśnie na dystans. Co do lwów, to ich populacja znacznie zmalała w ostatnich latach ze względu na konflikt z ludźmi zamieszkującymi te tereny-Masajami. Lwy bowiem wypuszczają się na tereny zamieszkałe, atakując  mało ruchliwe stada bydła, które jest zazwyczaj jedynym majątkiem Masajów. Konflikt na lini zwierzyna –człowiek dotyczy także słoni, które tez giną z rak człowieka lecz zazwyczaj ze względu na kość słoniową, na która nadal jest bardzo wysoki popyt . Cena jest stale bardzo atrakcyjna, co stanowi dla bardziej chciwych Masajów pokusę nie do odrzucenia.

          Oprócz wyżej wymienionych zobaczyliśmy antylopy i gazele, które już nie wzbudzały tak wielkiego zainteresowania jak w Tsavo.  Dla nas priorytetem był bowiem widok Kilimandżaro!!!

Krótkie Podsumowanie

           Kiedyś przeczytałem, ze Amboseli to taka mała Afryka w pigułce. Mozna tu spotkać prawie wszystkie afrykańskie zwierzęta, busz, gaje palmowe, płaskie sawanny, mokradła i bagna. Sa tez jeziora i niepowtarzalne Kilimandżaro. Czego chcieć więcej?

          Niestety owa unikalność i wyjątkowość Amboseli nie jest już dla nikogo żadną tajemnica. Dlatego nie warto wybierając się tam w sezonie, który przypada przede wszystkim na miesiące zimowe. Spotkamy wtedy zapewne więcej busów z turystami niż samej zwierzyny. Co do zwierzyny, wszystko zależy od naszego szczęścia. Jak ono nam nie będzie sprzyjało, nawet najbardziej wprawne oko przewodnika, nie będzie miało po prostu czego wypatrywać, gdyż zwierz nie będzie pojawiał się wzdłuż naszej trasy.  Aby mu pomóc, zarezerwujecie sobie na Amboseli przynajmniej dwie noce, co zwiększa szanse na powodzenie znacząco. Nam niestety nie było dane napotkać dużo różnorodnej fauny. Słonie królowały co trochę, także kopytne lubiły paradować przed naszymi obiektywami. Widzieliśmy dwie lwice ale z bardzo daleka, dlatego ujęcia są beznadziejne. Nie było hien, tak bardzo charakterystycznych dla Amboseli. Przez trzy game'y nie wiedzieliśmy ani jednej żyrafy. Widzieliśmy dwa gepardy ale bardzo daleko na sawannie-siedzące, wyprostowane jak struny, wypatrywały zapewne potencjalnych ofiar.  No i ogólna wada Amboselii, - wszystko daleko od drogi. Choć widać zwierzaki jak na dłoni, ale odległość nie pozwala na zrobienie dobrego ujęcia. Nasz kierowca Richard zapytany o to zjawisko, potwierdził, ze zazwyczaj zwierzęta są daleko i ze można to uznać za niewątpliwy minus tego miejsca. Choć napomknął takze, że przy odrobinie szczęścia możemy doświadczyć sytuacji zupełnie odwrotnej-co do natury nie ma bowiem żelaznych reguł-rządzi się wedle powiedzenia, własnymi prawami.

          Wreszcie Kilimandżaro, największy wabik do Amboseli. Każdy pragnie zobaczyć te górę na żywo, szczególnie jej charakterystyczne śniegi, których niestety jest już coraz mniej.  W ciągu dnia Kilimandżaro zazwyczaj utopione jest w chmurach-tak także przywitało nas. Podobno najczęściej jest całe odsłonięte wczesnym rankiem, choć nie jest to regułą. My właśnie po raz pierwszy ujrzeliśmy Kilimandżaro około szóstej rano, jeszcze bez słońca, ale już widoczne bardzo dobrze. Mogliśmy je obserwować takze poprzez pierwsza godzinę porannego game-około godziny dziewiątej rano, zniknęło już bowiem cale za chmurami

  • Dach Afryki
  • Dach Afryki
  • Dach Afryki
  • Droga
  • Bagna Amboseli
  • Masajski zachód słońca
  • Zapracowani
  • Zapracowani II
  • Masajka
  • Amboseli
  • Dwie akacje i dziecko....
  • Amboseli
  • Amboseli
  • Namiot od strony widokowej
  • Z żonką przed naszym namiotem
  • Wyrko
  • Łazienka w ...w namiocie
  • Gruby sie moczy
  • Widok na Kilmandzaro z obozu
  • Kilimandzaro na pozegnanie

          Słonie z Amboseli, jak wspomniano już wcześniej, są  zdecydowanymi królami tego Parku. Widać je prawie na każdym kroku, czasami mając wrażenie, ze są jego jedynymi mieszkańcami - według rożnych źródeł w Amboseli  żyję bowiem około 58 różnych  rodzin słoni, co stanowi ogromna liczbę jak tak maleńki obszar.

          Kiedy wjechaliśmy do Amboseli, to właśnie słonie powitały nas jako pierwsze. Natknęliśmy się na kilka osobników, zażywających dumnie kąpieli w mokradłach, których w tym okresie roku pełno dookoła. Fascynujący był fakt, ze dopiero w Amboseli, mogliśmy zauważyć jak zhierarchizowane jest ich społeczeństwo. Na płaskich sawannach Parku, można było z łatwością rozróżniać rożne rodziny słoni,  także czasami herszta stada. Zdołaliśmy zauważyć także kilka naprawdę starych słoni,co można było rozpoznać po wielkości oraz po stanie skóry. Ich kły były większe ale także, co stawało się  bardzo widoczne na pierwszy rzut oka, dotknięte zębem czasu.

          Porównując słonie Amboseli do ich odpowiedników z  Tsavo, oprócz oczywistej różnicy w ubarwieniu mieliśmy wrażenie, że były one większe, pewnie ze względu właśnie na osiągany wiek. W Tsavo bowiem nie widziałem ani jednego starego słonia, co mogło być wynikiem ciągłych problemów z kłusownikami. Starsze słonie mając większe kły stanowią tym samym większą pokusę dla przestępców. W Amboseli także toczy się walka z kłusownictwem, lecz biorąc pod uwagę małe  rozmiary parku, jest na pewno bardziej efektywna niż w kilkanaście razy większym  Tsavo.

 

    Echo- niezapomniany słoń......       

          Słonie z Amboseli podobnie jak ich odpowiedniki z Tsavo, rozsławiły park na całym świecie, przede wszystkim za sprawa słonicy Echo oraz amerykańskiej badaczki Cynthi Moss, która wraz z kilkoma współpracownikami z masajskiej społeczności, stworzyła w 1972 projekt Amboseli Elephant Research Project, zajmujące się od lat badaniem zachowań słoni oraz wspierający utrzymanie i rozwój tej specyficznej społeczności w Amboseli. 

          Na terenie Parku wielu badaczy prowadziło bądź ciągle  prowadzi swoje badania właśnie nad tą populacją słoni ale to właśnie Amerykanka, która poświęciła ponad 40 lat swojego życia na projekt, zanotowała niepowtarzalne sukcesy w badaniach nad tymi cudownymi ssakami.

          Zidentyfikowała i opisała ponad 1400 słoni. Choć nie miała przygotowania naukowego, posiadała  wielką pasję do świata dzikich zwierząt i Afryki, a w szczególności właśnie do słoni. Zapytana kiedyś, kto jest najważniejszy w jej życiu bez wahania powiedziała, że słonica Echo. Razem ze swoim zespołem opisała i potrafiła rozpoznać każdego słonia w Amboseli. Stała się światowym ekspertem w dziedzinie struktur społecznych i rodzinnych tych zwierząt. Jej badania przyczyniły się zarówno w dużej mierze do poznania życia i skomplikowanych relacji panujących w stadach, ale także do ochrony tych pięknych zwierząt.

          Powstało wiele filmów dokumentalnych na temat badań Cynthii. Jednym z bardziej znanych jest cykl dokumentów Animal Planet pod tytułem „Słonica Echo z Amboseli'' (kliknij tutaj, aby obejrzeć trailer cyklu). Powstało też wiele książek opisujących jej niesamowite obserwacje w Amboseli. Słoniem Echo zainteresował się także Sir David Attenborough, który sfilmował po raz pierwszy Echo w 1990 roku i od tego czasu słonica ta stalą się ukochanym charakterem na naszych ekranach.

          Cynthia Moss i jej masajscy towarzysze z Amboseli Trust for Elephants od lat śledzący losy słoni w Parku, właśnie z Echo zaznajomili się najbardziej nawiązując z nią bardzo intymną i emocjonalną więź.

          Ich znajomość trwała 37 lat, przez które naukowcy mogli zaobserwować coraz to nowe dowody, świadczące o niepowtarzalnej  inteligencji i umiejętnościach przywódczych tego jedynego w swoim rodzaju słonia. Echo została sfilmowana jak już wcześniej wspomniano po raz pierwszy w 1990 roku dla  BBC The Natural World. Od stycznia 1990 Cyntia Moss i wielokrotnie nagradzany fotograf i operator Martyn Colback rozpoczęli filmowanie losów rodziny Echo, tworząc wraz z Sir Davidem dokument ,,Echo of the Elephants'', który okazał się później tylko pierwszym z serii filmów, obejmujących 13 lat przygody z obserwacja stada w cieniach Kilimandżaro. Przez ten czas Echo prowadziła swą stale powiększającą się rodzinę przez susze i urodzaj, a jej historia została opowiedziana przez następne trzy tytuły, stanowiące dzisiaj nieoceniona encyklopedie wiedzy na temat zachowań i życia słoni:

-    Echo of the Elephants: The Next Generation (1995);

-    Echo, Ely and Friends: Africa’s Forgotten Elephants (1997); 

-    Echo of the Elephants: The Final Chapter? (2005);

          Niestety w roku 2009 roku , niepokonany do tej pory duch Echo ugiął się pod ciężarem wieku i niespotykanej do tej pory w Amboseli suszy, która trwała już  wtedy prawie trzy lata. Jej śmierć nie mogla więc nadejść w gorszym dla rodziny momencie, kiedy to jej ukochane stado dopiero co przeżyło nie doświadczony nigdy w swym życiu bezdeszczowy okres.

