Ładuję...

kolumber.pl


 

Wstęp krótki

         Bylem znowu w hotelu przy plaży, przez biuro podróży z wersja all inclusive. Wiem –nie podróżniczo. Ostrzegam wiec tych co nie lubią pakietowych podróży :), choć ich również zapraszam do poniższej lektury.

Ps. Relacja ta nie jest bynajmniej zamkniętą, gdyż mam tak dużo do opowiedzenia, a brak czasu trochę ogranicza. Będę ją wiec co jakiś czas uzupełniał, dodając nowy tekst, zdjecia itp. Ostatni update 05/09/2012

Zapraszam do częstego podglądania i pozdrawiam

 

Wstęp trochę dłuższy-małe przygotowania i podróż

          Chyba już wszyscy wiedza ze Karaibski raj na co dzień chodzi mi po głowie, i przy planowaniu następnego urlopu zawsze uwzględniać będę ten kierunek świata. Tak naprawdę to po ostatniej wojaży na Antiguę zarzekaliśmy się ze w roku następnym(czyt. bieżącym) nie wybierzemy się nigdzie z zamiarem podreperowania choć trochę budżetu domowego nadszarpniętego spełnianiem podróżniczych marzeń.  Zarzekaliśmy się ze nie stać nas będzie na następną daleka podróż wakacyjna tym bardziej ze chcemy jak najszybciej wracać do Polski, i co zrozumiale trochę grosza by się w tym celu przydało. Lecz zarówno ja, jak i moja druga polowa nie należymy do tych co oszczędzać potrafią. Zawsze powtarzamy sobie, ze żyje się tylko raz i powinniśmy jak najbardziej wykorzystywać każdą minute naszego życia, dążąc do spełniania marzeń. Od kiedy złapaliśmy podróżniczego bakcyla , każdy rok pracujemy z myślą o następnych wakacjach. Pozwala nam przetrwać najgorsze momenty, wiedząc ze czeka nas nas następny etap naszej nieprzerwanej wakacyjnej przygody, wyrwany całkowicie z naszej szarej konsumpcyjnej codzienności. Cos czego zapewne  nie zapomnimy do końca życia, wspomnienia których nam nikt nie zabierze. Ta myśl o następnej bajecznej przygodzie dodaje nam mocy i napełnia motywacja aby brnąć dalej nie bacząc na napotykane problemy i przeciwności losu. Jest to nieopisanie cudowne uczucie, którego zapewne większość z was doświadcza.

          Tym samym wiec, moja pasja znowu wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem i z końcem roku zaczęliśmy się rozglądać za kolejnym miejscem na ziemi które mogło by stać się celem naszej następnej przygody. W pierwszym momencie St Lucia, jedna z najpiękniejszych wysp karaibskich zajmowała pierwsze miejsce na liście potencjalnych destynacji naszej następnej podróży. Lecz po początkowej kalkulacji kosztów zestawionych z naszymi możliwościami finansowymi, musieliśmy zrezygnować. Ponadto, choć tak bardzo zakochani w Karaibach, postanowiliśmy jednak zwrócić nasza uwagę na inna cześć świata. Ja postanowiłem przede wszystkim poszukać miejsca, które stanie się dla mnie wyzwaniem pod względem fotograficznym, a biorąc pod uwagę moja druga połówkę, która uwielbia wylegiwać się na plaży, musiałem poszukać okolicy pozwalającej upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Rozważaliśmy Sri Lanke, Indie, Tajlandię, ponownie Malediwy. No i pojawiła się Kenia. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek był zauroczony kontynentem afrykańskim tak bardzo, jak jestem teraz, choć jako dziecko zaczytywałem się w powieściach Alfreda Szklarskiego o przygodach Tomka Wilmowskiego, a cześć opiewająca jego przygody w Afryce ,, Tomek na Czarnym Ladzie’’ stanowiła moja ulubiona lekturę. Uwielbiałem także jak pewnie każdy, programy przyrodnicze  o afrykańskiej florze i faunie, pokazujące walkę o przetrwanie na afrykańskich sawannach. Zawsze jednak uznawałem podróż do Afryki za niedoścignione marzenie, za podróż wręcz surrealistyczna. Tak jak i na Karaiby, nie było mnie wtedy na nią stać. A kiedy w końcu zwiększyły się moje możliwości finansowe,  Afryka jakoś przegrywała z Karaibami-choć paradoksalnie cale życie powtarzałem sobie, ze doświadczenie samego safari traktowałbym za swoje podróżnicze spełnienie.

          Tak wiec, będąc już dwa razy na Karaibach, pragnąc rozszerzyć nieco podróżnicze horyzonty, z początkiem 2010 roku postawiliśmy na Kenie, która wydawała się wręcz idealna na nasza następna podróż , gdzie pogodzenie boskiej plaży i bogatej tematyki dla mej amatorszczyzny fotograficznej stawała się faktem. Poza tym możliwość doświadczenia safari była dla mnie argumentem nie do pobicia. Finansowo także wszystko wydawało się realne.

          Na miejsce naszego pobytu wybraliśmy Dianii Beach, najbardziej popularny turystycznie cześć kenijskiego wybrzeża. Położony wzdłuż przepięknej biało piaszczystej plaży, oblewanej wodami Oceanu Indyjskiego, przyciąga co roku tysiące amatorów snorklingu, Kite surfingu oraz wędkarstwa morskiego, pragnących powalczyć z dorado albo czarnym marlinem. Resort łączy się z maleńką miejscowością Ukunda i leży na południe, 30 km od Mombasy. Dlaczego często można spotkać się  z określeniem Diani Beach - Mombasa. Hotel który wybraliśmy nazywał się Diani Sea Resort. Choć nie oferował wysokiego standardu, ale przeczytawszy mnóstwo recenzji na jego temat, z których znaczna większość była bardzo pozytywna, postanowiliśmy wybrać go jako miejsce naszego pobytu. Był także atrakcyjny pod względem finansowym, co także stanowiło dla nas ważny czynnik przy wyborze lokalizacji.

          Przygotowania, jeżeli tak to mogę nazwać zaczęliśmy zaraz na początku lutego. Wybraliśmy się do naszego lekarza po poradę co do wyboru odpowiednich szczepionek itp. Po zaszczepieniu się przed wyprawa na Antigue na zapalenia wątroby typu A, poradzono nam zaszczepić się jeszcze raz przeciwko żółtaczce, co przedłużało ochronę naszych organizmów na kolejne 20-25 lat. Oprócz tego zaszczepiliśmy się przeciwko tyfusowi brzusznemu i żółtej febrze. Ta ostatnia szczepionka okazała się płatną- 50 funtów od osoby. Resztę wszystko za totalna darmochę. Poza tym trzeba zakupić tabletki przeciwko malarii. Poradzono nam aby nabyć Malaron-drogi ale mający najmniej efektów ubocznych. Zapłaciliśmy 115 funtów za 48 tabletek. Trzeba je brać dwa dni przed wylotem, codziennie podczas pobytu i tydzien po powrocie po jednej tabletce. Jeżeli chodzi o inne tabletki, nie polecałbym , gdyż widziałem ludzi, którzy poskąpili  sobie na tabletki, kupili jakiś tanie odpowiedniki i mieli wakacje z głowy, leżąc w łózkach przezywając dziwaczne halucynacje. Poza tym zakupiliśmy dużo repelenta przeciwko wszelkiego rodzaju robactwu i dużo filtrów przeciwsłonecznych. Ja dla siebie zakupiłem z filtrem 50, gdyż słońce w tropikach jest tak mocne, ze nawet jak nie leżysz plackiem na plaży można się niezłego poparzenia się nabawić szczególnie jak się jest różową świnka jak ja!

          Postanowiliśmy także zakupić miejscowa walutę-szylingi kenijskie. Poradzono nam ze jeżeli chodzi o np. dawanie napiwków,wskazane było by robić to w lokalnej walucie, gdyż Kenijczycy, w miejscach, w których się zaopatrują mogą płacić tylko lokalna waluta. Kurs to około 115 szylingów do funta brytyjskiego. Poza tym wzięliśmy ze sobą funty aby zapłacić za safari i trochę dolarów. W rejonach typowo turystycznych takich jak Diani Deach, Bamburi Beach, Malindi, Mombasa szeroko akceptowane jest także Euro.

          No właśnie-safari.  Dla mnie temat rzeka. Ktoś może znowu mi zarzucić, ze się mądrze po jednej afrykańskiej wyprawie, ale trochę wiedzy na  ten temat udało mi się nabyć. Zacząłem poszukiwania za odpowiednia firma, która mogla by nam zorganizować safari na długo przed zabukowaniem hotelu. Zawezylem sobie pole manewru recenzjami z Trip Advisora, w których wyczytałem o najbardziej rekomendowanych firmach w rejonie Dianii. Warto jest poserfować i popatrzyć za cenami, gdyż te różnią się bardzo, w zależności od operatora.

          Po wyslaniu kilkunastu maili i otrzymaniu kilku ofert, zdecydowaliśmy się pójść za propozycja agencji WT Safari, z która zarezerwowaliśmy trzydniowa wycieczkę do Tsavo East i Ambsoseli, po jednej nocy w każdym z parków, w pięciogwiazdkowych lodgach. Po zasięgnięciu opinii i poradzie w/w kenijskiego operatora upatrzyliśmy sobie dwie pasujące nam lodges-w parku Tsavo była to Voi Wildlife Lodge, w Amboseli Sentrim Camp. Po zobaczeniu zdjęć i przeczytaniu recenzji na ich temat na wymienionym wcześniej Trip Advisor, postanowiliśmy, ze właśnie z ich usług skorzystamy podczas pobytu na safari. Podobno mialy one zagwarantowac nam niezapomniana lokalizcje i dobra jakosc jedzenia. Cena jaka wynegocjowaliśmy to £580 w busie tylko dla siebie. Na temat samego safari usłyszycie więcej i w większych detalach w następnych etapach mej podróży.

Krótka o podróży wzmianka

          Nadszedł wreszcie długo oczekiwany dzień-14 czerwca, kiedy to mieliśmy wylatywać nocnym lotem do Mombasy. Jak zwykle mojej zonie udzieliła się przedlotowa nerwówka. Spakowani już kilka dni wcześniej dojechaliśmy na Gatwick trzy godziny przed wylotem. Check in krótki i przyjemny, miejsca w samolocie kolo siebie. Po cichu liczymy ze samolot nie będzie pełny  i  będziemy mieli  więcej miejsca na leżenie. Schodzimy na ziemie zaraz po wejściu do loży odlotów, zawalonej ludźmi co nie miara.Po wejściu do samolotu, lokalizujemy nasze miejsca- w środkowym rzędzie na wysokości skrzydeł. Nie za fajnie biorąc po uwagę odległości które trzeba było pokonywać do toalety. No i w naszym rzędzie siedzi pani, raczej bardzo dziwna-taka sobie kaczka dziwaczka. Jak się później okazało moje początkowe określenie dziwna materializowało się przez cały lot. Wierciła się szeleściła, gadała do siebie, o wszystko miała pretensje do obsługi. Poza tym była tak pobudzona jak by kolumbijskiej spróbowała!!!

          Lot straszny-turbulencje non stop. Moja żonka blada jak ściana ja nie mogę zmrużyć oka choćby na chwile. Tzw entertainment, czyli filmy nie za ciekawy tym bardziej ze ekrany nie były tym razem zamocowane przy oparciu bądź w nagłówku przed, ale zwisały z sufitu co  kilka metrów. Ja, jako główny ślepiec  Rzeczpospolitej, mając ten mały kilku calowy ekran kilka metrów od siebie oczywiście nic nie widziałem.

          O 9.30 rano lądujemy w Mombasie. Juz przy pierwszym wejściu do ubikacji pojawia się znany klimat- zebranie o kaskę. Zrobiłem swoje, podchodzę do umywalki a tu miejscowy jegomość odkręca mi kurek, podaje papierowy ręcznik i się cieszy. Ja mu mówię ,,dziękuję'' a ten mi od razu wyskakuje żebym mu zapłacił. Nikt mu nie kazał robić tego wszystkiego co robił, poza tym to jest jego praca. Odprawa na lotnisku to istny koszmar z niemiłymi paniami w okienkach. ,, Paszport, pieniądze i następny. Jak w naszym Misiu. Pieniądze to za wizę turystyczna, która kosztowała nas 25 USD za osobę. Można ja załatwić przed wylotem w wyznaczonych do tego miejscach, ale powiem wam, ze jak sprawdzałem, za dużo było papierkowej biurokracji. Postanowiliśmy wiec-jak zresztą później się okazało- jak większość naszej samolotowej ekipy, ze wizę nabędziemy na lotnisku.

          Po wyjściu z lotniska musieliśmy znaleźć stanowisko biura podróżny, gdzie skierowano nas do odpowiedniego pojazdu. Busik klimatyczny, iście afrykański z naszymi bagażami pookładanymi na dachu. Pan co okładał bagaże jeszcze nie zdążyć zejść z busa na ziemie a kierowca już nam nie omieszkał wspomnieć, ze powinniśmy mu coś dać. No i daliśmy, choć znowu z niesmakiem. Powiem ze chyba tylko my nagrodziliśmy go napiwkiem, gdyż inni  turyści zniesmaczyli się chyba jeszcze bardziej niż my, tym bezczelnym  nagabywaniem o dolary.

          Droga do Ukundy( największe miasteczko w okolicach Diani Beach) będzie prowadzić miedzy innymi przez centrum Mombasy, potem trzeba przeprawić się promem, aby dostać się do miasteczka Likoni i potem na południowe wybrzeże Mombasy do resortu Diani Beach. Samo miasto położone jest bowiem na wyspie-Mombasa Island, która udzielona jest od lądu poprzez dwa przesmyki wodne-Tudor Creek i Kilingini Harbour. Ten drugi stanowi port Mombasy, będąc naturalnie przesmykiem bardzo głębokim, nadając się dzięki temu  idealnie na port. Z lądem miasto łączy się od północy poprzez most Nyali Bridge i na południu właśnie przez przeprawę promowa zwana Likoni Ferry, z której korzystaliśmy za każdym razem, jadąc przez Mombasę.

           W autokarze wita nas przewodniczka, anonsując, ze podróż do hotelu powinna potrwać około 1,5  godziny, oczywiście  wszystko zależne od sytuacji na drogach, szczególnie w Mombasie.  Po kilku minutach wyczajamy polsko wyglądające twarze, nawiązując z nimi od razu konwersacje. Na pierwszy ogień wymieniamy się standardowym zestawem informacji, pojawiającym się za każdym razem przy ,, poznawaniu się’’ oraz dzielimy się wrażeniami z podróży. Rozmowa trochę urywa się, w momencie wyjeżdżania z lotniska i wjazdu do miasta Mombasa.

          Tutaj pozwolę sobie zatrzymać na chwilkę, aby podzielić się z wami wrażeniami z mojego kontaktu z tym miastem. Choć to początek mej relacji, chce już teraz wysmarować kilka słów dotyczących naszego odbioru drugiego co do wielkoci miatsa Keni. Choć nigdy nie ukrywałem, że jade do Kenii przede wszystkim z pryiorytetem zrobienia safari, przed wyjazdem nastawiałem się pozytywnie na zwiedzanie Mombasy. Mimo przeczytania mnóstwa recenzji, obejrzeniu setki zdjęć, które nie za bardzo zachęcały do odwiedzin, starałem się nie dopuszczać do siebie negatywnych myśli, które mogłyby choć trochę wypatrzyć opinie na jego temat, jeszcze przed samym wyjazdem. Chciałem zobaczyć to na własne oczy, i wystawić opinie ze względu na swoje odczucia. Zaplanowaliśmy nawet, że wybierzemy się do Mombasy na cały dzień w drugim tygodniu naszego pobytu.

          Mombasa była pierwszym miejscem jakie dane nam było zobaczyć na afrykańskiej ziemi, i tak naprawdę eye opener’em co do tamtejszej rzeczywistości. Praktycznie od razu wjechaliśmy do tzw. centrum, czyli do najbardziej cywilizowanej części Mombasy, ukladanki wielkich betonowo-oszklonych budowli-siedzib banków, międzynarodowych korporacji, rządowej administracji i bogatych domów. Niby nowocześnie i cywilizowanie ale i biednie, nędznie, szaro, brudno. Domu miejscowych krezusów wszystkie z okratowanymi oknami i drzwiami oraz z betonowym płotem, zwieńczonym drutem kolczastym pod prądem. Ludzie ogólnie smutni, jedni w pospiechu, drudzy zabijają się bezczynnością i nuda. Miasto jak na razie wywiera wrażenie bezbarwnego. Ale przecież jesteśmy w jednym z najbiedniejszych regionów świata, tak wiec nie ma co się spodziewać powalenia na kolana przez otaczające nas widoki.

