Ładuję...

kolumber.pl


PERU 2009

właśnie przed chwilą strasznie się wkurzyłem, gdy moja ‘sąsiadka’ z fotela przede mną opuściła oparcie i nie mogłem, już dostać się do klawiatury notebooka. Teraz mój nos cierpi, ponieważ jedyne wolne miejsca w autobusie podążającym na południe Panamericaną znalazły się koło ubikacji. Ale cóż…

Cofnijmy się o dwa dni.Przedwczoraj o 16-tej czasu miejscowego, samolot Boeing 777-300R linii KLM, lot z Amsterdamu do Limy dotknął pasa startowego w Limie. Zresztą w powszechnym odczuciu, w boeingu było o kilka centymetrów więcej miejsca na nogi niż w airbusie którym lecieliśmy w ubiegłym roku do Nowej Zelandii. Można powiedzieć, że kilka centymetrów to prawie to samo, ale PRAWIE robi w tym wypadku wielką różnicę…

Kilka słów na początek…

Byliśmy z biurem podróży (tak, wiem że to nie uchodzi wśród profesjonalnych podróżników) na dwutygodniowej wycieczce po Peru i Boliwii. Droga naszej "autobusówki", wiodła przez Limę, wyspy Ballestas, płaskowyż Nazca, miasto Arequipa, kanion Colca (także kondory), miasto Puno, jezioro Titicaca, Tiwanaku (to już Boliwia), dalej La Paz, z powrotem do Puno przez Copacabanę (ale nie tę w Brazylii), i dalej do Cuzco, i stamtąd Machu Picchu, Święta Dolina Inków rzeki Urubamby, i okolice… Wrażeń mnóstwo, a przy okazji najbardziej męcząca wycieczka jak na razie. Większość czasu na wysokości w okolicach 4000 (cztery tysiące) metrów nad poziomem morza, a najwyższy punkt 4910 mnpn, czyli prawie DWA RAZY WYŻEJ niż Rysy… Egzotyka jak dla mnie wielka.

Niniejszy tekst jest bardzo osobistym i subiektywnym opisem wycieczki w sierpniu 2009 roku. Nie jest materiałem naukowym ani rozprawą fachową, więc mogą w nim się znaleźć pewne przekłamania co do nazw miejscowości, czy pewnych faktów przekazanych przez osoby trzecie (przewodnik, pilot, …), bądź wynikające z niewiedzy piszącego te słowa - z góry przepraszam.

Starałem się informacje jakoś weryfikować, ale nie wszystko mi się udało, a także nie na wszystko miałem czas. Z góry przepraszam. Liczba mnoga używana w treści jest wyrazem poglądów przede wszystkim moich, w dużej części także mojej Żony, a czasami także pewnej części grupy, ale wtedy zaznaczyłem to wyraźnie.W opisie wycieczki starałem się unikać opisów zachowań współuczestników. Imiona zostało zmienione, a wszelkie podobieństwo opisanych wypadków do rzeczywistości NIE jest przypadkowe :)

Wszystkie zdjęcia dołączone do tego tekstu zostały wykonanie przeze mnie, ewentualnie przez osobę która na moją prośbę uwieczniła mnie na matrycy aparatu. Zdjęcia nie są montowane, a obróbka ograniczyła się do czyszczenia (o ile było niezbędne), kadrowania, wyrównywania (obracania) i podstawowej korekty barw. Zdjęcia wykonałem aparatem Canon 40D z obiektywem podstawowym 17-55/2,8 IS USM i tele 70-200/4 IS USM.

Przyznaję, że czasami musiałem usunąć z kadru jakieś niepotrzebne elementy, np. kable zasilające, barierki czy też kilkanaście osób na Machu Picchu. Mam jednak nadzieję, że usunięcie z kadru nie spowodowało urazów w ich życiu doczesnym - w końcu nie jesteśmy w kraju Voodoo.... 

Kończąc już ten wstęp, muszę przyznać, że ten wyjazd dał nam jeszcze jedną niespodziewaną okazję, a mianowicie w hotelu gdzie zdecydowaliśmy się spędzić kilka godzin przed odlotem z Warszawy, dane nam było spróbować polskiego wina, o którym dość głośno było niedawno w mediach. Rzeczywiście wino Feniks (białe, półwytrawne i bardzo ciekawym bukiecie), nie daje powodów do wstydu. Drugie typu riesling, było nieco za kwaśne, ale … Na początek z pewnością nie straszy. 

No i to by było na tyle. Miłej lektury i oglądania zdjęć.

Zaczynamy…

  • Okęcie
  • terminal
  • Schiphol

LIMA

Pierwszy rzut oka na miasto pokazał bez dwóch zdań, że to co piszą przewodniki jest prawdą. Lima to miasto mgły. Nacierające znad Pacyfiku chłodne powietrze zderza się nad Andami z ciepłym powietrzem znad Amazonii i w ten sposób prawie cały wąski pas lądu na przedgórzu zakryty jest mgłą.

Nasze lądowanie w Limie było wynikiem długiego procesu myślowego podczas którego zastanawialiśmy się gdzie wybrać się w tym roku. Padło na Peru i Boliwię, po raz drugi z tym samymi biurem podróży.

Po wylądowaniu dość szybko, pomimo wąskich i zatłoczonych ulic dotarliśmy do hotelu położonego w pięknej dzielnicy Miraflores. Powieści Mario Vargasa Llosy, np. ‘Ciotka Julia i skryba’ dały nam pewne pojęcie o tym czego się spodziewać. I rzeczywiście, dzielnica zabudowana jest bardzo zróżnicowanymi budynkami. Pomiędzy wysokimi apartamentowcami, ukryte za wysokimi murami zwieńczonymi kilkoma rzędami przewodów pod wysokim napięciem, znajdują się stare wille. W sumie mieszanka różnych stylów i charakterów, ale bardzo przyjemna dla oka.

Po sprawnym zaczekowaniu w hotelu zastanawialiśmy się co dalej robić. Na pierwszy ogień napoczęliśmy zawartość dwóch butelek, które nabyliśmy w Amsterdamie korzystając z dwugodzinnej przerwy pomiędzy lotem z Warszawy, a kolejnym do Limy.

Nasza przewodniczka – Danusia, kobieta z pewnością bardzo doświadczona sama sugerowała aby nabyć nieco płynu odkażającego wnętrzności, jako że flora bakteryjna jest nieco inna i może powodować różne niespodzianki. W ogóle Danusia, którą spotkaliśmy po raz pierwszy w trudnych okolicznościach, bo chyba zgodzicie się ze mną, że czwarta rano na Okęciu to właśnie takie okoliczności, zrobiła na nas bardzo dobre wrażenia. Z perspektywy pierwszych dwóch dni, wiem już, ze się nie pomyliliśmy i że będzie trzymać naszą grupę sprawną i twardą ręką doświadczonej pilotki.

Tak więc po pierwszym drinku wzbogaconym colą (prawdziwą) z mini barku, zeszliśmy na powitalne spotkanie. Nie była to kolacja, raczej drink połączony z kantorem wymiany walut itp. Właściwie była to pierwsza okazja, aby nasza grupa poznała się w całości. Liczymy 31 osób plus pilotka. Ludzie w wieku od młodego - na szczęście nie ma dzieci :) po około 60. W ubiegłym roku przekrój wiekowy był znacznie większy.

Właśnie w tej chwili Danusia zwraca naszą uwagę na totalne slumsy położone w odległości około 50 km od Limy. Niewielkie domki rozrzucone na gołych i suchych wzgórzach, bez prądu wody i czegokolwiek innego. Trudne do wyobrażenia warunki życia… Ale to chyba tak jest w krajach Ameryki Południowej.

PRZEPIS NA PISCO SOUR

Na początek spotkania w hotelu dostaliśmy drinka o wdzięcznej nazwie, pisco sour. Pierwsze zetknięcie dość zaskakujące, ponieważ zawartość szklaneczki była przykryta warstwą piany. Pierwszy łyk … i powracają wspomnienia. Caipirinha z modyfikacją. Okazało się, że pianka jest to po prostu warstwą białka z jajek skropioną specjalnym bitterem (może być także posypana cynamonem)… Jak dla mnie bomba.

Jedna szklanka pisco (wódka z winogron, zapewne możliwa do zastąpienia baccardi bądź w wersji prostej – wódką), jedno białko z jajka , sok z 1 limonki i łyżeczka cukru (zapewne powinna być brązowego), plus szklanka pokruszonego lodu. Składniki miksujemy w mikserze (malakserze) na bardzo szybkich obrotach, dodając w kolejności: pisco, sok, cukier, białko i lód. Po przelaniu do szklanki na wierzch kropla bittera i/lub odrobina cynamonu. Podaje się w szklankach koktajlowych ozdobionych wianuszkiem cukru. W zależności od upodobania można dodać więcej lodu bądź soku z cytryny. Przepis według otrzymanego od miejscowego przewodnika na jego odpowiedzialność, ponieważ na razie nie miałem okazji wypróbować. Smacznego.