          Poniżej pozwalam sobie zaprezentować film dokumentalny stacji BBC - ,,Echo – An Unforgettable Elephant'', zaprezentowany na ekranach w 2010 roku, stanowiący hold dla tej niesamowitej słonicy a takze celebracje jej cudownego życia. Dokument ten, niejako zamyka cykl programów o Echo, zapoczątkowany w 1990 roku. Gorąco polecam go każdemu, kto przegląda mą relacje. Ten poruszający film kompiluje najważniejsze etapy życia słonicy, od momentu, kiedy to kamera zaczęła śledzić jej losy, aż do jej śmierci w 2009 roku. Oglądając go, zawsze z oczami pełnymi łez-poruszony i onieśmielony mądrością i wytrwałością Echo - oddaję swój hold jej niesamowitemu życiu- pragnę jednocześnie zaprosić was na obejrzenie ,, Echo-An Unforgettable Elephant'' w całości, w zamieszczonych poniżej sześciu odcinkach. Na pewno nie będzie to dla was stracona godzina.....

  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy Amboseli
  • Taxi
  • Samotnik
  • Dsc 0161
  • Dsc 0149
  • Brodzimy....
  • Młode pokolenie
  • Spotkanie
  • Samotnik
  • Rodzina słoniem silna

           Choć nie są tak szeroko rozproszone terytorialnie jak gazele Granta, stanowią najpowszechniejsza grupę wśród gazel wschodnioafrykańskich. Gazele Thomsona, często takze nazywane pieszczotliwie Tommies, zamieszkuja otwarte równiny oraz trawiaste obszary południowej Kenii i północnej Tanzanii. Zyją w samczych bądź samiczych stadach do 100 osobników, a wymieszane łącza sie w grupy dochodzące niekiedy do 700 sztuk. Często łączą się także w stada z gazelami Granta.

          Tommies te są jednym z trzech, oprócz zebr i gnu, gatunkiem składającym się na słynna migracje do  parku Serengeti. Szacuje się ze podczas migracji pojawia się około 500,000 Tommies.

          W czasie migracji, podążając za stadami zebr czy gnu, samce zaczynają zaznaczać swoje terytorium.Ostentacyjnie, z wypiętą przednia częścią tułowia oddają kal bądź mocz na istniejące już kupy lajna, po czym oznaczają granice swojego terytorium, generując wydzielinę z gruczołów znajdujących się zaraz pod oczami, pozostawiając ja na kiełkach trawy w odległościach około 20 stóp jedna od drugiej. Samce żarliwie bronią swojego terytorium.  W przypadku wyzwania ze strony innego samca, walczą ze sobą ścierając się porożem a zwycięzca przejmuje terytorium.

Samice waz z młodymi najczęściej formują się w grupy od pięciu do pięćdziesięciu która wędruje przez terytoria samcze. Stado zmienia swoich członków z godziny na godzinę, z tego względu nie powstaje żaden widoczny model hierarchiczny czy przywódczy. samce bez zaznaczonego terytorium, zbierają się razem w małych grupach na skrajach większych stad, unikając kontaktu z terytoriami innych samców chyba ze chcą je od nich przejąć.

          Wczesnym rankiem i późnym wieczorem stado, które zazwyczaj rozchodzi się za dnia, ma zwyczaj zbierać się razem. Wtedy to nadchodzi czas na zabawy dla młodych, które to podskakują na prostych nogach( wygląda to jakby zamiast nóg miały sprężyny) oraz ścigają się sprintem po obwodzie stada.

          Gazele Thomsona są z natury zwierzętami bardzo cichymi wokalnie, dlatego w razie niebezpieczeństwa nie posługują się żadnymi odgłosami. Polegają na sobie wzajemnie poprzez ciągły kontakt wizualny. Zaniepokojone, kurczą swoja skórę, przy czym ich sierść staje sie ciemniejsza a charakterystyczne czarne pasy robia się bardziej widoczne. Poza tym nerwowo tupią przednimi kopytami w ziemie, alarmując inne gazele o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Tommies maja ponnadto bardzo dobrze wykształcone wszystkie zmysły, które pomagają im szybko wyczuwać zagrożenie na sawannach, niejako zwiekszajac ich szanse na przetrwanie wobec bycia stale wyeksponowanymi na płaskim terenie.  

         90% diety Tommies’ów stanowi trawa. Poprzez zajadanie tylko najbardziej zielonych, pożywnych traw, Tommies dostarczają sobie w ten sposób wody przez cały sezon deszczowy, nie musząc eksponować się drapieżnikom przy wodopojach. W poszukiwaniu pozywienia łączą się także w stada i innymi kopytnymi-najczęściej  z zebrami i gnu, czasami tez ze zwykłym bydłem, które to udeptując wysoka trawę, czyniąc je zdecydowanie krótsza, ułatwiają tym samym ucztę gazela Thomsona. Podczas sezonu suchego, zaczynają przemieszczając się w miejsca,  gdzie mogą znaleźć wodę pitna. I choć trawa jest podstawa diety gazeli, podczas suszy Tommies muszą zadowolić się znalezionymi ziarnami bądź obgryzaniem gałęzi.

          Gazele Thomsona rozmnażają się dwa razy na rok. Chociaż rodzą się w przeciągu całego roku, szczyt urodzin przypada zaraz po zakończeniu pory deszczowej. Po urodzeniu matka chowa młode w wysokiej trawie, powracając kilkanaście razy dziennie aby je nakarmić i ogólnie po matczynemu popieścić. Dzieki swemu płowemu ubarwieniu i umiejętności pozostawania bez ruchu przez długi okres czasu, młode pozostawione w wysokiej trawie są zadziwiająco niewidoczne na płaskich równinach. Pomimo tego, młode są często zabijane przez drapieżniki a wiele z nich żywi sie właśnie tylko małymi Tommies’ami w czasie sezonu cielnego u tych zwierząt. Male najczęściej padają ofiara mniejszych kotów, orłów i pytonów. Dorosłe gazele Thomsona najczęściej padają ofiarami dzikich kotów, likaonów oraz hien, z samcami będącymi podobno trzy razy bardziej narażonymi na atak predatora.

       W Amboseli udalo sie nam uchwycic moment stacia dwóch samców. Nie wiedzielismy tak naprawde, czy byla to walka czy zabawa. Poza tym wtedy nie bylismy pewni czy to gazela Thomsona czy Granta!!! Tym bardziej, ze nasz przewodnik mial problemy z rozróznieniem obu tych gatunków. Raz nazywal Thomsony Grantami, drugi raz na odwrót. Niekiedy obydwa zwierzaki nazywal tak samo.  Ale nie dziwe mu sie wcale. Jak juz wspominalem przy we wczesniejszym opisie dotyczacym gazel Granta, oba gatunki sa do siebie bardzo podobne i czesto sa ze soba mylone. Tym bardziej jak patrzysz na nie z daleka na safari. Róznia sie wielkoscia (Tommies sa mniejsze), umaszczeniem ( opisywane posiadaja czarny pas na siesci po bocznych czesciach podbrzusza, biegnacy od ramian do lud, oraz maja ogólnie ciemniejsza siersc ) oraz gruboscia i dlugoscia poroza. Teraz latwo mi je rozpoznac, gdyz wiem po czym, ale kiedy pierszy raz ujrzezlismy je, ciezko bylo znalezc róznice. Tommies sa takze podobno latwo rozpoznawalne ze wzgledu na ruchy swojego ogona, który lata im w obie strony jak wycieraczka samochodowa.

  • Walka czy zabawa?

          Gnu zawsze mnie fascynowała. Jej odwaga i determinacja. Fascynował i intrygował mnie zarazem także jej prze dziwaczny wygląd. Kiedy zobaczyliśmy ja na żywo na sawannach Amboseli, nie mogło być inaczej. Choć za nic nie sprawiały wrażenia żwawych, zdecydowanych aktorów spektaklu z Masai Mara, sprawiając wrażenie ospałych, osowiałych i... nudnych, zaczarowały nas w pierwszym momencie, jak tylko je ujrzeliśmy.

           Zobaczyliśmy najpierw dwa osobniki, zapewne samce. Staly bez ruchu, jakby wmurowane w ziemie. Po chwili obserwowania ich przez lornetkę, chwyciłem za aparat. Choć wiedziałem, ze ujecie nie będzie idealne- znajdowały się bowiem one daleko od nas, musiałem uwiecznić je na zdjęciu. Odległość była wtedy dla nas nieważna. Istotne bylo to, ze widzimy je na żywo, a wszystko będziemy mieć uwiecznione to do końca życia na fotografiach.  Przez jakis czas trzask migawki rozlega się z częstotliwością kilka razy na sekundę. Później czekamy, może podejdą trochę bliżej, nie mogą stać przecież cały czas bez ruchu. Po kilku minutach, zaczynają swój spokojny, pełen gracji marsz. Jeden idzie równo za drugim, jakby gęsiego. Ku naszemu zmartwieniu, w przeciwna do nas stronę. Strzelamy aparatami ponownie. Po kilku minutach są już tak daleko, ze nie możemy już liczyć na objecie tej odległości obiektywami. Spotkanie choć krótkie, z dużej odległości, ale zaliczone - co najważniejsze zapamiętane na zawsze w cyfrowym formacie.