          Poza centrum przejeżdżamy jeszcze przez dzielnice targowa, bo chyba tak można nazwać ulice otoczone z dwóch stron straganami serwującymi wszystko i nic. To miejsce zrobilo na nas najwieksze wrazenie. Choc nie pisze, ze zauroczylem sie jego klimatem, ale pelne róznorodnosci i pomyslowosci codzinnie zyjacych w jego obrebie ludzi, zapadlo nam najbardziej w pamieci. Rzeczy, których byśmy pewnie nigdy nie zdecydowali się wstawić na sprzedaż w cywilizowanym świecie, ze względu na brak jakiejkolwiek wartości, tutaj staja się pożądanym towarem. Cóż, co kraj to obyczaj. Części z rożnego typu jednostek mechanicznych, pewnie większość z samochodów, większość pordzewialych. U nas zapewne nie znalazłyby już zastosowania. Tutaj z braku laku jest na nie popyt. Wszystko to wmieszane w stragany z warzywami i owocami, gdzie przeważają pomidory i banany. Poza tym stragany gastronomiczne serwujące w większości gotowana kukurydze oraz te nieśmiertelne, z ubraniami. Wszystko to w klimacie dosłownie Czarnego Lądu - osadzone wzdłuż czarnej dziurawej drogi, czarnej wody w kałużach i oraz czarnej ziemi także pełnej błotnych wgłębieńo wymieszane z kolorystyka straganów i strojów lokalnie ubranych kobiet. Wszechobecne śmieci staja się jakże wielkim przedmiotem zainteresowania paradujących wokoło bezpańsko kóz, wyżerających z nich co się da, popijając wszystko błotną, czarna jak smoła woda.  Do tego mieszanka ludzi, tych biednych i bogatszych, bosych stóp i ubranych elegancko w zachodnim stylu. Tych spieszących się, nudzacych sie, sprzedających, kupujących - wszystko wygląda jak jeden wielki kocioł. Ludzie krzyczą, machają rekami, jakby kłócąc się, potęgując tym samym wrażenie chaosu. Sama droga zakorkowana mini-busami oraz motorkami. Busy, z założenia na osiem-dziesięć osób, w praktyce zabierające około dwa razy tyle. Niektórzy pasażerowie, nie mieszcząc się w nich do końca, zadowalają się tylko miejscem na stopy, po czym zwisają całym tułowiem poza samochód podtrzymując się jedna z rak, tak, aby nie wypaść. Motorki podobnie zabierają więcej pasażerów, niż powinny-to samo tyczy się rowerów. Widzieliśmy nie raz trzech osobników podróżujących na rowerze-jeden siedzi standardowo, drugi na ramie a trzeci z tylu. Poza tym często można spotkać ludzi ciągnących za sobą dwukołowe przyczepki samochodowe, wypełnione poza swe brzegi, takze korzystające z drogi. Pomyslowosc miejscowych nie zna wiec granic - dla chcącego nic trudnego a konieczność podobno jest matka wszystkich wynalazków. Ludzie wyprzedzają się i omijają w totalnie niebezpiecznych warunkach,  z pieszymi i kozami dookoła, wmieszanymi w ruch z kilkoma rzędami różnego rodzaju pojazdów na wąskiej drodze. Wszystko jednak bieglo swoim rytmem. Kosmos nie do opisania. Byliśmy w takim szoku, że nawet nie robiliśmy zdjęć.

          Choć bardzo chciałbym napisać coś wiecej pozytywnego o Mombasie, niemniej jednak rzeczywistość jaką tam zastaliśmy nie przemówiła do nas choćby przez chwile. Otwarcie oczu tak naprawdę, jak żyją tam ludzie, i tym samym docenienie tego, co mamy sami, to chyba jedyny pozytyw tego, że otarliśmy się o jej klimat. Ktoś może się od razu zapytać, czego się tak naprawdę spodziewałem jadąc do Afryki wschodniej, gdzie rzeczywistość jest taką jaką jest. Oczywiście musiałbym bym się z tym stwierdzeniem zgodzić. Nie można przecież jechać w te cześć świata i oczekiwać poukładanego cywilizacją i nowoczesnoscia stanu rzeczy. Choć przed wyjazdem byla to dla mnie rzeczywistosc intrygująca- choć biedna i primitywna, ale iście wschodnioafrykańska - prawdziwa, autentyczna-tak charakterystyczna dla tej części kontynentu, stanowiąca o jego odrębności-po kilku przejazdach przez to miasto czułem, że to jednak nie bedzie moja bajka. Nie chcę wyjść tutaj na ignoranta, szczególnie w oczach milosników takiego klimatu, ale widocznie nie jest on dla mnie stworzony. Nie bede go więc gloryfikowac tylko dlatego, że jest autentycznym dla swego rodzaju. Zakocham sie pózniej w afrykanskich krajobrazach i safarii, ale tez rozczaruje sie troszeczke ludzmi oraz zniechece klimatem miast i miasteczek.

          Nie nastawiając sie na oczarowanie Mombasa, chciałem jednak doświadczyć jej rzeczywistosci na żywo. Z drugiej strony naprawdę nie wiedzialem, że Mombasa zrobi na nas aż tak negatywne wrażenie.  Za każdym razem kiedy przejeżdżaliśmy przez miasto - a zrobiliśmy to chyba ze sześć razy, czasami jadąc przez nia dwie godziny, przejeżdżając przez rózne jego dzielnice - ani razu nie miałem ochoty zatrzymać się i wyjść z samochodu. Nic mnie nie zaciekawiło, nic w żaden sposób nie zachęcało do jego wnikliwej eksploracji.  Kiedy pytaliśmy miejscowych operatorów o atrakcje miasta wymieniali praktycznie tylko Fort Jesus. Tak wiec chyba szkoda było czasu i pieniędzy. Owszem, Mombasa jest kolorowa, pelna kontrastu i wymieszana etnicznie, ale takze pelna chaosu, brudu i poczucia niepewności, które wystarczyło nam, że doświadczaliśmy zza okien naszych samochodów. I choc nie zwiedzilem miasta doglebnie, a moja opinia jest oparta na jego powierzchownej eksploracji, niemniej jednak twierdze, że mieliśmy czas, aby naoglądać się wystarczająco, aby wypracować sobie osobista opinię. Odnieslimy niestety niezbyt pozytywne wrażenie, skłaniajce nas tym samym do porzucenia wstępnych planów całodniowego zwiedzania miasta.

          Jak już wcześniej wspominałem, cala droga do hotelu otworzyła nam naprawdę oczy na to jak wygląda i będzie wyglądać Afryka, na wszechobecna biedę i prymitywizm-nawet w Mombasie, największym mieście Kenii. Choć ogląda się to często w telewizji , efekt na żywo jest jeszcze bardziej do Ciebie docierający. Cale miasto zakorkowane przede wszystkim przez mini busy, które stanowią główny środek transportu dla obywateli, przypomina jak najbardziej ul pszczeli. Przepisy drogowe pewnie obowiązują, ale i tak ich nikt nie przestrzega a wyprzedzanie na tzw trzeciego to chleb powszedni. Przechodnie także nie zwracają uwagi na to, co się dzieje dookoła, przechodząc przez drogę jak im się podoba. Sytuacje utrudniają tuk-tuki i riksze, których także na pęczki w każdym zakątku Mombasy.

          Jak wyjechaliśmy z City Mombasa i wjechaliśmy na lad, było oczywiście jeszcze gorzej- jakby zatrzymał się czas. Przysłowiowe lepianki , szałasy z drewna itp.- jak na National Geographic. W pewnym momencie jednak, krajobraz ten zaczął się zmieniać na bardziej cywilizowany, co oznaczało, ze zbliżamy się do ,, resortowego’’wybrzeża...

 

           W relacji oprócz zdjęć pozwoliłem sobie zaprezentować klipy wideo, dotyczące Afryki i Kenii-wybrzeża, safari i poszczególnych zwierząt. Wobec braku własnych, wszystkie filmiki załączone poniżej, ma się zrozumieć dzięki uprzejmości nieśmiertelnego You Tube.

         Milego oglądania

        

...
  • Małpa pozująca
  • Kosz juz wywrócony
  • Na zawsze czujni
  • Koty afrykanskie
  • I ta sama
  • Krab co zabłądził
  • Kolubus
  • Pozerka
  • Błękitne jajeczka
  • Malpka
  • Ze zdobyczą swa
  • Wiewióra afrykanska
  • Wiewióra afrykanska

Piasek, turkusowa woda i nie do wytrzymania beach boy'si:) A jednak tak miło sie to ogląda:)

ps. BB to panowie, którzy zaczepiają cię na każdym kroku na plaży, aby wyciągnąć jakiegoś dolara od Ciebie... nie da się tam po prostu wylegiwać spokojnie jak na normalnych wakacjach

  • Ich troje
  • Ich troje
  • Palmy w rzedzie stoja
  • Klasyka rybacka
  • Biedne wielblady...
  • Szuka ....
  • Rozmowa
  • Zapatrzeni .... niby ze w siebie?
  • Smutny jakiś
  • A ten drugi narzeka
  • Ananas niejadalny
  • Zaparkowany 2
  • JAki on byl slodki!!!
  • Rybacy niezaangażowani
  • A na horyzoncie ulewa...
  • W dużym deszczu
  • Przy wschodzie
  • A tu wschód bez rybaków
  • A tu troche po karaibsku..
  • Rowerem po plazy
  • Porannie
  • Taki sobie krab
  • O brzasku
  • Chmury i jasnosc zarazem
  • Nawet ladnie
  • Słońce wschodzi na wschodzie i odbija się na wodzie
  • Załamani?
  • Naprawdę sprawny jegomość
  • Strumień pod łodzią
  • Rzezbiarz piaskowy
  • Wschody i odbicia
  • Poranne kolarstwo
  • Pogon za piłką
  • Akrobaci
  • Akrobaci
  • Akrobaci
  • Plyniemy na Marlina
  • Wyspa Robinsona
  • Przyszedl czas na poranny trening
  • Pompki
  • Ach ci rowerzysci
  • Salon masażu

          Tsavo East jest  jednym z największych parków  narodowych w Kenii, zajmując obszar, w zależności od źródeł od 11000 do 13000 metrów kwadratowych, zajmując około 40% obszarów wszystkich parków narodowych Kenii. W 1948 Park Narodowy Tsavo został podzielony ze wzgledów administracyjnych na Tsavo Wschodnie i Zachodnie, ułatwiony przede wszystkim autostrada i linia kolejowa na trasie Mombasa-Nairobi, które biegną równolegle do siebie i przecinają park na dwie części.

          Nazwa pochodzi od rzeki Tsavo która płynie przez park od zachodu na wschód, granicząc z Parkiem Narodowym Chyulu Hills i z rezerwatem Mkomazi w  Tanzanii. Rzeka Tsavo i Athi łączą się w pewnym momencie tworzącna rzekę Galana ( czasami zwana Sabaki).

          Do Parku można wjechać trzema głównymi brami: od strony Mombasy brama Bachuma, Manyani od strony miasteczka Voi i Sala od strony Malindi.  Jest on akredytowany jako jeden z czołowych światowych bastionów pod względem różnorodności ekosystemów, począwszy od zakrzewionych stepów i otwartych równin przechodzących w sawanny, półsuche krzewy akacjowe oraz tereny leśne. Zielone pasy przecinają park w miejscu gdzie brzegi rzeki są porośnięte bujną roślinnością. Na północ od Galany napotykamy na prawdziwe tereny pustynne. Choć bliskość do wybrzeża i niesamowita sceneria, powoduje ze Tsavo jest stało się bardzo popularne wśród turystów, ustępuje jednak sławą parkowi Amboseli czy Masai Mara.

          W Parku natkniemy się na specyficzne tylko dla Tsavo zjawiska geologiczne,  w szczególności skały Mudanda ( długość 1.6 km) i Płaskowyż Yatta (ciągnący się przez 290 km, biegnący wzdłuż zachodniej granicy parku), które są największymi na świecie zastygłymi potokami lawy. Niezwykły wodospad Luggarda jest znany ze swych skał specyficznie uformowanych przez wodę. Dzieki w/w atrakcyjności terenów połączonych z ogromna ilością afrykańskiej zwierzyny i ptactwa Tsavo East przyciąga rzesze foto-turystów z całego świata.

Safari 

          Choć nie udało nam się zobaczyć slynnej wielkiej piątki w całości ( woli wyjaśnienia na wielka piątkę składają się lew, bawół afrykański, nosorożec, lampart i słoń afrykański) zobaczyliśmy z jej grona bardzo dużo słoni jedna lwia rodzinę. Poza tym antylopy, gazele, stada zebr, żyrafy oraz  ptactwo najczęściej wpadały nam przed obiektywy. No i te wspaniale krajobrazy, iście wyrwane z filmów dokumentalnych traktujących o afrykańskiej florze i faunie.

          Safari pozostawilo we mnie niestety malutki niedosyt. Rozczarowany bylem zobaczeniem tylko jednego hipcia i to jeszcze z bardzo daleka a gdyby nie obiektyw 70-300, pewnie nie zobaczylbym go w ogole. Kiedy wybieralismy sie na safari postanowilem sobie za cel zobaczenie hipopotamów z bliska, lecz z miesjca dowiedzielismy sie jednak, ze, aby zobaczyć ich więcej, musielibysmy udac się w miejsce zwane Aruba Dam, niestety oddalone od naszej lodge ok 60 km, co w przypadku parkowych dróg byłoby ok 3 godzina jazda bez trzymanki, bez zatrzymywania się na sesje zdjeciowe. Przy dwóch dniach przeznaczonych na Tsavo, musieliśmy niestety z tego zrezygnować, przez co niestety zaprzepaściliśmy także szanse na zobaczenie krokodyli. Nie zobaczylismy nosorozca, który podobno jest prawdziwem rarytasem do ujrzenia w Tsavo East. Lampart takze nie uraczyl nas swoja obecnoscia. Obydwa gatunki sa bowiem niestety rzadkoscia we wschodniej czesci Parku. Prawdopodobienstwo wzrasta, kiedy wybierzemy sie do Tsavo West. Nie widzielismy  takze hien, likaonów a gepard, choc uchwycony na zdjeciach pojawil sie na krótko, uciekajac poza zasieg naszych obiektywów.

          Lecz, cóz nie mozna miec wszystkiego naraz. I tak zdolalismy zobaczyc wiele i doswiadczych niezapomnianych wrazen. Wrazen, które jak do tej pory nie usnely,  tlac sie stale w naszych glowach, przenoszac  nas ponownie co jakis czas na afrykanskie sawanny. Przezywamy te przygode od tamtej pory nie mogac pogodzic sie z mysla, ze juz nas tam nie ma.

          Piszac o safari, nie sposób nie wspomniec o kierowcy twego busa, który jest kluczowa postacia podczas podrózy. Nie tylko prowadzi samochód, ale takze umila ci czas ciekawymi opowiesciami oraz jak w naszym przypadku, jest wysmienitym przewodnikiem, jest chodzaca, raczej jezdzaca encyklopedia na temat Afryki- jej flory i fauny, miejscowego stylu zycia i obyczajów, bezpieczenstwa itp. Troszke przerysowana jest dla mnie jego rola, wytrawnego tropiciela zwierzyny. W  parkach narodowych takich jak Tsavo czy Amboseli, gdzie podrózuje sie w busach po wyznaczonych do tego drogach, trudno bowiem jest powiedziec o zastosowaniu jakichkolwiek tradycyjnych umiejętności tropicielskich. Jak planowalismy nasze safari jeszcze w domu, i czytalismy mnóstwo recenzji dotyczacych poszczególnych firm orgaznizujacych te impreze, niektórzy recenzenci rozplywali sie komplementujac właśnie tropicielskie umiejetnosci ich kierowców oraz przewodników. Nie chce umniejszac ich wiedzy na temat parków narodowych badz zwierzyny, ani spostrzegawczości, ale tak na prawde to, jaka faune zobaczymy i w jakich ilosciach, zalezy od naszego szczescia. Tak wiec sa bardziej wytrawnymi przwodnikami niz tropicielami. Poza tym kierowcy maja bardzo dobrze rozwinieta siec komunikacji miedzy soba w postaci cibi radia. Kiedy tylko jeden wypatrzy pozadana zwierzyne, szczególnie koty, które zawsze stanowia najwieksza atrakcje, natychmiast powiadamia innych uczestników przez radio, dajac orzy tym szanse ujrzenia upragnionego lwa, lamparta czy geparda innym spragnionym tego widoku turystom. Nie ma w nich nic z zazdrosci czy zawisci, dziela sie zes oba informacjami na temat lokalizacji zwierzyny na biezaco, dostarczajac cudownych wrazen jak najwiekszej grupie safariowiczów. Choc pochodza z róznych, konkurujacych ze soba firm, na samych game’ach nie widac miedzy nimi zadnej animozji czy tez przyslowiowego wyscigu szczurów. No i ich sokole oko!!! Prowadzac samochód ciagle czyjnie wpatruja sie w okoliczne zarosla i sawanne. Nagle okrzyk: ,, Look, look on your left!!!’’ My rozgladamy sie w lewo, naokolo i nic nie widzimy!! Nagle pojawia sie jakis zwierz wypatrzony przez naszego kierowce. Pozniej zadajemy sobie pytanie, jak on zdolal to wypatrzyc prowadzac samochod. Spostrzegawczosc maja wzorowa, to im trzeba przyznac. Moze wlasnie taki rodzaj tropienia maja wszyscy na mysli, wychwalajac kierowców w nieboglosy?!  Jesli o to chodzi, sa naprawde mistrzami w swoim fachu.

 Powiem wam szczerze, ze abym mogl sie poczuc w pełni usatysfakcjonowany,  musiałbym tam pewnie spędzić tydzien a może i dwa!!! Park jest ogromny, przez co zwierzyna ma się gdzie przemieszczać. Poza tym dwa dni to tak naprawdę może z 8-10 godzin w samym parku. W dwudniowe safari wlicza się przecież juz podróż, która trwa do 4 godzin z kenijskiego wybrzeza. W zależności o firmy, z która jedziesz, z hotelu wyjeżdża się w godzinach  5 -7 rano. Przy bramie wjazdowej jestescie, jak wspomniałem około 9-tej i zaczynacie swego game’a, który trwa do lanczu. Po około dwu i pól godzinnej przerwie ruszacie na następny game do 6.30 wieczorem, kiedy to park jest zamykany. Na dzień następny śniadanie o piątej bądź szóstej, wymeldowujecie się z lodge i ruszacie z reguły na ostatni game przy safari dwudniowym. Z parku wyjeżdżacie równe 24 godziny po wjeździe dzień wcześniej, czyli w cytowanym przypadku ok 9-tej, gdyż karty wstępu są ważne tylko na dobę. I ot tyle z dwudniowego safari. Poza tym, w drugim dniu, wyjezdzalismy na jedna noc do Amboseli a sama podróz zajmuje następne 4-5 godzin z Tsavo.Dlatego czasami lepiek jest rezerwowac safari w jednym parku, gdyz oszczedzamy wtedy czas na przemieszczanie sie miedzy nimi, który mozemy wykorzystac na kolejnego game',

Firma, która organizowala nam safari,  zarezerwowane zreszta jeszcze w UK, to WT Safaris-tel.nr: +254 202354383; komórka +254 734540221; E-mail: info@wtsafariskenia.com; website: www.wtsafaris.com.