Szklaneczka piso sour bardzo ułatwiła proces płacenia za atrakcje, ponieważ jak to bywa na wycieczkach, od razu trzeba był wyskoczyć z kasy, po 220USD na osobę za różne wstępy, napiwki itp. all inclusive, a potem jeszcze po 60 USD za przelot samolotem nad Nazca. Jutro rano dowiem się, czy było warto.

Przy osobnym stoliku zasiadł przenośny kantor i nie chodzi mi bynajmniej o śpiewaka, tylko „czendż monej”. Bardzo wygodne i profesjonalne przygotowanie pierwszego wieczoru. Okazało się, że bardzo prosto można przeliczać wszystkie wydatki, ponieważ kurs peruwiańskiego SOLA, jest mniej więcej 1:1 ze złotówką. Nie wiem co prawda ile stoi obecnie USD w Polsce, ale tak czy owak jest to porównywalne.

Po pisco sour, na stole wylądowały lekkie przekąski, kawałki żółtego sera, średniej w smaku szynki konserwowej i wspaniałe oliwki, zielone z pastą paprykową i czarne. Po samolotowym żarciu, była to nieledwie małmazja. W czasie przekąszania i zapijania drugą kolejką pisco sour, pani Marzena, szefowa lokalnego polskiego biura podróży, opowiadała nam nieco o Peru i miejscowych zwyczajach i ryzykach. Podobno w Limie mieszka według różnych szacunków od 9 do 11 milionów ludzi na terenie około 300 km2. Ludność Limy zwiększyła się kilkunastokrotnie, ponieważ w latach 60-tych miasto miało około 700.000 mieszkańców. Dzisiaj dzielnice kolorowych slumsów otaczają stare centrum miasta, z którego także niewiele zostało.

Po wyskoczeniu z kasy wróciliśmy do całkiem przyzwoitego pokoju i połowa naszej jednostki małżeńskiej poległa w łóżku, a druga poszła zakupić coś do picia w pobliskim sklepiku.

Właśnie za oknem autobusu widzę kilkadziesiąt brezentowych baraków, które według słów pilotki, zawierają stada kur, które są podstawą miejscowej diety. Chyba lepiej nie zaglądać do środka :)

Przejęty opowieściami o panującym złodziejstwie, niestety z 9 mln mieszkańców, około 3 żyją w skrajnej nędzy co powoduje ich zainteresowanie cudzą własnością, wybrałem się na krótki spacer nad morze. Nie wziąłem aparatu, aby nie wyróżniać się za bardzo z tłumu. Nie wiem czy mi się udało, bo cały czas czułem na sobie wzrok mijających mnie Peruwiańczyków. Być może mój australijski kapelusz i kamizelka za bardzo rzucały się w oczy? Może mój wzrost? Choć nie należę do gigantów i obecne młode pokolenie przerasta o głowę moje 176 cm, czułem się jak Guliwer w kraju liliputów. Czasami udało mi się spotkać kogoś o wzroście przekraczającym poziom mojej pachy, ale zwykle okazywał się, że ta kobieta porusza się na butach w rodzaju koturnów widzianych na filmie „Wyznania Gejszy”. Można się poczuć wielkim :)

Po 15 minutach niespiesznego marszu po chodniku, wymijając sprytnie umieszczone w nim drzewa otoczone metalowymi barierkami, dotarłem nad morze. Zmrok rozpraszało wiele ostrych świateł otoczonych aureolami rozświetlonej limańskiej mgły. W oddali po drugiej stronie zatoki, na zboczu gry lśnił sporych rozmiarów świecąc krzyż, przypominający o miejscowej religijności. Nieco alkoholu we krwi (pisco znakomicie połączyło się z wcześniej wypitymi w samolocie buteleczkami wina) spowodowało, że ten widok długo zostanie w pamięci. Już kolejnego dnia nie zrobił na mnie tak wielkiego wrażenia.

Zresztą po dwóch dniach w Limie, stwierdzam że mgła litościwie przykrywa to, czego miasto nie powinno pokazywać, a mianowicie biedę i bałagan. O dziwo w centrum jest bardzo czysto co kontrastuje z niedokończonymi wielopokoleniowymi domami, z drutami zbrojeń kłujących niebo w oczekiwaniu na kolejne pokolenie mieszkańców.

Po nasyceniu wzroku powróciłem do hotelu nie niepokojony za bardzo przez nikogo, zakupiłem za 8 soli 1,5 litrową butelkę Coke Zero i poległem na łóżku. Była dopiero około 21-szej lokalnego czasu, co daje 3 nad ranem czasu polskiego, więc obawiałem się jak uda się przespać noc.

Okazało się, że taktyka jaką przyjąłem za podręcznikiem, czyli jeśli lecisz w dzień, to NIE ŚPIJ bo napytasz sobie biedy, okazała się bardzo trafna. Po bardzo intensywnym śnie, obudziliśmy się całkiem wyspani o 5:30 rano. Jak zwykle, jedna część rodziny dalej polegiwała w łóżku, a druga, tym razem z aparatem w dłoni wyruszyła w budzące się do życia miasto.

LIMA – zwiedzanie

Lima w dzień wcale nie jest piękniejsza niż w nocy. Zaryzykuję stwierdzenie, że Lima jest brzydka i wiele się nie da z tym zrobić. Nad brzegiem morza ludzi uprawiali poranne sporty ? jogging jest tutaj bardzo popularny, spacerowali z psami i spędzali czas otuleni przez wszechobecną mgłę.

Podczas treningów w panoramowaniu, ponieważ chciałem koniecznie uchwycić w ruchu kilka lokalnych środków lokomocji, przeżyłem moment zaniepokojenia. Otóż nagle, zatrzymał się przede mną z piskiem opon terenowy motocykl, z człowiekiem z twarzą szczelnie okrytą maską. Zaczął do mnie coś dość głośno mówić w dziwnym i niestety nie znanym mi języku. Oczywiście przez myśl przeleciało mi wszystko czego nasłuchałem się o złodziejach wyrywających wszystko co cenne z ręki, urywających przy tym dłonie itp. Zastanawiałem się już, co zrobię jak stracę aparat? Na szczęście okazało się, że był to strażnik miejski, który widząc faceta w kapeluszu, siedzącego na krawężniki z dużym aparatem w rękach, postanowił mnie ostrzec i zapobiec większym kłopotom.

Ponieważ ogólnie nie lubię kłopotów, posłusznie schowałem aparat do plecaka i starając się nie wyróżniać za bardzo z otoczenia, klejąc się do płotów niczym tajemniczy don Pedro z krainy deszczowców, wróciłem do hotelu.

Śniadanie okazało się nad wyraz smaczne. Bufet szwedzki w dużej czystej sali z ładnymi stolikami dał wiele możliwości. Rzuciliśmy się próbować miejscowych potraw podanych w dużej różnorodności. Szczególnie godne uwagi okazały się niewielkie nóżki w ostrej panierce, które początkowo wzięliśmy za udka świnek morskich, które są w Peru normalnym zwierzęciem hodowlanym, ale okazały się jednak kawałkami kurzych skrzydełek.

Dobra jajecznica, jajka sadzone, ziemniaki, wybór warzyw z sosem jogurtowym, pyszny biały ser, pomidory, oliwki, a dodatkowo świeże owoce i wyciskane soki z owoców spowodowały, że przy stole spędziliśmy więcej czasu niż chcieliśmy. Nie ryzykowaliśmy już do picia herbatki z koki, ale bynajmniej nie ze względu na zawartość jakichś podejrzanych substancji, a po prostu z powodu kiepskiego smaku. Niestety czarna herbata TE PURA, także nie zwalała z nóg. Grupa okazała się bardzo zdyscyplinowana i w komplecie o 8:30 wsiadła do bardzo wygodnego autokaru ruszając na zwiedzanie Limy.

Ponieważ jestem raczej fanem uroków natury, a nie efektów działalności człowieka, opis Limy w dzień skrócę do minimum.