          Choć wyżej wymienione spotkanie nie było to dla nas jedynym, niestety nie było nam dane podziwiać antylop Gnu wystarczająco często. Oprócz tego, ku naszemu dalszemu niezadowoleniu, zazwyczaj były wymieszane z innymi kopytnymi albo znajdowały się za daleko od drogi, przy czym oczywiście spadały nam szanse zrobienia dobrego, czystego ujęcia. Ot, tak jakoś szczęście nie dopisało, nad czym ubolewałem bardzo, gdyż ssak ten jest przecież jedynym z najbardziej charakterystycznych zwierząt afrykańskiej sawanny i co oczywiste, chciałem go uwiecznić w jak najlepszych kadrach.

          Wspominając tego przedziwnego ssaka, cały czas mam przed oczami jego komiczny wygląd. Studiując  zdjecia po czasie, patrząc na budowę ich ciała mam wrażenie, ze jest zmontowane z części zapasowych. Patrząc na przednia cześć ciała, Gnu przypomina mi woła,  zadek ma antylopy a ogon i grzywa przypominają końskie. Do tego dochodzi komiczny zestaw stojących pod katem 90 stopni uszów z powyginanymi najpierw na zewnątrz, później do wewnątrz i na koniec do tylu, rogami. Całość wygląda niesamowicie nieproporcjonalnie, z bardzo muskularnym przodem, szczupłą częścią tylnia i patykowatymi nogami. Nie dziwne, ze dorobiły się przydomku ,, klaunów sawanny’’. Do komicznego wyglądu dochodzą jeszcze przedziwne odgłosy w postaci jęków w niskiej tonacji,  oraz  absurdalnie wyglądające ,,tance’’, w okresie ekscytacji, kiedy to skaczą, kręcąc się w kółko.

  Pomimo swojej genetycznej nieproporcjonalności i behawioralnym dziwactwom, gdy maszerują, robią to bardzo dumnie, z gracja, w bardzo regularnym tempie. Galopujące, sprawiają wrażenie silnych i zdecydowanych. I choć dla większości ludzi pozostaną na zawsze brzydalami afrykańskiej sawanny dla mnie będą do końca piękne- piękne, właśnie dzięki swej niekwestionowanej unikalności.

 

Z życia Gnu wzięte...

 

         Bohaterki tego punktu są chyba najbardziej znane ze swojej migracji w Serengeti, a ich wędrówka, a szczególnie przekraczanie rzeki Masai Mara, gdzie czekają na nie otwarte paszcze krokodyli, stanowi jedno z największych spektakli natury, nie tylko tej afrykańskiej. Co roku setki tysięcy foto-turystów, przybywa do parku Masai Mara w pobliże rzeki o tej samej nazwie, aby obserwować to mrożące w żyłach przedstawienie walki o przetrwanie. Od kiedy pierwszy raz zobaczyłem to widowisko na BBC, od razu zrodził się we mnie podziw dla Gnu, dla ich odwagi i determinacji , podziw dla konsekwencji w podążaniu w kierunku, który wyznaczyła im natura, przede wszystkim w obliczu czyhającego na nie co krok śmiertelnego niebezpieczeństwa.

         Migracja, w czasie, której w całym eko-systemie Serengeti-Mara, Gnu tworzą migracyjne kola od 500 do 1000 mil, rozpoczyna się zaraz po sezonie rozrodczym w styczniu i lutym na równinach południowo-wschodniego Serengeti. Później Gnu kierują się na zachód, w kierunku Jeziora Wiktoria, przez trawiaste sawanny, po otwarte tereny zalesione, później kierując się na północ w kierunku rzeki Mara. Następnie udają się ponownie na południe. I tak co roku. Co ciekawe przy tak duzych ilosciach zwierzeta te poruszaja ise zazwyczaj w jednej lini, jeden z drugim, jakby gesiego (patrz filmiki). Sa tak zawzięte i nieugięte w swej podróży, ze często podróżując w setkach tysięcy osobników, przemierzając rzeki i jeziora, wiele z nich pozostaje rannymi, utopionymi, stratowanymi bądź pożartymi przez drapieżniki. Te ostatnie bardzo często podróżują za migracja, zapewniając sobie w ten sposób, łatwa zdobycz w postaci Gnu, Zebr bądź Gazel Thomsona, często tracących w czasie migracji zwyczajowa czujność. Poza tym liczby, w jakich przemieszczają się kopytne, zmniejszają ich szybkość. Czesto panikujac, tratują się nawzajem, czyniąc ranne osobniki bezwysiłkowym obiadem dla drapieżnika.

          Gnu Pręgowane zamieszkują przede wszystkim Afrykę Wschodnia, z przewaga Kenii i Tanzanii. Szczególniej w tej ostatniej ich liczba jest szacowana w okolicach 1.5 miliona sztuk. W mniejszych ilościach, i co za tym idzie w mniejszych stadach występuje także w Zambii, Mozambiku, Botswanie, Namibii, Zimbabwe i RPA. Choć w Serengeti ich liczba bardzo wzrosła w ostatnich latach, tylko w sąsiedniej Kenii ich populacja w samym Amboselii zmalała o 83% !!!! Pomimo iż podejmuje się wysiłki konserwacyjne, aby zwiększyć liczbę tych zwierząt a ich ogólna populacja jest uważana za niezagrożoną, niemniej jednak w regionach, gdzie ich stada są mniejsze, gatunek ten regularnie zamiera ze względu na niszczenie jego środowiska naturalnego. Coraz to większe zaludnianie do tej pory dzikich terenów Afryki, a co za tym idzie zagarnianie pola pod uprawy i wypas bydła, nadmierne otaczanie dużych połaci terenów plotami, ogranicza Gnu żywieniowo i terytorialnie. Gnu są z natury są cały czas w ruchu, podążając konsekwentnie za odpowiednimi źródłami pożywienia i wody. Pozbawione tej możliwości, najczęściej umierają śmiercią głodowa.

            Jak już wspomniano, Pręgowane są zwierzętami towarzyskimi. Często łącza się z innymi kopytnymi w gatunkowo wymieszane stada, szczególnie te z Serengeti, które są stadami najbardziej wędrownymi. Stada Gnu, które są płciowo wymieszane, szczególnie chętnie łączą się z zebrami w celach wzajemnej ochrony. Zebry także przydają się Gnu przy poszukiwaniu pożywienia, gdyż te zerując na wysoko trawiastych terenach, wyżerając te wysoka,  eksponują tym samym krótka, bardziej pożywną trawę,  preferowana przez antylopy. Kiedy Gnu maja wystarczająco dużo pożywienia, prowadza osiadły tryb życia, formując stada o typowym formacie dla kopytnych:  stada samotnych samców oraz samców terytorialnych z grupami samic i potomstwem. W miarę pogłębiania się terenu suchego, zwierzęta te zbierają się tłumnie na terenach występowania pożądanej żywności i wody, mieszając się, zatracają klasyczna separacje stadna.

          Książkowo, naukowo,encyklopedycznie oraz internetowo występują dwa gatunki Antylopy Gnu, bądź jak kto woli Nyumbu w języku Suahili- Blue Wildebeest, najpowszechniejsze, po naszemu  Gnu Błękitne,  oraz  Black Wildebeest-Gnu Brunatne ( czasami można spotkać z określeniem White-Tailed Gnu-Gnu Bialoogonowe)

          To pierwsze określa się tez z angielskiego Brindled Gnu-Gnu Pręgowane albo Gnu Białobrode. W nazewnictwie polskojęzycznym najczęściej spotykana jest nazwa Gnu Pręgowane. Choć nazwa ta przyjęła się jako określająca cały gatunek, wykorzystuje się ja także jako wyodrębniającą podgatunek Gnu nazywany identycznie. Naukowcy rozróżniają także kilka innych podgatunków Gnu Pręgowanego, nazwane szczególnie ze względu na ich poszczególny habitat- Zachodnie Gnu Białobrode, które jest najmniejszym podgatunkiem zamieszkujące tylko Kenie i zachodnie tereny Serengeti, oraz Wschodnie Gnu Białobrode, zamieszkujące Kenie i wschodnia Tanzanię na wschód od Gregory Rift. Nyassaland Gnu występujące w Mozambiku i południowej Tanzanii, będące największym z podgatunków oraz Gnu Cooksona, występujące tylko w dolinie Luandwa w Zambii to następne podgatunki Gnu Pręgowanego

          Co do Gnu Brunatnego, jest ono gatunkiem prawie wymarlym. Pisze prawie, gdyz jej konserwacja doprowadzila do stopniowego jego odrodzenia. Pierwotnie, gatunek ten zamieszkiwal podobne rodzaje terenu jak Gnu pregowane ale byl ogranicziny do poludniowej Afryki, terenów dzisiejszej RPA. Problem pojawil sie, kiedy pierwsi biali osadnicy upodobali sobie je jako zwierzeta domowe, najpierw dla miesa, pózniej dla charakterystycznego bialego ogona wykorzystywanego do róznych typów rzemiosl, przez co zostal prawie calkowiecie wytepiony. Dzisiejsze Gnu Brunatne wystepuje juz tylko w zamknietych, chronionych rezerwatach badz w prywatnych hodowlach, dzieki, którym z jednej strony gatunek tak naprawde przetwal, z drugiej zas,  jego dystrybucja zostala zdecydowanie ograniczona.

          Przeglądając różne pozycje zdjęciowe mogę stwierdzić, ze Gnu, które dane nam było widzieć w Amboseli, to podgatunek Eastern White-Bearded Wildebeest- Gnu Wschodnie Bialobrode.

         Dla milosników wersji video, zalaczam takze filmiki pokazujace slynna migracje antylop Gnu w Serengeti.