  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie
  • Boskie Tsavo Wschodnie

          Kiedy jeszcze w domu bukowalismy dwudniowe safari w Tsavo, postanowiliśmy spedzic nasz nocleg, mieszkając w jednej z najlepszych tzw. ,,lodges’’-tak przynajmniej ja reklamowano- Voi Wildlife Lodge, którą nie zawiedliśmy się choćby przez chwile. Królewskie-serwis oraz jedzenie i przede wszystkim cudowna lokalizacja, czynią z tej lodge idealne miejsce na odpoczynek po męczącym safari. Dwa baseny oraz siłownia czekają na tych, którzy pragną bardziej aktywnej formy relaksu. Miejscowe Spa oferuje zestaw masaży i innych podobnie relaksujących zabiegów. Dla spragnionych chillout-u przy drinku, lodge oferuje bardzo dobrze wyposażony bar oraz bardzo profesjonalna obsługę, umilającą czas ciekawymi opowieściami o Afryce i safari. My wybraliśmy najbardziej nam pasujące leżakowanie z kenijskim piwkiem w reku, delektując się przepiękną sceneria otaczającej nas afrykańskiej rzeczywistości. Przed nami mieliśmy bowiem naturalny wodopój, przy którym zazwyczaj tłumnie gromadzi się dzika zwierzyna. Wszystko to można obserwować z balkonu swojego pokoju bądź ze specjalnie do tego stworzonego tarasu widokowego, wyposażonego w wygodne wiklinowe sofy.

          Lodge oferuje akomodacje dla 300 osób, od pokojów podstawowych do luksusowych. Wszystkie pokoje wyposażone sa w obszerna łazienkę,podwójne łóżko, w tym pokoje luksusowe także dodatkowo w  jeszcze jedno podwójne łóżko oraz w balkony z widokiem na wymieniona wcześniej przepiękna afrykańską sawannę. Cały obiekt udekorowany jest w iście lokalnym stylu. Na jego terenie znajduje się także tzw,, tented camp’’, czyli efektowny układ namiotów, wyposażonych we wszystkie niezbędne wygody takie jak dobrze wyposażona łazienka,  wygodne podwójne łóżko oraz wypasiona toaletka. Płacąc za noc w wersji full board dostajemy pokój,oraz śniadanie obiad i kolacje w postaci słynnego szwedzkiego stołu. Jakość jedzenia nie do przecenienia. Problem pojawia się co do napojów, za które prze-dziwacznie trzeba płacić dodatkowo. Ta zasada obowiązuje najprawdopodobniej we wszystkich miejscach tego typu, bez znaczenia czy tanich, czy drogich. Za butelkę 1.5 litrowa trzeba wyłożyć 150 szylingów- normalnie 35 szylingów- za butelkę piwa 300, co jest ekwiwalentem 13 złotych!!! Ale nie jedziemy na wakacje, żeby się ze wszystkim przysłowiowo szczypać!!!   Za naszego pobytu, o ile dobrze pamiętam, cena za jedna noc, za nasz ,, luksusowy’’pokój oscylowała w okolicach $120. Ale mogę się mylić. Celowo takze napisalem luksusowy w cudzyslowie. Pokój bowiem, choc obszerny i czysty, z dwoma podwójnymi łózkami, dużą łazienką, stylowym tarasem oraz caly ozdobiony w afrykanskich dekorach, za nic nie sprawiał wrażenia luksusowego. Ot akomodacja o bardzo przywoitym standardzie, szczególnie jesli chodzi o afrykanskie pustkowie. Zapewne zastosowali ta klasyfikacje w zestawienieu z innymi, mniej wygodnymi rodzajami noclegu w omawianej Lodge.

          Co do pieniedzy, których czasami trzeba wydac troszke wiecej, nie maja one dla mnie aż tak wielkiego znaczenia, jak wrażenia, które mogę za nie kupić. Kiedy kładliśmy się spać, zasypialiśmy przy dźwiękach sawanny- odgłosy słoni, lwów, ptactwa, nietoperzy oraz wszechobecne cykanie owadów przerywały cisze nocna w tak bardzo charakterystycznym tylko dla tego miejsca stylu. Jednak nam to bynajmniej nie przeszkadzało. Bajkowa sceneria, przy której czasami trudno było zasnąć, ale tylko z powodu bycia pod jej oszołamiającym wrażeniem!!! To cudowne, obezwładniające uczucie, które tak naprawdę jest nie do opisania- po prostu trzeba je doświadczyć na żywo.

           A co do owadów chciałbym tu wtrącić mala dygresje. Jak czytam czasami opinie na temat Afryki, badz na temat poszczególnych hoteli na tym kontynencie, czy tez ogólnie sfery tropikalnej, denerwuje sie niezmiernie jak ludzie narzekają na obecność owadów, insektów i innych podobnie niemiłych stworów. Jak można jechać w tropiki i czepiać się ich obecności, kiedy są one przecież nieodzowna częścią tego świata. Owady tu, robale tam. Cholera jasna, jestescie w tropikalnym świecie!! Jak nie chcecie ich nadmiernej obecności, zamknijcie się  w swoim mieszkaniu, nafaszerujcie pokój specyfikami anty-owadowymi i uduście się ich smrodem!!! Ot tak agresywnie do tego podchodzę!!! Nie mogę znieść takich komentarzy. Tropiki to nie tylko cudowne krajobrazy i temperatura powyżej 30 stopnia Celsiusza. Tropiki to także wszystko to, co pojawia się czasami jako niechciany pakiet w postaci natrętnych miejscowych, pragnących naciągnąć Cie na każdego dolara oraz właśnie fruwających i pełzających cudaków, które od czasu do czasu maja ochotę zakręcić się wokół nas. Doceńmy piękno tropikalnego świata, takim, jakim jest- jego różnorodność i cudowna odmienność od naszej codzienności, która czasami zachodzi drogę idealnej rzeczywistości, która chcielibyśmy oglądać na co dzień podczas naszych podróży.

         Ale powracajac do konkretów.  Lodges w parkach narodowych, (choć są często tez położone są na ich skraju, jak to się miało w przypadku Voi Wildlife Lodges), są dla mnie zaiste zjawiskiem fenomenalnym. Stanowiac baze wpadowa dla turystów, same są jedynymi w swoim rodzaju hotelami na afrykańskim pustkowiu. Zestawione zazwyczaj w rankingach w klasycznej klasyfikacji gwiazdkowej, reprezentują różnorodne standardy i wygody. Sa lodges dwu , jak i pieciogwiazdkowe. Występują także logde extra luksusowe,  o najwyższym standardzie, które dla mnie osobiście są trochę za bardzo przesadzone. Od nas oczywiście zależy wybór lodgy- od nas zależy bez jakich zwyczajowych wygód jesteśmy w stanie się obejść. Czesto sa tez czescia ogromnych koncernów hotelarskich, które posiadaja swoje filie w calej Afryce i nie tylko. Tak sie ma w przypadku kompani Ashnill czy koncernu Sentrim Hotels, w którego masajskiej filii- Sentrim Camp dane nam bylo spedzic noc podczas safari w Amboseli maja swoje. Dla Kacików podstawowym kryterium było jedzenie oraz lokalizacja, co niestety zazwyczaj kosztuje. Co do jedzenia, nie chciałbym bowiem spędzić mojego safari zmulony zatruciem pokarmowym, które staje sie bardziej prawdopodobnym w bardzo tanich lodges. Co do spania , wystarczyło by nam łóżko i miejsce na kąpiel. Nic więcej nam nie potrzeba.

          Ceny za pobyt uzależnione są  jak zawsze od czynników,  które decydowałyby o atrakcyjności podobnych miejsc na każdym krańcu świata. Powiedziano nam, ze jakość i bogaty wybór potraw wpływają na cenę najbardziej, w dalszej kolejności plasuje się jakość noclegu oraz sama lokalizacja, poza tym ,,luksusy’’ w postaci basenów, siłowni oraz salonu Spa, bez których tak naprawdę można sie przecież obejść bez żadnego problemu- w końcu jesteście w samym środku dzikiej Kenii!!! Posiadanie pokoi z wlasna lazienka i oraz dostepnosc do cieplej wody bardzo czesto pojawia sie takze jako czynnik wplywajacy na cene. Tak, przeczytaliscie dobrze-cieplej wody. W bardzo tanich lodge zdarza się podobno, ze jej nie ma a prysznic lub toaletę trzeba dzielic z innymi gośćmi. Poza tym są one zazwyczaj bardzo zaniedbane.

          Lodge prześcigają się sposobami, jakimi mogą ściągnąć jak najwiecej gości a jednym z najbardziej efektywnych jest zapewnienie swym gosciom możliwości obserwowania dzikiej zwierzyny z ich terenu. Dlatego najczęściej budowane są w poblizu oczek wodnych, bądź wodopojów bądź te ostatnie są sztucznie tworzone wabiąc tym dzika zwierzynę. Najczęściej można spotkać przy nich kopytne, słonie przy odrobinie szczęścia hipopotamy, nosorożce i dzikie koty. Pamiętam, jak w jednej z lodges wpadnięto na ciekawy pomysł wybudowania drewnianej konstrukcji, na której zawieszano krwisty stek w celu zwabienia nieuchwytnego lamparta. W większości przypadku, goście mogli podziwiać z tarasu widokowego tego bardzo trudnego do wytropienia kota  skuszonego bez wysiłkowym posiłkiem. Dla niektórych był to jedyny sposób aby móc ujrzeć tego kota na żywo. Z opowieści dowiedzieliśmy się jednak, ze nawet kiedy podchodził na darmowa wyzere robił to zazwyczaj w nocy, kiedy to większość ludzi spala. Niemniej jednak pomysł okazał się strzałem w dziesiątkiem , gdyż potencjalny sighting lamparta stal się główną atrakcja i wabikiem dla tego miejsca.

          Lokalizacja w praktyce okazuje się chyba czynnikiem najczęściej wymienianym jako decydujący faktor przy wyborze poszczególnej lodge. Także ona pojawiała sie jako czynnik wpływający na jak najbardziej pozytywne oceny odwiedzanych lodges. Kiedy wymienialiśmy się wrażeniami z pobytu na safari z innymi gośćmi naszego hotelu, Diani Sea Resort,  nawet jesli ktos narzekalby na standard pokoi badz jedzenie, lokalizacja pojawiala sie najczesciej jako glowny rekompensator dla wszystkich w/w niedogodnosci.

          Co do bezpieczeństwa wszystkie lodges ogrodzone są zazwyczaj drucianym płotem pod prądem, zabezpieczając przed dzika zwierzyna ale także przed niechcianymi osobnikami rasy ludzkiej. W lodges droższych w pokojach znajdziemy sejf  wielkości pudelka po butach, w którym schowamy nasze kosztowności. Tereny obiektu są patrolowane przez strażników, którzy uzbrojeni w długie kije oraz proce, czuwają nad naszym bezpieczeństwem. Kije służą im do ewentualnych zmagań z jadowitymi wężami a proce maja na celu zniechęcać całkiem agresywne małpy. Te ostatnie potrafią być bardzo odważne, na przykład wskakując na stól podczas posiłku.

           Jeśli chcecie dowiedzieć się o dokładnych cenach obecnie obowiązujących w Voi Widelife Lodge posyłam do stronki: http://www.voiwildlifelodge.com/aboutus.html. Jeśli pragniecie poczytać bezstronne opinie podróżników z całego świata na jej temat, odsyłam do biblii podróżniczej Trip Advisor,  na stronę dotycząca właśnie tego  miejsca; Jesli chcecie poszosowac za innymi lodges, Trip Advisor jest kopalnia wiedzy na ten temat, z opiniami, cenami oraz zdjeciami z kazdej mozliwej  znajdujacej sie w Parku Tsavo East.

  • Red headed Agamu
  • Basen nr 1
  • Herbatka pod baobabem?
  • a tu druga
  • Wodopój
  • Wejscie na taras widokowy
  • Widok z tarasu i moje piwo
  • Wazka Trithemis kirbyi-Kirby's Dropwing Dragon Fly
  • Po prostu bajka
  • Taras widokowy


         Czerwone słonie z Tsavo oslawily Park na całym świecie. Mozna je  spotkać  tylko w tym miejscu, a swa barwę zawdzięczają osypywaniu się czerwonym piaskiem (charakterystycznym dla Tsavo) w celu chłodzenia skóry oraz pozbycia się choćby na chwile wszechobecnych insektów. Często kąpią się i tarzają w czerwonym błocie, powstałym po opadach  deszczu, który wraz z czerwonym piaskiem tworzy  błotne bajorka w małych zagłębieniach glebowych.

          W latach 70nXX wieku żyło w Tsavo 17 tysięcy słoni. Dzisiaj żyje ich tam 4 tysiące ale i tak możemy być pewni, ze natkniemy się na te olbrzymy, częściej niż na jakiegokolwiek innego zwierza. Choc sa bardzo przyzwyczajone do widoku ludzi, busów, dźwięku silników, nasza czujność choć na chwile nie powinna zostać uspiona za żadną cene.  Slonie bowiem , mimo swojego potulnego wygładu, są tak naprawdę najbardziej agresywnymi ze wszystkich zwierząt obecnych w Parku, szybko denerwując się, szczególnie kiedy są z małymi, a bus podjedzie za blisko. Nasz kierowca zapytany jakie zwierze jest najbardziej niebezpieczne, bez zastanowienia powiedział ze słonie. Wspomniał także, ze tylko w ostatnich latach doszło do kilku przypadków, kiedy to słonie zainteresowały się turystycznymi busami, szarżując agresywnie w ich kierunku.

          A teraz moze troche suchych faktów na temat naszych bohaterów.

          Słoń afrykański, jest najwiekszym ssakiem ladowym, zaliczanym do rodziny z rzędu trąbowców, zamieszkującym lasy, sawanny i stepy Afryki, w niektórych rejonach występowania wytępiony całkowicie miedzy innymi w Afryce Pólnocnej .

           Długość ciała do 9 m, do 4 m wysokości w kłębie, ciężar największych samców przekracza 7,5 t (największy ze znanych okazów zastrzelony w Angoli w 1974 roku ważył 12 ton, miał długość ponad 10 metrów). Czoło płaskie, uszy bardzo duże, trąba zakończona dwoma przeciwstawnymi wyrostkami chwytnymi (osiąga wagę do 200 kg), ciosy u samic mniejsze niż u samców (największe znane ciosy samca miały 340 cm długości i ciężar 107 kg każdy). Ciosy słoni afrykańskich pojawiają się ok. 2 roku życia, roczny przyrost wynosi ok. 17 cm. Tułów nieco mniej masywny niż u słonia indyjskiego ogon i kończyny dłuższe. Skóra na grzbiecie ma ponad dwa i pół centymetra grubości, zaś wokół pyska maksymalnie dwa milimetry. Powierzchnia ucha dochodzi do dwóch metrów kwadratowych.
          Słoń afrykański żyje w stadach złożonych z samic, młodzieży i młodych karmionych przez matki. W stadzie zazwyczaj znajduje się jeden lub (rzadziej) więcej dorosłych samców. Samce często tworzą oddzielne stada, stare samce są samotnikami co moglismy zaobserwowac zarówno w Tsavo jak i w Amboseli. Stado prowadzone zawsze przez doświadczoną samicę liczyć może nawet do 50 sztuk. Więź pomiędzy członkami stada jest niezwykle silna, osobniki ranne lub chore są natychmiast otaczane opieką. Porozumiewają się na odległość ponad pięciu kilometrów za pomocą infradźwieków (o częstotliwości 14-20 herców). Słoń afrykański osiąga w biegu na krótkich odcinkach prędkość ok. 35 km/godz., w szybkim, wytrwałym marszu 12-15 km/godz. Na krótkim dystansie przenosi ciężar o wadze 1000 kg.

          W ciągu doby może pokonać trasę do 100 km. Żywiac się głównie trawą, podczas pory suchej konarami i korą drzew, wyrządza często szkody na polach uprawnych, ponadto przewraca lub łamie drzewa, aby dosięgnąć gałęzi. Dziennie zjada 150-250 kg pożywienia i wypija do 200 l wody. Ciąża trwa 646-722 dni (średnio 22 miesiące), samica rodzi jedno młode, które ma 80-90 cm wysokości w kłębie i waży ok. 100 kg. Młode ssą matkę przez ok. 10 miesięcy, w nielicznych przypadkach do 2 lat, osiągając dojrzałość płciową pomiędzy 9-12 rokiem życia.

          Słoń afrykanski zyje zazwyczaj do 80 lat. Wyróznia sie trzy podgatunki: słoń afrykański stepowy -największy podgatunek, o potężnych ciosach, osiągający do 4 m wysokości w kłębie, słoń afrykański zamieszkujący głównie sawanny Afryki Południowej , słoń afrykański leśny , mniejszy podgatunek, samce do 250 cm wysokości w kłębie, występujący głównie w lasach Afryki Zachodniej i Środkowej. Słoń afrykański jest chroniony przepisami Konwencji Waszyngtońskiej jako gatunek ginący, głównie w wyniku kłusownictwa dla pozyskania kości słoniowej, a także wskutek niszczenia środowiska naturalnego.

