Ładuję...

kolumber.pl


Witam,

SKOŃCZYŁEM - zapraszam na uzupełnioną już (nie mylić z pełną) wycieczką po Tajlandii Expressssssowo.

Pozdrawiam i proszę o wyrozumiałość, to jest pierwsza większa podróż jaką wprowadzam.

Pozdrawiam, bArtek

PS. Nie obrażam się za krytykę zarówno zdjęć, jak i wskazanie ewentualnych błędów w komentarzach. Będę poprawiał na bieżąco i odpowiadał :)

TAJLANDIA 2009

po zamknięciu sezonu letniego zdarzyła mi się bardzo miła okazja spędzenia kilku dni w Tajlandii. Wycieczka tak jak lubię i na co mam czas.  W pigułce miałem okazję zobaczyć wiele ciekawych miejsc. Oczywiście, targałem ze sobą aparat i rezultaty postanowiłem Wam zaprezentować.

Wycieczka całkowicie zorganizowana, więc w wielu miejscach trzeba było fotografować to co było i w warunkach jakie były bez możliwości poczekania na lepsze światło, lepszy moment itp. Cóż, lepiej tak niż w ogóle.

Co do biura organizującego wyjazd wypowiem się później, ale moja ocena od strony organizacyjnej jest bardzo średnia. Jeśli chodzi o program, po analizie oferty innych firm dochodzę do wniosku, że był bardzo sensowny. Jedno poważne potknięcie (cały dzień stracony na zobaczenie dwóch średnio ciekawych wodospadów), ale poza tym całkiem OK.

Przelot niestety zajmuje mnóstwo czasu :( Warszawa, Frankfurt, Doha, Bangkok, w sumie ponad 25 godzin brutto. Bardzo mile zaskoczyły nas linie Qatar Airlines - standard obsługi rzeczywiście znakomity (nawet jedzenie), a co najważniejsze dość miejsca na nogi, oczywiście o ile w ogóle można mówić o miejscu w klasie ekonomicznej. Jednak po strasznych doświadczeniach z Cathay Pacific (linie z Hong-Kongu), te jawią się po prostu jako świetne.

Ale podróż jak podróż, wylądowaliśmy w końcu w Bangkoku. Trzeba pamiętać o tym, aby wziąć ze sobą przynajmniej jedno zdjęcie (będzie potrzebne do wizy wydawanej od ręki na lotnisku). Wiza, wbrew temu co piszą przewodniki, nie kosztowała nic, nie wiem, może to była jakaś promocja :) Tak czy owak, procedura przejścia przez wszystkie punkty kontrolne na lotnisku w Bangkoku zajmuje dobre dwie godziny i raczej nie ma szans na jej skrócenie.

Jesteśmy już w Bangkoku. Spodziewałem się wielkiej egzotyki, a tymczasem z okien autobusu zdążającego z lotniska do hotelu zobaczyłem dość "normalne", czyli europejskie miasto. Hotel Radisson, położony dość daleko od centrum, ale o bardzo porządnym standardzie jest zdecydowanie godny polecenia. Jakość pokoi, basen, znakomite jedzenie, w zasadzie bez zarzutu. Tu nastąpiła pierwsza wpadka naszego biura, ponieważ zapewniano nas, że po przylocie (byliśmy około 8:30) będzie można od 9-tej zalogować się w pokojach hotelowych. Znając procedury w wielu hotelach, miałem poważne wątpliwości, jednak nasza pilotka była bardzo pewna swego. Niestety w drodze do hotelu nasz drugi przewodnik, bardzo miły i świetnie mówiący po polsku Łotysz - Walery, poinformował nas, że hotele będą ale od 12-tej...

Mieliśmy zatem sporo czasu. W związku z tym prysznic i przebranie się z przepoconych po podróży ciuchów znacznie się oddaliło. Poszliśmy na krótki spacer do banku wymienić walutę (dolary, euro) na lokalna bahty (w skrócie 'baty').

Pierwsze wrażenia z Bangkoku znajdziecie na załączonych zdjęciach.

  • lotnisko
  • ruch uliczny
  • MPO
  • kanał
  • kuchnia
  • supermarket
  • tuk-tuk
  • kwiaciarz

Po powrocie z kantoru i smacznym lunchu w knajpce na parterze lokalnego szpitala - brzmi zaskakująco :), dostaliśmy się w końcu do pokoi i wzięliśmy upragniony prysznic.

Ja oczywiście pognałem zaraz dalej w miasto aby łapać pierwsze wrażenia i lokalne foto-klimaty.

Już teraz, z pewnego dystansu, mogę stwierdzić że Bangkok jest jednak bardzo europejski. Jest oczywiście lokalna egzotyka, inni ludzie, świetne jedzenie na okolicznych straganach, ale w sumie nie czuję się tak obco jak czułem się w Limie czy w La Paz.

Bangkok jest wielki, zamieszkuje go około 10 milionów ludzi (wg. Wikipedia), ale z samolotu robił niesamowite wrażenie. Przecięty zakolami rzeki Menam stanowiącej centrum życia i świetny ciąg komunikacyjny, żyje korzystając z tysięcy kanałów przecinających miasto w każdym miejscu. Kanały są praktycznie wszędzie i służą zarówno do komunikacji, ale także do mycia :( i pewnie jeszcze do innych celów, ale nie chcę sięgać tak daleko, czy raczej głęboko. Są także źródłem pożywienia mieszkańców. Ilość ryb zaskakuje. Widać je potem na straganach nabite na szaszłykowe patyki.

Zwrócił moją uwagę bardzo duży ruch i olbrzymia ilość motocykli i motorowerów. Trzykołowe tuk-tuki były praktycznie identyczne jak te które widziałem w Peru, ale nie widziałem tam taksówek - motocykli. To coś nowego.

W ogóle chodząc po mieście widać, że w okolicy każdego większego budynku gromadzącego w ciągu dnia ludzi, np. szpital, jakieś budynek administracji, tworzy się miasteczko usługowo-handlowe. Mnóstwo straganów oferujących wszystko co się da w kwestii zakupów, warsztaty usługowe - krawiectwo, naprawa rowerów, niezliczone stragany oferujące pysznie i praktycznie darmowe z naszego punktu widzenia posiłki, czy właśnie wszechobecne moto-taksówki. Wrażenie jest niesamowite.

  • grill
  • lunch
  • urzędnicy
  • ptasia grypa
  • moto-taksówka
  • taksówkarz
  • warsztat rowerowy
  • krawiec
  • targowisko

Częścią programu była wycieczka po kanałach. Jak wyczytałem niedawno, cała sieć komunikacyjna Bangkoku oparta jest właśnie na kanałach. I to nie tylko na tych które widać wszędzie. Obecne arterie komunikacyjne powstały właśnie na trasach starych kanałów. Komunikacja nimi ma praktycznie same zalety. Nie ma korków, porusza się szybko, znacznie szybciej niż po drogach, a i widoki są znacznie ciekawsze. Kanałami można się dostać praktycznie w każde miejsce miasta.

Tylko kolor wody taki sobie... Choć zapach jest OK. Ryb w kanałach jest mnóstwo – jest to jakiś gatunek suma. Można go karmić z łódki – atrakcja dla turystów, ale można także zjeść nabitego na szaszłykowy patyczek na jednym z tysiąca straganów. Niestety ma sporo ości, co dla człowieka z terenów wyżynnych nie ułatwia jedzenia. Jednak dobrze zgrilowany i ostro przyprawiony jest całkiem smaczny. Dla całkiem sporej części społeczności miasta, te ryby są podstawą diety. Są nią także różnego rodzaju przekąski kuszące kolorami i zapachem na straganach, ale o tym w osobnej części relacji.

Po kanałach krążą także liczne łódki działające jako sklepy. Praktycznie każdy dom, który przylega do kanału, ma przystań. Nie wychodząc z domu można dokonać zakupów. W Bangkoku ten rodzaj handlu jest dodatkiem do klasycznych sklepów, ale nieco później pokażę zdjęcia z Damnoen Saduak – wodnego targu. Tam handel z łódek jest wielowiekową tradycją, choć obecnie już nieco bardziej turystyczną.

Można po drodze spotkać na tarasie całkiem sporego warana wylegującego się w słońcu, ale można też spotkać piękną nieznajomą.

Po kanałach podróżuje się długimi i wąskimi łódkami. Na prostych odcinkach rozwijają spore prędkości. Za to na zakrętach można podziwiać sprawność  kapitanów. Mijają się „na żyletki” co może skończyć się dla pasażera niewielkim prysznicem, ale w tej temperaturze nie ma się o co obrażać.

Warto zobaczyć miasto z wody, jednak ta podróż była nieco przydługa.
  • taksówka
  • wodnobus
  • waran
  • domek
  • ruina
  • powrót
  • Tajka
  • sklep
  • sumy
  • sumy z grilla
  • Łodź na Menam

BANGKOK BY NIGHT

Każde miasto ma swoje trzy fazy aktywności.

Zwykle jako turyści widzimy co się w mieście dzieje w dzień i jest to chyba najmniej ciekawa część aktywności miasta. Zdjęcia za dnia już były.

Z niecierpliwością czekałem na miasto w nocy. To jest zupełnie inna sprawa.

Osobiście najbardziej lubię miasta wczesnym rankiem, kiedy niedobitki imprezowiczów wracają do domów, a mieszkańcy powoli się budzą, ale niestety tym razem nie dałem rady wygrać z sennością i lenistwem, w związku z czym pozostaną zdjęcia robione w nocy.

No i po ciężkim dniu, nadchodzi wieczór i noc...

Miasto ożywa, pomimo że temperatura ciągle oscyluje powyżej 25 stC, a w wąskich uliczkach jest jeszcze goręcej.

Na początek zwiedzanie najwyższego budynku w Bangkoku Baiyoke Tower, który liczy podobno 320 m wysokości i 90 pięter. Robi wrażenie. Szybkobieżną windą wyjeżdżamy na 77 piętro, skąd schodami można wyjść na taras widokowy położony jeszcze kilka metrów wyżej na zewnątrz budynku. Niestety jest znakomicie odcięty od świata za pomocą pleksiglasowych szyb co w nocy uniemożliwia robienie zdjęć. Taras kręci się wokół budynku, co daje możliwość podziwiania całej panoramy miasta.