Zaczęliśmy od parku zakochanych nad brzegiem morza, czyli niewielkiego skwerku otoczonego kolorowym murkiem w stylu Gaudiego. Potem przejechaliśmy przez miasto oglądając z autobusu niewielką kolonialną część Limy i poszliśmy zwiedzać zakon franciszkanów. Nie można tam było robić zdjęć, ale z ciekawością słuchaliśmy wykładu prowadzonego przez Panią Iwonę, która opowiadała nam o historii Peru i Limy. Krótki spacer z powrotem do centrum do Plaza Mayor nie zrobił większego wrażenia. Naszą dumę narodową podbudowała krótka wizyta w dawnej stacji kolei wybudowanej przez naszego Rodaka, inżyniera Malinowskiego. Szybkie zwiedzanie katedry w Limie z piękną kaplica poświęconą Franciszkowi Pizzarro, rzut oka na wspaniałe kolonialne balkony na rezydencji arcybiskupa Peru i czas wolny.

O 11:50 zaczyna się przed pałacem prezydenckim który znajduje się przy Plaza Mayor, zmiana warty. Widowisko warte zobaczenia choćby ze względu na stroje żołnierzy i ich krok marszowy, którego nie powstydziłby się Michael Jackson. Ale cała impreza jest zbyt długa i po 20 minutach większość publiki udaje się na zwiedzanie miasta. Kilkaset metrów głównym deptakiem nie poprawia naszej oceny atrakcyjności miasta. Ciągle szukam jakiegoś wspólnego z nim języka, ale nie mogę go zrozumieć. Może trzeba więcej czasu? Nie wiem. Ponieważ jest 12:15, a o 13-tej autokar ma nas zawieść na lunch, udajemy się na kawę do kawiarni Tanta. Jak się okazało, ta sieć kawiarni oferuje naprawdę dobrą kawę (polecam wirakocha cafe), z odrobiną pisco, co testowała także część naszej wycieczki.

Nieco głodni, wszyscy w komplecie jedziemy w kierunku morza i dzielnicy Miraflores na lunch. Moje nadzieje spełniają się w 200% gdy na stole z przekąskami znajduję potrawę na którą czekałem, czyli CEVICHE. Dla niezorientowanych, są to kawałki surowej ryby morskiej (białej), marynowanej w soku z limonek wraz z cebulą i ostrą papryczką. NIEBO W GĘBIE. Dokładałem sobie trzy razy popijając pisco sour i chichą moradą - napój fermentowany bezalkoholowy z fioletowej kukurydzy. Całość jedzenia była bardzo dobra, ale jak to bywa, przystawki były lepsze od dań głównych. Ogólnie wrażenia kulinarne na razie bardzo pozytywne.

Po lunchu w knajpie z widokiem na morze, jedziemy zwiedzać muzeum złota. Tam także nie można robić zdjęć.

Postanowiłem jeszcze raz zaatakować Limę i zrozumieć jej język, więc ze statywem i plecakiem z aparatem ruszyliśmy na spacer znaną drogą w stronę morza. Piątek wieczorem jest w Peru dniem imprezowym i widać było spore grupy ludzi spieszących do restauracji nad brzegiem morza.

Być może jet-leg po podróży, być może zmęczenie, ale miasto nie zaczęło do nas ‘gadać’. Po dość krótkiej sesji foto, ruszyliśmy bardzo gwarną ulicą w stronę hotelu i na tym właściwie zakończył się nasz pobyt w Limie.

Podsumowując pobyt w Limie, w 100% zgoda z przewodnikami. Miasto w żaden sposób mnie nie zachwyciło. Być może wymaga znacznie więcej czasu na poznanie, ale nie jest to łatwa miłość od pierwszego wejrzenia.

  • lotnisko w Limie
  • pierwszy poranek
  • busik 1
  • autobus
  • lustro
  • strażnik
  • mgła
  • restauracja
  • poranna siatkówka
  • zakochani są wszędzie
  • kochać się ...
  • na widelcu
  • prace społeczne
  • slumsy
  • gołąbki
  • mam cię!
  • nasi tu byli
  • nuncjatura
  • balkon kolonialny
  • katedra
  • herb Pizarro
  • grobowiec
  • surowość
  • łagodność
  • kościół
  • Plaza Mayor
  • toaleta
  • nad morzem - Miraflores
  • nocny klif

DROGA Z LIMY

Nasz autokar zmierza dostojnie w kierunku wysp Ballestas, gdzie mamy mieć dwugodzinną wycieczkę łodzią aby podziwiać kolonie zwierząt morskich, a potem lunch. Ciekawe ile osób będzie w stanie go zjeść …

WYSPY BALLESTAS

Wyspy Ballestas okazały się sporym wyzwaniem. Zwiedzanie wysp wchodzących w skład rezerwatu Paracas odbywa się na pokładach łodzi, a właściwie motorówek o różnej wielkości. Cała wyprawa trwa około dwóch godzin w obie strony.

Jak się z czasem okazało, właściwy wybór miejsca do siedzenia na łódce jest kluczem do sukcesu. Nie należy obawiać się zajmowania miejsca na przedzie łodzi. Co prawda może nieco więcej rzuca, ale … Ale wsiedliśmy na łódź zajmując miejsce mniej więcej w 2/3 jej długości bliżej końca.

Cała nasza wycieczka zmieściła się na jednej motorówce napędzanej przez dwie potężne Yamahy V6 i ruszyliśmy w drogę. Na początku kilka delfinów pluskających się wokół statku z którego co chwila wpadają do wody smakowite kąski ryb. Chwila na zdjęcia i łódka nabiera szybkości. Po wypłynięciu z zatoki, bardzo spokojne morze zaczyna nieco kołysać. Efektem tego są niewielkie na razie prysznice, spadające na siedzących z tyłu łodzi. Na razie to jest jeszcze śmieszne.

Mijamy po drodze stada pelikanów okupujące nadbrzeżne skały i po jakichś 15 minutach mamy okazję fotografować tak zwany ‘kandelabr’, czyli wzór wyryty w skałach wznoszących się bezpośrednio nad wodą. Motorówka nabiera pełnej szybkości i ruszamy w głąb morza na spotkanie mieszkańców wysp. Po drodze kilka osób, siedzących na zawietrznej nie ma już ochoty się śmiać, ponieważ co chwilę spada na nich prysznic morskiej wody.

Przewodnik, całkiem niezły Tomek, który dbał o naszą wiedzę praktyczną o obecnym Peru, twierdzi że mamy wielkie szczęście, że wycieczka odbywa się w piękną i słoneczną pogodę. Podobno nie zdarza się to zbyt często. Ceną za pogodne niebo, jest niestety nieco bardziej wzburzone morze.

Po drodze, pomimo tego że dwie V6 Yamahy pchają nas pełną parą naprzód, bez wielkiego wysiłku mijają nas klucze kormoranów i innych ptaków zmierzających w tym samym kierunku. Widok jest wspaniały. Z daleka klucze ptaków tworzą fantastyczne wzory na tle błękitnego nieba.

Po około 40 minutach dopływamy do wysp. Nawet dyskomfort wynikający z przemoczenia ubrań, ustępuje zapałowi fotografowania. Mamy przed sobą pingwiny, słonie morskie wygrzewające się w słońcu na skałach, a także setki tysięcy ptaków. Możecie się domyślać, że zapach guana, który zresztą był głównym bogactwem wysp Ballestas, nieco czasami nas przytłacza.

Widok jest jednak wart tego dyskomfortu. Pozostajemy jedynie z pytaniem, jak daje sobie radę strażnik wyspy, który mieszka w domku pośród ptaków i ich guana przez dwa miesiące. Ale to jego problem.

Motorówka przewozi nas wokół wysp i na koniec przepływamy przez diabelską bramę powstałą w zerodowanych skałach. Wracamy w kierunku wybrzeża na oczekiwany lunch, na który Danusia zbierała zamówienia wcześniej w autokarze.

Zanim jednak dotrzemy do restauracji, czeka nas 40 minut walki ze wzburzonymi falami Pacyfiku. Skutek jest dość opłakany dla mniej więcej 1/3 uczestników wycieczki, szczególnie siedzących na zawietrznej od połowy łodzi do końca.

Praktycznie przez cały czas jesteśmy (autor niestety znajdował się w złym sektorze), oblewani strumieniami zimnej i słonej wody. Staram się chronić aparat i zajmować sobą jak najmniej miejsca. Wskazane jest ubranie się w nie tylko w wodoodporną kurtkę, ale jeśli to możliwe także w spodnie. To naprawdę się opłaci …

W końcu, po 2h20 min docieramy z powrotem do nabrzeża. Ociekając wodą zmierzamy do stolików i czekamy na lunch.