  • Rodzina pokaźna
  • Samotnik wodopojowy
  • Samotnik wodopojowy 2
  • Osobnik z pięcioma nogami
  • Slon i akacja
  • Slon malutki z mama idzie
  • Pędem do wody
  • Na miejscu
  • Trąby w wodę
  • Kły stojące
  • Podstawowa komórka rodzinna
...
  • Kręcąca uszami
  • Zebra crossing!!!
  • Najlepiej z mama
  • Przepiękna
....
  • Przeżuwamy trawę
  • Pozuje ciągle
  • Czerwonawo

          Gazela Granta pojawiała sie często przed naszymi obiektywami, paradując zazwyczaj w dużych stadach, czasami wraz z Impalami. Powiem wam szczerze, ze nasz przewodnik zapytany przez nas co to za okazy, pomylił ja z Gazela Thomsona. Tak wiec przez cały czas do powrotu do domu, gdzie moglem zweryfikować jego wiedzę, trwałem w przekonaniu,ze to gazela Thomsona. Kiedy zacząłem poszukiwania tej gazeli w internecie, natrafiłem na zdjecia gazel Thomsona, które od razu wydały mi się za małe porównując je z  okazami uwiecznionymi u mnie na zdjęciach. Posiadały przede wszystkim jedna istotna różnice-czarny pas na sierści biegnący od nóg przednich do górnej części lud gazeli. Niestety przy dalszych porównaniach natrafiłem na gazele Granta, posiadające podobne pasy na podbrzuszu. Okazało się bowiem, ze gatunki te są aż tak genetycznie podobne,ze niektóre samice gazel Granta posiadają także owe pasy. Tak wiec zakręciłem się co niemiara.

          W końcu przeczytałem ze te dwa gatunki różnią się tak naprawdę niewiele rozmiarem i przede wszystkim ubarwieniem..... pupy. Przystąpiłem wiec ponownie do wnikliwej analizy i rzeczywiście Gazela Granta posiada białe połacie sierści wychodzące wysoko ponad ogon, przy czym u Gazeli thomsona kończą się one  pod ogonem.Ot taka główna różnicą. Różnią się także grubością trzonu swoich rogów ale na zdjęciach jest to nie do wyłapania.

          Gazela Granta żyje przede wszystkim w Afryce Wschodniej na słabo zalesionych terenach, zazwyczaj krzewiastych i tam gdzie trawa jest niska, mając wtedy doskonalą widoczność, wypatrując drapieżników. Występuje także na terenach półpustynnych,  adaptując się znakomicie do warunków suchych. Gazela ta podobnie jak Generuk czerpie większość wody z liści , które zjada, tak wiec może, przebywać na tych terenach bezwodnych dłużej niż Gazele Thomsona , Gnu czy zebry, które to są bardziej zależne od wody. W ten sposób konkurencja się eliminuje sama.  w meni  opisywanej gazeli znajdują sie także zioła i kiełki. W zależności od Parku Narodowego, pada ofiara albo gepardów bądź likaonów. Czasami zainteresuje się nią lew.  Jest bardzo szybka jej prędkość dochodzi do 90 km na godzinę. Posiada także dużo podgatunków, które różnią się przede wszystkim grubością i długością poroża oraz umaszczeniem..

          Ps.  Co do Gazeli Thomsona, z która bohaterka tego punktu jest bardzo często mylona, uwieczniliśmy ja dopiero w Amboseli, jak się okazało po późniejszej analizie zdjęć. Traktuje o niej osobny punkt w dalszej części podróży.

 

  • Małe stadko
  • Dwójeczka
  • A to juz w Amboseli

        Generuk znany także jako gazela Wallera, jest dlugoszyjnym gatunkiem antylopy z rodziny krętorogich zamieszkującym krzaczaste busze i stepy Afryki Wschodniej. Jego nazwa pochodzi z jezyka somalijskiego i oznacza o ,,o szyi żyrafy’’ co prowadzi do genezy kolejnego popularnego określenia Generuka  jako Giraffe-necked Antylope, co można tłumaczyć na różnorakie sposoby. Antylopa ta jest jedynym przedstawicielem rodzaju  Litocranius.

       Generuk jest zjawiskiem dla mnie zupełnie nowym. Nigdy wcześniej nie wiedziałem o istnieniu owego specyficznego stworzenia  i  opisując go, nie boje się użyć tego określenia-dziwacznego. Tlów naszej sarny, szyja żyrafia, malutka głowa, dziwacznie nieproporcjonalne w stosunku do niej uszy i oczy.  A do tego podjada z krzaczka stojąc na tylnich nogach, podtrzymując przednimi kopytkami obgryzana gałąź.

      Powiem szczerze, antylopa ta zafascynowała mnie od razu, zapewne właśnie ze względu na owa  wyjątkowość. W późniejszym czasie dowiedziałem się, ze Generuk występuje tylko w Afryce Wschodniej, tym bardziej moje spotkanie w oko w oko z tym cudem natury okazało się   nieocenione.

      Napotkaliśmy  zarówno samca i samice. Udało mi się także  uchwycić Generuka w tej cudownej pozie, wyciągniętego jak struna, stojącego na dwóch tylnich nogach szykującego się do posiłku. Fenomenalny widok.  Zobaczenie tego momentu na własne oczy stanowi dla mnie teraz bezcenna wartość.

           Oglądając programy dokumentalne, albumy, zdjecia z Afryki, które skupiają się na pokazywaniu lwów, słoni,  żyraf, krokodyli i innych  bohaterów  dzikich, afrykańskich przestrzeni nie widzimy zazwyczaj tych mniejszych, mniej znanych i podziwianych aktorów spektaklu, który rozgrywa nam natura Czarnego Ladu. Takim właśnie bohaterem jest Generuk.  Bóg dal mi te szanse, aby zobaczyć Generuka w jego naturalnym habitacie, z tym większa satysfakcja chce podzielić się z wami  fotografiami, które prezentuja ta niesamowita antylope w Parku Narodowym Tsavo.

  • Generuk
  • Generuk
  • Generuk
....
  • Toko białogrzbiety
  • To tez kraska l. ale w innym swietle
  • Kraska
  • Nawet dwa
  • Marabut afrykański
  • Drop olbrzymi
  • Drop olbrzymi
  • Yellow-necked Spurfowl
  • Jastrzębiak ciemny
  • Dzioborogi Kafryjskie
  • African Open-bill stork-kleszczak afrykanski
  • Dlawigad afrykanski
  • Samiczka strusia
  • Samiec - Struś szaroskóry
  • Samiec -Struś szaroskóry
  • Samiec -strus szaroskóry
  • Samiec -strus szaroskóry
  • Toko bialogrzbiety
  • Marabut, ot taki jakis samotny
  • Gęsiówka egipska
....
  • Trochę bliżej
  • Samotnica
  • Pozuję troszkę
  • Co trzy glowy to nie jedna
  • Skrzyzowane
  • wyczaila mnie
  • Trzy
....
  • Gepardzik
  • Gepardzik
  • Na sawannie Amboseli

          ,,Pumba!!!! Pumba!!!’’- rozlega się krzyk mojej żony, przerywając nędzną ciesze i spokój, i niespotykany do tej pory godzinny nieurodzaj w postaci braku napotykanej zwierzyny wzdłuż naszej trasy. ,,Good job Marta-you’ve just spotted Kenya Express’’- krzyknął Richard, całkiem zaskoczony spostrzegawczością mojej zony, która miała nie lada szczęście spojrzeć w odpowiedni kierunku. Guziec, bo o nim oczywiście mowa, w wysokich trawach gęsto zarośniętegco Tsavo jest bowiem bardzo trudny do wypatrzenia.

            Zwierze znane szerzej jako niezapomniana Pumba z disnejowskiej produkcji ,,Król Lew’’, u miejscowych dorobił się właśnie przydomku ,, kenijski ekspres’’. Geneza tego tej nazwy jest bardzo ciekawa. Kenijczycy twierdza, ze Pumba biegnie, nagle zatrzymuje się, zastanawiając się pewnie, dlaczego biegnie, po czym znowu rusza z kopyta bez celu. I tak w kółko. Ot taka śmieszna historia. I powiem wam, ze obserwując prawie przez pól godziny tego świniakowatego zwierza, lokalna opinia sprawdzała się w stu procentach. Guźce, które widzieliśmy, najpierw paradowały kilka minut w miejscu, coś tam podgryzając, potem biegły, znowu się zatrzymywały na chwile, rozglądając się w około i dalej hulaj dusza, przebierając komicznie swymi krótkimi nóżkami. Cały czas w pospiechu. Dla Guźców widocznie instytucja marszu jest nieznana, gdyż tak naprawdę jeżeli się poruszają to tylko biegiem. Nie dziwne wiec, ze przyczepiła się im łatka kenijskiego ekspresu!!!

          Choć nie grzeszące gracja ani uroda, (według miejscowych także inteligencja), Guźce niemniej jednak istotami niesamowitym-tak jak w przypadku Gnu, jedynymi w swoim rodzaju. Zamieszkując praktycznie cala Afrykę od Sahary w dól, najbardziej  rozpowszechnione są we wschodniej części Czarnego Lądu. Są jedynymi świniami, które potrafią żyć na bezwodnych terenach przez kilka miesięcy roku. Poprzez posiadanie wyższej niż standardowa temperatury ciała, guziec jest prawdopodobnie w stanie konserwować wilgoć wewnątrz, która w innym przypadku mogłaby zostać używana dla chłodzenia organizmu zwierzęcia. Podobny mechanizm życia w gorącym klimacie i na suchym terenach maja rozwinięte wielbłądy i pustynne antylopy.

          Guźce są zwierzętami o bardzo słabym wzroku, muszą wiec polegać na zmysłach słuchu i zapachu, które ze zrozumiałych wzgledów są dużo lepiej rozwinięte. Brakiem dobrej wizji można pewnie tłumaczyć wcześniej wymieniona nadmierna płochliwość. Aby zabezpieczyc sobie w miare bezpieczny odpoczynek, zwierze wymyslilo sobie, ze bedzie spalo i odpoczywalo w norach, co najśmieszniejsze, najczęściej nie wykopanych przez siebie samego. Guźce bowiem,  zazwyczaj przywłaszczają sobie nory wykopane przez mrówniki ( inaczej prosie ziemne).

          Oprócz  bezpieczenstwa, nory sluza Guźcom takze w innym, nie mniej waznym celu. Nie posiadając sierści ani tez tkanki tłuszczowej, Guźce pozbawione sa jakiejkolwiek ochrony przez zimnem bądź słońcem. Nory podobno maja dostarczac odpowiednich warunków dla termoregulacji ciała zwierzecia. Czasami ssaki te wykładają sobie owe nory trawa w celu ich ocieplenia.

          Co do wartosci rodzinnych, Pumby tworzą stada samic z młodymi. Czasami stado jednej samicy łączy się ze stadem drugiej, najczęściej z nią spokrewnionej. Samce zazwyczaj żyją same sobie, przyłączając się do stada tylko dla reprodukcji.

          Jeśli chodzi o dietę i sposób, w jaki się pożywiają, mamy do czynienia u Guźca z mala ciekawostka. Pumby będąc ssakami pasącymi się, przybrały sobie bardzo ciekawa praktykę klękania na swych zrogowaciałych, owłosionych, jakby wypchanych poduszkami kolanach, aby dostać się do krótkiej trawy, która jest ich głównym pożywieniem. Klęczenie wspomaga je tez przy kopaniu za glizdami i innymi ziemnymi robalami. Nie posiadając praktycznie szyi, miały by inaczej problem z pochyleniem swej gigantycznej głowy do ziemi.  W okresie suchym, oczywiście klęcząc, wyżerają także bulwy, cebulki roślin oraz korzenie.

          Poza terenami parków i rezerwatów populacja guźca maleje. Zabijane są przede wszystkim ze względu na niszczenie upraw oraz przenoszenie  wirusa tzw. African pig’s fever- afrykańskiej gorączki świńskiej. Niekiedy padają także ofiara dzikich kotów.

         Guziec, choć jest zwierzem nie dużych rozmiarów, jest bardzo silny i solidnie zbudowany. Atakowany, zazwyczaj woli uciekać, lecz przyciśnięty do muru, potrafi być godnym przeciwnikiem nawet dla lwa. Odnotowano przypadki śmiertelnego zranienia lwa przez guźca ( patrz filmiki)!!!! Posiadając ogromna sile i ostre jak brzytwa kły, może narobić dużo szkody każdemu, kto tylko odważy się go zaatakować. Jest na tyle czujny, ze nawet kiedy chowa się do nory, wchodzi do niej tyłem, aby w razie próby ataku z zewnątrz, mógł skutecznie bronic się swymi kłami. Poza tym za każdym razem kiedy wychodzi rano z nory, robi to wylatując z niej na pełnej parze, jak z procy, zyskując odpowiednia prędkość i sile,  tym samym przewagę nad potencjalnie czyhającym gdzieś w pobliżu drapieżnikiem.

           Guźce mieliśmy okazje obserwować zarówno w Tsavo East, jak i w Amboseli. Choć zwierzęta te naturalnie posiadają ubarwienie szarawe, tak jak w przypadku słoni z Tsavo, skóra osobników z tego parku jest charakterystycznie czerwona ze względu na kolor ziemi, z jaka dane jest im się na co dzień stykać- koloru tak bardzo wyróżniającego to miejsce na tle innych parków narodowych na afrykańskim kontynencie. 

 

           Przedstawione filmiki prezentują ciekawe sytuacje dotyczące zmagań guźców z dzikimi kotami, pokazując także tym samym jakie waleczne i groźne potrafią być te niepozorne świniaki. Jeden klip dotyczy właśnie historii przypadku zabicia lwicy przez guźca. Zainteresowanym szczerze polecam

 

  • Ogon jak antena
  • Pozer
  • Jeszcze sie za nim dymi
  • Gusiec na sawannie

 

Historia Amboseli

          To, co obecnie jest parkiem Amboseli, na początku XIX wieku nazywało się Południowym Rezerwatem Masajów. Gdy w latach 40 XX wieku zaczęli przyjeżdżać tutaj pierwsi turyści, utworzono rezerwat Amboseli. Park Nairobi i Tsavo, które powstały równocześnie, były gęsto zaludnione, natomiast mokradła Amboseli służyły Masajom jako wodopoje dla ich stad krów. Podmokłe tereny zasilane wodą z topniejących szczytów górskich porastała soczysta trawa, która stanowi świetne źródło pokarmu zarówno dla wypasanych krów jak i dzikich zwierząt. Nie widzieli zatem powodu, dla którego nie mogliby dalej dzielić się tymi terenami z dzikimi zwierzętami i jeśli to konieczne z

          W 1961 roku kontrolę nad obszarem objęła Okręgowa rada Masajów w Kajiado. W latach 60 XX w. stały się widoczne oznaki degradacji środowiska spowodowanej wypasem bydła i nasilającym się ruchem turystycznym. Podniesienie poziomu wody doprowadziło do wytrącenia na powierzchni trujących związków zasadowych i do zniszczenia wielkich połaci lasów akacjowych

           Prezydent Kenyatta ogłosił strefę o powierzchni 400 km2 wokół mokradeł (czyli obecny park Amboseli) parkiem narodowym. Nadanie nowego statusu prawnego tym terenom, spowodowało, że Masajowie i ich bydło zostali z tych terenów bezwzględnie wysiedleni. Wściekli Masajowie w ciągu kilku lat wybili prawie całą populację wspaniałego nosorożca czarnego (gardząc ich rogami), który był swoistym symbolem Amboseli. Nosorożce, które ocalały, zostały wywiezione przez władze parku. Poradzili sobie niestety, także ze sporą liczbę lwów, których populacja do dziś nie wróciła do dawnego poziomu.

          Dopiero po zbudowaniu wodopoju dla bydła Masajowie zgodzili się oddać zajmowaną część ziemi wewnątrz Amboseli. Nadal jednak zdarza im się polować na lwy (które polują na ich bydło), choć wydaje się, że osiągnięto pewien kompromis – w porach suchych widuje się duże stada bydła i pasterzy, którzy bez ograniczeń, tak jak w przeszłości, wchodzą do parku.

          Degradacja sawanny w Amboseli spowodowana przez turystyczne minibusy doprowadziła w latach 80 XX wieku do utraty przez park jego racji bytu: kurz, spaliny samochodowe, hałas nie były atrakcją ani dla zwierząt ani dla samych turystów. Sytuację zdecydowanie poprawił program ochrony przyrody, budowy dróg i barier, a także twardy stosunek władz do jazdy terenowej poza wyznaczonymi trasami (m.in. mandaty i wydalenia)

          W latach 1992 – 1993 ogromne opady deszczu spowodowały potężne powodzie, zmieniając Amboseli w jedno wielkie bagno. Służby ochrony przyrody stworzyły wówczas plan odbudowy zniszczonych dróg i przepustów wart 2 miliony dolarów. Niestety w latach 1997 – 1998 znów wystąpiły powodzie. Cykl katastrofalnych powodzi i suszy przypisuje się efektowi El Ninio, który wydaje się być naturalnym sposobem eliminacji najsłabszych i najmniej przystosowanych zwierząt. Naraża także park na coraz większe zniszczenia spowodowane pojazdami, które nawet jadą c bardzo wolno, wznoszą ogromne tumany kurzu.

          We wrześniu 2005 roku Mwai Kibaki (obecny prezydent Kenii) ogłosił, że status Amboseli zostanie obniżony z parku narodowego do rezerwatu narodowego, a kontrola nad nim przejdzie w inne ręce ( z rąk ogólnokrajowej organizacji w ręce lokalnej społeczności masajskiej). Decyzja budziła wiele kontrowersji.

          W oczach wielu osób była próbą pozyskania poparcia Masajów w referendum konstytucyjnym w listopadzie 2005 roku, które zresztą prezydent przegrał. Przeciwnicy zmiany statusu parku, między innymi wiele grup zajmujących się ochroną przyrody oraz Kenijska Federacja Turystyczna, argumentują, że taka zmiana doprowadzi do złego zarządzania i spadku dochodów zarządzających parkami w Kenii, co z kolei może odbić się na innych parkach w Kenii. Zwolennicy zaś twierdzą, że decyzja wesprze lokalną wspólnotę Masajów i zachęci jej członków do uczestniczenia w ochronie przyrody.