Inny obraz miasta rysuje się z wody. Po rzece pływają dziesiątki jeśli setki różnej wielkości łódek i statków z gromadami turystów na pokładzie. Okrętowanie w centrum Bangkoku przypomina targowisko i takie wrażenie pozostaje niestety do końca podróży.

Widok z rzeki na miasto nie zwala mnie z nóg, a marzący o intymnej kolacji na cichym statku zostają szybko sprowadzeni do parteru przez tłum rozwrzeszczanych Hindusów, których humor poprawiał się wraz z każdą wypitą flaszką. Nie wiem, po co popłynęli statkiem, ponieważ poza przeznaczonym dla nich barkiem nie korzystali z widoku miasta, ale widać lepiej im wchodził alkohol na lekkiej fali. W trakcie rejsu serwowana jest kolacja o bardzo turystycznym poziomie, typowy szwedzki bufet. Ceny napoi bardziej hotelowe niż turystyczne, a jedzenie niestety dokładnie odwrotnie.

Można i warto wybrać się na nocne zwiedzanie Bangkoku własnym szlakiem. Niestety mieliśmy tylko jeden wieczór do własnej dyspozycji i czuję wielki niedosyt. Na początek słynna dzielnica Patpong. Dla mnie wielki zawód. Czułem się trochę jak na polskim bazarze. Tłum, gorąc i duchota. Kilka rzędów straganów na jednej ulicy. Przy każdym głośno zachwalający swój towar sprzedawca. Można nabyć wiele „markowych” produktów, począwszy od ubrań, przez okulary i na zegarkach skończywszy. Nie lubię takiej atmosfery i kupowanie takiego barachła nigdy mnie nie przyprawiało o szybsze bicie serca. Obserwując jednak wielu towarzyszy można było stwierdzić że odnaleźli sens życia w targowaniu się o udawanego Rolexa czy Breitlinga. Każdemu według jego potrzeb.

Zaduch i hałas podnoszą także wszechobecne bary zapraszające na pokazy Ping-Pong show (nie będę wyjaśniał o co chodzi, ale bynajmniej nie o klasyczną grę w ping-pona). Wszelkie rozrywki do wyboru do koloru, wszystko dla klienta. Jest w czym wybierać.

Po godzinie salwowałem się ucieczką i pojechałem taksówką (tańsze niż tuk-tuki, ale mniej romantyczne) w okolice pałacu królewskiego, który widziałem wcześniej z rzeki. Ostre negocjacje z taksówkarzem nie przyniosły oczekiwanych efektów, ale w sumie za 500 batów udało się skłonić go do kursu z centrum do Pałacu, oczekiwania na mnie i potem  na daleki powrót do hotelu. Niestety widok na Pałac w nocy jest bardzo ograniczony przez wysokie ogrodzenie. Wynik sesji nie był  zadowalający. W drodze powrotnej przejechaliśmy przez Chinatown, które wyglądało bardzo ciekawie, ale ponieważ było już dobrze po północy, a następnego dnia trzeba było wcześnie wstać postanowiłem pójść na łatwiznę i po prostu postanowiłem, że jeszcze tu wrócę.

  • Baiyoke Tower
  • wieża w kanale
  • Baiyoke Tower z dołu
  • 77 piętro
  • Bangkok
  • okrętowanie
  • pływająca knajpa
  • pałac z rzeki
  • most Ramy VIII
  • świątynia
  • wycieczkowiec
  • prom
  • Patpong
  • stragany
  • negocjacje
  • Pałac Królewski
  • stupa

ŚWIĄTYNIE BANGKOKU

Moje wrażenia z odwiedzonych świątyń są bardzo mieszane. Miałem okazję zobaczyć świątynie Wat Arun, Wat Pho i Pałac Królewski. Nie wyczerpuje to listy tego co można w tej dziedzinie zobaczyć, ale daje niezłe pojęcie o estetyce i wielkości budowli.

Oprócz wielkich budowli, wzrok europejczyka przyciągają niewielkie, zwykle złote domki – świątynie. Dzięki uprzejmości Basi, zamieszczam dokładniejszy opis tego czym są.

SALA PHRA PUM – tak nazywają się po tajsku kolorowe, udekorowane owocami, figurkami zwierząt i girlandami kwiatów domki dla duchów, niezwykle powszechne zarówno w wielkomiejskim, jak i wiejskim krajobrazie Tajlandii. Niektórzy cudzoziemcy biorą je za ołtarzyki Buddy, wymyślne karmniki dla ptaków lub za modele szczególnie czczonych świątyń. Najbliżsi prawdy są ci ostatni. Siedziby, które Tajowie wznoszą dla duchów, są bowiem ustawioną na niewysokim słupku miniaturką wihary – tego budynku w kompleksie świątynnym, w którym mnisi składają ślubowanie. W nim znajduje się też największy posąg Buddy i tam również najtłumniej gromadzą się wierni – by złożyć mu hołd. W przypadku kapliczek dla duchów chodzi jednak o hołd innego rodzaju, można nawet powiedzieć – o zabarwieniu pogańskim. Tak już bowiem jest, że buddyzm w swej tolerancji przygarnia niektóre praktyki animistyczne i żyje z nimi w harmonii i zgodzie.

Domek dla duchów jest jak kamień węgielny. Inauguruje każdą budowę, bez względu na jej rozmiar i przeznaczenie. Gdy tylko powstaną wykopy pod fundament, mnich buddyjski błogosławi i poświęca teren. Wkrótce – w terminie wskazanym przez gwiazdy, co jest dla odmiany wpływem hinduistycznym – przystępuje się do instalacji domku dla duchów. Każdy hotel, fabryka, dom towarowy, apartamentowiec, willa czy zwykła chata muszą mieć własny azyl dla duchów, w przypadku rezygnacji z jego urządzenia można się bowiem spodziewać wszelkich możliwych nieszczęść. Złe lub dobre duchy danego miejsca, bądź dusze jego poprzednich właścicieli, potrzebują własnego kąta. Pozbawione go będą nawiedzały ludzi w ich nowej siedzibie. Najgroźniejsze są dusze dzieci oraz osób zmarłych gwałtowną śmiercią. Z niewytłumaczalnych powodów uważa się, że najzłośliwsze duchy są rodzaju żeńskiego. Zakłócając spokój duchom, należy je ułagodzić, przeprosić za najście złożeniem stosownych ofiar. Nie są one wyszukane – na ogół owoce, ryż, kawałek kurczaka, wieprzowiny, koniecznie woda. Poza tym porcelanowe figurki zwierząt, słoni i koni do przejażdżek, bawołów i świń do gospodarstwa. I oczywiście kwiaty, dużo jak najmocniej pachnących kwiatów. Prócz zwykłych bukiecików są to pracowicie wiązane girlandy z samych płatków, niekiedy artystycznie komponowane festony, którymi drapuje się podnóże i spowija słupek platformy. Obowiązkowe są trociczki oraz świeczki, których płomyki oświetlają drogę odmawianych modlitw.

Przy zwiedzaniu świątyń, warto pamiętać o kilku zasadach:

1. odpowiednie ubranie, czyli długie spodnie bądź spódnice (poniżej kolan - legginsy nie są uznawane za właściwe okrycie), koszulki z krótkim bądź długim rękawem (nie mogą być na ramiączkach), brak nakrycia głowy. Te zasady są przestrzegane w różnym zakresie w różnych miejscach, ale z pewnością są przestrzegane w 100% w Pałacu Królewskim.

2. Podczas wchodzenia do wnętrza świątyń, trzeba zdjąć buty. Przy temperaturach panujących w Tajlandii chodzi się zwykle w sandałach, czyli na bosą stopę. To może być problem, ponieważ chodzenie na bosaka nie zawsze jest wskazane. Niektórzy noszą ze sobą skarpetki, zakładając je przed wejściem do świątyni. Przy większości świątyń są odpowiednie stojaki. Przyznam, że po obejrzeniu filmu Slumdog, miałbym wątpliwości, czy jednak nie zastosować jakiejś innej taktyki i brać buty z sobą do świątyni.

3. Podchodząc blisko posągów, nie wolno być wyżej niż budda, czyli czasami trzeba klęczeć. Ta zasada jest przestrzegana i można się narazić na ostre uwagi lokalnych stróżów porządku. Tak samo głośniejsze zachowanie jest piętnowane.

4. Robienie zdjęć jest zwykle dozwolone, także z lampą błyskową. Warto jednak mieć statyw, w środku jest raczej ciemno. Jeśli zdjęcia są zakazane, a czasami tak się zdarza, to naprawdę nie należy tego robić.

  • SALA PHRA PUM
  • słonie
  • domek
  • para królewska
  • słonie

ŚWIĄTYNIE – WAT ARUN, WAT PHO i PAŁAC KRÓLEWSKI z WAT PHRA KEO

Widok świątyń prowokuje do zadania sobie pytania o to CO TO JEST KICZ.

Dla bardzo wielu osób z naszego kręgu kulturowego, przyzwyczajonych do wszechobecnych wokół nas szarości, to co widzimy w Tajlandii, czyli mnóstwo kolorów, złoto, klejnoty i przepych wydaje się kiczem. Mnie także w pierwszej chwili wszystko wydało się kiczowate i w złym guście. Jednak, czy to jest złe? Dla ludzi przyzwyczajonych do tego typu wzornictwa i żyjących w tym otoczeniu, z pewnością nie. Widok tych świątyń miał robić wrażenie na odwiedzających i z pewnością je robił. Pokazywał potęgę, władzę i przepych. W naszej kulturze podobny efekt osiąga się nieco innymi środkami. Koniec końców, mnie się to podobało. Potrzebna jest odrobina dystansu.

Na początek Wat Pho – Świątynia Leżącego Buddy. Świątynia, a właściwie cały kompleks zajmujący ponad 80.000 m2 (za wikipedia) jest znana przede wszystkim z wielkiego posągu Leżącego Buddy. Posąg ma ponad 45 metrów długości i 15 metrów wysokości i trudno jest go ogarnąć wzrokiem. Trudno jest go także sfotografować ze względu na rozmiary. Świątynia składa się z wielu budynków, a posągów Buddy jest kilka w różnych postawach. Bardzo klimatyczne miejsce. Warto zarezerwować co najmniej 2 godziny aby go zwiedzić i to raczej powierzchownie.