Lunch był nieobowiązkowy, i wybory był różne. Większość zamówiła smażoną rybę oceaniczną (świetna), a mniejszość krewetki z czosnkiem (dobre, ale nie doskonałe), w towarzystwie maślanych awokado, pomidorów i manioku smażonego w głębokim oleju. Koszt takiego lunchu to 28 soli za danie główne, do tego 8 soli za duże (650 mln) piwo i 4 sole za szklankę wyciskanego soku z pomarańczy. Jak widać, ceny bardzo podobne do polskich, a ośmielę się stwierdzić, że za taką porcję krewetek nie zapłaciłbym w Polsce mniej niż 45 zł.

Po lunchu, spacerując wśród rachitycznych domów i straganów z pamiątkami, powoli zmierzamy do autokaru, który zabiera nas dalej w kierunku tajemniczych rysunków Nazca.

OAZA Huacca China

jedziemy do Nazca. Po drodze, w okolicy miasta ICA, autobus zbacza z głównej drogi i kierujemy się do oazy wśród wydm.

Niewielka oaza o wdzięcznej nazwie "płacząca dziewczyna" - Huacca China, leżąca wśród 60 metrowych wydm była kiedyś zapewne pięknym i tętniącym życiem miejscem popołudniowego i weekendowego wypoczynku. Świadczą o tym rozwalające się pomosty, przebieralnie zamienione w okazjonalne toalety, zamknięte restauracje, czy ogólna martwota. Miejsce jest obecnie w ruinie, ale widać ślady dawnej świetności. Nie wiem co było tego przyczyną, ale szkoda.

Przed wyjazdem czytałem na jednym z forów gorącą wymianę zdań, mającą udowodnić wyższość jednego biura podróży nad drugim, a toczyła się właśnie wokół tego, czy było zwiedzania TEJ oazy, czy nie. Nie wiem o co ta wrzawa. Moim zdaniem szkoda czasu.

Gdyby można było spędzić to ze 2 godziny i wyjechać jednym z wielu czterokołowców na otaczające oazę wydmy, to bym rozumiał. Zresztą jak sfotografować oazę, pokazując jej piękno (bo miejsce jest piękne), z poziomu jeziora? W końcu efekt oazy to plama zieleni wśród jałowej pustyni. Ale to da się zrobić tylko z otaczających wydm, albo z powietrza. A tutaj wysiadamy z autokaru i słyszymy „zbiórka za 45 minut i wyjeżdżamy …”. Cóż, starczyło czasu na szybki przemarsz wokół jeziorka i tyle.

Swoją drogą, zauważam że im dalej od Limy, tym kolory stają się żywsze, a krajobraz coraz ciekawszy. Lima jednak to bardzo smutne miasto…

Żegnamy bez wielkiego żalu płaczącą dziewczyną i w pełnej dyscyplinie czasowej ruszamy dalej w kierunku Nazca.

  • motorówka
  • połów
  • kandelabr
  • wyspy
  • pelikan
  • towarzysze
  • zwiedzanie
  • ptaki, ptaki, ptaki ...
  • diabelska brama
  • skały
  • miejscowa fauna
  • tambylcy
  • foczka
  • życie jest piękne
  • pozowanie
  • drzemka
  • skała
  • lunch
  • knajpka
  • impresje morskie
  • legenda
  • woda na pustyni
  • wydma
  • kurort pod wydmą
  • przebieralnie

PODRÓŻ DO NAZCA

Znowu nasz autobus pomyka na południe Peru. Dzisiejszy dzień jest baaaaardzo „maniana”. Nawet nie z powodów jakichś problemów organizacyjnych, ale po prostu tego rodzaju wycieczka nieuchronnie zawiera dużo podróżowania, a tak duży kraj jak Peru, wymaga go jeszcze więcej.

Przed chwilą zająłem moje strategiczne miejsce na końcu autokaru, w okolicy kibla, tak w tym modelu kibel jest na końcu, co niestety trochę czuć. Miejsce zająłem nie z chęci, ale zmuszony do tego przez jedną z osób z naszej grupy. Ta miła skąd inąd osoba, należy do tego rodzaju który, szczególnie w samolotach wzbudza we „mieszane uczucia”. Oczywiście rozumiem, że fotele lotnicze mają funkcję odchylania, ale niekoniecznie trzeba z niej korzystać, a jeśli już, to dlaczego do samego końca? Oczywiście jej jest wygodnie…  A może po prostu brak mi asertywności? Chyba tak…

Ale dość narzekania i użalania się nad losem. Wracam do opisu dalszego ciągu naszej wycieczki. Cofam się pamięcią do wczorajszego dnia i nasz autokar wesoło pomyka w kierunku płaskowyżu Nazca. Po drodze mijamy różne miejscowości, w większości dramatycznie nędzne lepianki. Przez jakiś czas wydawało mi się, że można porównać Peru pozamiejskie do Egiptu, ale jednak moim zdaniem jest to jeszcze poziom niżej. Choć gdy przypominam sobie widok z okna „wagonu sypialnego” na linii Asuan – Kair, to może jednak jest to podobny poziom…

Przy okazji uwieczniam dość zaskakujący widok drogi transkontynentalnej zasypanej piaskiem tak jak u nas śniegiem. Naprawdę mocny widok. Nie wiem czy i jak ten piach jest usuwany, może są jakieś "odpiaszczarki"? Nie wiem, ale jazda jest bardzo kiepska przez kilka kilometrów. Na kolejnym postoju zatrzymujemy się na sik-pauzę w niewielkim miasteczku nad brzegiem morza, gdzie przykuwa moją uwagę niewielka kapliczka na brzegu morza...

DYGRESJA – DOMKI W PERU

Postaram się opisać typowy domek, który czasami stoi samotnie pośrodku szaro-burej piaszczystej breji, a czasami w grupie kilku, zwykle w szeregu. Kilka grup takich grup, stanowi miasteczko, a jak jest więcej niż 3 ulice, to już miasto.

Ale, wyobraźcie sobie prostopadłościan, o wymiarach (na oko), 5m na 5m i wysokości być może nieco powyżej 2m. Wykonany jest z szarych cegieł, zwykle surowych (nie wypalanych tylko suszonych), przy czym tylko przednia ściana jest pomalowana (ale raczej rzadko), a jeśli tak, to na jaskrawy kolor. Jeśli domek stoi samotnie na piachu, to nie jest niczym pomalowany. W przedniej ścianie jest zwykle jedno okno i drzwi. Więcej otworów nie stwierdzam, choć czasem brakuje dachu.

W wersji LUX, czyli z dachem, bardzo często pomiędzy wystającymi zbrojeniami znajduje się typowy składzik, taki jak czasami w domach gromadzi się na strychu, ale tu nie ma dachu :)

Konstrukcja stropów wykonana jest zwykle z bambusa. W ogóle zastanawiam się, jak można żyć w takim domu bez dachu, ale tutaj praktycznie nie pada, więc ryzyko nie jest duże. Opisywana przeze mnie budowla ma jeszcze wersję LOW-END, wtedy składa się z samych ścian, często wykonanych z mat wyplecionych z jakiegoś rodzaju trawy, a drzwi podpierane są kijem. W tej wersji nie ma okien, bo nie ma także dachu, więc po co okna. Światło jest w ilości wystarczającej do życia. W wersji BIZNES, na ścianie frontowej umieszczony jest karton z napisem BAR-RESTAURANT i stoją dwa krzesła przy niewielkim stoliku. Nie wiem, kto z tego korzysta, ale sprawdzona w Polsce metoda weryfikacji, polegająca na określeniu ile jest tirów przed barem tutaj zawodzi, ponieważ nie widziałem nigdy ani jednego. Czasami taka rozwalająca się rudera zaopatrzona jest w maszt z umieszczoną na nim anteną i dochodzi do niej kabel wyglądający na zasilanie.

Cóż, trudno się dziwić, że w Limie na każdym lepszym domu umieszczone są zasieki z drutu pod napięciem…

  • uskok Nazca
  • piasek czy śnieg?
  • jednak piasek
  • piasek zaskoczył drogowców
  • kapliczka
  • kapliczka
  • typowy domek
  • restauracja
  • krajobraz
  • szopy - domy

NAZCA

Autobus wjeżdża na płaskowyż Nazca, który widać z daleka w postaci równej jak stół krawędzi widocznej z doliny mijanej właśnie wyschniętej rzeki.

Po chwili zatrzymujemy się przy domu Marii Reiche, niemieckiej uczonej która spędziła ponad 30 lat swojego życia na znajdowaniu sensu w rysunkach i figurach płaskowyżu. Skromna, prawie pustelnicza chatka z bardzo prostym wyposażeniem znajduje się prawie na krawędzi płaskowyżu, Trudno uwierzyć, że mogła w niej spędzić tyle lat. Niestety wynik jej pracy jest dość skromny.