 

 Kącikowe doświadczenia

          Już będąc kilkanaście kilometrów od Amboseli można było zobaczyć różnice w krajobrazie Parku, w porównaniu do Tsavo East. Teren przypominał bowiem sucha pustynie, z bardzo rzadkimi akacjami przerywającymi plaski horyzont.  Kilimandżaro, którego podnóże rysowało się na horyzoncie z dwóch stron, ginęło prawie całkowicie w gęstych chmurach, co złagodziło nam nieco euforie związana właśnie z perspektywa krajobrazu góry widzianego na żywo.Co jakiś czas mogliśmy także obserwować  Masajów, zazwyczaj pasących bydło, lecz za każdym razem kiedy chcieliśmy robić zdjęcie wykrzykując coś w naszym kierunku, grozili palcami. Kierowca poprosił nas, abyśmy uszanowali ich prywatność. Robienie zdjęć dozwolone jest bowiem podobno tylko w wiosce, która jest położona przy granicy parku i stanowi jedna z głównych atrakcji turystycznych tego regionu. Kierowca zapewnił od razu,  ze wioskę te odwiedzimy na drugi dzień.

           Kiedy wjechaliśmy przez bramę wjazdowa, od razu okrążyli nas masajscy sprzedawcy, którzy proponowali nam swoje wyroby za ceny z księżyca. My, sfatygowani po kilkugodzinnej podróży, nie byliśmy skorzy do żadnych transakcji handlowych. Niemniej jednak za zestaw figurek robionych z drewna, za który chcieli początkowo 30 funtów zaproponowałem im 10. Poprosiłem ich aby dorzucili mi jeszcze za te cenę dwie inne figurki, które się nagle spodobały zonie. Oczywiście się nie zgodzili, ale widząc mnie, wchodzącego bezinteresownie do busa, z miejsca zgodzili się na zaproponowane przeze mnie 10 funtów. Biorąc pod uwagę, ze byliśmy dla nich pewnie jednymi z nielicznych, którzy zainteresowali się ich wyrobami, nawet te dziesięć funtów stanowiło dla nich zadowalający zysk.

          Juz na pierwszy rzut oka Park  Narodowy Amboseli  bardziej odzwierciedlał  obraz  Afryki i safari, który utkwił w mojej głowie za sprawa wcześniej oglądanych  programów telewizyjnych.  Nie mam zamiaru porównywać do siebie dwóch parków, które dane mi było zobaczyć, gdy każdy z nich jest unikalny  na swój własny sposób, muszę jednak przyznać ze aura Amboseli  bardziej przemówiła do mnie swa afrykańska autentycznością niż Tsavo East. Oczywiście z praktycznego punktu widzenia więcej zwierząt zobaczyliśmy w Tsavo, ale w Amboseli zobaczyliśmy także te, które umknęły nam z różnych wzgledów za pierwszym razem. No i ten niepowtarzalny widok Kilimandżaro......

 

          Amboseli jest jednym z najmniejszych parków narodowych w Kenii, ale zarazem jednym z najbardziej znanych afrykańskich parków narodowych na całym świecie. Dzieje się tak zapewne ze względu na fakt, ze Amboseli leży dokładnie u stóp (dokładnie 28 km) Kilimandżaro najwyższej góry Afryki i najwyższej wolno stojącej góry na świecie. Położony  na granicy Kenii z Tanzania kojarzy się wszystkim ze zdjęciami słoni, żyraf bądź zebr, wtopionych w panoramę tej majestatycznej góry. Najwięcej zdjęć Kilimandżaro robionych jest właśnie od strony Parku Amboseli. Tylko tam można spotkać dzika zwierzynę przechadzająca się po afrykańskiej sawannie  w tle z jakby wyrwanym z innej rzeczywistości zaśnieżonym szczytem  Kilimandżaro.Dach afryki, bo tak często nazywa się te góre, przyciągał i nadal ściąga życie w tutejsze okolice. W języku Masajów Amboseli oznacza ,, wodna ziemie( krainę)’’. Nazwa ta wzięła się zapewne ze względu na bagna i mokradła, które nawadniane naturalnie poprzez podziemne strumienie powstające z topniejących śniegów Kilimandżaro, stwarzają cudowne warunki dla dzikiej zwierzyny i ptactwa przez cały rok.

         Choć jak juz wspomniano, Amboseli nie jest parkiem dużym, zajmujac zaledwie powierzchnie 392 kilometrów kwadratowych, przyciąga jednak rzesze foto turystów z całego świata. Park ten jest bowiem  bardzo słabo zalesiony, składa się przeważnie z płaskiej, gdzieniegdzie pokrytej wysoka trawa sawanny oraz wszechobecnych mokradeł. Doskonała widoczność powoduje, ze możemy obserwować zwierzęta w całych stadach, pasące się wokół nas bez żadnych przeszkód w postaci akacji bądź wysokich krzewów, jak to było w przypadku Tsavo East. Jednym mankamentem jest zazwyczaj dystans w jakim zwierzęta znajdują się od dróg , po którym poruszamy się w naszych busach.  Zalecane jest zatem zaopatrzenie się w odpowiedni obiektyw, gdyż zwykły zestaw  może nie wystarczyć. Ja miałem obiektyw o parametrach 70-300 i czasami naprawdę brakowało zasięgu, aby zrobić dobre ujecie. Popularność parku, który jest po Masai Mara najczęściej odwiedzanym w Kenii, powoduje, ze zwierzęta  po prostu uciekają jak najdalej od dróg pełnych podnieconych turystów a przede wszystkim od nadmiaru brzekotu silników samochodowych, szczególnie w tzw sezonie. Choć są zapewne bardzo przyzwyczajone do naszej obecności, rozumują  pewnie jednak za naszym przysłowiem,, co za dużo to nie zdrowo’’, i  po prostu tracą, od nadmiaru zainteresowania cierpliwość. Poprzez natężenie turystów, którzy tabunami rocznie odwiedzają park, jest on także najbardziej zanieczyszczonym parkiem Kenii.

          W naszym przypadku, mieliśmy właśnie problemy z odległościami w jakich znajdowały się od nas zwierzęta. Kilka razy tylko z bliska widzieliśmy zebry i antylopy Gnu. Najmniej płochliwe byly słonie, które czasami podchodziły na kilka metrów od busa.

          No właśnie, słonie. Jeżeli ktoś jest miłośnikiem tych zwierząt i chce je obejrzeć naprawdę z bliska to Amboseli jest zaiste miejscem dla niego. Nie lew, lampart czy gepard są królami tego terenu, lecz właśnie słonie, obecne stadami na każdym kilometrze kwadratowym parku. O słoniach z Amboseli powiemy znacznie więcej w punkcie, traktującym o tych wspaniałych ssakach w dalszej części opisu mej wyprawy.

          W Amboseli po raz pierwszy ujrzeliśmy antylopy Gnu i bawoły afrykańskie. Po raz pierwszy tez natknęliśmy się na flamingi i koronniki szare. Lew i gepard był do wypatrzenia z bardzo daleka, tak wiec jakość zdjęć nawet z moim obiektywem pozostawia dużo do życzenia ze względu właśnie na dystans. Co do lwów, to ich populacja znacznie zmalała w ostatnich latach ze względu na konflikt z ludźmi zamieszkującymi te tereny-Masajami. Lwy bowiem wypuszczają się na tereny zamieszkałe, atakując  mało ruchliwe stada bydła, które jest zazwyczaj jedynym majątkiem Masajów. Konflikt na lini zwierzyna –człowiek dotyczy także słoni, które tez giną z rak człowieka lecz zazwyczaj ze względu na kość słoniową, na która nadal jest bardzo wysoki popyt . Cena jest stale bardzo atrakcyjna, co stanowi dla bardziej chciwych Masajów pokusę nie do odrzucenia.

          Oprócz wyżej wymienionych zobaczyliśmy antylopy i gazele, które już nie wzbudzały tak wielkiego zainteresowania jak w Tsavo.  Dla nas priorytetem był bowiem widok Kilimandżaro!!!

Krótkie Podsumowanie

           Kiedyś przeczytałem, ze Amboseli to taka mała Afryka w pigułce. Mozna tu spotkać prawie wszystkie afrykańskie zwierzęta, busz, gaje palmowe, płaskie sawanny, mokradła i bagna. Sa tez jeziora i niepowtarzalne Kilimandżaro. Czego chcieć więcej?

          Niestety owa unikalność i wyjątkowość Amboseli nie jest już dla nikogo żadną tajemnica. Dlatego nie warto wybierając się tam w sezonie, który przypada przede wszystkim na miesiące zimowe. Spotkamy wtedy zapewne więcej busów z turystami niż samej zwierzyny. Co do zwierzyny, wszystko zależy od naszego szczęścia. Jak ono nam nie będzie sprzyjało, nawet najbardziej wprawne oko przewodnika, nie będzie miało po prostu czego wypatrywać, gdyż zwierz nie będzie pojawiał się wzdłuż naszej trasy.  Aby mu pomóc, zarezerwujecie sobie na Amboseli przynajmniej dwie noce, co zwiększa szanse na powodzenie znacząco. Nam niestety nie było dane napotkać dużo różnorodnej fauny. Słonie królowały co trochę, także kopytne lubiły paradować przed naszymi obiektywami. Widzieliśmy dwie lwice ale z bardzo daleka, dlatego ujęcia są beznadziejne. Nie było hien, tak bardzo charakterystycznych dla Amboseli. Przez trzy game'y nie wiedzieliśmy ani jednej żyrafy. Widzieliśmy dwa gepardy ale bardzo daleko na sawannie-siedzące, wyprostowane jak struny, wypatrywały zapewne potencjalnych ofiar.  No i ogólna wada Amboselii, - wszystko daleko od drogi. Choć widać zwierzaki jak na dłoni, ale odległość nie pozwala na zrobienie dobrego ujęcia. Nasz kierowca Richard zapytany o to zjawisko, potwierdził, ze zazwyczaj zwierzęta są daleko i ze można to uznać za niewątpliwy minus tego miejsca. Choć napomknął takze, że przy odrobinie szczęścia możemy doświadczyć sytuacji zupełnie odwrotnej-co do natury nie ma bowiem żelaznych reguł-rządzi się wedle powiedzenia, własnymi prawami.

          Wreszcie Kilimandżaro, największy wabik do Amboseli. Każdy pragnie zobaczyć te górę na żywo, szczególnie jej charakterystyczne śniegi, których niestety jest już coraz mniej.  W ciągu dnia Kilimandżaro zazwyczaj utopione jest w chmurach-tak także przywitało nas. Podobno najczęściej jest całe odsłonięte wczesnym rankiem, choć nie jest to regułą. My właśnie po raz pierwszy ujrzeliśmy Kilimandżaro około szóstej rano, jeszcze bez słońca, ale już widoczne bardzo dobrze. Mogliśmy je obserwować takze poprzez pierwsza godzinę porannego game-około godziny dziewiątej rano, zniknęło już bowiem cale za chmurami.....

 

  • Drzewo charakterystyczne...
  • Jak sie jedzie to sie dymi...
  • Zapracowani
  • Kraina Masajów
  • Droga
  • Droga
  • Droga
  • Bagna Amboseli
  • Masajski zachód słońca

          Słonie z Amboseli, jak wspomniano już wcześniej, są  zdecydowanymi królami tego Parku. Widać je prawie na każdym kroku, czasami mając wrażenie, ze są jego jedynymi mieszkańcami - według rożnych źródeł w Amboseli  żyję bowiem około 58 różnych  rodzin słoni, co stanowi ogromna liczbę jak tak maleńki obszar.

          Kiedy wjechaliśmy do Amboseli, to właśnie słonie powitały nas jako pierwsze. Natknęliśmy się na kilka osobników, zażywających dumnie kąpieli w mokradłach, których w tym okresie roku pełno dookoła. Fascynujący był fakt, ze dopiero w Amboseli, mogliśmy zauważyć jak zhierarchizowane jest ich społeczeństwo. Na płaskich sawannach Parku, można było z łatwością rozróżniać rożne rodziny słoni,  także czasami herszta stada. Zdołaliśmy zauważyć także kilka naprawdę starych słoni,co można było rozpoznać po wielkości oraz po stanie skóry. Ich kły były większe ale także, co stawało się  bardzo widoczne na pierwszy rzut oka, dotknięte zębem czasu.

          Porównując słonie Amboseli do ich odpowiedników z  Tsavo, oprócz oczywistej różnicy w ubarwieniu mieliśmy wrażenie, że były one większe, pewnie ze względu właśnie na osiągany wiek. W Tsavo bowiem nie widziałem ani jednego starego słonia, co mogło być wynikiem ciągłych problemów z kłusownikami. Starsze słonie mając większe kły stanowią tym samym większą pokusę dla przestępców. W Amboseli także toczy się walka z kłusownictwem, lecz biorąc pod uwagę małe  rozmiary parku, jest na pewno bardziej efektywna niż w kilkanaście razy większym  Tsavo.

 

    Echo- niezapomniany słoń......       

          Słonie z Amboseli podobnie jak ich odpowiedniki z Tsavo, rozsławiły park na całym świecie, przede wszystkim za sprawa słonicy Echo oraz amerykańskiej badaczki Cynthi Moss, która wraz z kilkoma współpracownikami z masajskiej społeczności, stworzyła w 1972 projekt Amboseli Elephant Research Project, zajmujące się od lat badaniem zachowań słoni oraz wspierający utrzymanie i rozwój tej specyficznej społeczności w Amboseli. 

          Na terenie Parku wielu badaczy prowadziło bądź ciągle  prowadzi swoje badania właśnie nad tą populacją słoni ale to właśnie Amerykanka, która poświęciła ponad 40 lat swojego życia na projekt, zanotowała niepowtarzalne sukcesy w badaniach nad tymi cudownymi ssakami.

          Zidentyfikowała i opisała ponad 1400 słoni. Choć nie miała przygotowania naukowego, posiadała  wielką pasję do świata dzikich zwierząt i Afryki, a w szczególności właśnie do słoni. Zapytana kiedyś, kto jest najważniejszy w jej życiu bez wahania powiedziała, że słonica Echo. Razem ze swoim zespołem opisała i potrafiła rozpoznać każdego słonia w Amboseli. Stała się światowym ekspertem w dziedzinie struktur społecznych i rodzinnych tych zwierząt. Jej badania przyczyniły się zarówno w dużej mierze do poznania życia i skomplikowanych relacji panujących w stadach, ale także do ochrony tych pięknych zwierząt.

          Powstało wiele filmów dokumentalnych na temat badań Cynthii. Jednym z bardziej znanych jest cykl dokumentów Animal Planet pod tytułem „Słonica Echo z Amboseli'' (kliknij tutaj, aby obejrzeć trailer cyklu). Powstało też wiele książek opisujących jej niesamowite obserwacje w Amboseli. Słoniem Echo zainteresował się także Sir David Attenborough, który sfilmował po raz pierwszy Echo w 1990 roku i od tego czasu słonica ta stalą się ukochanym charakterem na naszych ekranach.

          Cynthia Moss i jej masajscy towarzysze z Amboseli Trust for Elephants od lat śledzący losy słoni w Parku, właśnie z Echo zaznajomili się najbardziej nawiązując z nią bardzo intymną i emocjonalną więź.

          Ich znajomość trwała 37 lat, przez które naukowcy mogli zaobserwować coraz to nowe dowody, świadczące o niepowtarzalnej  inteligencji i umiejętnościach przywódczych tego jedynego w swoim rodzaju słonia. Echo została sfilmowana jak już wcześniej wspomniano po raz pierwszy w 1990 roku dla  BBC The Natural World. Od stycznia 1990 Cyntia Moss i wielokrotnie nagradzany fotograf i operator Martyn Colback rozpoczęli filmowanie losów rodziny Echo, tworząc wraz z Sir Davidem dokument ,,Echo of the Elephants'', który okazał się później tylko pierwszym z serii filmów, obejmujących 13 lat przygody z obserwacja stada w cieniach Kilimandżaro. Przez ten czas Echo prowadziła swą stale powiększającą się rodzinę przez susze i urodzaj, a jej historia została opowiedziana przez następne trzy tytuły, stanowiące dzisiaj nieoceniona encyklopedie wiedzy na temat zachowań i życia słoni:

-    Echo of the Elephants: The Next Generation (1995);

-    Echo, Ely and Friends: Africa’s Forgotten Elephants (1997); 

-    Echo of the Elephants: The Final Chapter? (2005);

          Niestety w roku 2009 roku , niepokonany do tej pory duch Echo ugiął się pod ciężarem wieku i niespotykanej do tej pory w Amboseli suszy, która trwała już  wtedy prawie trzy lata. Jej śmierć nie mogla więc nadejść w gorszym dla rodziny momencie, kiedy to jej ukochane stado dopiero co przeżyło nie doświadczony nigdy w swym życiu bezdeszczowy okres.

          Poniżej pozwalam sobie zaprezentować film dokumentalny stacji BBC - ,,Echo – An Unforgettable Elephant'', zaprezentowany na ekranach w 2010 roku, stanowiący hold dla tej niesamowitej słonicy a takze celebracje jej cudownego życia. Dokument ten, niejako zamyka cykl programów o Echo, zapoczątkowany w 1990 roku. Gorąco polecam go każdemu, kto przegląda mą relacje. Ten poruszający film kompiluje najważniejsze etapy życia słonicy, od momentu, kiedy to kamera zaczęła śledzić jej losy, aż do jej śmierci w 2009 roku. Oglądając go, zawsze z oczami pełnymi łez-poruszony i onieśmielony mądrością i wytrwałością Echo - oddaję swój hold jej niesamowitemu życiu- pragnę jednocześnie zaprosić was na obejrzenie ,, Echo-An Unforgettable Elephant'' w całości, w zamieszczonych poniżej sześciu odcinkach. Na pewno nie będzie to dla was stracona godzina.....