To co rzuciło się w oczy, to bardzo wiele dzieci w zorganizowanych grupach pod opieką mnichów, którzy prowadzą z dziećmi lekcje religii. Widać bardzo pozytywne emocje i radość dzieciaków.

Kolejne miejsce Świątynia Świtu - Wat Arun, leżąca na brzegu rzeki. Jest nazywana symbolem Bangkoku, a sławę zawdzięcza ciekawej konstrukcji składającej się z czterech prang otaczających największy prang centralny. Można wejści do jego połowy skąd można podziwiać piękną panoramę Bangkoku, a w szczególności Pałac Królewski po drugiej stronie rzeki.

Na koniec, ale bynajmniej nie najmniej ważne, kilka zdań o Pałacu Królewskim. Najważniejszym miejscem w Pałacu jest Świątynia Alabastrowego Buddy – Wat Phra Keo, założona przez króla Ramę I w 1782 roku. Miejsce jest piękne i robi wielkie wrażenie. Rozmach, wielkość, kolory, przepych, zdobienia - po prostu zapierało dech w piersiach. Jak dla mnie BOMBA!

Przy okazji, w wypadku tej świątyni trzeba BARDZO literalnie traktować wszelkie ostrzeżenia dotyczące stroju jaki obowiązuje aby tam wejść. Strażnicy przy wejściu nie mają litości. Nie przejdą żadne szorty, czy krótkie spodnie. Może być koszulka z krótkim rękawem, ale nie na ramiączkach. Jedną z uczestniczek wyproszono ponieważ miała legginsy. Musiała i tak założyć wypożyczoną w tym celu chusto-spódnicę. Dla mężczyzn są do wypożyczenia długie spodnie, ale chyba celowo zrobione z takiego materiału, że noszenie ich w tych temperaturach jest czystą torturą.

Alabastrowy Budda sfotografowany ze statywu teleobiektywem z zewnątrz budynku. W środku jest całkowity zakaz fotografowania i filmowania, choć wiem, że niektórzy i tak zrobili zdjęcia :) Na zdjęciu, Budda jest ubrany w szaty zimowe, dostosowane do pory roku.

W moim opisie brakuje jeszcze wielu miejsc. Nie jest to opis pełen, ale tak właśnie wygląda zwiedzanie w zorganizowanej grupie. Postanowiłem, że jeszcze tu wrócę, tym razem bardziej na program dowolny, ponieważ obowiązkowy już zaliczyłem.

  • maski
  • Leżący Budda
  • ołtarz
  • Leżący Budda
  • głowa Leżącego Buddy
  • lekcja
  • lekcja
  • ofiary
  • dachy
  • stupy
  • czadi
  • czarny Budda
  • strażnik
  • rzeźba
  • mędrzec
  • masaż
  • końcówki
  • detale
  • detale
  • Wat Arun z rzeki
  • prang centralny
  • Wat Arun
  • Wat Arun
  • panorama
  • detal
  • detal
  • Pałac Królewski
  • Pałac Królewski
  • stupa
  • strażnicy
  • detale
  • detal
  • czadi
  • Wat Phra Keo
  • Alabastrowy Budda
  • błogosławieństwo
  • lew
  • wojownicy
  • wojownik

Targ Wodny - Damnoen Saduak

Tym razem chcę się podzielić wrażeniami z targu wodnego w Damnoen Saduak. Miejsce znajduje się w regionie Amphoe w prowincji Ratchaburi na wschód od Bangkoku. Targ można zwiedzić po drodze do Kanczanaburi, czyli miejscowości znanej z mostu na rzece Kwai – ale to osobna historia.

Czytałem wiele o tym targu w przewodnikach i byłem bardzo ciekaw jak to będzie wyglądało w rzeczywistości. Zwiedzanie targu może się odbywać na dwa sposoby. Albo z lądu, albo z wody, a najlepiej wybrać wersję łączącą obie możliwości. Nam udało się trafić na wersję łączoną.

Po wyjściu z autokaru zostaliśmy poczęstowani kokosami w charakterze napoju chłodzącego, a potem w grupach po 4-6 osób rozlokowaliśmy się w niewielkich i wąskich łódkach z dość specyficznym silnikiem. I tak rozpoczęła się pierwsza część podróży po wąskich kanałach.

Warto zwracać uwagę na zabudowanie leżące bezpośrednio nad kanałem, widać, że każde z nich ma pomost i praktycznie przy każdym jest miejsce parkingowe dla łódki. Widać, że okolica żyje na wodzie i traktuje ją jako znakomity sposób komunikacji. Po kilkunastu minutach dość emocjonującej podróży wąskimi kanałami (należy chronić siebie i aparat przed rozbryzgami wody), dotarliśmy w pobliże targu. Pojawiły się też pierwsze łódki - pływające sklepy. Po drodze mijaliśmy łódki z grupami turystów zwiedzających targ.

Ale wracamy do samego targu. Wygląda to niesamowicie. Setki łódek przeciskających się w wąskich kanałach. Nawoływania sprzedawczyń i sprzedawców zachwalających swój towar, kolory owoców, pyszne zapachy roznoszące się z niewielkich kuchni mieszczących się także na łódkach. Wszystko to tworzy niesamowite wrażenie.

Nie mogę co prawda pozbyć się przeczucia, że jest to bardzo turystyczne miejsce i większość tego co widzimy jest przeznaczone dla oczu turystów, ale nawet jeśli jest to taka mistyfikacja, to warto ją zobaczyć.

Targ wodny ma dwie części. Jedną są kanały z mnóstwem kolorowych łódek, a druga to hale targowe rozmieszczone między kanałami. Po przedarciu się pomiędzy łódkami i walcząc z pokusą kupowania wszystkiego co się da (tak wspaniałych ananasów nie jadłem jeszcze nigdzie), wylądowaliśmy przy jednej z takich hal. Wewnątrz hali znajdowało sie mnóstwo stoisk z pamiątkami, wyrobami tak zwanego rękodzieła, tkaninami itp. Najciekawsze z mojego punktu widzenia było jednak nabrzeże.

Na wodzie kanału, przycumowane do brzegu rozmieszczone było kilkadziesiąt łódek oferujących wszystko co można sobie wyobrazić. Mnie najbardziej zainteresowały różne egzotyczne owoce, i inne rodzaje pożywienia. Wszystko przygotowywane na miejscu, na żywo. Czasami trzeba było używać koszyków na kijach aby wymienić pieniądze na towary. Część łódek była zacumowana w drugim a nawet trzecim rzędzie.

Na tym targu spróbowałem także po raz pierwszy i jedyny duriana, którego zdjęcia w całości nie udało mi się niestety zrobić.

Moje wrażenia zapachowo-smakowe dotyczące tego ciekawego owocu są następujące:

* śmierdzi potwornie,

* smakuje wybornie

oczywiście o ile ktoś lubi smaki i zapachy typu baaaaaardzo dojrzałego sera typu camembert, brie, czy gorgonzola itp. a wszystko złamane wyraźną słodyczą. Cóż, ciekawostka ale warto spróbować. Za 20 BHT (około 1,8 zł) można kupić ładnie zapakowany na tacce kawałek, w sam raz na spróbowanie.

Nie próbujcie go jeść w autobusie, ponieważ zostaniecie szybko zidentyfikowani i wyproszeni (co mnie właśnie spotkało). O ile wiem, jest formalny zakaz wnoszenia durianów do wszelkich miejsc publicznych. Już doskonale wiem dlaczego.

Polecam spróbowanie wszystkiego co się da, w szczególności miejscowych owoców, sajgonek czy kokosowych placuszków. SUPER!

W okolicy targu znajdują się liczne turystyczne wyciskarki pieniędzy, zwykle w postaci prezentacji przetwarzania kokosów i sklepów pełnych wyrobów z tego popularnego owocu. Ciekawe, ale baaaaardzo turystyczne.

Podsumowując ten wątek, bardzo ciekawe miejsce, które mnie nie zawiodło. Warto było to zobaczyć. Gdybym jeszcze był w tym rejonie, to chciałbym się tam znaleźć na dłuższy czas aby porządnie je zwiedzić i sfotografować.

  • kanały
  • silnik
  • dom nad kanałem
  • łódka
  • sklep spożywczy
  • turyści
  • targ
  • Damnoen Saduak
  • Targ Wodny
  • warzywa
  • tajskie jabłka
  • sprzedawczyni
  • sprzedawczyni
  • kokosowe racuszki
  • sajgonki wegetariańskie
  • kuchnia
  • sprzedawczyni
  • rambutan
  • maska
  • owoce
  • jabłka
  • płynny kokos
  • tarcie kokosa
  • wyciskanie
  • redukcja
  • lampiony
  • lampki
  • storczyki
  • storczyk
  • storczyk

MOST NA RZECE KWAI

Most na rzece Kwai... Kto nie widział filmu - ręka do góry! Jest kilka rąk :( - trzeba zobaczyć koniecznie... A kto nie zna melodii z tego filmu (marsz)? słyszycie? Wszyscy? O to chodzi...

Przepraszam za ten wstęp, ale gdy zobaczyłem, że w programie naszej wycieczki jest zwiedzanie mostu na rzece Kwai, to bardzo się ucieszyłem. Bardzo nastawiałem się na to miejsce....

Gdy po kilkugodzinnej podróży z Bangkoku dojechaliśmy autobusem do Kanchanaburi, chciałem od razu pobiec na most. Jednak najpierw lunch. Swoją drogą całkiem niezły. Zaraz po lunchu pobiegłem (dosłownie, choć było baaaaardzo gorąco) w kierunku mostu.