  • Razem gęsiego

           Co do ptactwa w Amboseli, niestety zazwyczaj przebywało bardzo daleko od drogi, którą podróżowaliśmy tak więc, łup fotograficzny nie za bardzo imponujący. Niemniej jednak, jestem z niego zadowolony jako, że zobaczyliśmy ptactwo, którego nie widzieliśmy w Tsavo.

          Widzieliśmy niesamowite koronniki szare, dostojnego sekretarza oraz całe gromady ibisa czczonego. No i dla mnie największy łup tego wyjazdu, jeśli chodzi o ptak - flamingi. Widoczne niestety ze sporego dystansu, już o zmroku, niemniej jednak robiące piorunujące wrażenie na żywo. Podobno zazwyczaj jest więcej w tym miejscu ale i tak nie narzekaliśmy na ich ilość, gdyż widok i tak zapierał dech w piersiach.

  • Chyba coś wypatrzył
  • Sekretarz
  • Miami vice
  • Różowe landrynki
  • Lądujemy
  • Spacer
  • Struś masajski
  • Przyjaciele
  • Baletnica
          Bawół afrykański to gatunek bydła, który przeciwieństwie do swojego odpowiednika azjatyckiego nigdy nie został udomowiony. Pewnie ze wzgledu na swój nieprzewidywalny temperament, który czyni z tego gatunku jednego z najwiekszych twardzieli afrykańskiej sawanny.

          Bawół afrykański posiada cztery podgatunki. Najbardziej powszechny i znany to obserwowany przez nas zarówno w Tsavo, jak i w Amboseli, podgatunek Syncerus caffer caffer-Cape Buffalo-bawół przylądkowy. Podgatunek najwiekszy, dochodzącego do 900 kg wagi, występujący w południowej i wschodniej Afryce. Oprócz największych rozmiarów, gatunek tek wyróżnia się kolorem umaszczenia, który jest najciemniejszy ze wszystkich podgatunków, prawie czarny. Bawół ten mieszkający na sawannach jest zazwyczaj dużo większy i przynajmniej dwa razy cięższy od swoich kuzynów, które wystepuja na terenach leśnych-bawoła leśnego, zwanego też krótkorogim, który jest podgatunkiem najmniejszym, zamieszkującym tereny centralnej i zachodniej Afryki. Trzeci z podgatunków, bawół sudański, pod względem morfologicznym jest uważanym za podgatunek pośredni pomiędzy dwoma wymienionymi powyżej. 

                                                                       *******

          Będąc jednym z gatunków z  tzw wielkiej piatki, terminu, którym określa się pięć najbardziej niebezpiecznych zwierzat do upolowania w Afryce, bawół jest wciąż poszukiwanym trofeum wśród myśliwych - niektórzy z nich zapłacą nawet 10,000 dolarów za możliwość upolowania tego zwierza.

          Bawół afrykański jest zdecydowanie jednym z najbardziej niebezpiecznych zwierząt nie tylko w Afryce, ale na całym świecie, zabijając rocznie około 200 osób. Nie jest bynamniej tylko niebezpiecznym dla ludzi. Ze wzgledu na swój rozmiar i niesamowicie agresywne usposobienie, oprócz człowieka jedyne realne zagrożenie pochodzi dla bawoł tylko ze strony lwów. Te, nawet jeśli atakują całym stadem, narażają sie za każdym razem na duże niebezpieczeństwo, jako, że jedno uderzenia z rogów bawoła może śmiertelnie zranić. Znanych jest wiele przypadków, kiedy to lwy ginęły od ciosów zadanych im przez bawoły. Aby uniknąć śmiertelnego uderzenia, lwy zazyczaj bedą atakowały bawoła od tyłu, skacząc mu na tylnie części ciała, bądź na grzbiet, próbujac zwalić go z nóg. Sam ciężar dorosłego bawoła, powoduje, że często do gry wkraczaja lwie samce, gdyż samice nie są w stanie go powalić. Istnieją lwie stada, które będą specjalizować się tylko w polowaniu na bawoły. 

              Same bawoły bynajmniej nie pozostaja lwą dłużne. Są tak naprawdę jedynymi ich potencjalnymi ofiarami, które kiedy są w stadzie, a zauważą w pobliżu zdezorientowane stado lwów, idąc za domeną, że najlepszą obroną jest atak, przechodzą do szturmu, niejednokrotnie przeganiając drapieżniki na drzewa. Czasami zapędzają lwy do zaułka bez wyjścia, starając się je tratować bądź nadziewać na rogi. Bawoły są bardzo pamiętliwe i nie omieszkają także zabijać w odwecie za zabijanie ich cielaków, małych lwów.

                                                                      ********

          Mimo swej agresywnej natury stada bawole znane są ze swojego altruizmu. W obliczu zagrożenia przed drapieżnikami, stado skupi sie gęsto razem, aby utrudnić dotarcie do jednego z nich. Młode i słabe osobniki będą zawsze chronione w środku. Nawet jeśli drapieżnikom uda się odłączyć jednego bawoła od stada i zaatakować go, całe stado odpowie wtedy na odgłosy zwierzęcia w potrzebie wielokrotnie ratujac je przed śmiercią.

          Chociaż największym wrogiem bawoła będzie człowiek i lew, są znane przypadki zabicia bawoła prze stado hien badź przez krokodyle, choć zazwyczaj były to przypadki ataku na osobniki samotne, stare i słabe. Lampart i gepard pokuszą się o zaatakowanie tylko bawolich cielaków.

          Bawół afrykański nie jest gatunkiem zagrożonym-ich populacja szacowana jest na 900,000 osobników, z czego prawie trzy czwarte żyje na obszarach chronionych

  • Siesta
  • Bawół i bąkojady
  • Bawoły afrykańskie
  • Opalamy się
  • Trzy rozbójniki

           Już podczas powrotu z Amboseli, czułem pewien niedosyt. Nie powiem, że byłem niezadowolony, ale chyba doswiadczylem za mało wrażeń, czegoś mi brakowało. W hotelu było nudno, pogoda także nie dopisywała. Tak wiec myśl o powrocie i siedzeniu na plaży czy w hotelu przyprawiała mnie o mdłości. Tak wiec zacząłem myśleć o następnym Safari. Musiałem przede wszystkim wykalkulować, czy nas na nie stać, gdyż był to koszt przynajmniej 300 funtów, rozważając dwa dni w Tsavo. Z drugiej strony Marta była bardzo zmęczona po dopiero co odbytym safari. Kiedy wiec wspomniałem o chęci zrobienia drugiego, powiedziała mi od razu, ze nie ma nic przeciwko drugiej wycieczce, ale niestety musiałbym ja odbyc samemu, gdyż ona już nie miała na nią siły. Wiec pomysł chwilowo upadł, choć możliwość ta nie dawała mi spokoju choćby przez chwile. Nie zobaczyliśmy przecież lwa, nosorożca, lamparta, krokodyla. Przede wszystkim żałowałem tego pierwszego. Pragnąłem go zobaczyć ponad wszystko, ot takie ciche marzenie. 

          Gdy dojechaliśmy na miejsce, od razu sprawdziłem stan naszego konta, aby upewnić się czy mogę zmaterializować swoje plany. Okazało się, ze mogliśmy sobie pozwolić na wydatek około 300 funtów. Od razu wiedziałem, ze za dużo nie zawojuje za te kwotę. Pozostawał tylko jeden wybór-albo Tsavo East albo West na dwa dni w pięciogwiazdkowej lodge. Po krótkich konsultacjach z firmami organizującymi safari postanowiłem pojechać na dwa dni ponownie do Tsavo East, jako ze postawiłem sobie za priorytet sfotografowanie króla wszystkich zwierząt, co było bardziej prawdopodobne w Tsavo East, ze względu na lepsza widoczność i mniejsze zalesienie terenu. Jeżeli chodzi o Tsavo West, jest tam większa możliwość zobaczenia nosorożca albo lamparta niz w Tsavo East, ale prawdopodobieństwo i tak określa się na około 30-40%. Tak wiec nie chciałem ryzykować. Poza tym to tylko dwa dni, które chciałem je jak najwięcej wykorzystać na fotografowanie a pobyt w jednym parku dawał większe szanse na sukces.

          Szczęście uśmiechnęło się od razu, gdyż już na pierwszym game'ie udało mi się upolować ogromnego lwiego samca. Stalo się to przede wszystkim za sprawa mojego kierowcy, który widząc moja pragnienie sfotografowania lwa, złamał prawo, zjeżdżając z drogi gnając po buszu za zwierzem.

          Oprócz w/w lwa zobaczyliśmy ich cala rodzinę składającą się z młodych samców i kilku samic, rozkoszujących się uczta i poucztowa sjesta. Udało mi się także spotkać duże stado zebr przy wodopoju, gdzie moglem z bliska zrobić cala sesje, tworząc cały cykl o tych cudownych stworzeniach!!!Ze względu na to, ze byliśmy jedynym busem w okolicy, nie spłoszyły się w ogóle, zachowując się bardzo swobodnie, co pozwalało na naprawdę ciekawe ujęcia. 

           Lecz największą niespodzianka drugiego dnia safari okazał się Pyton Skalny, który jest ogromnie rzadkim okazem do zobaczenia w Tsavo. Kierowca powiedział mi, ze tylko może około 1% ludzi doświadczających safari w tym Parku udaje się ujrzeć pytona i to jeszcze z takiego bliska jak ja!!! Fenomenalne!!! Czułem się zrozumiale ogromnym szczęśliwcem.

          Możliwość podziwiania wyżej wymienionej zwierzyny wspaniale dopełniły przecudowne krajobrazy Tsavo East, które pozwalam sobie przedstawić jako pierwsze. 