  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Gwiazdy z Amboseli
  • Młode cudo
  • Małe cudo
.......
  • Z żonką przed naszym namiotem
  • Namiot od strony widokowej
  • A to ,,ulica'', na której mieszkalismy
  • Stwór solniczkowy
  • Gruby sie moczy
  • Wyrko
  • Łazienka w ...w namiocie
  • Widok na Kilmandzaro z obozu

           Choć nie są tak szeroko rozproszone terytorialnie jak gazele Granta, stanowią najpowszechniejsza grupę wśród gazel wschodnioafrykańskich. Gazele Thomsona, często takze nazywane pieszczotliwie Tommies, zamieszkuja otwarte równiny oraz trawiaste obszary południowej Kenii i północnej Tanzanii. Zyją w samczych bądź samiczych stadach do 100 osobników, a wymieszane łącza sie w grupy dochodzące niekiedy do 700 sztuk. Często łączą się także w stada z gazelami Granta.

          Tommies te są jednym z trzech, oprócz zebr i gnu, gatunkiem składającym się na słynna migracje do  parku Serengeti. Szacuje się ze podczas migracji pojawia się około 500,000 Tommies.

          W czasie migracji, podążając za stadami zebr czy gnu, samce zaczynają zaznaczać swoje terytorium.Ostentacyjnie, z wypiętą przednia częścią tułowia oddają kal bądź mocz na istniejące już kupy lajna, po czym oznaczają granice swojego terytorium, generując wydzielinę z gruczołów znajdujących się zaraz pod oczami, pozostawiając ja na kiełkach trawy w odległościach około 20 stóp jedna od drugiej. Samce żarliwie bronią swojego terytorium.  W przypadku wyzwania ze strony innego samca, walczą ze sobą ścierając się porożem a zwycięzca przejmuje terytorium.

Samice waz z młodymi najczęściej formują się w grupy od pięciu do pięćdziesięciu która wędruje przez terytoria samcze. Stado zmienia swoich członków z godziny na godzinę, z tego względu nie powstaje żaden widoczny model hierarchiczny czy przywódczy. samce bez zaznaczonego terytorium, zbierają się razem w małych grupach na skrajach większych stad, unikając kontaktu z terytoriami innych samców chyba ze chcą je od nich przejąć.

          Wczesnym rankiem i późnym wieczorem stado, które zazwyczaj rozchodzi się za dnia, ma zwyczaj zbierać się razem. Wtedy to nadchodzi czas na zabawy dla młodych, które to podskakują na prostych nogach( wygląda to jakby zamiast nóg miały sprężyny) oraz ścigają się sprintem po obwodzie stada.

          Gazele Thomsona są z natury zwierzętami bardzo cichymi wokalnie, dlatego w razie niebezpieczeństwa nie posługują się żadnymi odgłosami. Polegają na sobie wzajemnie poprzez ciągły kontakt wizualny. Zaniepokojone, kurczą swoja skórę, przy czym ich sierść staje sie ciemniejsza a charakterystyczne czarne pasy robia się bardziej widoczne. Poza tym nerwowo tupią przednimi kopytami w ziemie, alarmując inne gazele o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Tommies maja ponnadto bardzo dobrze wykształcone wszystkie zmysły, które pomagają im szybko wyczuwać zagrożenie na sawannach, niejako zwiekszajac ich szanse na przetrwanie wobec bycia stale wyeksponowanymi na płaskim terenie.  

         90% diety Tommies’ów stanowi trawa. Poprzez zajadanie tylko najbardziej zielonych, pożywnych traw, Tommies dostarczają sobie w ten sposób wody przez cały sezon deszczowy, nie musząc eksponować się drapieżnikom przy wodopojach. W poszukiwaniu pozywienia łączą się także w stada i innymi kopytnymi-najczęściej  z zebrami i gnu, czasami tez ze zwykłym bydłem, które to udeptując wysoka trawę, czyniąc je zdecydowanie krótsza, ułatwiają tym samym ucztę gazela Thomsona. Podczas sezonu suchego, zaczynają przemieszczając się w miejsca,  gdzie mogą znaleźć wodę pitna. I choć trawa jest podstawa diety gazeli, podczas suszy Tommies muszą zadowolić się znalezionymi ziarnami bądź obgryzaniem gałęzi.

          Gazele Thomsona rozmnażają się dwa razy na rok. Chociaż rodzą się w przeciągu całego roku, szczyt urodzin przypada zaraz po zakończeniu pory deszczowej. Po urodzeniu matka chowa młode w wysokiej trawie, powracając kilkanaście razy dziennie aby je nakarmić i ogólnie po matczynemu popieścić. Dzieki swemu płowemu ubarwieniu i umiejętności pozostawania bez ruchu przez długi okres czasu, młode pozostawione w wysokiej trawie są zadziwiająco niewidoczne na płaskich równinach. Pomimo tego, młode są często zabijane przez drapieżniki a wiele z nich żywi sie właśnie tylko małymi Tommies’ami w czasie sezonu cielnego u tych zwierząt. Male najczęściej padają ofiara mniejszych kotów, orłów i pytonów. Dorosłe gazele Thomsona najczęściej padają ofiarami dzikich kotów, likaonów oraz hien, z samcami będącymi podobno trzy razy bardziej narażonymi na atak predatora.

       W Amboseli udalo sie nam uchwycic moment stacia dwóch samców. Nie wiedzielismy tak naprawde, czy byla to walka czy zabawa. Poza tym wtedy nie bylismy pewni czy to gazela Thomsona czy Granta!!! Tym bardziej, ze nasz przewodnik mial problemy z rozróznieniem obu tych gatunków. Raz nazywal Thomsony Grantami, drugi raz na odwrót. Niekiedy obydwa zwierzaki nazywal tak samo.  Ale nie dziwe mu sie wcale. Jak juz wspominalem przy we wczesniejszym opisie dotyczacym gazel Granta, oba gatunki sa do siebie bardzo podobne i czesto sa ze soba mylone. Tym bardziej jak patrzysz na nie z daleka na safari. Róznia sie wielkoscia (Tommies sa mniejsze), umaszczeniem ( opisywane posiadaja czarny pas na siesci po bocznych czesciach podbrzusza, biegnacy od ramian do lud, oraz maja ogólnie ciemniejsza siersc ) oraz gruboscia i dlugoscia poroza. Teraz latwo mi je rozpoznac, gdyz wiem po czym, ale kiedy pierszy raz ujrzezlismy je, ciezko bylo znalezc róznice. Tommies sa takze podobno latwo rozpoznawalne ze wzgledu na ruchy swojego ogona, który lata im w obie strony jak wycieraczka samochodowa.

  • Walka czy zabawa?
  • Walka czy zabawa?
...
  • Zebry Amboseli
  • Zebry Amboseli
  • Przytulane...

          Gnu zawsze mnie fascynowała. Jej odwaga i determinacja. Fascynował i intrygował mnie zarazem także jej prze dziwaczny wygląd. Kiedy zobaczyliśmy ja na żywo na sawannach Amboseli, nie mogło być inaczej. Choć za nic nie sprawiały wrażenia żwawych, zdecydowanych aktorów spektaklu z Masai Mara, sprawiając wrażenie ospałych, osowiałych i... nudnych, zaczarowały nas w pierwszym momencie, jak tylko je ujrzeliśmy.

           Zobaczyliśmy najpierw dwa osobniki, zapewne samce. Staly bez ruchu, jakby wmurowane w ziemie. Po chwili obserwowania ich przez lornetkę, chwyciłem za aparat. Choć wiedziałem, ze ujecie nie będzie idealne- znajdowały się bowiem one daleko od nas, musiałem uwiecznić je na zdjęciu. Odległość była wtedy dla nas nieważna. Istotne bylo to, ze widzimy je na żywo, a wszystko będziemy mieć uwiecznione to do końca życia na fotografiach.  Przez jakis czas trzask migawki rozlega się z częstotliwością kilka razy na sekundę. Później czekamy, może podejdą trochę bliżej, nie mogą stać przecież cały czas bez ruchu. Po kilku minutach, zaczynają swój spokojny, pełen gracji marsz. Jeden idzie równo za drugim, jakby gęsiego. Ku naszemu zmartwieniu, w przeciwna do nas stronę. Strzelamy aparatami ponownie. Po kilku minutach są już tak daleko, ze nie możemy już liczyć na objecie tej odległości obiektywami. Spotkanie choć krótkie, z dużej odległości, ale zaliczone - co najważniejsze zapamiętane na zawsze w cyfrowym formacie.

          Choć wyżej wymienione spotkanie nie było to dla nas jedynym, niestety nie było nam dane podziwiać antylop Gnu wystarczająco często. Oprócz tego, ku naszemu dalszemu niezadowoleniu, zazwyczaj były wymieszane z innymi kopytnymi albo znajdowały się za daleko od drogi, przy czym oczywiście spadały nam szanse zrobienia dobrego, czystego ujęcia. Ot, tak jakoś szczęście nie dopisało, nad czym ubolewałem bardzo, gdyż ssak ten jest przecież jedynym z najbardziej charakterystycznych zwierząt afrykańskiej sawanny i co oczywiste, chciałem go uwiecznić w jak najlepszych kadrach.

          Wspominając tego przedziwnego ssaka, cały czas mam przed oczami jego komiczny wygląd. Studiując  zdjecia po czasie, patrząc na budowę ich ciała mam wrażenie, ze jest zmontowane z części zapasowych. Patrząc na przednia cześć ciała, Gnu przypomina mi woła,  zadek ma antylopy a ogon i grzywa przypominają końskie. Do tego dochodzi komiczny zestaw stojących pod katem 90 stopni uszów z powyginanymi najpierw na zewnątrz, później do wewnątrz i na koniec do tylu, rogami. Całość wygląda niesamowicie nieproporcjonalnie, z bardzo muskularnym przodem, szczupłą częścią tylnia i patykowatymi nogami. Nie dziwne, ze dorobiły się przydomku ,, klaunów sawanny’’. Do komicznego wyglądu dochodzą jeszcze przedziwne odgłosy w postaci jęków w niskiej tonacji,  oraz  absurdalnie wyglądające ,,tance’’, w okresie ekscytacji, kiedy to skaczą, kręcąc się w kółko.

  Pomimo swojej genetycznej nieproporcjonalności i behawioralnym dziwactwom, gdy maszerują, robią to bardzo dumnie, z gracja, w bardzo regularnym tempie. Galopujące, sprawiają wrażenie silnych i zdecydowanych. I choć dla większości ludzi pozostaną na zawsze brzydalami afrykańskiej sawanny dla mnie będą do końca piękne- piękne, właśnie dzięki swej niekwestionowanej unikalności.

 

Z życia Gnu wzięte...

 

         Bohaterki tego punktu są chyba najbardziej znane ze swojej migracji w Serengeti, a ich wędrówka, a szczególnie przekraczanie rzeki Masai Mara, gdzie czekają na nie otwarte paszcze krokodyli, stanowi jedno z największych spektakli natury, nie tylko tej afrykańskiej. Co roku setki tysięcy foto-turystów, przybywa do parku Masai Mara w pobliże rzeki o tej samej nazwie, aby obserwować to mrożące w żyłach przedstawienie walki o przetrwanie. Od kiedy pierwszy raz zobaczyłem to widowisko na BBC, od razu zrodził się we mnie podziw dla Gnu, dla ich odwagi i determinacji , podziw dla konsekwencji w podążaniu w kierunku, który wyznaczyła im natura, przede wszystkim w obliczu czyhającego na nie co krok śmiertelnego niebezpieczeństwa.

         Migracja, w czasie, której w całym eko-systemie Serengeti-Mara, Gnu tworzą migracyjne kola od 500 do 1000 mil, rozpoczyna się zaraz po sezonie rozrodczym w styczniu i lutym na równinach południowo-wschodniego Serengeti. Później Gnu kierują się na zachód, w kierunku Jeziora Wiktoria, przez trawiaste sawanny, po otwarte tereny zalesione, później kierując się na północ w kierunku rzeki Mara. Następnie udają się ponownie na południe. I tak co roku. Co ciekawe przy tak duzych ilosciach zwierzeta te poruszaja ise zazwyczaj w jednej lini, jeden z drugim, jakby gesiego (patrz filmiki). Sa tak zawzięte i nieugięte w swej podróży, ze często podróżując w setkach tysięcy osobników, przemierzając rzeki i jeziora, wiele z nich pozostaje rannymi, utopionymi, stratowanymi bądź pożartymi przez drapieżniki. Te ostatnie bardzo często podróżują za migracja, zapewniając sobie w ten sposób, łatwa zdobycz w postaci Gnu, Zebr bądź Gazel Thomsona, często tracących w czasie migracji zwyczajowa czujność. Poza tym liczby, w jakich przemieszczają się kopytne, zmniejszają ich szybkość. Czesto panikujac, tratują się nawzajem, czyniąc ranne osobniki bezwysiłkowym obiadem dla drapieżnika.

          Gnu Pręgowane zamieszkują przede wszystkim Afrykę Wschodnia, z przewaga Kenii i Tanzanii. Szczególniej w tej ostatniej ich liczba jest szacowana w okolicach 1.5 miliona sztuk. W mniejszych ilościach, i co za tym idzie w mniejszych stadach występuje także w Zambii, Mozambiku, Botswanie, Namibii, Zimbabwe i RPA. Choć w Serengeti ich liczba bardzo wzrosła w ostatnich latach, tylko w sąsiedniej Kenii ich populacja w samym Amboselii zmalała o 83% !!!! Pomimo iż podejmuje się wysiłki konserwacyjne, aby zwiększyć liczbę tych zwierząt a ich ogólna populacja jest uważana za niezagrożoną, niemniej jednak w regionach, gdzie ich stada są mniejsze, gatunek ten regularnie zamiera ze względu na niszczenie jego środowiska naturalnego. Coraz to większe zaludnianie do tej pory dzikich terenów Afryki, a co za tym idzie zagarnianie pola pod uprawy i wypas bydła, nadmierne otaczanie dużych połaci terenów plotami, ogranicza Gnu żywieniowo i terytorialnie. Gnu są z natury są cały czas w ruchu, podążając konsekwentnie za odpowiednimi źródłami pożywienia i wody. Pozbawione tej możliwości, najczęściej umierają śmiercią głodowa.

            Jak już wspomniano, Pręgowane są zwierzętami towarzyskimi. Często łącza się z innymi kopytnymi w gatunkowo wymieszane stada, szczególnie te z Serengeti, które są stadami najbardziej wędrownymi. Stada Gnu, które są płciowo wymieszane, szczególnie chętnie łączą się z zebrami w celach wzajemnej ochrony. Zebry także przydają się Gnu przy poszukiwaniu pożywienia, gdyż te zerując na wysoko trawiastych terenach, wyżerając te wysoka,  eksponują tym samym krótka, bardziej pożywną trawę,  preferowana przez antylopy. Kiedy Gnu maja wystarczająco dużo pożywienia, prowadza osiadły tryb życia, formując stada o typowym formacie dla kopytnych:  stada samotnych samców oraz samców terytorialnych z grupami samic i potomstwem. W miarę pogłębiania się terenu suchego, zwierzęta te zbierają się tłumnie na terenach występowania pożądanej żywności i wody, mieszając się, zatracają klasyczna separacje stadna.

          Książkowo, naukowo,encyklopedycznie oraz internetowo występują dwa gatunki Antylopy Gnu, bądź jak kto woli Nyumbu w języku Suahili- Blue Wildebeest, najpowszechniejsze, po naszemu  Gnu Błękitne,  oraz  Black Wildebeest-Gnu Brunatne ( czasami można spotkać z określeniem White-Tailed Gnu-Gnu Bialoogonowe)

          To pierwsze określa się tez z angielskiego Brindled Gnu-Gnu Pręgowane albo Gnu Białobrode. W nazewnictwie polskojęzycznym najczęściej spotykana jest nazwa Gnu Pręgowane. Choć nazwa ta przyjęła się jako określająca cały gatunek, wykorzystuje się ja także jako wyodrębniającą podgatunek Gnu nazywany identycznie. Naukowcy rozróżniają także kilka innych podgatunków Gnu Pręgowanego, nazwane szczególnie ze względu na ich poszczególny habitat- Zachodnie Gnu Białobrode, które jest najmniejszym podgatunkiem zamieszkujące tylko Kenie i zachodnie tereny Serengeti, oraz Wschodnie Gnu Białobrode, zamieszkujące Kenie i wschodnia Tanzanię na wschód od Gregory Rift. Nyassaland Gnu występujące w Mozambiku i południowej Tanzanii, będące największym z podgatunków oraz Gnu Cooksona, występujące tylko w dolinie Luandwa w Zambii to następne podgatunki Gnu Pręgowanego

          Co do Gnu Brunatnego, jest ono gatunkiem prawie wymarlym. Pisze prawie, gdyz jej konserwacja doprowadzila do stopniowego jego odrodzenia. Pierwotnie, gatunek ten zamieszkiwal podobne rodzaje terenu jak Gnu pregowane ale byl ogranicziny do poludniowej Afryki, terenów dzisiejszej RPA. Problem pojawil sie, kiedy pierwsi biali osadnicy upodobali sobie je jako zwierzeta domowe, najpierw dla miesa, pózniej dla charakterystycznego bialego ogona wykorzystywanego do róznych typów rzemiosl, przez co zostal prawie calkowiecie wytepiony. Dzisiejsze Gnu Brunatne wystepuje juz tylko w zamknietych, chronionych rezerwatach badz w prywatnych hodowlach, dzieki, którym z jednej strony gatunek tak naprawde przetwal, z drugiej zas,  jego dystrybucja zostala zdecydowanie ograniczona.

          Przeglądając różne pozycje zdjęciowe mogę stwierdzić, ze Gnu, które dane nam było widzieć w Amboseli, to podgatunek Eastern White-Bearded Wildebeest- Gnu Wschodnie Bialobrode.