Kilka rozczarowań:
* było wczesne popołudnie, ostre słońce, lekkie zamglenie, gorąco, słowem najgorsza pora na robienie zdjęć...
* było mnóstwo ludzi wszędzie, na moście, przed nim, pod nim,... Okazało się, że przygotowują się do pokazu typu "światło i dźwięk" z okazji jakiejś rocznicy, niestety za kilka dni :(
* i ostatnie, najważniejsze, z mostem na rzece Kwai jest jak z dowcipem o rozdawaniu telewizorów na Placu Czerwonym (dla młodszego pokolenia - w Moskwie :)). Nie rozdają tylko kradną i nie telewizory, tylko rowery. Stary dowcip, z brodą, ale mnie ciągle śmieszy. Co ma wspólnego?

To nie ten most, nie to miejsce, nie ten czas... Prawdziwy most był drewniany i znajdował się w dżungli. Zresztą okazało się, że nie nadawał się za bardzo na most kolejowy, był niestabilny. W związku z tym, zniknął a potem postawiono w innym miejscu, ten most - całkowicie stalowy. Ale tablica jest...

Jest także cmentarz przypominający, że pod każdym podkładem na kolei śmierci, leży jeden jeniec aliancki... To niestety prawda.

Po wizycie przy stalowym moście, jednak pojechaliśmy dalej poza miasto, gdzie zwiedziliśmy mniej komercyjną część Kolei Śmierci. A może po prostu lepiej przygotowaną? Nie wiem jak jest naprawdę, ale ten most (a właściwie mosty), było drewniane, wyglądały na stare i pięknie komponowały się na rzeką Kwai w świetle zachodzącego słońca...

SŁONIE

Obowiązkowym punktem programu każdej wycieczki jest przejażdżka na słoniach. Turystycznych wiosek realizujących ten punkt programu jest mnóstwo. W okolicy Kanchanaburi trafiliśmy do jednej z nich.

Wioska jest położona w zakolu rzeki Kwai (a jakże) w zalesionym terenie. Najpierw zobaczyliśmy dachy kilku szałasów. Potem zobaczyliśmy pozostałości po słoniu w postaci KUPY. W końcu zobaczyliśmy jak wygląda samochód po spotkaniu ze stadem słoni, a w końcu zobaczyliśmy same słonie.

Jazda podobno była emocjonująca. Ja nie skorzystałem :) pozostałem robić zdjęcia. Przejażdżka trwała około 30 minut i wyraz twarzy niektórych wskazywał, że wrażeń było spoooooro. Niestety jest jeszcze ciemna strona tej atrakcji.

Na zdjęciu widać krwawe ślady na głowie słonia. Otóż sterowanie słoniem polega na używaniu stalowego haka umieszczonego na kiju. Wygląda to mniej więcej jak niewielki kilof.

Przewodnik steruje zwierzęciem przez wbijanie tego haka w głowę słonia. Jeśli słoń nie reaguje dość szybko, wbija go mocniej i mocniej... Szczerze mówiąc, nie miałem ochoty sprawdzać tego w praktyce.

Podczas oczekiwania na powrót odważnych jeźdźców, zajmowało mnie fotografowanie grupki dzieci, które bardzo chętnie popisywały się swoimi umiejętnościami.

Moim zdaniem punkt programu nie jest wart zachodu, ale może warto zapisać na swoim koncie "jechałem na słoniu".

  • cmentarz
  • info
  • most na rzece Kwai
  • pociąg
  • połów
  • malowanie
  • zachód nad mostem
  • TEN (prawie) most
  • most
  • zagadka kolejowa
  • wioska
  • wrak
  • krwawy sport
  • karmienie
  • karmienie
  • dzieciaki
  • dzieciaki
  • dziewczynka

HOTEL NA RZECE

Po wizycie w bardziej naturalistycznej części Kolei Śmierci, pojechaliśmy, a raczej popłynęliśmy do hotelu na rzece. Hotel był opisywany dość tajemniczo, ale podobno miał mieć trzy gwiazdki :) więc czekaliśmy spokojnie. Nocleg w tym, bądź podobnym hotelu, jest żelazną częścią wycieczek po Tajlandii. Pewne zdziwienie wzbudziła informacja jaką otrzymaliśmy jeszcze rano, że z powodu transportu do hotelu (rejs łódką), można zabrać ze sobą tylko niewielką torbę. Duże torby zostają w autobusie. Pierwszy ZONK, ponieważ nie wszyscy przygotowali sie na taką ewentualność. Ale OK.

Drugi ZONK nastąpił nieco później, już przed zaokrętowaniem się na łódkę, a mianowicie rozeszła się informacja, że w hotelu nie ma prądu (o tym wiedzieliśmy już wcześniej z materiałów), ale co za tym idzie, nie ma także CIEPŁEJ WODY (!). ZZZZZOOOONNNNNKKKK. Zapewne to już moje lenistwo, wiem że prawdziwi podróżnicy w tej chwili potraktują mnie jak mięczaka i mieszczucha i co tam jeszcze, ale jednak lubię się rano prysznicować w CIEPŁEJ wodzie... Na początku potraktowaliśmy to jako dowcip. Cóż, wszystko było prawdą, ale wcale nie było tak źle jak można było się obawiać.

Po blisko czterdziestominutowym rejsie w ciemności po rzece w wąskiej łódce (chlapie), dopłynęliśmy do hotelu. Robił wrażenie. Na zakolu rzeki, na wodzie, ustawionych było około dziesięciu budynków połączonych w szereg. Budynku stały na sporych pontonach i pływakach i były zacumowane linami w odległości jakichś 15 metrów od brzegu. Cały hotel był oświetlony blaskiem lamp naftowych (ciekawe czy odwiedza ich jakaś inspekcja PPOŻ...). Na szczęście nie są w Unii Europejskiej, więc mogą robić takie hotele...

Bardzo przydała mi sie lampka "czołówka", którą zabrałem z domu na wszelki wypadek. Aha, dobrze zabrać ze sobą alkohol z bagażu autobusowego, bo w hotelu co prawda jest, ale poziom cen jest hmmm... wysoki :)

Pokoje bardzo miłe, ale czuć wilgoć. Pomiędzy deskami podłogi słychać plusk wody. Odkręcenie kranu daje jednoznaczne potwierdzenie, że ciepłej wody nie ma. Także nie ma z pewnością elektryczności. Przed każdym domkiem na zadaszonych werandach stoją ławy (znakomito do biesiadowania), a także wiszą hamaki. O ile wiem, kilka osób spało po prostu w hamakach na zewnątrz. Było całkiem ciepło, a o dziwo, nic nie latało i nie chciało pić naszej krwi.

Atrakcją wieczoru miał być występ muzyczno- taneczny plemienia Monów (kilka zdań w kolejnej części), jednak przewodnik uprzedzał nas, że jest to specyficzne przeżycie, i że on pod koniec około 30 minutowego występu zaczyna czuć harmonię i rytm tej muzyki.

Ja nie znalazłem. Taniec był bardzo prosty, "muzyka" bardzo specyficzna, tylko stroje ładne. Można sobie darować.

Zdecydowanie za to polecam godzinny tajski masaż (400 bht - 32 zł) który daje możliwość relaksu po ciężkim dniu.

O poranku, po całkiem smacznym śniadaniu, poszliśmy zwiedzić leżącą kilkaset metrów od hotelu, już na lądzie, wioskę plemienia Monów. Plemię jest dość interesujące, ponieważ dawno temu ci ludzie uciekli z Birmy przed prześladowaniami i znaleźli ziemię w Tajlandii. Król pozwolił im się zatrzymać w tym miejscu, jednak nie zostali obywatelami tego kraju. Stają się nimi tylko jeśli wżenią się w jakąś tajską rodzinę. Pracują przy obsłudze takich hoteli i tyle.

Wioska miała charakter bardzo turystyczny, a ja szukałem cały czas śladów obecności elektryczności, ale nie znalazłem. Chyba rzeczywiście jej tam nie ma. Znalazłem za to kilka samochodów na parkingu pod palmami :) całkiem porządnych.

Jeszcze przy śniadaniu mieliśmy okazję obserwować kąpiel słonia w rzece (jest zapisana jako atrakcja w opisie wycieczki :)), a potem już podczas zwiedzania, miałem okazję zobaczyć tego samego słonia trenującego (oczywiście z jeźdźcem na grzbiecie) grę w piłkę nożną. Ciekaw jestem, czy nasza reprezentacja ... (***komentarz poniżej pewnego poziomu***). Zresztą boisko do koszykówki także nie było przygotowane do rozegrania meczu...

Z hotelu można wrócić na dwa sposoby. Jednym jest powrót w łódce (aha, jeszcze przypomniało mi się, że temperatura wody w prysznicu była rankiem całkiem do wytrzymania i dało się wziąć prysznic :), a drugim spływ rzeką w kapoku.

Ja wybrałem to drugie, ale ponieważ mój aparat nie jest wodoodporny, nie mam zdjęć z tego wydarzenia. Woda w rzece ma temperaturą co najmniej 25/26 stopni, jest tylko dość mało przezroczysta. Ale to zanieczyszczenia organiczne, w końcu jesteśmy w górach (tak sobie to tłumaczyłem). Tuż przed wejściem do wody naszej grupy, było kilkoro odważnych, ktoś powiedział, że widział jak z kuchni wyrzucali do rzeki odpadki po śniadaniu, co nieco zepsuło nam dobry nastrój. Ale wycofać było się już trudno...

Spłynąłem, było bardzo fajnie, ciepło, leniwie, bez nadmiernych emocji, ale przyroda dostarczała pięknych widoków. Poranna mgła unosiła się znad rzeki odsłaniając zbocza gór. Warto było.

  • hotel
  • odpoczynek
  • występ
  • poranek na wodzie
  • wszystko płynie
  • hotelowy deptak
  • recepcja
  • sprzątanie
  • poranna kąpiel
  • poranny trening
  • koszykówka?
  • Mały Budda
  • świątynia

ERAWAN i inne wodospady

Podczas wycieczki mieliśmy okazję zwiedzić kilka wodospadów. Łamię nieco chronologię zdarzeń, ponieważ opisywane miejsca dzieli spora odległość, ale jakoś skomponowały mi się w jeden przystanek w tej podróży.

Na początek wodospad, a raczej kaskada ERAWAN

Teraz jedno z ciekawszych miejsc na trasie wycieczki, a mianowicie wodospady Erawan. Wodospady, a dokładniej siedmiostopniowa kaskada Erawan położona jest w parku narodowym o tej samej nazwie, kilkadziesiąt kilometrów na północ od Kanchanaburi.