  • Boskie Tsavo Wschodnie II
  • Tsavo East II
  • Tsavo East II
  • Tsavo East II
  • Tsavo East II
  • Tsavo East II
  • Tsavo East II
  • Tsavo East II
  • Krajobrazy Tsavo
  • Krajorazy Tsavo
  • Krajobrazy afrykańskie
  • Samotny baobab
  • Samotnik suchy

          Ową lodze wybrałem jako miejsce wypadowe na drugie safari. Choć Voi Wildlife Lodge, w której przebywaliśmy podczas pierwszego pobytu w Tsavo, przeszła nasze najśmielsze oczekiwania dotyczące standardu pokoju, jedzenia, serwisu i przede wszystkim lokalizacji, postanowiłem jednak doświadczyć nowego miejsca, również posiadającego niesamowite recenzje, poza tym leżącego w innej części parku, co dawało mi to przede wszystkim szanse do eksploracji innych zakątków Tsavo. 

          Jakość noclegu jeszcze lepsza niż w pierwszym przypadku, jedzenie i serwis również bardzo wysokiego standardu. Okolica przecudowna, z dziką zwierzyną przechadzającą się w okolicach jeziorka, położonego kilkadziesiąt metrów od ogrodzenia. (W jeziorku tym zobaczylismy na pierwszym safari jedynego hipcia). Stylowy basen, z którego można obserwować okoliczne tereny dodatkowo dodaje smaku tej cudownej akomodacji. Z tego co pamiętam, cena za pokój z opcja full board oscylowała w okolicach 100 USD za dobę. Dodatkowo trzeba standardowo zapłacić za napoje i alkohol. Butelka wody mineralnej kosztowała 120 szylingów kenijskich, piwo 160. Oczywiście napiwki mile widziane, ale za ten cudowny serwis , którego tam doświadczasz, nagroda dla stafu staje się przemiłą koniecznością.

 

  • Łóżko iście królewskie
  • Basen przy wschodzie słońca
  • Werwetka
          Co do gadów, nie dane nam było ujrzeć największego i najsłynniejszego z nich-krokodyla nilowego. Niemniej jednak mogliśmy podziwiać wielkiego warana-moniotora, podgatunku Varanus ornatus, wygrzwajacego się na skałach i przede wszystkim mieliśmy niezmierne szczęście napotkać pytona skalnego, który jest niezwykle rzadkim okazem afrykańskiej fauny do zobaczenia podczas każdego safari i nie tylko.

          Podczas gdy, aby ujrzeć krokodyla, można zawsze zaaranżować sobie wycieczkę w części parków, gdzie spotkamy je na 100%, co do pytona skalnego, ze wzgledu na ich habitat i tryb życia, szansa na podziwianie go w naturalnym środowisku jest bardzo nikła, szczególnie z perspektywy turystycznego busa. Tym bardziej uradowałem się widząc tego gada na żywo, kiedy wypełzał na drogę przed nami. Pamietam, jak jechaliśmy sobie wolno droga, kiedy nagle nasz kierowca przystanął, patrząc wnikliwie na lewo. Ja widziałem tylko jasno brązowe trawy i nic więcej. Nagle uwagę mą przykuło coś długiego, leżącego w trawie. Nie mogła to być belkadrewna, jako, że odbijało się od tego światło słoneczne. Nagle ta nieruchoma linia zaczeła przemieszczać się w naszą stronę. Od razu zoorientowałem się, że to musi być pyton. Uradowałem się niebywale tym bardziej widząc, że pełza w naszym kierunku. Kiedy znalazł się na skraju drogi, przystanął na kilka w chwil w gęstych krzakach, jakby starał się wybadać sytuację. Po chwili zawachania odważył wychylić się-najpierw swoją paszczę, potem powoli, swoje długie cielsko. Zwierze zaczeło wyłaniać się z gęstwiny prosto przed naszego stojącego busa. Widok niebywaly i niemiłosiernie rzadki, co potwierdzil nasz kierowca przewodnik, który widział pytona na żywo po raz pierwszy w zyciu-wykonując tę pracę przez ostatnie 15 lat!!!

                                                                        ******** 

          Pyton afrykański jest jedym z siedmiu gatunków pytona. Dzieli się na dwa podgatunki: pyton sebae sebae, czasami nazywany afrykańskim pytonem skalnym, oraz drugi z nich, występujacy w południowej części afrykańskiego kontynentu - python sebae natalensis-zwany południowo-afrykańskim pytonem skalnym. Niektórzy naukowcy uważaja gatunek z południa za odrębny gatunek. 

          Pyton skalany jest największym wężem żyjacym w Afryce i jednym z pięciu największych węży na świecie. Oprócz tego gatunku, do tej grupy zaliczamy anakondę, pytona siatkowego, pytona birmańskiego. 

Wąż ten zamieszkuje różne habitaty, od obszarów lesnych do prawie pustynnych, choc zazwyczaj bedzie zamieszkiwal obszary ze stalym dostepem do wody-okolice bagien, rzek i jezior. 

          Co do rozmiarów jakie osiaga pyton skalny, krążą o tym rozmaite historie. Typowy osobnik bedzie mierzył około 4.8 metra choc czasami można było usłyszeć o osobnikach mierzących 6 metrów, które uważa się za wiarygodne ale o występowanie większych osobników nie zostało jak dotychczas potwierdzone naukowo. Waga wacha się od 44-55 kilogramów choć odnotowano osobniki wazace 90 kilogramów. 

          Wielkość osobników rózni się od region, w którym wystepują. Uważa się, że osobniki mniejsze wystepują w wysoko zaludnionych obszarach takich jak południowa Nigeria, z większymi wystepujacymi w słabiej zaludnionych obszarach takich jak Sierra Leone. Pyton skalny jest wciąż niezagrożony w wiekszości części Afryki i co najważniejsze potrafi przystosować sę do skrajnych warunków jeśli pod dostatkiem pozywienia.  

          Ludzie zawsze obawiali się spotkania z tym ogromnym wężem dusicielem, a kiedy juz natrafli na niego, wielu z nich zabijało je od razu. W niektórych częściach Afryki pytony są ciągle zabijane dla mięsa i skóry. Wielokrotnie jest też sprzedawany jako zwierze domowe, co nie jest generalnie polecane ze wzgledu na nieprzewidywalny temperament tego gada-zanotowano kilka przypadków, kiedy pyton trzymany w akwarium zadusił na śmierć swojego właściciela.

          Niemniej jednak ataki na ludzi w ich naturalnym środowisku są niezmernie rzadkie, wystepują niesamowicie rzadko nawet na terenach, gdzie terytorium pytona zbiega sie z obszarami zamieszklanaymi przez ludzi. Choć istnieje kilka udokumentowanych ataków pytona zakonczonych ludzka śmiercia, niemniej jednak nie zanotowano przypadku połkniecia człowieka przez pytona. 

          W środowisku naturalnym pytony najczesciej atakuja male antylopy, gryzonie, malpy, nietoperze, jaszczurki a nawet mniejsze krokodyle. Blisko obszarów miejskich ofiarami najczęściej będą szczury, drób, psy oraz kozy. Pyton zabija przez uduszenie, po złapaniu ofiary swoją paszczą, niejako zakotwicza się swoimi zakrzywionymi do tyłu, ostrymi zębami, okręca się natychmistowo wokół niej, ściskając mocniej i mocniej za każdym razem kiedy ofiara robi wydech, zamykając tym samym dopływ powietrza. Niektórzy naukowcy twierdzą, że śmierć ofiar pytona jest powodowana zazwyczaj przez zawał serca a nie przez brak powietrza czy zgniecenie kości i organów zewnętrznych. Czasami ofiary są połykane na wpół żywe.  

                                                                      *******

          W 2010 4,5 metrowy pyton afrykański zostal napotkany w Parku Narodowym Everglades na Florydzie w USA. Obawiano się wówczas, że gatunek ten zaczął rozmnażać się jako gatunek inwazyjny wraz z innym gatunkiem pytona-pytonem birmańskim, który to rozmnożył się na dobre i pożera wszystko co popadnie zubożając przez ostatnie lata rdzenną faune całego terenu. Władze amerykańskie już dawno wypowiedziały wojnę temu gadowi. Jak na razie i tak wygrywa ją .....pyton.

  • Monitor lizard- miejscowy waran
  • Jak poprzednio
  • Pyton skalny
  • Pysk wystawiony....
  • No nie całkiem...
  • Pyton Skalny
  • Agama czerwonoglowa
  • Miejscowy geko

         Do niedawna lwy z Tsavo kojarzone były z dwoma ludojadami, które w 1898 roku zyskały złą sławę zabijając wielu robotników kolejowych. Obecnie lwy z Tsavo wzbudzają zainteresowanie ludzi z powodu narastającego konfliktu pomiędzy lwami a hodowcami zwierząt oraz stwierdzonych u lwów z tzw. populacji Tsavo odmiennych od innych lwów cech morfologicznych i behawioralnych.

         W marcu 1898 roku, Brytyjska Kompania Wschodnioafrykańska pod kierownictwem inżyniera podpułkownika Johna Henry'ego Pattersona  rozpoczęła budowę mostu kolejowego na rzece Tsavo. Podczas prac, wielu pracowników kompanii zostało zabitych i pożartych przez dwa bezgrzywe samce lwów.

          Pracownicy, próbując powstrzymać ataki zwierząt, budowali ogrodzenia ze stosów kolczastych roślin wokół obozu, jednak lwy nauczyły się tę przeszkodę pokonywać i systematycznie napadały na ludzi. Wiele ze swoich ofiar wyciągnęły z namiotów poza ogrodzenie i tam pożarły. Patterson porozstawiał pułapki i wiele razy usiłował zastrzelić lwy z drzewa. Pierwszego zastrzelił w grudniu 1898 roku , a drugiego 3 tygodnie później. W ciągu dziewięciu miesięcy zginęło co najmniej 28 osób.