         Dla milosników wersji video, zalaczam takze filmiki pokazujace slynna migracje antylop Gnu w Serengeti.

  • Razem gęsiego
....
  • Koronnik Szary
  • Chyba cos wypatrzyl
  • Ekipa szara
  • Sekretarz
  • Miami vice
  • 8
  • Ladujemy
  • Spacer
  • Strus masajski lub czerwonoskóry
...
  • Dach Afryki
  • Dach Afryki
  • Dach Afryki
  • Dach Afryki

Juz podczas powrotu z Amboseli, czułem pewien niedosyt. Nie powiem, ze  bylem niezadowolony z naszego safari , ale po prostu było mi chyba za mało wrażeń, czegoś mi brakowało. W hotelu było nudno, pogoda także nie dopisywała. Tak wiec myśl o powrocie i siedzeniu na plaży czy w hotelu przyprawiała mnie o mdłości.Tak wiec zacząłem myśleć o następnym safari. Musiałem przede wszystkim wykalkulować, czy nas na niego stać, gdyż był to koszt przynajmniej 300 funtów, rozważając na dwa dni do Tsavo. Z drugiej strony zona Marta była bardzo zmęczona po trzech dniach na nogach. Kiedy wiec wspomniałem o chęci zrobienia drugiego safari, powiedziała mi od razu, ze nie ma nic przeciwko drugiej wycieczce, ale niestety musiałbym ja zrobić samemu, gdyż ona już nie miała na nią siły. Wiec pomysł chwilowo upadł, choć możliwość ta nie dawała mi spokoju choćby przez chwile.Nie zobaczyliśmy przecież lwa, nosorożca, lamparta, krokodyla. Przede wszystkim żałowałem tego pierwszego. Pragnąłem go zobaczyć ponad wszystko, ot takie ciche marzenie. 

Gdy dojechaliśmy na miejsce, od razu sprawdziłem stan naszego konta, aby upewnić się czy mogę zmaterializować swoje plany. Okazało się ze mogliśmy sobie pozwolić na wydatek około 300 funtów. Od razu wiedziałem, ze za dużo nie zawojuje za te kwotę. Pozostawał tylko jeden wybór-albo Tsavo East albo West na dwa dni w pięciogwiazdkowej lodge. Po krótkich konsultacjach z firmami organizującymi safari postanowiłem pojechać na dwa dni ponownie do Tsavo East, jako ze postawiłem sobie za priorytet sfotografowanie króla wszystkich zwierząt, co było bardziej prawdopodobne w Tsavo East, ze względu na lepsza widoczność i  mniejsze zalesienie terenu. Jeżeli chodzi o Tsavo West, jest tam większa możliwość zobaczenia nosorożca albo lamparta niz w Tsavo East, ale prawdopodobieństwo i tak określa się na około 30-40%. Tak wiec nie chciałem ryzykować. Poza tym to tylko dwa dni, które chciałem je jak najwięcej wykorzystać a pobyt w jednym parku dawał większe szanse na sukces.

Szczęście uśmiechnęło się od razu, gdyż już na pierwszym game'ie udało mi się upolować ogromnego lwiego samca. Stalo się to przede wszystkim za sprawa mojego kierowcy, który widząc moja pragnienie sfotografowania lwa, złamał prawo, zjeżdżając z drogi gnając po buszu za zwierzem.

Oprócz w/w lwa zobaczyliśmy cala lwia rodzinę składającą się z młodych samców i kilku samic, rozkoszujących się uczta i poucztowa sjesta. Udało mi się także spotkać duże stado zebr przy wodopoju, gdzie moglem z bliska zrobić cala sesje, tworząc cały cykl o tych cudownych stworzeniach!!!Ze względu na to, ze byliśmy jedynym busem w okolicy, nie spłoszyły się w ogóle, zachowując się bardzo swobodnie, co pozwalało na naprawdę ciekawe ujęcia. 

Lecz największą niespodzianka drugiego dnia safari okazał się Pyton Skalny, który jest ogromnie rzadkim okazem do zobaczenia w Tsavo. Kierowca powiedział mi, ze tylko może około 5% ludzi doświadczających  safari w tym Parku udaje się ujrzeć pytona i to jeszcze z takiego bliska jak ja!!! Fenomenalne!!! Czułem się zrozumiale ogromnym szczęśliwcem.

Możliwość podziwiania wyżej wymienionej zwierzyny wspaniale dopełniły przecudowne krajobrazy Tsavo East, które pozwalam sobie przedstawić jako pierwsze. 

  • Boskie Tsavo Wschodnie II
  • Boskie Tsavo Wschodnie II
  • Boskie Tsavo Wschodnie II

          Ową lodze wybrałem jako miejsce wypadowe na drugie safari. Choć Voi Wildlife Lodge, w której przebywaliśmy podczas pierwszego pobytu w Tsavo, przeszła nasze najśmielsze oczekiwania dotyczące standardu pokoju, jedzenia, serwisu i przede wszystkim lokalizacji, postanowiłem jednak doświadczyć nowego miejsca, również posiadającego niesamowite recenzje, poza tym leżącego w innej części parku, co dawało mi to przede wszystkim szanse do eksploracji innych zakątków Tsavo. 

          Jakość noclegu jeszcze lepsza niż w pierwszym przypadku, jedzenie i serwis również bardzo wysokiego standardu. Okolica przecudowna, z dziką zwierzyną przechadzającą się w okolicach jeziorka, położonego kilkadziesiąt metrów od ogrodzenia. (W jeziorku tym zobaczylismy na pierwszym safari jedynego hipcia). Stylowy basen, z którego można obserwować okoliczne tereny dodatkowo dodaje smaku tej cudownej akomodacji. Z tego co pamiętam, cena za pokój z opcja full board oscylowała w okolicach 100 USD za dobę. Dodatkowo trzeba standardowo zapłacić za napoje i alkohol. Butelka wody mineralnej kosztowała 120 szylingów kenijskich, piwo 160. Oczywiście napiwki mile widziane, ale za ten cudowny serwis , którego tam doświadczasz, nagroda dla stafu staje się przemiłą koniecznością.

          

  • To chyba ten sam ale starszy
  • Nastepny przebiegly jegomosc
  • Powyginany
  • Zblizenie gada
  • Dik-dik Kirk'a
  • W takim budunku mieszkalem
  • Łóżko iście królewskie
  • Basen przy wschodzie słońca
  • Werwetka
....
  • Taxi
  • Opalamy pyszczek
  • Siesta
  • Bufallo w Tsavo
  • Zblizenie bydlecia
  • Bawoly w Amboseli
.....
  • Bawolec
.......
  • Kob Śniady
  • Plochliwiec
  • Kob Śniady
...
  • Monitor lizard- miejscowy waran
  • Jak poprzednio
  • Pyton skalny
  • Pyton skalny
  • Widoczny coraz bardziej
  • Dluzszy...
  • Juz prawie caly
  • No nie calkiem... przepraszam wszystkich
...
  • ...przy wodopoju
  • Ziemna kąpiel
  • Teraz druga, bo one tak na przemian
  • Tarzania ciag dalszy
  • Kąpieli ciąg dalszy
  • Kapieli ciag dalszy
  • ...i dalszy
  • Pocalunki

Do niedawna lwy z Tsavo kojarzone były z dwoma ludojadami, które w 1989 roku zyskały złą sławę zabijając wielu robotników kolejowych. Obecnie lwy z Tsavo wzbudzają zainteresowanie ludzi z powodu narastającego konfliktu pomiędzy lwami a hodowcami zwierząt oraz stwierdzonych u lwów z tzw. populacji Tsavo odmiennych od innych lwów cech morfologicznych i behawioralnych.

 

W marcu 1898 roku, Brytyjska Kompania Wschodnioafrykańska pod kierownictwem inżyniera podpułkownika Johna Henry'ego Pattersona  rozpoczęła budowę mostu kolejowego na rzece Tsavo. Podczas prac, wielu pracowników kompanii zostało zabitych i pożartych przez dwa bezgrzywe samce lwów.

Pracownicy, próbując powstrzymać ataki zwierząt, budowali ogrodzenia ze stosów kolczastych roślin wokół obozu, jednak lwy nauczyły się tę przeszkodę pokonywać i systematycznie napadały na ludzi. Wiele ze swoich ofiar wyciągnęły z namiotów poza ogrodzenie i tam pożarły. Patterson porozstawiał pułapki i wiele razy usiłował zastrzelić lwy z drzewa. Pierwszego zastrzelił w grudniu 1898 roku , a drugiego 3 tygodnie później. W ciągu dziewięciu miesięcy zginęło co najmniej 28 osób.

Po 26 latach skóry lwów, będące do tego czasu używane przez Pattersona jako dywany, zostały sprzedane wraz z czaszkami za 5000 dolarówdo Muzeum Historii Naturalnej w Chicago, gdzie zostaly wypchane i wystawione na pokaz. Obecnie są jedną z największych atrakcji muzeum. Opis wydarzeń według relacji Pattersona został opublikowany w książce Ludojady z Tsavo (The Man-Eaters of Tsavo), a później adaptowany do filmów Bwana Devil i The Ghost and the Darkness.

Przez wiele lat wiedza na temat zachowania lwów opierała się na obserwacjach prowadzonych w ogrodach zoologicznych i w Parku Naradowym Serengeti w Tanzani. Wydarzenia z Tsavo zwróciły uwagę badaczy na dwa elementy: nietypowa specjalizacja pokarmowa (ludzkie mięso) i brak grzywy u samców-ludojadów (obydwa zastrzelone lwy były dojrzałymi 8–10 letnimi samcam.

Kierujący pracami Tsavo Research Project Bruce Patterson z Muzeum Historii Naturalnej w Chicago wykazał, że brak grzywy jest powszechnie spotykaną cechą samców występujących w tym – słabo dotąd poznanym – regionie Kenii. Większość z nich wcale nie ma grzywy lub ich grzywa jest szczątkowa. Dotychczas brak jednoznacznego wytłumaczenia tej anomalii. Stwierdzono, że warunki środowiska, a dokładniej temperatura otoczenia oraz dieta mają wpływ na wielkość i kolor grzywy. Badacze przypuszczają, że zanik, czy też brak wzrostu grzywy u dorastających samców ma związek ze strukturą stada. W Tsavo stwierdzono tylko jednego samca i 7–8 samic w każdym z obserwowanych stad, podczas gdy na innych terenach w stadach żyją koalicje od 2–4 samców, a na każdego z nich przypada średnio do 6 samic. Związane z tym zmniejszenie liczby konfliktów pomiędzy samcami może wpływać na obniżenie poziomu testosteronu.

 

Od wydarzeń z 1898 roku nie notowano kolejnych ludojadów w rejonie Tsavo. Nagminne natomiast stało się atakowanie przez lwy stad hodowlanych w tym rejonie, w okresie suszy, kiedy naturalne w tym regionie źródła pokarmu lwów –kudu i impala – ulegają rozproszeniu. Lwy dokonały większości (85,9%) z 312 ataków zakończonych zabiciem 433 sztuk żywego inwentarza stwierdzonych na przestrzeni 4 lat. W tym samym czasie Kenya Wildlife Service zanotował 6 przypadków ataków na ludzi, z czego dwa śmiertelne. Na całym terytorium otaczającym park lwy dokonują dziennie średnio jednego ataku na żywy inwentarz. Współpracujący z Pattersonem zoolog Roland Kays uważa, że konflikt pomiędzy człowiekiem a lwem jest najpoważniejszą przyczyną zabijania lwów.

Istnieje szereg teorii próbujących wyjaśnić, dlaczego lwy atakuja ludzi. Przede wszystkim lwy są drapieżnikami polującymi glównie na duże ssaki kopytne, ale również na naczelne. Z zoologicznego punktu widzenia ataki lwów na człowieka, zwłaszcza w okresie ograniczonej dostępności do podstawowego pokarmu, nie są niczym niezwykłym. Brak grzywy może mieć związek z genetycznie uwarunkowanym bardzo wysokim poziomem testosteronu, który powodowałby niezwykłą agresję zwierząt.Ponadto plaga ksiegosuszu w latach 90-tych XiX wieku zabijająca przedstawicieli dotychczasowych gatunków ofiar , jak gazele i antylopy, zmusiły lwy do szukania alternatywnych źródeł pożywienia.Niewatpliwy wplyw na takie zachowanie lwów mialy wrodzone lub wyuczone preferencje pokarmowe. Lwy przyzwyczaiły się do ludzkiego mięsa sprzed okresu budowy kolei, przekazując umiejętności potomkom. Na początku lat 90tych XIX wieku wystąpiła w regionie epidemia czarnej ospy czym ofiary zakopywano w bardzo płytkich grobach, albo w ogóle nie chowano.

Ponadto przez okolice parku Tsavo prowadziła trasa transportu niewolników w drugiej połowie XIX (pomimo oficjalnego zakazu handlu), na której pozostawiano słabych i chorych ludzi, którzy stawali się łatwą zdobyczą dla lwów. Ocenia się, że rocznie pozostawiano tam około 80 000 żywych i martwych niewolników.Badania czaszki jednego z ludojadów wykazały wadę uzębienia (wrodzoną lub nabytą), która utrudniała mu nie tylko polowanie, ale także odżywianie się – lew nie miał pewnego chwytu i mógł odczuwać ból. Mogła to być przyczyna poszukiwania przez spokrewnione ze sobą lwy łatwiejszych ofiar i późniejszego ich niedojadania (zwłoki znajdowano często jedynie nadjedzone).

Tak wiec lwy, które oglądamy teraz w Tsavo to właśnie potomkowie wyżej wspomnianych ludojadów. Lecz na nasze szczęście z ich przodkami łączy ich już teraz tylko ta historia bądź legenda jak kto woli. Aktualni mieszkańcy Tsavo lwiego pochodzenia są bardziej łagodni niż koty domowe , przyzwyczajone do obecności foto-turystów na każdym kroku. Patrząc na nie czasami z odległości dwóch metrów, mamy wrażenie ze bardziej pozują na lokalnych celebrytów, niż starają utrwalać stereotyp krwawych zabójców.Prężąc sie do zdjęć jak modelki, bądź leniwie wylęgując się po swoich ucztach zapadają nam w pamięci jako wielkie, potulne kociaki. Nie zapominajmy jednak, ze to cały czas dzikie zwierzęta, które są u siebie a my jesteśmy zaledwie  ich gośćmi. Czujac zagrożenie z naszej strony, mogą sobie bardzo szybko przypomnieć, ze to właśnie one a nie my, stanowią ostatni szczebel w łańcuchu pokarmowym afrykańskiej sawanny.

 

 

  • Poza
  • Poza nr.2
  • Same mieśnie
  • Portret
  • Przyszłe pokolenia
  • Pięknota
  • Przyszłe pokolenia
  • Król Lew
  • Byl naprawde ogromny
  • Samotnica 2
  • Mlody król
  • Mlody a juz wielki
  • Wypatruje
  • Rutyna poposilkowa
  • i nastepny
  • I znowu sredniaki
  • Kęs za kęsem
  • Uczta trwa dalej

    Jeśli Bóg kiedykolwiek pozwoli nam ponownie wybrać się do Kenii, pewnie w ogóle nie zdecydujemy się na wyjazd na wybrzeże. Z perspektywy czasu, spedzilibyśmy pewnie dwa tygodnie w parkach narodowych, po kilka dni w każdym. Lodges w parkach są w wiekszości dużo lepszego standardu niż hotele na wybrzeżu oraz co najbardziej wartościowe, zamiast nocnego, hotelowego gwaru budzisz się i zasypiasz przy odgłosach dzikiej, afrykanskiej sawanny.

          Pewnego razu ktoś madry powiedzial mi, że może nadejść czas, kiedy zabiorą ci wszystko co materialne-samochód, dom i inne tego typu wyznaczniki szczęścia. Lecz nikt jednak nie bedzie w stanie zabrać ci twoich wspomnień, tego, co przeżyłes i doświadczyłeś. I z tą dewizą pragniemy brnąć przez życie, starając się spełniać swoje marzenia. Niewątpliwie takim spełnienem była nasza kenijska przygoda a przede wszystkim pobyt na safarii, które do tamtej pory było tylko utopijnym celem, rzeczywistościa, która mogłem obserwować co najwyżej na ekranie telewizora. Teraz jest dla nas realnym doświadczeniem, do którego wracamy wspomnieniami i przeżywamy ponownie, często powracajac do naszych galerii zdjeciowych z tej nieziemskiej przygody.