Na parkingu warto zaopatrzyć się w picie i przekąski na czas zwiedzania. Przejście do pierwszego stopnia kaskady zajmuje około 20 minut niezbyt intensywnego marszu po niezbyt stromym, kamienistym szlaku. Na szczęście droga znajduje się w lesie, więc nawet ostre słońce nie jest wielką niedogodnością.

Atrakcją parku jest III stopień kaskady, w którym można się kąpać. Warto zabrać ze sobą strój odpowiedni do kąpieli. Podobno są tam także kabiny do przebrania, ale nie są wymagane.

Woda jest bardzo ciepła i wejście do niej nie sprawia problemów. Niektórzy mieli problem z innego powodu, a mianowicie w jeziorku pod kaskadą pływają spore ławice niewielkich rybek. Po włożeniu nogi do wody czuć delikatne skubanie w pięty. Dla mnie bez problemu, ale co najmniej jedna osoba nie zdecydowała się na wejście do wody właśnie z tego powodu.

Po przepłynięciu kilkunastu metrów, można wdrapać się na skały pod wodospadem i korzystać do woli z darmowego masażu pleców. Wrażenie jest niesamowite - warto.

Moje zwiedzanie skończyło się na tym poziomie kaskady. Część z nas, która nie zdecydowała się na kąpiel poszła dalej w górę zwiedzać kolejne stopnie kaskady. Podobno nie było to zbyt ciekawe głównie z powodu niezbyt dużej ilości wody.

W bezpośredniej bliskości kaskady ustawione są stoły, na których można cieszyć się lunchem na wolnym powietrzu. Jedyną niedogodnością jest duża ilość turystów, ale da się żyć. Podsumowując, miejsce zdecydowanie godne odwiedzenia, relaks i odpoczynek gwarantowany.

Wodospady Haew Narok i Haew Suwat

Oba położone w parku narodowym Khao Yai, jakieś 100km na północny wschód od Bangkoku. Mija się je w drodze z Ayutthaya na wybrzeże. W zasadzie konieczność noclegu jest głównym powodem do zatrzymania w tym miejscu. Oceniając z to z pewnej perspektywy, mogę powiedzieć że to była największa wpadka organizacyjna. Na zwiedzenie dwóch średniej urody wodospadów, poświeciliśmy cały dzień spędzony w ciasnych i niewygodnych ciężarówkach. Podobno było mało wody i dlatego nie mieliśmy okazji podziwiać ich w pełnej krasie, ani przeżyć raftingu zapisanego w programie, ale … Uważam jednak ten czas za stracony. Można było spędzić jeden dzień więcej w Bangkoku.

Czytając przewodniki po Tajlandii i porównując to co jest opisywane z tym co zobaczyliśmy, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ominęło nas wiele wspaniałych przeżyć związanych właśnie z przyrodą i naturą. Niestety większość tych atrakcji położona jest na północy kraju, co w połączeniu z dość kiepskimi drogami nie daje wielkiej szansy na eksplorację w formie zorganizowanej. Z pewnością warto zapuścić się w te rejony, ale raczej samodzielnie.

Po tym niezbyt zachęcającym wstępie kilka zdjęć :)

  • kaskada 2
  • impresje wodne
  • impresje wodne
  • impresje wodne
  • impresje wodne
  • maaaaaasaż
  • małpiszon
  • haew narok
  • haew suwat
  • haew suwat

Ayutthaya, (Ajutthaja)

W drodze z Kanchanaburi do Pattaya trafiliśmy do Ayutthaya (Ajutthaja), czyli dawnej stolicy Tajlandii. Między XIV a XVII wiekiem było to wielkie i potężne miasto, liczące w szczycie swojej świetności ponad MILION mieszkańców (WOW!). Aż trudno sobie to wyobrazić. Jako centrum państwa, miało wiele świątyń, po których pozostały już tylko ruiny. A szkoda, bo potęga tych budowli nawet teraz robi wrażenie.

Ayutthaya (dzięki Basiu)
Autor XVII - wiecznej historii naturalnej, cywilnej i kościelnej Cesarstwa Japonii pisał, że Królestwo Syjamu jest najpotężniejsze ze wszystkich państw Azji zamieszkałej przez Czarnych, zaś dwór króla jest wspanialszy od dworów wszystkich książąt tych państw. Pisząc o Czarnych, autor miał na myśli brązową cerę Tajów i innych narodowości, zaliczonych dziś przez antropologów do Azji Brązowej, do której zresztą nawiązuje wprost khmerska nazwa "Siam". Złoto w Ayutthaya znajdowało się w powszechnym użytku: pokrywano w nim nie tylko tysiące posagów Buddy, ale używano go strojenia uprzęży słoni królewskich i oraz do wyrobu naczyń. Ayutthaya padła po birmańskiej inwazji w 1767 r., waląc sie bezpowrotnie w gruzy. Najeźdźcy dokonali krwawej masakry na ludności. Wzięli w niewolę tysiące tajskich rzemieślników, arystokrację i 869 (sporo) konkubin królewskich. Upadek stolicy do dziś jest w świadomości Tajów największą w ich dziejach klęska narodową, zaś samo miasto -cmentarzyskiem ich historii, azjatycką Pompeą.

Jedną z największych atrakcji Ajuttaja, jest z pewnością głowa posągu Buddy obrośnięta korzeniami drzewa figowego. Widok rzeczywiście niesamowity. Nie wiem ile czasu potrzebowała natura na taki efekty, ale robi niesamowite wrażenie. Robienie zdjęć było dość trudne, jako że zasadą w świątyniach z posągami Buddy jest to, że nie wolno podchodzić do posągu w taki sposób, aby znajdować się wyżej niż głowa posągu. Jak widać na zdjęciu, nie było to łatwe zadanie. Na szczęście strażnicy nie byli zbyt drobiazgowi, ale trzeba było mocno schylać kark.

Niestety tutaj także między nogami zwiedzających pałętają sie straszliwie schorowane i zabiedzone psy. Straszny widok. W ogóle zauważyłem że tutejsze psy reagują na człowieka panicznym strachem. Nie są takie jak u nas, agresywne bądź ufne. W Tajlandii psy reagują panicznym strachem na każdy ruch ręki i gest. Po prostu uciekają. Dziwne.

Na jednym ze zdjęć widać zbliżenie głowy posągu ofiarnego, na który modlący naklejają cieniutkie paseczki złota, jako ofiarę. Wrażenie jest niesamowite. Trudno jest oddać takie wrażenie w pełni.

Na koniec wizyty w Ajuttaja, ciekawostka. Dotychczas zwiedzaliśmy świątynie poświęcone samemu Buddzie. Był budda w różnych kolorach, w różnych postaciach i różnej wielkości.

Tym razem zobaczyliśmy świątynię poświęconą odciskowi stopy Buddy. Po wejściu po długich schodach i obowiązkowym zdjęciu butów, weszliśmy do świątyni w której w podłodze, pod grubym ochronnym szkłem, znajdowała się sporych rozmiarów dziura w ziemi o kształcie zgrubnie przypominającym stopę. Może pamiętacie, że w świątyni Wat Pho w Bangkoku znajdował się posąg leżącego Buddy o długości 45 metrów. Na moje oko, nawet On nie miał takiej stopy... Fotografowanie tego miejsca nastręczało sporych kłopotów ze względu na przytoczoną wcześniej zasadę nie wywyższania się nad Buddę. Tutaj trzeba było cały czas być na klęczkach. A warunki także nie dawały wielkich możliwości.

MIASTO MAŁP - Lop Buri 

A teraz niespodzianka. Po krótkiej przejażdżce autokarem z Ajuttaja, znaleźliśmy się w dziwnym świecie. W opisie wycieczki widniało, że mamy zwiedzić świątynię (ruiny) zamieszkałe przez małpy. Większość z nas wyobrażała sobie jakieś tajemnicze ruiny w dzikim lesie (jak z Indiany Jonesa).

Tymczasem autokar zatrzymał się w środku miasta, tuż przy ruinach trzech budowli tworzących resztki świątyni. Była to dawna świątynia Khmerów Prang Sam Yot – Świątynia Trzech Strzał. To było spore zaskoczenie. Wcześniej przewodnik rozdał nam, a raczej rozsypał po kilka dużych garści fistaszków przeznaczonych na karmienie makaków w świątyni. Uprzedził nas tylko przed wyjściem, że w żadnym wypadku nie wolno brać ze sobą żadnych okularów, czapek czy czegokolwiek co da się łatwo odłączyć od właściciela. Małpy radzą sobie z tym perfekcyjnie.

Małpy uważnie nas obserwowały z różnych posterunków obserwacyjnych, a my ściskaliśmy w rękach reklamówki z orzeszkami. No to poszliśmy.... Minęliśmy ciekawy znak drogowy, i zaczęło się... Makaki dosłownie opadły nas zewsząd. Kilka osób, o nieco słabszych nerwach, po pierwszym niewinnym jeszcze nagabywaniu, bez walki oddało reklamówki z orzeszkami. Reszta zapamiętale karmiła małpy.

Niektórzy mieli dość odwagi i odporności na zapachy (niestety małpy mało się myją :) i pozowali do zdjęć z jedną lub więcej małpą na sobie (nawet na głowie).

Musiałem salwować się ucieczką, w momencie gdy trzy małpy zaczęły dobierać się do doskonale wydawało się, zamkniętego plecaka ze sprzętem foto. Ktoś inny stracił okulary (zapomniał zostawić w autobusie), ktoś inny gonił swoją czapkę rączo śmigającą po kamieniach... Było wesoło.

Okazuje się, że w Lop Buri, małpy żyją w symbiozie z napływowym elementem (ludźmi) od niepamiętnych czasów. Rzeczywiście, rozglądając się dokoła, poza obszarem ruin świątyni, można było dostrzec je na dachach domów, na ulicach, rzeczywiście wszędzie. Mam wrażenie, że gdyby nie dochody z turystów, to ludzie już dawno by się wyprowadzili, ale wtedy kto by tam przyjeżdżał?