           Po 26 latach skóry lwów, będące do tego czasu używane przez Pattersona jako dywany, zostały sprzedane wraz z czaszkami za 5000 dolarów do Muzeum Historii Naturalnej w Chicago, gdzie zostaly wypchane i wystawione na pokaz. Obecnie są jedną z największych atrakcji muzeum. Opis wydarzeń według relacji Pattersona został opublikowany w książce Ludojady z Tsavo (The Man-Eaters of Tsavo), a później adaptowany do filmów Bwana Devil i The Ghost and the Darkness ( polski tytul ,,Duch i zmrok'') z Valem Kilmerem w roli glównej.

          Przez wiele lat wiedza na temat zachowania lwów opierała się na obserwacjach prowadzonych w ogrodach zoologicznych i w Parku Naradowym Serengeti w Tanzani. Wydarzenia z Tsavo zwróciły uwagę badaczy na dwa elementy: nietypowa specjalizacja pokarmowa (ludzkie mięso) i brak grzywy u samców-ludojadów (obydwa zastrzelone lwy były dojrzałymi 8–10 letnimi samcam.

          Kierujący pracami Tsavo Research Project Bruce Patterson z Muzeum Historii Naturalnej w Chicago wykazał, że brak grzywy jest powszechnie spotykaną cechą samców występujących w tym – słabo dotąd poznanym – regionie Kenii. Większość z nich wcale nie ma grzywy lub ich grzywa jest szczątkowa. Dotychczas brak jednoznacznego wytłumaczenia tej anomalii. Stwierdzono, że warunki środowiska, a dokładniej temperatura otoczenia oraz dieta mają wpływ na wielkość i kolor grzywy. Badacze przypuszczają, że zanik, czy też brak wzrostu grzywy u dorastających samców ma związek ze strukturą stada. W Tsavo stwierdzono tylko jednego samca i 7–8 samic w każdym z obserwowanych stad, podczas gdy na innych terenach w stadach żyją koalicje od 2–4 samców, a na każdego z nich przypada średnio do 6 samic. Związane z tym zmniejszenie liczby konfliktów pomiędzy samcami może wpływać na obniżenie poziomu testosteronu. 

          Od wydarzeń z 1898 roku nie notowano kolejnych ludojadów w rejonie Tsavo. Nagminne natomiast stało się atakowanie przez lwy stad hodowlanych w tym rejonie, w okresie suszy, kiedy naturalne w tym regionie źródła pokarmu lwów –kudu i impala – ulegają rozproszeniu. Lwy dokonały większości (85,9%) z 312 ataków zakończonych zabiciem 433 sztuk żywego inwentarza stwierdzonych na przestrzeni 4 lat. W tym samym czasie Kenya Wildlife Service zanotował 6 przypadków ataków na ludzi, z czego dwa śmiertelne. Na całym terytorium otaczającym park lwy dokonują dziennie średnio jednego ataku na żywy inwentarz. Współpracujący z Pattersonem zoolog Roland Kays uważa, że konflikt pomiędzy człowiekiem a lwem jest najpoważniejszą przyczyną zabijania lwów.

         Istnieje szereg teorii próbujących wyjaśnić, dlaczego lwy atakuja ludzi. Przede wszystkim lwy są drapieżnikami polującymi glównie na duże ssaki kopytne, ale również na naczelne. Z zoologicznego punktu widzenia ataki lwów na człowieka, zwłaszcza w okresie ograniczonej dostępności do podstawowego pokarmu, nie są niczym niezwykłym. Brak grzywy może mieć związek z genetycznie uwarunkowanym bardzo wysokim poziomem testosteronu, który powodowałby niezwykłą agresję zwierząt.Ponadto plaga ksiegosuszu w latach 90-tych XiX wieku zabijająca przedstawicieli dotychczasowych gatunków ofiar , jak gazele i antylopy, zmusiły lwy do szukania alternatywnych źródeł pożywienia.Niewatpliwy wplyw na takie zachowanie lwów mialy wrodzone lub wyuczone preferencje pokarmowe. Lwy przyzwyczaiły się do ludzkiego mięsa sprzed okresu budowy kolei, przekazując umiejętności potomkom. Na początku lat 90tych XIX wieku wystąpiła w regionie epidemia czarnej ospy czym ofiary zakopywano w bardzo płytkich grobach, albo w ogóle nie chowano.

          Ponadto przez okolice parku Tsavo prowadziła trasa transportu niewolników w drugiej połowie XIX (pomimo oficjalnego zakazu handlu), na której pozostawiano słabych i chorych ludzi, którzy stawali się łatwą zdobyczą dla lwów. Ocenia się, że rocznie pozostawiano tam około 80 000 żywych i martwych niewolników. Badania czaszki jednego z ludojadów wykazały wadę uzębienia (wrodzoną lub nabytą), która utrudniała mu nie tylko polowanie, ale także odżywianie się – lew nie miał pewnego chwytu i mógł odczuwać ból. Mogła to być przyczyna poszukiwania przez spokrewnione ze sobą lwy łatwiejszych ofiar i późniejszego ich niedojadania (zwłoki znajdowano często jedynie nadjedzone).

          Tak więc lwy, które oglądamy teraz w Tsavo to właśnie potomkowie wyżej wspomnianych ludojadów. Lecz na nasze szczęście z ich przodkami łączy ich już teraz tylko ta historia bądź legenda, jak kto woli. Aktualni mieszkańcy Tsavo lwiego pochodzenia są bardziej łagodni niż koty domowe , przyzwyczajone do obecności foto-turystów na każdym kroku. Patrząc na nie czasami z odległości dwóch metrów, mamy wrażenie ze bardziej pozują na lokalnych celebrytów, niż starają utrwalać stereotyp krwawych zabójców.Prężąc sie do zdjęć jak modelki, bądź leniwie wylęgując się po swoich ucztach zapadają nam w pamięci jako wielkie, potulne kociaki. Nie zapominajmy jednak, że to cały czas dzikie zwierzęta, które są u siebie a my jesteśmy zaledwie ich gośćmi. Czując zagrożenie z naszej strony, mogą sobie bardzo szybko przypomnieć, że to właśnie one a nie my, stanowią ostatni szczebel w łańcuchu pokarmowym afrykańskiej sawanny.

 

  • Poza
  • Poza nr.2
  • Same mieśnie
  • Portret
  • Król Lew
  • Odpoczywa.....
  • Wyłaniam się....
  • Młody król
  • Młody król
  • Młody król
  • Kolacja
  • Król lew
  • Zamyślony.....
  • Zamyślone.....
  • Bracia i siostry II

 

          Choć ma relacja jest obszerna-zdjeciowo oraz tekstowo, niemniej jednak jak zdolaliście pewnie zauważyc wiekszość tekstu to ciekawoskti o zwierzakach jakie udało mi się zobaczyć podczas safarii. Wyłączajac doświadczenie Safari był to nasz najmniej udany urlop do tej pory, dlatego nie ma co dzielić się z wami tylko negatywami, o których musiałbym pisać. Pogoda była zaiste tragiczna, hotel przeciętny, o czym wiedzielismy się ale zawsze masz nadzieję, że ekipa z hotelu zrekompensuje niedogodnosci. Niestety jeszcze pogorszyła sytuacje. W samym hotelu nic do roboty poza siedzeniem na tyłku i dojeniem napojów-dobrze, ze chociaż Mistrzostwa Świata w piłce nożnej leciały w telewizji....

           Wycieczki fakultatywne drogie i nie za ciekawe. Lokalni widzieli w tobie tylko chodzącego dolara. Powiem zdecydowanie, że nigdy tam nie wrócę i nie zaproponuję wybrzeża kenijskiego nikomu. Jeśli ktoś ma siedzieć na plaży i nic nie robić, delektując sie pakietem ALL Inclusive, Karaiby i choćby Dominikana spodoba się bardziej-takie moje zdanie. 

          Samo Safari to zupelnie inna historia. Wróciłbym tam, aby doswiadczyć go ponownie choćby jutro. Pewnie wybrał bym inne parki dla odmiany, w których spokojnie spedziłbym z zadowoleniem dwa tygodnie. Lodge w parkach są o zdecydownaie lepszym standardzie niż hotel, w którym byliśmy, obsługa duzo bardziej profesjonalna i po prostu ...milsza. Poza tym, zamiast hotelowego gwaru, zawsze zasypiasz przy odgłosach dzikiej Afryki.

           Jak kiedyś wróce do Kenii pewnie wybiorę się do Masai Mara albo w okolice jeziora Nakuru, gdzie zwierza wiecej a i sama widoczność lepsza niż w Tsavo czy Amboseli - stąd pewnie ceny dwa razy wyższe. Osobiście marzy mi się Namibia oraz Botswana ale jak na razie to zabawa nie na naszą kieszeń. Ale cóz marzenie się spełniają....

        Niewątpliwie takim spełnienem był nasz pobyt na safarii, które do tamtej pory był tylko utopijnym celem, rzeczywistościa, która mogłem obserwować co najwyżej na ekranie telewizora. Teraz jest dla nas realnym doświadczeniem, do którego wracamy wspomnieniami i przeżywamy ponownie, często powracajac do naszych galerii zdjeciowych z tej nieziemskiej przygody.

 

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. kamilnakawenet (22.07.2014 4:27) 0 + -
    Ta relacja robi wrażenie!
    Może chcecie poznać innych miłośników podróży z Waszej okolicy?
    Umów sie z nimi na spotkanie albo wspólną wyprawę poprzez serwis na-kawe.net i wymień się doświadczeniami związanymi z podróżami i nie tylko :)
  2. turysta1310 (26.06.2014 12:43) +1 + -
    Michale czytam...czytam....i nie ma końca. A zdjęcia .....może kiedyś...