Nie jest to miejsce na roztrząsanie teorii czym są, a czym nie słynne rysunki z Nazca, ale o ile wiem, nie ma do dzisiaj żadnej pełnej i kompletnej, a przede wszystkim prawdopodobnej teorii na ten temat. Tak czy owak, wizyta w tym domku pobudza naszą wyobraźnię i każdy z nas ma chyba nadzieję, że zobaczy w tych rysunkach sens którego dotychczas nikt nie dostrzegł i zostanie bohaterem. Przynajmniej ja mam taką nadzieję …

Po kilku kilometrach na prawie zupełnie płaskiej równinie, dojeżdżamy do kilkunastometrowej wieży obserwacyjnej z której po raz pierwszy zobaczymy słynne znaki Nazca. Na wieżę wchodzi po max 10 osób, co pilnowane jest przez kilku Indian kasujących za bilety wejściowe, a także obsługujących przenośne stoiska pamiątkowe.

Po chwili oczekiwania wdrapujemy się na zaskakująco stabilną konstrukcję i …. Gdzie do diabła są te linie? W tym miejscu po raz pierwszy następuje zaskoczenie w momencie w którym wizja jaką mam w głowie nie znajduje swojego przełożenia na to co widzę. Gdy jako dziecko pochłaniałem Daenikena, w potem czytałem wiele różnych artykułów, stworzyłem sobie w głowie obraz. Gdybym miał pisać z czym kojarzyły mi się rysunki z Nazca, to z pewnością uważałem że są wielkie i wyraźne. W końcu mają po kilkaset metrów…

Cóż, może i mają, ale ze szczytu wieży widać jakieś zarysy czegoś w piasku pustyni. Teoretycznie warunki są dobre, ponieważ zachodzące właśnie słońce wydłuża cienie i wzrastają kontrasty, ale i tak widok mnie rozczarowuje. Spodziewałem się czegoś więcej, znacznie więcej… Fakt, że z wieży widać dwa stosunkowo niewielkie rysunki, ale jednak jest jakieś rozczarowanie. Rwący wiatr dość szybko zmusza nas do zejścia, tym bardziej że w kolejce czekają jeszcze inne osoby z naszej wycieczki. Pozostaje nadzieja, że z lotu ptaka będzie widać więcej. Zobaczymy jutro.

Zachodzące w pyle pustyni słońce oświetla ostatnimi promieniami szczyty okolicznych gór, tworząc bardzo melancholijny obraz.

NAZCA – MIASTO

Wsiadamy do autokaru i ruszamy w stronę niedalekiego miasta Nazca. Widok samego miasta już nie zaskakuje. Zbiorowisko domów klasy LOW/STANDARD i BIZNES, w którym na niewielkich pagórkach mieszka podobno około 30 tysięcy ludzi. Nie chce się wierzyć.

Niesamowite wrażenie robią dziesiątki drutów wiszących na słupach elektrycznych, tworzące skomplikowaną pajęczynę. Nie wiem kto i jak jest w stanie to wszystko konserwować, ale oni jakoś potrafią, bo w domach pali się światło. Potem okaże się, że druty w Nazca to nic przy tym co zobaczymy w La Paz...

Autobus zajeżdża przed domek położony przy jednej z bocznych uliczek, Zwiedzamy warsztat Tobyego, lokalnego showmana, który na bazie doświadczeń swojego Ojca, wytwarza tradycyjnymi metodami wyroby ceramiczne kultury Nazca.

Po prezentacji dotarliśmy do hotelu. Jak na razie, był to najsłabszy hotel podczas naszej podróży. W pokoju niestety jakiś bardzo przykry zapach, być może pasta do podłóg, być może co innego. To jeszcze najmniejszy problem, ale łazienka naprawdę poniżej pewnego standardu. Brak światła w kabinie prysznicowej łaskawie okrywa ciemnością jej zawartość. Bez klapek na nogach ani rusz. Cóż, to jest taka wycieczka. Hotel miał trzy gwiazdki i nie wiem jak dostał tę trzecią, ale dostał. Okazało się później, ze hotel ma dwie części, nową i starą. My oczywiście trafiliśmy do starej…

Zapewne w Nazca nie ma lepszego hotelu, więc nie ma co narzekać. Zjedliśmy dość prosty ale smaczny lunch, zapijając oczywiście pisco sour, które podają tutaj wszędzie i podążyliśmy ułożyć się spać. Idąc spać, słyszałem bardzo wyraźne odgłosy jakiegoś przyjęcia za płotem, ale nie spowodowało to większego problemu z zaśnięciem. Moja żona stwierdziła rano, ze zasnąłem zanim się położyłem, i to chyba był bardzo trafny opis sytuacji. Rzeczywiście zmęczenie i odrobina alkoholu po prostu zwaliły mnie z nóg nie dając szansy na wypróbowanie działania kabiny prysznicowej. Swoją drogą, nie pamiętam czy kiedykolwiek wcześniej pociągałem 15-letniego single malta ‘z gwinta’, ale żadnego szkła w pokoju nie było, a jedyne które mieliśmy ze sobą, było okupowane przez moją żonę i baccardi…

Poranek powitał nas piękną pogodą, która dawała nadzieję na piękne widoki z samolotu. Podobno nie zawsze jest taka pogoda i czasami loty się nie odbywają. Na szczęście tym razem wszystko było OK.

W tym miejscu muszę jeszcze wrócić do poprzedniego wieczora i publicznie BARDZO PODZIĘKOWAĆ, Tomkowi, naszemu przewodnikowi, który uratował mnie od popełnienia jednego z największych idiotyzmów w życiu. Mianowicie zostawiłem na oparciu krzesła w jadalni aparat fotograficzny. Nie będę rozwijał tego tematu, ale mam nadzieję, że kiedyś mu się odwdzięczę…

Jutro lecimy i zobaczymy te ZNAKI z góry. Czas na wielkie odkrycia..

NAZCA – PRZELOT

Po transferze na lotnisko i przydzieleniu lotów zaczęliśmy uprawiać najbardziej typową czynność Peruwiańczyków, czyli oczekiwanie. Do lotu zgłosiła się prawie cała wycieczka chyba bez dwóch osób, więc upakowanie nas w trzy i pięciomiejscowe Cessny zajęło trochę czasu. Oczywiście czas spędzaliśmy na shoppingu w lokalnych straganach, a co poniektórzy działali bardzo intensywnie.

Po półtoragodzinnym oczekiwaniu, w towarzystwie dwóch osób z naszej grupy i dwóch obcych, wsiedliśmy do sześciomiejscowej Cessny, upewniając się wcześniej czy są w niej specjalne woreczki na „zużyte śniadanie” i rozpoczęliśmy przelot. Nasz kapitan, na oko około pięćdziesięcioletni mężczyzna robił bardzo dobre wrażenie i dobrym angielskim objaśnił nam reguły postępowania.

Lot trwał około pół godziny, pełne ostrych skrętów, wiraży, spadków, wzlotów, w sumie trochę trzęsło, ale dało się wytrzymać, choć przynajmniej jedna osoba postanowiła uwolnić miejsce w żołądku na przyszły lunch. Kapitan bardzo sprawnie podchodził do kolejnych rysunków, dając każdemu szansę za zobaczenie ich po swojej stronie samolotu. I to właściwie tyle. Wróciliśmy do hotelu i tam …

Zaraz zaraz, słusznie dziwicie się, co z rysunkami? Dlaczego o nich ani słowa? Hm, niestety czuję się nieco zawiedziony. Rysunki są z pewnością fascynujące, tajemnicze, nieznane, itp., ale wolałem swoje wyobrażenie jakie miałem w głowie. Wiem, że to co piszę w rytm muzyki peruwiańskiej dobywającej się z głośników autobusu brzmi bardzo obrazoburczo, ale jestem zawiedziony. Czy było warto wydać 60 USD? Tak, zdecydowanie tak, bo te rysunki z pewnością trzeba zobaczyć, ale czy warto tutaj wracać? Maria Reiche z pewnością powiedziałaby że tak, ja stwierdzam, że raz widziałem i wystarczy.

I tym stwierdzeniem pozostawiam rozdział Nazca i udajemy się na spotkanie z miasteczkiem Arequipa, leżącym na wysokości prawie jak nasze Rysy, czyli coś około 2400m. Zanim tam jednak dotrzemy, czeka nas jeszcze 8 godzin jazdy autokarem, co nie jest szczególnie miłą perspektywą.