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. (19.08.2011 12:01) +1 + -
    A do tego zdjecia....radosc dla oczu...
  2. (19.08.2011 11:47) +1 + -
    ALE RELACJA! Klaniam sie w PAS!
  3. marinik (30.03.2011 10:42) +2 + -
    Och Michal, Michal. Juz pare razy wracam do tej Twojej opowiesci i marzy mi sie.....
  4. latomania (21.02.2011 22:36) +2 + -
    Zdjęcia są piękne, cudowne kolory... natury. Opis przeczytam sobie na spokojnie innym razem. Faktycznie napracowałeś się z całością:) Pozdrawiam
  5. przedpole (21.02.2011 17:55) +3 + -
    Napracowałeś się,aby to wszystko tak zgrabnie pogrupować.
  6. asta_77 (20.02.2011 19:10) +2 + -
    Hej, znowu coś wrzuciłeś? Chyba muszę zacząć od początku, bo już nie pamiętam, co widziałam ;) A w ogóle się zorientowałam, że nie zaplusowałam całości - cóż za niedopatrzenie! Ja się ciągle nie mogę zebrać, żeby wrzucić nową podróż - tylko się przy okazji pochwalę, że tym razem udała się "wielka piątka" ;)
  7. marinik (08.02.2011 7:53) +2 + -
    Nie ogarniam nie ogarniam. Czy ja dobrze gdzies przeczytalem, ze TA wyprawa w przeliczeniu na zlotowki oscylowala kolo kwoty 10 tys? Rozmarzylem sieeeeee...
  8. (12.01.2011 1:06) 0 + -
    Cześć Aniu. Ja co do tego tropiciela.
    Oj kochana, troche nie doczytalas. Przeciez ja wlasnie wychwalalem ich spostrzegawczosc!!! A spostrzegawczosc to nie tropienie, o którym na współczesnym safari w busie nie ma mowy. Pisałem -,, No i ich sokole oko!!! Prowadzac samochód ciągle czujnie wpatrują sie w okoliczne zarosla i sawanne. Nagle okrzyk: ,, Look, look on your left!!!’’ My rozglądamy sie w lewo, naokoło i nic nie widzimy!! Nagle pojawia sie jakis zwierz wypatrzony przez naszego kierowce. Pozniej zadajemy sobie pytanie, jak on zdolal to wypatrzyc prowadzac samochod. Spostrzegawczość maja wzorowa, to im trzeba przyznać. Moze wlasnie taki rodzaj tropienia maja wszyscy na myśli, wychwalając kierowców w niebo-glosy?! Jeśli o to chodzi, sa naprawde mistrzami w swoim fachu. ''-
    Obalałem tylko mit tropienia, gdyż tropienie to znajomosc zapachów, sladów, zwyczajów zwierzecia itp - nie spostrzegawczość zza szyby prowadzonego samochodu. Tak naprawdę, prowadząc auto, nie są wstanie zapewnić, ze zwierzęta sa tu czy tam. Sam nasz kierowca mówił, ze safari to w 80% szczęście. Raz zwierzęta sa tutaj raz tam. To nie jest ZOO, gdzie wiesz w której jej części siedzi jaki zwierz. Tsavo jest największym parkiem w 'Kenii- nie jest parkiem zamkniętym i zwierzęta się maja gdzie przemieszczać, nie ma wiec żadnej reguły i pewności co do lokalizacji. Poza tym kierowcy maja cibi radio którym się komunikują. Tak wiec jakie to tropicielstwo. Jak jechałem sam w busie na drugim safari, to sobie sam wypatrywałem zwierzęta, on tylko prowadził. To znaczy ze ja tez bylem tropicielem? :) Tak jak można wywnioskować z moich cytowanych słów, także podziwiałem ich spostrzegawczość. Jeszcze raz powtarzam, ze to czy zobaczysz pożądana zwierzynę, czy nie zależy praktycznie tylko od szczęścia, szczególnie w takich ogromnych parkach jak Tsavo.
    Nasz Richard opowiadał, jak niektórzy ludzie spędzają z nim tydzien w Tsavo i nie udaje się im zobaczyć lwów czy gepardów. My zobaczyliśmy je w dwa dni. I to nie dlatego,ze on był z niego taki super tropiciel, ale dlatego ze inny kierowca dal mu znać gdzie są lwy, później gepardy i pojechaliśmy w te miejsca. Kiedy my natchnęliśmy się na cala rodzinę słoni przy wodopoju, tez daliśmy znać innym. O wspomnianej komunikacji miedzy to nimi także pisałem. Także sam kierowca nie przypisywał sobie zasług co do zwierzyny, która żeśmy widzieli. Pamiętam jak jechał zawsze tam, gdzie ostatnio widział jakiegoś zwierzaka, i nigdy go tam nie zastaliśmy. Sam był wtedy markotny. ,,Sorry , we haven't got any luck today-maybe tomorrow-biedny Rysiek się nam zawsze tłumaczył. Jak natknąłem się na pytona, to tez przez czysty przypadek i zwykle szczęście, ze nam wylazł na drogę. Moj kierowca z miejsca dal znać innym kierowca i w piec minut zjechało się nam chyba z sześc. My mieliśmy szczęście a inni szybko poinformowani przez radio mogli cieszyć się nim razem z nami.
    Jeżeli uważasz, ze to, co widzieliście to zasługa waszego kierowcy, lub on sam sobie przypisywał zasługi to pragnę bardzo wyprowadzić cie z błędu. Po chwili zastanowienia sama dojdziesz do tego:). My tez spotykaliśmy busy z innymi ludźmi, którzy malo co widzieli ale nie dlatego, ze ich kierowca byl cienki ale dlatego ze znajdywali sie w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Brakowało im po prostu szczęścia. Jazda w busie po drodze to nie piesze przeczesywanie terenu. Mozna by było jeszcze mówic o jakimkolwiek prawdziwym tropieniu, jakby byla możliwość jezdzenia po sawannie anie tylko po drogach. Wtedy tropiciel moglby wysiasc z auta, isc po sladach, tropic po odchodach itp. Ale jak jedziesz w busie, po wyznaczonych do tego drogach, jak mozesz mówic o tropieniu? Sokole oko-jak najbardziej i oddalem im za to hold. Staralem sie tylko wskazac ze w warunkach wspólczesnego, busowego safari nie mozemy mówic o prawdziwym tropieniu, co najwyzej wlasnie o sposrzegawczosci. Slowo ,,tropienie'' badz ,, tropiciel'' zatem uzywane jest nieodpowienio badz na wyrost.Prawdziwymi znawcami terenu moga byc parkowi Ragersi, którzy maja sposobna poruszania w sie po buszu lub sawannie.
    Szczęściu można oczywiście pomóc rezerwując sobie więcej dni na safari albo jechać do parków gdzie jest ich po prostu więcej. Zobacz jak dużo zwierzaków zobaczyłaś w Tanzanii, aj ak dużo w Kenii. Nawet jak pojechaliście do zamkniętego rezerwatu dla nosorożca to nie zobaczyliście żadnego. Dlaczego? bo nie mieliście szczęścia. Tanzania co do zwierzyny góruje nad Kenia. W Kenii najwiecej zwierząt można zobaczyć w Masai Mara. Dlatego safari to jest najdroższe:) Twoje cudowne ujęcia gepardów z Tanzanii-palce lizać!!! Jesteś niezwykła szczęściara,ze miałaś okazje zrobić takie ujęcia!!! Kierowca ich tam nie ułożył:) W Tsavo takie zdjecia zrobić gepardom to chyba trzeba by było zasadzić sie na nie i łazić za nimi dniami i nocami, albo... mieć cholerne szczęście i znaleźć się właśnie w takim a nie innym momencie, w odpowiednim miejscu. Nawet najlepszy tropiciel by tego nie zaaranżował:) Zaaranżuje ci to wszystko natura a szcz
  9. asta_77 (10.01.2011 18:51) +1 + -
    aaaa, nie zgadzam się z Twoją opinią na temat roli tropiciela - no właśnie cały klucz w ich znajomości terenu i niesamowitej spostrzegawczości - jeśli nie wiedzą, gdzie jechać i na czas nie wypatrzą czegoś, to mimo szczęścia szanse spotkania ciekawego zwierza są mniejsze - mam porównianie, bo z naszego biura jeździły trzy samochody i kierowcy cały czas byli w bliskiej odległości i w kontakcie, ale ludzie z jednego z samochodów zawsze widzieli mniej, bo kierowca -tropiciel był słabszy
    Ja czasem byłam naprawdę w szoku z jak dużej odległości Andrew, prowadząc jednocześnie samochód, potrafił coś wypatrzyć
  10. asta_77 (10.01.2011 18:47) +1 + -
    No to przeczytałam - widzę, że Ty też zachwycony safari - super fajnie opisane przeżycia, ale zdjęcia to sobie rozłożę na raty.
    Selekcja w przypadku Afryki ciężka jest... Sama nacykałam prawie 2000 fotek i zrobić sensowny wybór to cięęęęężka praca ;)
  11. (03.01.2011 11:04) 0 + -
    Hej Zwirz normalniem zaszczycony!!! chyba skusilem cie okrojeniem zdjeciowo do 600:) a tak powaznie to dzieki za spedzony czas . Bede ja caly czas uzupelnial o dodatkowy tekst, bo to moje ulubione dziecko jak dotad:)
  12. zfiesz (03.01.2011 4:25) +2 + -
    ok... zacząłem. przypomnij mi że skończyłem na tsavo (a zdjęcia rozdział wcześniej)

    podoba mi się podejście do robactwa:-)
  13. kuniu_ock (16.11.2010 6:19) +2 + -
    Hejka :)
    Hmmm, dziwna sprawa... wydawało mi się, że plusiłem Twoją Afrykę... zaglądam, patrzę, a tu plus nietknięty...
    Wiedziałem, że mam sklerozę.. ale że aż taką???
    Greets! :)
  14. bartek_sleczka (13.10.2010 9:51) +2 + -
    Michale, przeczytałem, pooglądałem - jestem pod wielkim wrażeniem. Miałeś super wrażenia, drobiazgowo zaplanowane i przeprowadzone. Jeśli kiedyś pojadę w tamte strony, na 100% skorzystam z Twoich podpowiedzi. Z góry dziękuję.
    Mnóstwo świetnych zdjęć. Czasami mam problem aby wybrać te najlepsze :)
    Świetna relacja.
    Pzdr/bARtek
  15. tusiaiwojtek (09.10.2010 23:54) +2 + -
    po wielokroć super, fotki zwierząt świetne, tylko pogratulować i pozazdrościć!
  16. gość (01.10.2010 12:20) +1 + -
    Gratuluje ciekawej podróży i pięknych zdjęć.Pozdrawiam.
  17. lmichorowski (04.09.2010 0:15) +2 + -
    Michale, chapeau bas! Wspaniała wyprawa, wspaniały opis i wspaniałe zdjęcia. Obrazy przypominające niezapomniane pejzaże z "Pożegbnania z Afryką" ("Out of Africa"). Twoja relacja bardzo zachęciła mnie do wpisania Kenii na wysokie miejsce listy zkątków świata, które chciałbym odwiedzić. Jedyny kłopot w tym, że żona woli inne rejony... Pozdrawiam.
  18. kubdu (02.09.2010 22:48) +2 + -
    Urzekające.Oj posiedzę tu troszeczkę.
  19. amused.to.death (01.09.2010 21:30) +2 + -
    I jeszcze chciałabym dodać, jeśli chodzi o tabletki antymalaryczne, że ja i moi znajomi braliśmy te 'inne' tabletki kosztujące grosze - bez żadnych skutków ubocznych. Po prostu trzeba przeczytać wskazania i przeciwwskazania a niewiele osób to robi:)
  20. amused.to.death (01.09.2010 21:26) +2 + -
    Michale, dzięki za zaproszenie do fascynującej lektury:)
    Ja sobie zawsze powtarzam, że na takie safari pojadę jak odłożę więcej pieniędzy i kupię lepszy obiektyw:D chociaż patrząc na Twoje zdjęcia tak sobie myślę: może nie warto czekać?
    Na pewno chciałabym kiedyś zobaczyć Kenię - już kiedyś była rozważana, ale.. Przyznam też, że jeżeli chodzi o zwierzęta to chciałabym zobaczyć inne afrykańskie miejsca.....

    Zdjęcia pooglądam później - faktycznie dużo ich:) - na razie daję plusa z wspaniałą opowieść - super, że tyle nam tu napisałeś.
  21. silka007 (30.08.2010 22:56) +2 + -
    Hakuna matata, na pewno tu wrócę i doczytam. Do tej pory nie brałam Afryki pod uwagę w najbliższych planach podróżniczych. Ale kto wie, po takiej relacji... :))))
  22. pt.janicki (24.08.2010 14:32) +2 + -
    Wspaniałe fotografie! Wspaniały opis! Gratulacje!
  23. (23.08.2010 22:56) +1 + -
    Zapewne piękny masz album ze zdjęciami z tej wyprawy.
  24. gość (23.08.2010 12:21) +2 + -
    Wspaniała relacja i przepiękne zdjęcia :)
  25. kuniu_ock (21.08.2010 7:56) +2 + -
    Uuuhhh... dopiero 76 zdjęć i już nie mam siły... :P bezlitosny jesteś, Michał! :P
  26. na_biegunach (20.08.2010 20:41) +2 + -
    Pięknie!

    Marzą mi się Kenia i Tanzania, ale ciągle coś innego wypada. Może za rok :)
  27. koelka (20.08.2010 10:44) +2 + -
    Piękne zdjęcia i świetna relacja. Tym bardziej mi bliska, gdyż niecałe 4 m-ce temu też byłam w Kenii - też przy Diani Beach i w Tsavo. Wspomnienia ożyły...
  28. kuniu_ock (19.08.2010 22:44) +1 + -
    Melduję, że podróż opanowana, foty jednak - z racji ich mnogości - rozłożę sobie na raty, tak na ok18 miesięcy ;P
    Ale spokojna głowa, spłacam wszystko ;P
    Pozdrawiam i dobrej nocy życzę :)
  29. voyager747 (18.08.2010 22:52) +1 + -
    masz podróż na pierwszej stronie gazety :)
  30. iwonka55h (17.08.2010 21:25) +1 + -
    no, dobrnęłam do końca, piękna podróż i piękne zdjęcia. Dzięki.
  31. siuniek (17.08.2010 14:52) +1 + -
    Niestety nie samą Kenią człowiek żyje... Zaczęłam podziwiać, a do końca - na szczęście daleko :) A ilość zdjęć wcale mnie nie przeraża, doskonale Cię rozumiem. My byliśmy tylko na płw. iberyjskim i mamy ponad 3000 zdjęć.
  32. mapew (16.08.2010 21:43) +1 + -
    Michale dotarlem wlasnie do konca.... Fajnie bylo..... Szkoda, ze to juz koniec zdjec..... Jestem nadal pod wrazeniem fajnych zwierzat i fajnych zdjec. Mam teraz jeszcze jeden punkt do przeczytania. I czekam juz na nastepne teksty... Dziekuje Ci za takie fajne impresje i wrazenia z Czarnego (a moze raczej czerwonego? :-) Ladu.
  33. sagnes80 (16.08.2010 17:57) +1 + -
    Michale jestem pod wrażeniem i podróży i zdjęć. Coś pięknego!
    Dzięki Tobie na trochę przeniosłam się na Czarny Ląd:) wspaniałe kadry, piękna kolorystyka i światło :) pewnie jeszcze będę tu wracać :)
    pozdrawiam serdecznie!
  34. voyager747 (16.08.2010 17:26) +1 + -
    też tak kojarzę, że to sąsiad :)
  35. siuniek (16.08.2010 15:46) +1 + -
    tyle zdjęć, kiedy ja to wszystko obejrzę? Kenia to moje wielkie marzenie, tym bardziej chętnie zagoszczę u Ciebie na dłużej.
  36. gość (15.08.2010 23:09) +1 + -
    No blisko. Wiem, ze jak robilismy spacery po plaży to chyba przechodzilismy obok SPBR. Byl oddalony jakieś 2 km od naszego na prawo
  37. voyager747 (15.08.2010 22:58) +1 + -
    to blisko chyba gdzieś
  38. gość (15.08.2010 22:47) 0 + -
    My mieszkaliśmy w Diani Sea Resort- SPBR braliśmy pod uwagę ale nam coś za drogo wychodził. Najważniejsza była kaska na safari!!!
  39. voyager747 (15.08.2010 22:39) +1 + -
    też mieszkaliśmy przy Diani Beach :) w Southern Palm Beach Resort
  40. edytamalceva (15.08.2010 22:24) +1 + -
    wow :))) chyba sie troszke zaniedbalam :D dawno tu nie zaniedbalam :) i prosze ile zdjec ;D
  41. voyager747 (14.08.2010 23:11) +1 + -
    wiem, wiem, pamiętam jak czytałem o tym, że nosorożca trudno zobaczyć :) My też nie widzieliśmy.
  42. anna.wujec (14.08.2010 22:19) +1 + -
    Jak to nie podróżniczo? Aż tak mocna krytyka zorganizowanej turystyki?
    Plaże piękne. Żałuję, że Masajów taj mało ustrzeliłeś. Zwierzaki boskie!
    Ja wiercę się już i wyczekuję na swoją podróż. Jeszcze tylko 4 miesiące z małym hakiem.
  43. gość (14.08.2010 22:06) +1 + -
    Nosorożec to bardzo unikalny eksponat w Tsavo, szczególnie w Tsavo East. W Tsavo West jest rezerwat nosorożca, ale i tak jest ciężki do zobaczenia. Podobnie unikalny robi się podobno lampart, który tez upodobał sobie bardziej Tsavo West, w którym niestety nie byliśmy Sławku!!! Poza tym to trzeba mieć po prostu szczęście!
  44. voyager747 (14.08.2010 21:19) +1 + -
    a nosorożec ?
  45. tykuspl (14.08.2010 19:58) +2 + -
    Upolowałeś chyba każdą możliwą zwierzynę;(niekótre nawet wiele razy)(:
    Pozdrawiam.
  46. voyager747 (13.08.2010 20:01) +1 + -
    oj Krzychu, przy naszych 36 stopniach, to tam chyba w czerwcu chłodniej :)
  47. kuniu_ock (13.08.2010 14:56) +3 + -
    Ufff... dałeś po robocie :D Spora podróż, masa fotek :)) A jakie wielce barwne! :D
    Na razie jest zdecydowanie za gorąco, więc wpadłem ochłodzić się troszkę w pięknie błękitnej wodzie :D Tereny zdecydowanie dla mnie za gorące, więc chętnie wrócę do Twej podróży, bo zapewne nigdy nie udam się w tamte strony globu.
    Jeszcze tu wrócę! ;)
    Pozdrówki :)
  48. kielec (13.08.2010 13:56) +2 + -
    piękne zwierzaki, czerwone piachy i słonie cudowne :)
  49. voyager747 (13.08.2010 12:57) +2 + -
    niewiele się zmieniło, pojechałbym jeszcze raz :)
  50. ye2bnik (13.08.2010 11:29) +2 + -
    No Michale, teraz to szeroko poszedłeś! :) Biorę dzień urlopu i wsiąkam w lekturę :)

chelsea79

Michal
Punkty: 81547