    Pozdrawiam Tadek
  3. archer46 (25.06.2014 9:50) +2 + -
    Zgadzam się z Tobą-jak Kenia to tylko safari;piękne zdjęcia i opis;pzd
  4. przedpole (25.06.2014 7:32) +2 + -
    Po porównaniu Kenii z Tanzanią dochodze do wniosku, że tam pierwsza ma piękniejsze krajobrazy, za to ta druga więcej zwierząt. Pozdrawiam
  5. telefondoprzyjaciela (22.06.2014 11:58) +2 + -
    Super - ciekawa relacja, piękne zdjęcia . Nie mogłam się oderwać. Pozdrawiam!
  6. andremuc71 (13.01.2014 4:34) +2 + -
    W takiej Afryce to czlowiek oka nie odrywa od aparatu :)
  7. andremuc71 (13.01.2014 4:25) +2 + -
    Super wypad, Afryka rzadzi :)
  8. hooltayka (03.01.2014 7:57) +2 + -
    Przepiękna podróż-)
    Przez kilka dni czytałam,bo to jak książka.
    Dzisiaj obejrzałam piękne zdjęcia!
    Pozdrawiam serdecznie-)
  9. chelsea79 (04.12.2013 18:31) +2 + -
    nie Smoku, z tej podrozy tylko wywalilem ponad 400:) Wrzucilem replacement w Kataklizmie, z reszty tylko wywalalem jak do tej pory. no wiesz azagladasz po czasie i juz ci sie pewne nie podobaja:)
  10. s.wawelski (04.12.2013 15:26) +2 + -
    Michal, czy Ty juz wsadziles te nowo poprawione zdjecia z Afryki? Bo chcialbym je zobaczyc.
  11. s.wawelski (26.07.2013 18:30) +2 + -
    Z wielka przyjemnoscia przegladnalem po raz ktorys Twoje zdjecia. Zawsze jest ciekawie gdy ma sie swoje wlasne doswiadczenia na swiezo :-) Ja sam w Afryce Wschodniej bylem 11 lat temu, ale jak pamietam, to doswiadcznie sa zupelnie inne niz w Poludniowej Afryce. Inne sa krajobrazy, inne warunki, inne zwierzeta i inny sposob obcowania z nimi...

    Tsavo jest znacznie wieksze niz 11000 m2 bo to by oznaczalo ciut ponad ha... Mysle, ze chodzi predzej o hektary, bo kilometry kwadratowe, to byloby z kolei za duzo
  12. (19.08.2011 12:01) +1 + -
    A do tego zdjecia....radosc dla oczu...
  13. (19.08.2011 11:47) +1 + -
    ALE RELACJA! Klaniam sie w PAS!
  14. marinik (30.03.2011 10:42) +2 + -
    Och Michal, Michal. Juz pare razy wracam do tej Twojej opowiesci i marzy mi sie.....
  15. latomania (21.02.2011 22:36) +2 + -
    Zdjęcia są piękne, cudowne kolory... natury. Opis przeczytam sobie na spokojnie innym razem. Faktycznie napracowałeś się z całością:) Pozdrawiam
  16. przedpole (21.02.2011 17:55) +3 + -
    Napracowałeś się,aby to wszystko tak zgrabnie pogrupować.
  17. asta_77 (20.02.2011 19:10) +2 + -
    Hej, znowu coś wrzuciłeś? Chyba muszę zacząć od początku, bo już nie pamiętam, co widziałam ;) A w ogóle się zorientowałam, że nie zaplusowałam całości - cóż za niedopatrzenie! Ja się ciągle nie mogę zebrać, żeby wrzucić nową podróż - tylko się przy okazji pochwalę, że tym razem udała się "wielka piątka" ;)
  18. marinik (08.02.2011 7:53) +2 + -
    Nie ogarniam nie ogarniam. Czy ja dobrze gdzies przeczytalem, ze TA wyprawa w przeliczeniu na zlotowki oscylowala kolo kwoty 10 tys? Rozmarzylem sieeeeee...
  19. (12.01.2011 1:06) +1 + -
    Cześć Aniu. Ja co do tego tropiciela.
    Oj kochana, troche nie doczytalas. Przeciez ja wlasnie wychwalalem ich spostrzegawczosc!!! A spostrzegawczosc to nie tropienie, o którym na współczesnym safari w busie nie ma mowy. Pisałem -,, No i ich sokole oko!!! Prowadzac samochód ciągle czujnie wpatrują sie w okoliczne zarosla i sawanne. Nagle okrzyk: ,, Look, look on your left!!!’’ My rozglądamy sie w lewo, naokoło i nic nie widzimy!! Nagle pojawia sie jakis zwierz wypatrzony przez naszego kierowce. Pozniej zadajemy sobie pytanie, jak on zdolal to wypatrzyc prowadzac samochod. Spostrzegawczość maja wzorowa, to im trzeba przyznać. Moze wlasnie taki rodzaj tropienia maja wszyscy na myśli, wychwalając kierowców w niebo-glosy?! Jeśli o to chodzi, sa naprawde mistrzami w swoim fachu. ''-
    Obalałem tylko mit tropienia, gdyż tropienie to znajomosc zapachów, sladów, zwyczajów zwierzecia itp - nie spostrzegawczość zza szyby prowadzonego samochodu. Tak naprawdę, prowadząc auto, nie są wstanie zapewnić, ze zwierzęta sa tu czy tam. Sam nasz kierowca mówił, ze safari to w 80% szczęście. Raz zwierzęta sa tutaj raz tam. To nie jest ZOO, gdzie wiesz w której jej części siedzi jaki zwierz. Tsavo jest największym parkiem w 'Kenii- nie jest parkiem zamkniętym i zwierzęta się maja gdzie przemieszczać, nie ma wiec żadnej reguły i pewności co do lokalizacji. Poza tym kierowcy maja cibi radio którym się komunikują. Tak wiec jakie to tropicielstwo. Jak jechałem sam w busie na drugim safari, to sobie sam wypatrywałem zwierzęta, on tylko prowadził. To znaczy ze ja tez bylem tropicielem? :) Tak jak można wywnioskować z moich cytowanych słów, także podziwiałem ich spostrzegawczość. Jeszcze raz powtarzam, ze to czy zobaczysz pożądana zwierzynę, czy nie zależy praktycznie tylko od szczęścia, szczególnie w takich ogromnych parkach jak Tsavo.
    Nasz Richard opowiadał, jak niektórzy ludzie spędzają z nim tydzien w Tsavo i nie udaje się im zobaczyć lwów czy gepardów. My zobaczyliśmy je w dwa dni. I to nie dlatego,ze on był z niego taki super tropiciel, ale dlatego ze inny kierowca dal mu znać gdzie są lwy, później gepardy i pojechaliśmy w te miejsca. Kiedy my natchnęliśmy się na cala rodzinę słoni przy wodopoju, tez daliśmy znać innym. O wspomnianej komunikacji miedzy to nimi także pisałem. Także sam kierowca nie przypisywał sobie zasług co do zwierzyny, która żeśmy widzieli. Pamiętam jak jechał zawsze tam, gdzie ostatnio widział jakiegoś zwierzaka, i nigdy go tam nie zastaliśmy. Sam był wtedy markotny. ,,Sorry , we haven't got any luck today-maybe tomorrow-biedny Rysiek się nam zawsze tłumaczył. Jak natknąłem się na pytona, to tez przez czysty przypadek i zwykle szczęście, ze nam wylazł na drogę. Moj kierowca z miejsca dal znać innym kierowca i w piec minut zjechało się nam chyba z sześc. My mieliśmy szczęście a inni szybko poinformowani przez radio mogli cieszyć się nim razem z nami.
    Jeżeli uważasz, ze to, co widzieliście to zasługa waszego kierowcy, lub on sam sobie przypisywał zasługi to pragnę bardzo wyprowadzić cie z błędu. Po chwili zastanowienia sama dojdziesz do tego:). My tez spotykaliśmy busy z innymi ludźmi, którzy malo co widzieli ale nie dlatego, ze ich kierowca byl cienki ale dlatego ze znajdywali sie w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Brakowało im po prostu szczęścia. Jazda w busie po drodze to nie piesze przeczesywanie terenu. Mozna by było jeszcze mówic o jakimkolwiek prawdziwym tropieniu, jakby byla możliwość jezdzenia po sawannie anie tylko po drogach. Wtedy tropiciel moglby wysiasc z auta, isc po sladach, tropic po odchodach itp. Ale jak jedziesz w busie, po wyznaczonych do tego drogach, jak mozesz mówic o tropieniu? Sokole oko-jak najbardziej i oddalem im za to hold. Staralem sie tylko wskazac ze w warunkach wspólczesnego, busowego safari nie mozemy mówic o prawdziwym tropieniu, co najwyzej wlasnie o sposrzegawczosci. Slowo ,,tropienie'' badz ,, tropiciel'' zatem uzywane jest nieodpowienio badz na wyrost.Prawdziwymi znawcami terenu moga byc parkowi Ragersi, którzy maja sposobna poruszania w sie po buszu lub sawannie.
    Szczęściu można oczywiście pomóc rezerwując sobie więcej dni na safari albo jechać do parków gdzie jest ich po prostu więcej. Zobacz jak dużo zwierzaków zobaczyłaś w Tanzanii, aj ak dużo w Kenii. Nawet jak pojechaliście do zamkniętego rezerwatu dla nosorożca to nie zobaczyliście żadnego. Dlaczego? bo nie mieliście szczęścia. Tanzania co do zwierzyny góruje nad Kenia. W Kenii najwiecej zwierząt można zobaczyć w Masai Mara. Dlatego safari to jest najdroższe:) Twoje cudowne ujęcia gepardów z Tanzanii-palce lizać!!! Jesteś niezwykła szczęściara,ze miałaś okazje zrobić takie ujęcia!!! Kierowca ich tam nie ułożył:) W Tsavo takie zdjecia zrobić gepardom to chyba trzeba by było zasadzić sie na nie i łazić za nimi dniami i nocami, albo... mieć cholerne szczęście i znaleźć się właśnie w takim a nie innym momencie, w odpowiednim miejscu. Nawet najlepszy tropiciel by tego nie zaaranżował:) Zaaranżuje ci to wszystko natura a szcz
  20. asta_77 (10.01.2011 18:51) +2 + -
    aaaa, nie zgadzam się z Twoją opinią na temat roli tropiciela - no właśnie cały klucz w ich znajomości terenu i niesamowitej spostrzegawczości - jeśli nie wiedzą, gdzie jechać i na czas nie wypatrzą czegoś, to mimo szczęścia szanse spotkania ciekawego zwierza są mniejsze - mam porównianie, bo z naszego biura jeździły trzy samochody i kierowcy cały czas byli w bliskiej odległości i w kontakcie, ale ludzie z jednego z samochodów zawsze widzieli mniej, bo kierowca -tropiciel był słabszy
    Ja czasem byłam naprawdę w szoku z jak dużej odległości Andrew, prowadząc jednocześnie samochód, potrafił coś wypatrzyć
  21. asta_77 (10.01.2011 18:47) +2 + -
    No to przeczytałam - widzę, że Ty też zachwycony safari - super fajnie opisane przeżycia, ale zdjęcia to sobie rozłożę na raty.
    Selekcja w przypadku Afryki ciężka jest... Sama nacykałam prawie 2000 fotek i zrobić sensowny wybór to cięęęęężka praca ;)
  22. (03.01.2011 11:04) +1 + -
    Hej Zwirz normalniem zaszczycony!!! chyba skusilem cie okrojeniem zdjeciowo do 600:) a tak powaznie to dzieki za spedzony czas . Bede ja caly czas uzupelnial o dodatkowy tekst, bo to moje ulubione dziecko jak dotad:)
  23. zfiesz (03.01.2011 4:25) +2 + -
    ok... zacząłem. przypomnij mi że skończyłem na tsavo (a zdjęcia rozdział wcześniej)