  • ogródek
  • rzeźba
  • wieża widokowa
  • drzewo
  • płaskowyż
  • oczekiwanie
  • startujemy
  • masaż
  • uprawy
  • Wieloryb
  • linie geometryczne
  • astronauta
  • małpa
  • kondor
  • koliber
  • pająk
  • koliber
  • papuga
  • drzewo i dłonie
  • Nazca z lotu Cessny
  • hotel

Jestem wściekły i mam ku temu przynajmniej dwa powody. Jeden z nich to oznaki przeziębienia, które jest mi zupełnie do niczego niepotrzebne, a drugie to stwierdzone paprochy wewnątrz podstawowego obiektywu, co przy dłuższej ogniskowej i przymkniętej przysłonie daje widoczne ślady na zdjęciach. Trzeba będzie sporo popracować nad niektórymi fotkami przed publikacją. Trudno. A poza tym trzeba będzie wysłać obiektyw do serwisu, co oznacza zapewne miesiąc bez zdjęć… Jak sami widzicie mam poważne powody aby być WŚCIEKŁY.

AREQIUPA

Ale dość narzekania. Siedzę właśnie w lobby hotelowym w Arequipie i cieszę się nieco ograniczonym, ale jednak, dostępem do netu.

Do miasta dotarliśmy wczoraj około 22:30 czasu miejscowego po bardzo długiej i bardzo niewygodnej podróży. Na nasza pilotka odpowiednio przygotowała teren i pod pozorem poznawania wzajemnie naszych imion wypiliśmy w autobusie dwie butelki wody ognistej. Potem na stacji benzynowej znajdującej się mniej więcej w połowie drogi, dokonaliśmy napadu na sklepik i prawie cała wycieczka zakupiła „środki nasenne”. Po piwku i Cuba libre wykonanej z coli zero i kupionego peruwiańskiego rumu, usnąłem jak małe dzidzi, co w autobusie do tej pory praktycznie mi się nie zdarzało, i przespałem resztę drogi.

Podobno ominęła mnie jazda we mgle o konsystencji mleka, ale ponieważ dojechaliśmy na miejsce w całości, chyba nie było aż tak źle.

Hotel jest całkiem OK., choć także klasa turystyczna. Gdy dojeżdżaliśmy do miejsca przeznaczenia, Danusia, chyba nieco na wyrost zapowiedziała że mamy nocleg na samym placu głównym Arequipy, i mam wrażenie, że sama była nieco zaskoczona że jednak nie jest to ten hotel. Możliwe że oszczędności zmusiły biuro do zmiany lokalizacji, ale poza tym, że trzydzieści osób na śniadaniu kompletnie rozwaliło ich organizacyjnie, trudno się czegoś czepić. Jedyne co dzwoni gdzieś w pamięci, to wszechobecne w Australii i Nowej Zelandii czajniki elektryczne z zapasem herbaty w każdym hotelu. Jednak angole coś dobrego po sobie pozostawili…

Wstałem wcześnie i od 6:30 wypuściłem się na miasto. Portier co prawda uprzedzał mnie uprzejmie, że miasto jest jeszcze puste, a co za tym idzie może być niebezpiecznie – doprawdy nie wiem gdzie w tym logika, ale nie przejąłem się tym i poszedłem szukać „białego miasta”, jak nazywana jest Arequipa z powodu koloru dużej części budynków.

Szybkim krokiem w 5 minut byłem na placu głównym, który pokazał mi swój urok w porannym ostrym słońcu. Brak ludzi, cisza i piękne światło. To właściwie wszystko czego szukałem.

Za jednego sola udało mi się uniknąć czyszczenia butów, ale za to miałem okazję zrobić kilka zdjęć miłego pucybuta.

Na środku placu uciąłem sobie pogawędkę z dwójką rodaków, którzy dotarli właśnie do Arequipy nocnym pociągiem z Puno, co podobno według naszego przewodnika nie jest podobno możliwe... Pozostała część ich kilkuosobowej wycieczki poszła w gorod szukać noclegów. Wymieniliśmy się miło uwagami o Peru i poszliśmy w swoją stronę.

Zapamiętałem z ich opowieści, że Machu Picchu to jedna wielka porażka, tłumy ludzi spomiędzy których ledwie widać kamienne mury. Zobaczymy, może jednak nie będzie tak źle.

W międzyczasie byłem świadkiem dość zabawnej sceny, a mianowicie nagle na plac wjechał ciemnozielony autobus, z którego wysiadło kilkadziesiąt osób w policyjnych mundurach „poilicia traffica” i rozeszło się po mieście. Wyglądało to jak wycieczka szkolna w Krakowie. Ale policja i służby porządkowe wszelkiego rodzaju są w Peru wszechobecne. Przyznam, że daje to spory komfort psychiczny i powoduje, że nie czuję dużego strachu o dobra osobiste. Jakaś niepewność jest, ale to chyba dobrze dla ogólnego bezpieczeństwa.

Po sesji na placu, przemykając się pośród pomalowanych na żółto taksówek marki Daewoo Tico (może się nieco inaczej nazywają, ale to ten sam samochód), dotarłem do kościoła franciszkanów. Kilka zdjęć wulkanów tworzących wspaniałe tło dla zabudowań Arequipy i niestety trzeba wracać aby wtłoczyć się w zorganizowaną część zwiedzania.

Po śniadaniu sprawnie wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Ponieważ należę do ludzi, którzy byliby gotowi zapłacić przewodnikowi za to aby NIE POKAZYWAŁ kolejnego kościoła, kaplicy czy katedry, pominę tę część zwiedzania milczeniem.

Wyjątkiem jest KLASZTOR SANTA CATALINA - postanowiłem wyłączyć go do osobnego punktu opisu.

  • katedra
  • dzwonnica
  • katedra
  • kościół
  • cienie
  • podcienie na rynku
  • sprzątanie
  • pierwsi mieszkańcy
  • pucybut
  • policja o poranku
  • rynek
  • fontanna
  • fontanna
  • deptak
  • ulica
  • kościół
  • wulkan
  • śmieciopłatki
  • kwiatki
  • do szkoły
  • pierwszy dzień
  • marzenie
  • tabliczka
  • niebiesko-biało

KLASZTOR SANTA CATALINA

Warto jednak zdecydowanie zwiedzić klasztor Santa Catalina.

To jest raj dla oka i dla fotografa. Klasztor jest całkiem spory i składa się z wielu budynków ułożonych wzdłuż wąskich uliczek o nazwach wziętych od miast Hiszpanii.

Zestawienia kolorów, biel, czerwień, błękit, zieleń i amarant nieba po prostu zwalają z nóg. W tle wychylające się znad dachów okraszone bielą śniegu wulkany… super.  Co ciekawe, w klasztorze żyją na co dzień zakonnice, jednak nie można ich normalnie zobaczyć. Zajmują jeden z budynków z grubymi okiennicami. Trochę się napracowałem aby na fotografiach nie uwieczniać turystów, z naszej i wielu innych wycieczek. Wymagało to poruszania się na samym końcu kolumny i niestety nie mogłem słyszeć bardzo ciekawych opowieści naszej przewodniczki. Trudno coś trzeba wybrać. Jak dla mnie, klasztor jest po prostu piękny i tyle.

  • klasztor
  • rzygacz
  • paprotka
  • okno
  • drzwi na wysokości
  • biało
  • niebiesko
  • dziedziniec
  • schody
  • plac
  • tajemnica
  • łuki
  • kółko i krzyżyk
  • czerwień
  • cień
  • zielono-czerwono
  • uliczki klasztorne
  • wulkan
  • kwiaty

AREQUIPA II

Wsiadamy do autobusu i jedziemy na punkt widokowy dający możliwość podziwiania pięknej panoramy miasta z trzema wulkanami drzemiącymi dostojnie w zasięgu ręki.

Pod nami tarasy uprawowe pamiętające jeszcze czasy Inków.