Z pewnością warto to zobaczyć, i jak się jest odporny, można wejść z nimi w bliższy kontakt.

  • ruiny Ayutthaya
  • ruiny
  • głowa Buddy
  • Budda bez głowy
  • głowa Buddy
  • siedzący Budda
  • posągi
  • upadek
  • pozostałości świątyni
  • siedzący Budda
  • modlitwa
  • złotko
  • zbity pies
  • w drodze do stopy
  • Budda stojący
  • Stopa
  • odbicie
  • wieżyczki
  • detale
  • Uwaga MAŁPY!
  • świątynia
  • strażnik
  • oczekiwanie
  • daj orzeszka!
  • zielono
  • zdobycz wojenna
  • karmienie
  • dość tych ludzi
  • loda?
  • małpy i ludzie
  • ucieczka

PATTAYA

Teraz dla porządku kilka zdjęć z kurortu Pattaya. Miasto leży jakieś 150 km na południowy
wschód od Bangkoku. Moje wrażenia po odwiedzinach w tym miejscu mogę skwitować jedynie - NIGDY TAM NIE WRÓCĘ! Choć podobno "nigdy nie mów nigdy" więc...

Pattaya jest skrzyżowaniem Krupówek, Łeby, Sopotu, i czego tam jeszcze. Wielki kurort składający się z kilkunastopiętrowych hoteli ustawionych nad brzegiem zatoki. Plaża wąska, w czasie przypływu ma dosłownie kilka metrów. Równolegle do plaży ciągnie się deptak, a tuż obok niego biegnie bardzo ruchliwa droga, część takiego wewnętrznego ringu (obwodnicy), po której w kółko poruszają się taksówki i autobusy. Wewnątrz obszaru ograniczonego tą obwodnicą znajduje się główna część mieszkalno-rozrywkowa Pattaya.

Setki salonów masażu, barów, burdeli, sklepów, zakładów krawieckich szyjących garnitury na miarę w dwa dni, hotele, hotele, dyskoteki, bary, hotele, dyskoteki, .... Dla mnie koszmar. Jestem pewien, że ten opis przypadnie do gustu niektórym, ale ja nie szukam zgiełku, hałasu i nienawidzę być zaczepiany na ulicy i wciągany za rękę do sklepów. Nie moja bajka.

Po Pattaya poruszać się można na piechotę (bulwar), albo jedną z setek taksówek. Te ostatnie mają dwie podstawowe formy. Jedna to typowe taksówki, a druga, to samochody typu pick-up z zabudowaną skrzynią wyposażoną w dwa rzędy ławek, mieszczące około 10-12 osób. Przejazd tym pojazdem kosztuje 10bht od osoby (80 groszy) niezależnie od odległości (oczywiście jeśli mówimy o poruszaniu się po obwodnicy). Dalsze wyjazdy, bądź stawki w nocy dla małej grupy osób są negocjowane.

Poruszanie się po Pattaya na piechotę jest możliwe, ale nawet w zimie wymaga sporej odporności na upał. W dzień temperatura sięga 30st, a jest jeszcze bardziej odczuwalna z powodu wszechobecnego betonu i asfaltu. W wielu miejscach można spotkać, czasami bardzo okazałe, ołtarze poświęcone Rodzinie Królewskiej i panującemu aktualnie królowi Ramie w szczególności. Ciekawostką są świąteczne dekoracje obecne w okresie od początku listopada na ulicach. Często w dość nietypowych dla nas, niebiesko-czerwonych kolorach.

Pattaya w nocy jest innym miastem. Ruch i hałas są jeszcze większe. Główny ruch turystyczny skupia się w dwóch miejscach. Na uliczkach odchodzących prostopadle od plaży i łączących obie drogi wewnętrznej obwodnicy miasta, a przede wszystkim na Walking Street, czyli jak sama nazwa wskazuje, zamkniętej dla samochodów ulicy rozrywek rozpoczynającej się na wschodnim końcu obwodnicy.

Ulica na około 2 km długości i są na niej setki barów restauracji, klubów, burdeli i co tam jeszcze może być. Tłumy turystów szukających różnych wrażeń, zarówno dość przyziemnych (jak owoce morza w restauracjach), albo bardziej ekstremalnych, czyli nocy spędzonej w towarzystwie jednej lub więcej Tajek. Trzeba tylko uważać, aby nie trafić na faceta przebranego za kobietę. Transwestytów są tam setki i jeśli widać w knajpie długonogą atrakcyjną kobietę, to na 95% jest to mężczyzna. Tajki nie przekraczają 160cm wzrostu... Ale oczywiście jak ktoś lubi takie klimaty, to odnajdzie się znakomicie...

Jak wspomniałem wcześniej, plaża w Pattaya to główne miejsce odpoczynku w dzień. Późnym popołudnie, gdy jest już nieco opustoszała wygląda nawet całkiem ciekawie. Niestety włoskim zwyczajem, zastawiona jest setkami parasoli z leżakami, których pilnują ludzie pobierający odpowiednie opłaty. Na szczęście nikt nie zabrania plażowania na ręczniku na piasku. Jednak w czasie przypływu nie ma na to miejsca, ponieważ morze podchodzi praktycznie do linii parasoli.

Po plaży krążą dziesiątki handlarzy oferujących wszystko, zarówno jedzenie, jak i drobiazgi, ozdoby, pamiątki, a nawet ptaki...

W bezpośredniej okolicy plaży można poszaleć na skuterach wodnych, polatać spadochronem przyczepionym do motorówki itp. Wszystko na co ma się ochotę. Jednego nie ma na 100% - spokoju i odpoczynku (oczywiście o ile ktoś nie potrafi odpoczywać w hałasie i gwarze :)).

Wszyscy (prawie) wiedzą po co starsi panowie z zachodniej Europy udają się do Tajlandii, a szczególnie do Bangkoku albo do kurortów leżących na wybrzeżu. Chodzi o seks. Seks w każdej postaci, w każdym wydaniu, w każdym wieku, dla każdego.... Ulice pełne są barów i knajpek oferujących wszystko co można w tej dziedzinie. Od występów przy rurce, aż do najbardziej indywidualnych pokazów i imprez.

Szokująco wyglądają grupki, zwykle kilkuoosobowe, starszych panów mówiących zwykle po niemiecku bądź po angielsku, ubranych w dość zabawny 'młodzieńczy' sposób, przemierzające bulwar przy plaży i zaczepiające tajki siedzące na kamiennych murkach. Oczywiście można powiedzieć, co mnie to obchodzi, w końcu układ jest jasny i każdy robi to co chce. Pewnie tak. Jednak także nie jest tajemnicą, że te Tajki niekoniecznie chcą to robić, zwykle muszą i zmusza je do tego życie. W każdym razie sposób zachowania tych starszych panów jest po prostu wstrętny. Chodzą rozglądając się wokół szukając potencjalnej ofiary i nie mają żadnych oporów przed chwytaniem kobiet za piersi, pupę czy w inne miejsca aby "sprawdzić towar" przed kupnem. Brrrrrrrr......

Cóż, jak jest popyt to będzie i podaż...

  • Pattaya
  • hotelowisko
  • ołtarz królewski
  • niebieskie Święta
  • moto-taksówki
  • moto-sklep
  • taksówka
  • owoce morza
  • odpoczynek
  • latawce
  • parasole
  • łódka
  • chwila wytchnienia
  • połów
  • warrrkot
  • gwarki
  • walking street
  • walking street
  • masaż
  • seks jest wszędzie
  • para
  • polowanie
  • negocjacje
  • walking street by night
  • walking street by night
  • twarde lądowanie
  • wystawka

PATTAYA – Alcazar Show

Teraz kilka słów w dość kontrowersyjnym temacie, a mianowicie seks i „sztuka” w Tajlandii. W tym poście chcę opisać wrażenia związane w tym tematem, ale w nieco inny sposób. Chodzi mianowicie o Alcazar Show. Może nie wszyscy wiedzą co to jest, ale do tego zaraz dojdziemy.

Na początek krótka dygresja o urodzie Tajek. Oczywiście o gustach trudno dyskutować, ale Tajki są w większości bardzo miłe dla oka, raczej w naszych kategoriach niskie, zwykle dość proporcjonalnie zbudowane i bardzo trudne do oceny wieku. Ale jedno jest pewne, typowa Tajka nie ma więcej niż 160 cm wzrostu. Jednak są knajpki i kluby w których można zobaczyć piękne, zgrabne, długonogie kobiety o wzroście w granicach 170-190 cm. Cóż, większość z nich to są facecie w różnym stadium przekształcania się w kobiety. Jeśli zobaczycie taką piękność, możecie być na 95% pewni, że patrzycie na znakomicie, niesamowicie wprost świetnie zrobionego mężczyznę, albo przed, albo w tracie kuracji mającej zmienić go w kobietę. To jest niesamowite, jak wielkie jest podobieństwo.

Alcazar Show jest przedstawieniem typu "musical" w którym grają wyłącznie mężczyźni bądź transwestyci. Nie ma na scenie kobiet w sensie "urodzonych". Na przedstawienie do bardzo dobrze zrobionej sali teatralnej ściągają setki turystów chcących zobaczyć o co chodzi. Samo widowisko jest hmmmm... dość przeciętne. Dlatego zresztą wziąłem słowo "musical" w cudzysłów. Śpiew jest z pełnego playbacku, ruch sceniczny na poziomie telenoweli brazylijskiej, ale ... W końcu nie o to chodzi. Dość zabawnym momentem przedstawienia była chwila, w której żeńska część naszej widowni, prawie jednocześnie wydała z siebie głośny szept "CELLULIT - ON(A) MA CELLULIT!" ponieważ na udach jednej(go) z aktorów widać było wyraźnie to zjawisko.

Drugim ciekawym, choć może dla nas już nie tak zabawnym momentem było zakończenie, w którym cała ostatnia piosenka została wykonana po rosyjsku na tle scenografii przedstawiającej Plac Czerwony. Cóż, wiadomo kto zostawia tam większość kasy… Kulminacyjnym momentem było wykonanie przez kilka rozebranych do pasa aktorek(ów) sceny do melodii z filmu "Golden Eye". Cała publiczność z niedowierzaniem patrzyła na nieskazitelnie regularne kształty nagich piersi występujących. Robiły wrażenie. Szkoda że były sztuczne ...