    podoba mi się podejście do robactwa:-)
  24. kuniu_ock (16.11.2010 6:19) +2 + -
    Hejka :)
    Hmmm, dziwna sprawa... wydawało mi się, że plusiłem Twoją Afrykę... zaglądam, patrzę, a tu plus nietknięty...
    Wiedziałem, że mam sklerozę.. ale że aż taką???
    Greets! :)
  25. bartek_sleczka (13.10.2010 9:51) +2 + -
    Michale, przeczytałem, pooglądałem - jestem pod wielkim wrażeniem. Miałeś super wrażenia, drobiazgowo zaplanowane i przeprowadzone. Jeśli kiedyś pojadę w tamte strony, na 100% skorzystam z Twoich podpowiedzi. Z góry dziękuję.
    Mnóstwo świetnych zdjęć. Czasami mam problem aby wybrać te najlepsze :)
    Świetna relacja.
    Pzdr/bARtek
  26. tusiaiwojtek (09.10.2010 23:54) +2 + -
    po wielokroć super, fotki zwierząt świetne, tylko pogratulować i pozazdrościć!
  27. gość (01.10.2010 12:20) +1 + -
    Gratuluje ciekawej podróży i pięknych zdjęć.Pozdrawiam.
  28. lmichorowski (04.09.2010 0:15) +2 + -
    Michale, chapeau bas! Wspaniała wyprawa, wspaniały opis i wspaniałe zdjęcia. Obrazy przypominające niezapomniane pejzaże z "Pożegbnania z Afryką" ("Out of Africa"). Twoja relacja bardzo zachęciła mnie do wpisania Kenii na wysokie miejsce listy zkątków świata, które chciałbym odwiedzić. Jedyny kłopot w tym, że żona woli inne rejony... Pozdrawiam.
  29. kubdu (02.09.2010 22:48) +2 + -
    Urzekające.Oj posiedzę tu troszeczkę.
  30. amused.to.death (01.09.2010 21:30) +2 + -
    I jeszcze chciałabym dodać, jeśli chodzi o tabletki antymalaryczne, że ja i moi znajomi braliśmy te 'inne' tabletki kosztujące grosze - bez żadnych skutków ubocznych. Po prostu trzeba przeczytać wskazania i przeciwwskazania a niewiele osób to robi:)
  31. amused.to.death (01.09.2010 21:26) +2 + -
    Michale, dzięki za zaproszenie do fascynującej lektury:)
    Ja sobie zawsze powtarzam, że na takie safari pojadę jak odłożę więcej pieniędzy i kupię lepszy obiektyw:D chociaż patrząc na Twoje zdjęcia tak sobie myślę: może nie warto czekać?
    Na pewno chciałabym kiedyś zobaczyć Kenię - już kiedyś była rozważana, ale.. Przyznam też, że jeżeli chodzi o zwierzęta to chciałabym zobaczyć inne afrykańskie miejsca.....

    Zdjęcia pooglądam później - faktycznie dużo ich:) - na razie daję plusa z wspaniałą opowieść - super, że tyle nam tu napisałeś.
  32. silka007 (30.08.2010 22:56) +2 + -
    Hakuna matata, na pewno tu wrócę i doczytam. Do tej pory nie brałam Afryki pod uwagę w najbliższych planach podróżniczych. Ale kto wie, po takiej relacji... :))))
  33. pt.janicki (24.08.2010 14:32) +2 + -
    Wspaniałe fotografie! Wspaniały opis! Gratulacje!
  34. (23.08.2010 22:56) +1 + -
    Zapewne piękny masz album ze zdjęciami z tej wyprawy.
  35. gość (23.08.2010 12:21) +2 + -
    Wspaniała relacja i przepiękne zdjęcia :)
  36. kuniu_ock (21.08.2010 7:56) +2 + -
    Uuuhhh... dopiero 76 zdjęć i już nie mam siły... :P bezlitosny jesteś, Michał! :P
  37. na_biegunach (20.08.2010 20:41) +2 + -
    Pięknie!

    Marzą mi się Kenia i Tanzania, ale ciągle coś innego wypada. Może za rok :)
  38. koelka (20.08.2010 10:44) +2 + -
    Piękne zdjęcia i świetna relacja. Tym bardziej mi bliska, gdyż niecałe 4 m-ce temu też byłam w Kenii - też przy Diani Beach i w Tsavo. Wspomnienia ożyły...
  39. kuniu_ock (19.08.2010 22:44) +2 + -
    Melduję, że podróż opanowana, foty jednak - z racji ich mnogości - rozłożę sobie na raty, tak na ok18 miesięcy ;P
    Ale spokojna głowa, spłacam wszystko ;P
    Pozdrawiam i dobrej nocy życzę :)
  40. voyager747 (18.08.2010 22:52) +2 + -
    masz podróż na pierwszej stronie gazety :)
  41. iwonka55h (17.08.2010 21:25) +2 + -
    no, dobrnęłam do końca, piękna podróż i piękne zdjęcia. Dzięki.
  42. siuniek (17.08.2010 14:52) +3 + -
    Niestety nie samą Kenią człowiek żyje... Zaczęłam podziwiać, a do końca - na szczęście daleko :) A ilość zdjęć wcale mnie nie przeraża, doskonale Cię rozumiem. My byliśmy tylko na płw. iberyjskim i mamy ponad 3000 zdjęć.
  43. mapew (16.08.2010 21:43) +3 + -
    Michale dotarlem wlasnie do konca.... Fajnie bylo..... Szkoda, ze to juz koniec zdjec..... Jestem nadal pod wrazeniem fajnych zwierzat i fajnych zdjec. Mam teraz jeszcze jeden punkt do przeczytania. I czekam juz na nastepne teksty... Dziekuje Ci za takie fajne impresje i wrazenia z Czarnego (a moze raczej czerwonego? :-) Ladu.
  44. sagnes80 (16.08.2010 17:57) +3 + -
    Michale jestem pod wrażeniem i podróży i zdjęć. Coś pięknego!
    Dzięki Tobie na trochę przeniosłam się na Czarny Ląd:) wspaniałe kadry, piękna kolorystyka i światło :) pewnie jeszcze będę tu wracać :)
    pozdrawiam serdecznie!
  45. voyager747 (16.08.2010 17:26) +3 + -
    też tak kojarzę, że to sąsiad :)
  46. siuniek (16.08.2010 15:46) +3 + -
    tyle zdjęć, kiedy ja to wszystko obejrzę? Kenia to moje wielkie marzenie, tym bardziej chętnie zagoszczę u Ciebie na dłużej.
  47. gość (15.08.2010 23:09) +1 + -
    No blisko. Wiem, ze jak robilismy spacery po plaży to chyba przechodzilismy obok SPBR. Byl oddalony jakieś 2 km od naszego na prawo
  48. voyager747 (15.08.2010 22:58) +3 + -
    to blisko chyba gdzieś
  49. gość (15.08.2010 22:47) 0 + -
    My mieszkaliśmy w Diani Sea Resort- SPBR braliśmy pod uwagę ale nam coś za drogo wychodził. Najważniejsza była kaska na safari!!!
  50. voyager747 (15.08.2010 22:39) +3 + -
    też mieszkaliśmy przy Diani Beach :) w Southern Palm Beach Resort

chelsea79

Michal
Punkty: 89112