W knajpce atakujące zewsząd przetwory zawierające liście coca. Podobno ich spożywanie w różnej postaci jest niezbędne aby uchronić się przed chorobą wysokościową. Czy to prawda czy tylko dobry marketing, tego nie wiadomo, ale wiadomo, że z przetwarzania liści coca na wszystko co tylko można sobie wyobrazić żyje tutaj wiele osób. Cukierki, ciasteczka, herbata, woda z coca, same liście do żucia, … Nie wiem co jeszcze. Swoją drogą, chyba nie spożywałem jeszcze nic gorszego nić liście coca z taką specjalną glinką, która ponoć jest niezbędna do wchłaniania zawartych w liściach składników. Trudno się mówi i żuje się dalej…

Cofnijmy nieco czas i wróćmy do miłych chwil lunchu z wczoraj. Jedliśmy go w tradycyjnej miejscowej restauracji, gdzie przybyliśmy nieco wcześniej niż było w planie, co spowodowało małe zamieszanie. Nastrojowe wnętrze dało chwilę wytchnienia. Napięcie jednak rosło. Dlaczego? Niech obrońcy zwierząt nie czytają dalej i pominą ten akapit. Otóż daniem głównym była ni mniej ni więcej, tylko „cuj cuj” (albo cui cui) czyli pieczona świnka morska. Tak, dla miłośników hodujących to przemiłe zwierzę w domu w klatce i przemawiających do nich po imieniu, myśl o zjedzeniu swojego ulubieńca na talerzu jest czymś nie do pomyślenia. Wyobrażam sobie co by się stało, gdyby do salonu zoologicznego wszedł ktoś i poprosił o 10 tłustych świnek morskich, bo organizuje przyjęcie. Policja, Green peace itp. są w domu za 10 minut, a petent w kajdankach ląduje w prokuraturze. To są właśnie różnice kulturowe. Swoją drogą, dlaczego myśl o jedzeniu świnek morskich budzi w nas zmieszanie, a spokojnie zjadamy milutkie różowe świnki (zwykłe)? Pozostawiam to każdemu pod rozwagę.

Zjadłem kawałem bez wielkich wyrzutów sumienia, choć widok malutkich pazurków na końcu drobnej nóżki budził pewne wątpliwości. Smakowo jak kurczak, drobniutkie kostki, w sumie nic specjalnego. Nie bardzo widzę powód do powtórki. Znacznie bardziej smakował mi pstrąg zrobiony w ostrym sosie, który był przebojem lunchu. Także szaszłyki z alpaki z grilla są godne polecenia. Jak na razie, jedzenie w Peru jest z mojego punktu widzenia znakomite. Jem wszystko i chętnie.

Niestety lokalne wino, które zakupiliśmy podczas wieczornego spaceru nie dorównuje poziomem jedzeniu. Jak wspomniałem wcześniej, poszliśmy na zwiedzanie miasta podczas zachodu słońca. Widok był piękny, choć ilość turystów miejscami przytłacza. Plac centralny jest piękny o każdej porze dnia i nocy. Nie jestem znawcą architektury, ale konsekwencja zabudowy budzi szacunek. Z ławek ustawionych wokół fontanny umiejscowionej w centralnej części niewielkiego parku, można chłonąć jego atmosferę. Co prawda trzeba się opędzać od Indianek proponujących co chwilę czekoladki, słodycze, orzeszki itp. ale to jest część miejscowego folkloru.

Zdecydowanie warto trafić na najwyższy taras kawiarniany znajdujący się w rogu placu centralnego, na prawej pierzei patrząc w stronę katedry. Niewielkie drzwi prowadzą stromo w górę, ale widok zapiera dech w piersiach. Trafiliśmy akurat w chwilę po zachodzie, gdy niebo jest granatowe, a na szczytach wulkanów opierają się jeszcze ostatnie promienie słońca. Do tego kawa mexicana i kawa terrace z niewielką domieszką różnych alkoholi i można siedzieć i patrzeć. Usłużna obsługa proponuje okrycie czymś w rodzaju poncho aby zimno nie doskwierało za bardzo.

Dla tubylca zapłacenie za kawę 12 lub 15 soli jest zapewne czymś absurdalnym. W niewielkich jadłodajniach położonych w bocznych uliczkach, za taką kwotę może wyżywić się cała rodzina, ale ostatnio w Silesia Center w Katowicach zapłaciłem za kawę i sok z pomarańczy 37 zł i z pewnością wolę widok z tarasu na Playa de Armas w Arequipie.

Wszystko co piękne kiedyś się kończy, słońce zaszło, kolor nieba przeszedł w czerń i schodzimy na dół.

Na ulicach tłok i gwar, ale nie czujemy niebezpieczeństwa. Warto poświęcić godzinkę na spacer po wąskich uliczkach, aby poczuć bliżej sposób życia miejscowych. Przy chodnikach stoją niewielkie przewoźne stoiska z różną nie zawsze oczywistą zawartością. Mnóstwo sklepików oferujących wyroby z alpaki, lamy i czapeczki ‘premierówki’ daje okazje do zakupów. Trzeba uważać, dlatego że wyroby z prawdziwej alpaki, czy baby alpaki są po prostu drogie. Nie ma możliwości aby za 30-50 soli kupić wyrób z czego innego niż akryl udający alpakę. Ale o tym turyści przekonują się po pierwszym praniu już w domu.

 Ale czas kończyć spacer po tym pięknym mieście i udajemy się w stronę gdzie latają kondory. Przed nami kanion Colca.

  • El Misti
  • El Misti
  • Chachani
  • El Misti
  • kolorowo
  • El Misti
  • kościół
  • cuy cuy
  • świnki
  • pazurki
  • zachód słońca
  • śpiące wulkany
  • śpiące wulkany
  • dwie wieże
  • rynek
  • kolory zachodu

droga do kanionu COLCA

Piszę te słowa po kilku dniach, gdy autobus zmierza już w kierunku Puno nad jeziorem Titicaca. Zastanawiam się nad tym jak opisać te dwa dni. Właściwie nie wiem od czego zacząć. Czy od kondorów szybujących dostojnie między pionowymi ścianami kanionu Colca, czy od kąpieli w gorących źródłach, czy też od małego bonusu jaki dostaliśmy od losu. Zacznę chyba od początku, czyli od drogi z Arequipy do kanionu Colca.

Droga jest dość niezwykła, większość jej bowiem to zwykła droga szutrowa. Drugi powód jej niezwykłości, to że prowadzi przez przełęcz leżącą na wysokości 4910 mnpm. A to już jest stres dla organizmu, nie tylko psychiczny, ale i fizyczny.

W uszach ścisk, autobus ledwo dyszy na ostrych podjazdach i zakrętach, a Danusia poprawia nam nastrój opowiadając o wycieczce Polaków, która zginęła spadając w przepaść właśnie na tej drodze wracając z kanionu Colca. Nic dodać nic ująć. Ale w tle widać ośnieżone szczyty Andów i nie pozostaje nam nic innego niż jechać dalej.  Wysiąść się nie da :)

Na dzisiaj planujemy wizytę na brzegu kanionu Colca, a po południu kąpiele w gorących źródłach. Zapowiada się nieźle.

Na razie kończę i skupiam się na rozmowie z błędnikiem, który podczas licznych zakrętów ma ochotę na wyrażenie własnego zdania i powoduje że nie czuję się do końca komfortowo.

Choroba wysokościowa to podobno jest coś, co ma się w sobie lub nie i nie da się tego sprawdzić testami, badaniami krwi ani niczym innym. Stopień wytrenowania i sprawności fizycznej także nie jest decydujący. Podobno wraz z wiekiem rośnie prawdopodobieństwo zapadnięcia na nią, ale także nie jest to pewne. Historia zna przykłady alpinistów, którzy schodzili całe Alpy, a po wyjeździe w Himalaje zostawali zwożeni do bazy z powodu tej przypadłości. Ponieważ Danusia uprzedzała nas o tym od początku pobytu w Limie, więc cała wycieczka grzecznie zaopatrzyła się w różne produkty na bazie liści Coca, cukierki, ciasteczka, napoje a nawet liście same w sobie. Dla nas to zaskakujące, ale na stją całe worki liści coca sprzedawanych na wagę. Zapewne nasi celnicy nie byliby tak łaskawi, ale podobno przetworzone liście w postaci słodyczy czy herbaty można spokojnie przewozić. Sprawdzimy. (PS. Sprawdziłem – można)

Tak więc, po jakiejś godzinie od opuszczenia pięknej Arequipy wylądowaliśmy na skrzyżowaniu dróg (to nie jest częste w tych rejonach, bo dróg jest właściwie kilka), wypiliśmy obowiązkową szklankę mate de coca, czyli liści coca zalewanych wrzątkiem i ruszyliśmy w górę w stronę przełęczy.

Moim zdaniem, przypadłości jakie spotkały kilkoro uczestników naszej wycieczki było związane po części z wysokością, ale także z jakością drogi jako takiej. Co prawda kierowca jechał dobrze, ale jednak mnóstwo zakrętów, także tak zwanych ‘patelni’ robiło swoje. Skutek był taki, że samą przełęcz przejechaliśmy bez zatrzymywania, ponieważ trzeba było jak najszybciej zjechać w rejony o większej zawartości tlenu. Na szczęście, tą samą przełęcz pokonywaliśmy dzisiaj w drodze powrotnej, więc nic nie stało na przeszkodzie aby skorzystać z najwyżej położonego kibelka, bądź dokonać zakupów na straganach.