Na koniec, przed teatrem można było zrobić zdjęcie z występującymi w show, ale to kosztuje zwykle 200 bht lub więcej, a jeśli na zdjęciu będą dwie osoby, stawka oczywiście jest mnożona razy dwa...

Na tym koniec wrażeń z Pattaya. Od strony estetycznej, Pattaya jako całość nie jest brzydka. Jest wiele miejsc wartych zobaczenia, a dla lubiących klimaty imprezowe, miejsce z pewnością może się podobać.

Czas wracać do Polski, ale jeszcze jeden temat na koniec…

  • kassssa
  • Alcazar Show
  • Alcazar Show
  • Alcazar Show
  • drobne wady
  • Alcazar Show
  • Alcazar Show
  • Alcazar Show
  • Golden Eye
  • From Russia with love

JEDZENIE 

Na koniec jedna dygresja, bez której nie potrafię się obejść, a mianowicie jedzenie w Tajlandii... Mam nadzieję, że potraficie uznać tę słabość, ponieważ lubię jeść w ogóle, a smacznie w szczególności. Próbuję swoich sił w kuchni, a niektórzy twierdzą że z lepszym skutkiem radzę sobie z patelnią niż z aparatem, ale do rzeczy.

Po pierwsze lubię jeść.
Po drugie lubię smacznie jeść.
Po trzecie, lubię kuchnię wschodnią.
Po czwarte, lubię eksperymenty.
Po piątek, lubię owoce morza...

Jeśli zgadzacie się z przynajmniej dwoma stwierdzeniami z powyższej listy, jedz(ź)cie do Tajlandii. To jest fantastyczne miejsce dla Was.

W Tajlandii prawie wszystko kręci się wokół grilla. Grille są wszędzie i oferują wszystkomające szaszłyki z niewiadomoczego z przeostrym sosem :) Szczególnie w okolicach wszelkich instytucji znajdziecie bez problemu kilkanaście albo kilkadziesiąt miniaturowych stoisk z różnymi rodzajami szaszłyków z grilla. Nie wiem z czego były, ale nie dbam o to. Były smaczne.

Jedzenie w Tajlandii jest prawie za darmo. Typowa porcja szaszłyka (dwa) kosztuje 10 bahtów, czyli około 80groszy. Można się znakomicie najeść za 30 bht na posiłek. Czyli za 2,5zł jesteście najedzeni. Napoje kupowane w tych miejscach kosztują 20-30 bht, czyli drugie 2,5. Ostatecznie, za 5 zł jest gotowy posiłek.

Jedzenie znajdziecie wszędzie, a właściwie to ONO znajdzie Was wszędzie. Nie trzeba się ruszać z miejsca. Po ulicach jeżdżą niewielkie motocykle z przyczepkami wyposażonymi w niezbędne utensylia kuchenne i po machnięciu ręką zostaniecie znakomicie obsłużeni. Nawet na plaży w Pattaya, jedzenie chodzi na plecach usłużnych Tajów i nie musicie wstawać z leżaka aby zjeść pyszne krewetki z grilla zrobionego z wiadra...

W ogóle owoce morza, to jest TO! W różnych postaciach, smakach, kolorach - żyć nie umierać!

Ale najwięcej wrażeń przynosi zjedzenie czegoś w typowej lokalnej garkuchni, jakich jest wiele dokoła. Zwykle metalowe stoły (łatwe do czyszczenia) i kuchnia z kilkoma garnkami i mnóstwem przypraw do własnego wykorzystania. Na stołach darmowa woda z lodem w dzbankach.

Typowa potrawa, w postaci sporej miski z dość nieokreśloną zawartością, na którą składają się zwykle:
* kurczak w różnych postaciach, włącznie ze nóżkami i pazurkami
* imbir, trawa cytrynowa, sos rybny
* jajko w całości (bez skorupki :))
* makaron jako wypełniacz
* przyprawy (koniecznie trzeba dodać odrobinę cukru poza chili)
smakuje wybornie, nie jest trująca i kosztuje 30bht (2,8 zł)... Co prawda miejscowi patrzą na człowieka nieco dziwnie, ale cóż... Jeśli żałuję czegoś w życiu, to tego, że za rzadko jadłem w takich miejscach.

TAJSKIE WINO (IMHO)

Jednemu zjawisku poświęcę jednak chwilę. Tajskie wino. Hmmmm. Nie jestem pewien czy powinno się tak nazywać. Ale. Lubię wino. Nie uważam się za sommeliera czy konesera, ale wino inne niż "bełt" pijam od wielu lat. Uważam, że zasada "dobre jest to co mi smakuje" dobrze określa moje zasady doboru wina.

Kupiłem raz wino w Tajlandii. Było dość drogie, ponieważ butelka (ostatnie zdjęcie w tym poście) kosztowała 350-450 bht, czyli ceny normalne nawet jak na polskie warunki. Zawartość WSTRĘTNA. Białe nie nadawało się do picia praktycznie w ogóle, a czerwone w akcie rozpaczy piłem mieszane z Coca Colą... Straszne prawda?

Przy okazji, pierwszy raz w życiu w hotelu płaciłem za lód. Tak, dobrze rozumiecie. Nie chodzi o napiwek dla kelnera, ale o cenę za kubełek lodu. Było to 80bht, czyli około 7 zł (!). Byłem w szoku....

Na koniec mojej subiektywnej i ekspresowej wizyty w Tajlandii BONUS.

TAJSKA ZUPA - PRZEPIS

Przepis na świetną tajską zupę:
1. Ugotować bulion najlepiej na pociętych i wcześniej obsmażonych z drobno posiekaną cebulą (jedna duże) na oleju skrzydełkach z kurczaka. Ja kupuję zwykle 6-8 skrzydełek, ale proporcje są dość dowolne. Można oczywiście zrobić bulion z kostki :)
2. Po długim wygotowaniu zostawiam skrzydełka i dodaję zawinięte w gazę (ponieważ nie staną się jadalne nawet po kilku godzinach gotowania) 8-10 plasterków świeżego imbiru i 3-4 gałązki trawy cytrynowej (do kupienia bez większego problemu w marketach),
3. Po gotowaniu przez co najmniej godzinę, dodaję do zupy 1-2 puszki mleka kokosowego, sok z limonki i mrożonkę "chińską" także do kupienia w marketach i 1-2 papryczki peperoni pokrojone w cienkie plasterki.
4. Do tego dodaję także (według ochoty), albo 1 kg fileta z kurczaka pokrojonego w niewielką kostkę, albo paczkę krewetek lub mieszanki owoców morza, albo jedno i drugie, albo co tam chcecie.
5. Całość gotuję przez następną godzinę, dodając w miarę potrzeby więcej bulionu lub wody (tym razem z kostki).
6. Na koniec (wcześniej nie przyprawiam !) doprawiam do smaku używając KONIECZNIE (!) sosu rybnego z butelki. Ten specyfik jest do kupienia w delikatesach bądź w lepszych marketach. Dodaję także wcześniej ugotowane na twardo jajka przepiórcze i świeżą kolendrę (pęczek) posiekaną na niewielkie kawałki. Można zamiast sosu rybnego dodać zwykłej soli, jednak to nie jest ten smak...
7. Chwilę gotuję na niewielkim ogniu i podaję.

Przed podaniem należy usunąć z garnka gazę z imbirem i trawą cytrynową. Można posypać zupę na talerzu świeżą kolendrą. Można także kilkanaście minut przed końcem, dodać do zupy makaron (najlepiej chiński), albo ryż i gotować do miękkości.

Powstaje z tego wspaniała, sycąca, piekielnie ostra zupa, w sam raz na chłodne zimowe dni.

Pozdrawiam i dziękuję za życzliwe uwagi,

PROSZĘ O KRYTYKĘ, której prawdziwa cnota ponoć się nie boi, zobaczymy jak będzie.

  • kiełbasko-coś
  • szaszłyki z niewiadomoczego
  • lecą w kulki
  • suszki
  • kalmary kiepskie...
  • kalmary właściwe :)
  • szczypce i wąsy
  • mobilek
  • garkuchnia
  • obiad
  • catering
  • gdzie kucharek sześć
  • tam dwie knajpy
  • plażowe jedzonko
  • odpoczynek tragarza
  • plażowe przekąski
  • grill plażowy
  • owoce
  • kokosy dla ochłody
  • NIE(wino)

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. lanka
    lanka (28.10.2013 20:34) +1 + -
    fajna expresowa podróż, sama niedługo tam będę więc szukam wskazówek.
    dzięki za szczegóły i rady.
  2. lmichorowski
    lmichorowski (01.07.2011 22:53) +2 + -
    Jak zwykle, ciekawa relacja i zdjęcia. Zainteresował mnie zwłaszcza Bangkok, który też miałem okazję odwiedzić i to czterokrotnie, ale dość dawno. Przyznam się, że jakoś ucieszyło mnie, że mimo iż przybyło tam nieco "szklanych domów", to wiele miejsc zachowało dawny klimat. Pozdrawiam.
  3. gosciu6 (10.04.2011 19:54) +2 + -
    nigdy nie byłem, ale chętnie bym się wybrał
  4. wojtass83
    wojtass83 (29.03.2011 16:17) +2 + -
    Fajnie się czytało relację i oglądało zdjęcia.
    Zazdroszczę tych pysznych ananasów marzy mi się spróbować takiego wielkiego i świeżego bo u nas w sklepie to już pewnie nie to samo.Pozdrawiam
  5. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (11.05.2010 23:40) +1 + -
    Cóż, tamte rejony też mi pasują. super kaczkę jadłem w Shenzen, a w HKG zajadałem się czymś ze straganów na ulicy, nie wiem co to było, ale nie uciekało z grilla, więc jadłem :)))
  6. amused.to.death
    amused.to.death (11.05.2010 23:19) +2 + -
    ja w kulinarnym raju to byłam w Singapurze....
  7. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (11.05.2010 22:57) +1 + -
    Bardzo dziękuję za miłe słowa. Co do kulinariów, to akurat ten rejon jest jednym z moich ulubionych, zaraz po sashmi i sushi :)
  8. amused.to.death
    amused.to.death (11.05.2010 22:02) +2 + -
    Fajna relacja (znowu:))
    Lubię czytać o miejscach w których byłam bo mogę sobie porównać z własnymi odczuciami.
    Tajlandia mi się bardzo podobała i łatwo się po niej podróżowało.

    Co do kuchni to ja jestem raczej wyjątkiem, bo jakoś specjalnie się nie zachwycałam. Pewnie dlatego, że nie lubię ryżu, owoców morza, trawy cytrynowej, kolendry, pikantnych dań......
    Ale mimo wszystko muszę powiedzieć, że dwudniowy kurs gotowania na którym byłam to był jeden z najlepszych pomysłów wakacyjnych - zawsze można coś zrobić dla znajomych.....

    A co do prysznica, to mi w Tajlandii było tak gorąco, że zimny prysznic był PRZYJEMNOŚCIĄ. Raz przez pomyłkę odkręciłam ciepłą wodę to miałam wrażenie, że to prawie ukrop:)
  9. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (13.04.2010 20:44) +2 + -
    No bo to forum kulinarne ... O rany! Chyba nie to miejsce ... SORKI lecę na dział KUCHNIA :):):)
  10. s.wawelski
    s.wawelski (13.04.2010 20:42) +2 + -
    No prosze jakie tu profesjonalne rozmowy o gotowaniu sie zaczely... :-)
  11. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (12.04.2010 19:37) +1 + -
    No widzisz., zatem do dzieła :)
  12. kuniu_ock
    kuniu_ock (12.04.2010 18:03) +2 + -
    hahaha... no właśnie. ;)
    Nie boję się gotować bulionu (wolę nawet własnej roboty niż wszelkiego rodzaju kostki), imbir mam, bo używam do różnych rzeczy (np do grzańca, ciasta, herbaty bądź do syropu na gardło), mrożonka chińska też się znajdzie (coś jak warzywa na patelnię)..
    ..i to by było na tyle :D :P
    no cóż.. jestem gdzie jestem, trzeba się przyzwyczaić.. ;)
  13. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (12.04.2010 17:54) +1 + -
    ? czego nie dostaniesz ? A gdzie jesteś? W każdym większym sklepie kupisz te składniki, najtrudniej jest z trawą cytrynową, ale jest w słoiczkach pocięta na kawałki. Bulion możesz zastąpić kostką, a nie samemu gotować. Imbir i mleko kokosowe jest w każdym markecie...
  14. kuniu_ock
    kuniu_ock (12.04.2010 17:47) +2 + -
    Ośmiornice były ładnie wysmażone, chyba dlatego je jadłem ze smakiem (lubie smażone rzeczy, poza tym dobrze wysmażone ośmiornice nie były takie gumowate), w restauracji koreańskiej (oczywiście pałeczkami).
    Parówki... prawie trzy lata nie jadłem parówek od momentu, gdy będąc w szpitalu zatruli (oczywiście nie specjalnie) ileś tam osób parówkami podanymi na śniadanie. Przemogłem się dopiero w grudniu 2009 :P Paluszki krabowe zaś nie sprawiły mi żadnych kłopotów. A to chyba jedyna dostępna tu forma kraba.
    Co do zupy.. niestety wielu rzeczy tutaj nie dostanę..
  15. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (12.04.2010 17:17) +1 + -
    Cieszę się, że Ci się podobało. Ja akurat uwielbiam owoce morza, akurat ośmiorcnice może najmniej, a jeśli już to takie 'baby' malutkie, najlepiej w ostrej zalewie. Sorki, ale paluszków krabowych lepiej nie tykać, z tego samego powodu dla których nie jadam parówek. Tam jest wszystko dobrze przemielone. Wolę wiedzieć co jem, a poza tym, w paluszkach krabowych samych krabów za wiele nie ma.
    Jeśli lubisz eksperyment, zrób tę zupę. Możesz wstrzymać się z dodawaniem sosu rybnego, bo to trzeba lubić. Zamiast można dać po prostu soli. Tajowie używają sosu rybnego zamiast solenia.
    Smacznego...
  16. kuniu_ock
    kuniu_ock (12.04.2010 16:11) +2 + -
    Najbardziej zaciekawił mnie fragment o... kuchni :D Bez zastanowienia odpowiem na trzy pytania, odnośnie pierwszego mam parę zastrzeżeń, zaś co do ostatniego.. spróbowałem smażonych kalmarów, ośmiornic i krewetek.. z tego wszystkiego najbardziej smakowały mi ośmiornice. Krewetki jadłem na pizzy i jakoś nie mam ochoty tego powtarzać. Kalmary zaś.. takie gumowate krążki obtaczane w bułce tartej i troszkę zaciągające rybą, czy wodą morską. Zatem ośmiornice były dla mnie najlepsze. No i lubię jeszcze paluszki krabowe :)
    Chętnie wyjechałbym gdzieś na parę miesięcy (też na wschód) poznać tajniki tamtejszej kuchni. Lubię gotować (i podobno umiem :P), lubię najróżniejsze przyprawy (w mojej kuchni będzie ich caaała masa! z najróżniejszych stron świata!).. jeść lubię..ale smacznie. I tak posiedzieć sobie kilka miesięcy, pouczyć się, popróbować najróżniejszych rzeczy.. o tak! to jest to! :)
  17. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (10.04.2010 11:31) +2 + -
    Marku, właśnie o te wpadki chodzi. Dziękuję za wskazówki.
    Co do Buddy, to można było chodzić w skarpetkach, buty oczywiście do ściągnięcia i pozostawienia w specjalnych stojakach. Ale patrzenie 'z góry' silnie tępione. W starych świątyniach spokojnie można było chodzić w butach.
  18. mapew
    mapew (10.04.2010 9:31) +2 + -
    Bartek, eh tam, zadne wpadki... :-)
    Cos innego: interesujace jest, jak rozne jest traktowanie buddy w roznych krajach buddyjskich: w Birmie np. nie bylo zadnego problemu z patrzeniem na figury Buddy z gory. Ale za to wchodzac na tereny miejsc swietych (nie tylko czynnych swiatyn, ale i niektorych ruin po swiatyniach) trzeba sciagnac obowiazkowo nie tylko buty ale i skarpetki.... :-)
  19. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (10.04.2010 8:05) +2 + -
    Marku, dzięki za miłe słowa i fajne komentarze, a także za zwrócenie uwagi na ewidentne wpadki. :)
  20. mapew
    mapew (10.04.2010 0:40) +2 + -
    Bartku, z przyjemnoscia przeczytalem Twoja interesujaca relacje z Tajlandii. Bardzo ciekawie opisane. I przy okazji odswiezylem sobie wlasne wspomnienia, zwlaszcza z Bangkoku i znad rzeki Kwai :)
  21. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (09.04.2010 7:20) +2 + -
    Smoku, dziękuję za miłe słowa z Twojej strony. Cieszę się, że odwiedziłeś moją podróż. U mnie wszystko musi trwać długo, ale lepiej późno niż wcale. Nie mam czasu aby się rozdwoić i działać aktywnie na kilku formach.
    Zapraszam dalej, będę umieszczał kolejne podróże.
    bArtek
  22. s.wawelski
    s.wawelski (09.04.2010 5:06) +2 + -
    Witaj Bartek na Kolumberze! :-) Pamietam, ze kiedys Ci wspominalem o tym portalu... wiec ciesze sie, ze tu zawitales. Z tego co widze, to z dobrym skutkiem :-)

    Ciekawie piszesz i milo sie to czyta - osobiscie ale i interesujacych szczegolow. No i ten entuzjam! Materialu masz sporo, wiec jeszcze mi troche zajmie zanim sie przebije do konca :-)
  23. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (08.04.2010 7:39) +1 + -
    Bardzo dziękuję za miłe słowa.
    Dokładnie taki był mój cel :) Zapisuję podróże w dużej mierze dla siebie, ponieważ tak szybko się zapomina wszystkie szczegóły. Jeśli komuś to pomoże zobaczyć inaczej to co już zna, albo zobaczyć coś czego nie zna, to super - to jest dla mnie wielka satysfakcja.
    Miłego oglądania,
    bArtek
  24. fiera_loca
    fiera_loca (07.04.2010 23:14) +2 + -
    bardzo ciekawy i szczery opis podrozy z garscia informacji praktycznych i nie tylko,naprawde dobrze sie go czyta.Gratuluje.Zabieram sie za zdjecia :),pozdrawiam.
  25. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (07.04.2010 7:22) +1 + -
    Dzięki :)
  26. dino
    dino (07.04.2010 2:14) +2 + -
    a ja tylko teraz późną nocą na szybko.... wracam niebawem :)))
  27. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (06.04.2010 21:04) +1 + -
    Do tajskiej kuchni jeszcze wrócę. Uwielbiam ją, a poza tym lubię bawić się w kucharza, a to miejsce daje wiele inspiracji.
    Dziękuję za miłe słowa i działam dalej.
  28. sagnes80
    sagnes80 (06.04.2010 20:44) +2 + -
    Tajlandię również w tempie ekspresowym miałam okazję zobaczyć, podobnie jak Ty, w listopadzie 2009 :D
    z tym że sama byłam sobie biurem, czyli wyjazd indywidualny ;) ale miejsca w Bangkoku widziałam te same i odczucia mam podobne. miasto bardzo europejskie, chociaż oczywiście orientalne :) tajska kuchnia - wyśmienita :)
    do Tajlandii wrócić muszę :)
    z przyjemnością przeczytam ciąg dalszy. pozdrawiam!
    duży plus za ciekawy tekst i zdjęcia!
  29. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (06.04.2010 13:43) +2 + -
    :) wieczorem dodam kolejne odcinki ...
  30. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (06.04.2010 8:28) +2 + -
    Eli, dziękuję. Nie wiem czy zrobiłem dobrze wklejając częściową relację, ale jakoś nie mogłem się powstrzymać :) Obiecuję uzupełniać regularnie.
bartek_sleczka

bartek_sleczka

Bartek Ślęczka
Punkty: 134581