  • uwaga lama
  • vikunia
  • vikunie
  • pod El Misti
  • siatkówka 3000
  • sweterki z alpaki
  • indianka
  • indianka z wulkanem
  • coca
  • pasterka
  • stadko lam
  • lama
  • pachamama
  • pachamamy
  • Chivay
  • stragany
  • indianka
  • indianka
  • pozowanie

DOLINA COLCA

Po około godzinie od przekroczenia przełęczy ujrzeliśmy po raz pierwszy dolinę Colca i niewielkie miasteczko Chivay, do którego przyjeżdża około 50.000 turystów rocznie. Dzieje się tak dzięki naszym kajakarzom z klubu Bystrze, którzy w 1981 roku przepłynęli kajakami przez kanion Colca.

Co prawda dotarły do mnie jakieś odpryski dyskusji z p.Pałkiewiczem, który także rości sobie prawo do pierwszeństwa w byciu najważniejszym eksplorerem kanionu, ale nie jest to miejsce na takie dywagacje. Każdy z nich zostawia tutaj sporo pieniędzy. Nie mam jednak wielkich wątpliwości, że tylko to co kupujemy na straganach i część kosztów wyżywienia zostaje na miejscu. Z pewnością hotele czy pieniądze za autokary trafiają do jakichś bogatych inwestorów spoza doliny. Ale i tak dzięki wyczynowi polskich kajakarzy pracę w dolinie ma kilka tysięcy osób które dotychczas żyły wyłącznie z pracy własnych rąk. W jakiejś perspektywie z pewnością poprawi to ich poziom życia, ale upłynie z pewnością wiele wody w kanionie.

Widok samej doliny zapiera dech w piersiach. Niezliczone poletka uprawne odgrodzone kamiennymi murkami, których przeszłość sięga czasów Inków zdobią zbocza doliny, a w środku błyszczą dachy domów miasteczka Chivay. Nad poletkami ośnieżone szczyty Andów. Czysty odjazd. Chłoniemy ten widok i czekamy na więcej.

Po chwili postoju autokar rusza w dalszą drogę i po kolejnej godzinie, po uiszczeniu opłaty wjazdowej (35 soli za osobę) wjeżdżamy w królestwo kondorów i kamiennych ścian kanionu Colca. Co do kondorów, to męczy nas niepewność, ponieważ na forach internetowych pełno jest wpisów ludzi, którzy byli tu przed nami i nie mieli okazji obserwować lotu tych pięknych ptaków. Ale to będzie jutro.

Na razie jedziemy do miasteczka Yanquay, w którym ktoś wybudował całkiem przyzwoity hotel. Nowe bungalowy malowniczo położone w dolinie zapraszają nas do środka. Bardzo miłe wnętrze, widać że niedawno zbudowane, duży pokój z łóżkiem przykrytym kolorowymi narzutami, okna z pięknym widokiem, a do tego czysta i schludna łazienka. Czegóż chcieć więcej? No może jednej rzeczy, a mianowicie temperatury. Jest bardzo ziiiiiiiimno. Nawet po południu w ostrym słońcu, wewnątrz panuje dojmujący chłód i nie widzę szansy, aby niewielki grzejnik typu ‘słoneczko Andów’ mógł coś zmienić. Jednym z elementów wyposażenia jest co prawda piękna żeliwna koza, ale nie mamy odwagi jej odpalić.

Szybkie zagospodarowanie i po bardzo smacznym lunchu jedziemy na kąpiel w gorących źródłach, których w okolicy jest podobno pełno. Zresztą nie dziwota, wokół nas same wulkany, więc aktywność geotermalna nie powinna dziwić. Po krótkiej przejażdżce autobusem docieramy co Chivay, w którym część naszej wycieczki pozostaje, a większość udaje się do leżącego kilka kilometrów dalej kąpieliska.

Samo kąpielisko nie zwala z nóg, ale jego położenie, w końcu jesteśmy na około 4000 mnpm wpływa bardzo emocjonująco. Nawet nieco zdezelowane szafki na ubrania nie są w stanie zepsuć nastroju. Wstęp kosztuje 5 soli dla widzów i 10 dla kąpiących się, o ile wiem, to bez limitu czasu. Wybieramy jeden z pięciu basenów (jeden kryty) i zanurzamy się w wodzie o temperaturze około 39 stopni. Jest bardzo gorąco, ale o dziwo można całkiem długo w niej wytrzymać.

Po jakichś 30 minutach i zrobieniu serii pamiątkowych zdjęć, a pobyt był zaplanowany na godzinę, zdecydowana większość grupy wyskakuje z wody i jest gotowa do wyjazdu. Jednak jeden z uczestników postanawia go końca wyegzekwować swoje 60 minut i żadne mniej lub bardziej znaczące sygnały ze strony większości grupy nie psują mu nastroju. Wręcz wyraźnie daje odczuć, że ta sytuacja sprawia mu satysfakcję.

Cóż, każda grupa ma swojego Piotrusia. W sumie to miły gość, ale jego niezależność i zgryźliwe komentarze dają czasem popalić.

Ale po takim niewielkim w sumie zgrzycie, wysiadamy w centrum Chivay. Po drodze mijamy „via Polaca”, drogi nazwanej tak na cześć naszych kajakarzy i ruszamy w miasto. 
  • domki
  • pokój
  • kąpielisko
  • kąpielisko
  • kanion Colca

CHIVAY c.d.

Zaraz przy miłym rynku znajduje się sporych rozmiarów hala targowa gzie na dziesiątkach stoisk można do woli kupować pamiątki. Widać jednak, że centrum nie jest nastawione wyłącznie na turystów. Można trafić na warsztaty szewskie, kaletnicze, naprawę sprzętu RTV, a także na polowe kuchnie, z których zręcznie Indianki serwują bardzo miło pachnące jadło. Zwykle jest to ryż i mięso kurczaka w aromatycznym sosie. Do tego jakieś tajemnicze stoiska w których Indianka nalewa do szklanek napar (być może z liści coca), dolewając do niego wiele dodatków. Po obfitym lunchu nie jestem niestety głodny i kuszę się jedynie na churros za 1 sola, czyli coś w rodzaju podłużnych pączków posypanych cukrem pudrem. Są znakomite.

Podczas sesji fotograficznej natykamy się na dość znaną w Polsce osobę, Panią Henrykę B. która także najwyraźniej jeździ śladami naszego premiera.

Większość Indianek nie ma nic przeciwko robieniu zdjęć im bądź ich pociechom, jednak oczekują niewielkiego napiwku. Zwykle 1 sol jest przyjmowany z wdzięcznością. W ogóle Indianki ubierają się pięknie i kolorowo, szczególnie interesujące są ich kapelusze.

Nie można tego powiedzieć o Indianach, którzy wdziewają zwykle spodnie od dresu i bardzo nieokreślone zarówno w kształcie i kolorze ubranie na górną część tułowia.

Jak zauważyłem, większość uczestników wycieczki fotografuje raczej właśnie Indianki, ale trudno się dziwić.

Po godzinnym pobycie zbieramy się z powrotem do hotelu. Jeszcze rzutem na taśmę, dzięki podpowiedzi kolegi z wycieczki, nabywam w lokalnym sklepiku specjalny alkohol służący jako dodatek do pisco sour. Zapewne znakomicie da się go zastąpić np. Jaegermeisterem, ale dla czystości sprawy za 12 soli nabywam niewielką buteleczkę.

Już o zmroku lądujemy w hotelu i …. No właśnie, w zasadzie nie ma co robić, a przynajmniej tak nam się wydaje. W hotelu nie ma nic specjalnego poza miłym lobby z kominkami, a w pokojach zimno. Włączamy grzejnik i opróżniamy połowę butelki bardzo dobrego argentyńskiego malbeca (nie polecam win peruwiańskich) i próbujemy jakoś zabić czas.

Okaże się potem, że picie alkoholu na wysokości 3800 m może mieć skutki uboczne, ale na razie spokojnie zabijamy czas oglądając film na laptopie. 

  • pomnik
  • tablica pamiątkowa
  • posterunek 3800
  • odbicie
  • szewc
  • hale targowe
  • mordo Ty moja
  • po-lamy
  • coś
  • coś na ciepło
  • liście
  • indianka
  • indianka
  • indianka
  • indianka
  • uczeń

YANQUAY - IMPREZA

Po jakimś czasie, dociera do nas bardzo głośna i rytmiczna muzyka, trąbki, bębny, piszczałki. Dźwięk zdaje się docierać do nas z każdej strony i jest bardzo agresywny.

Dygresja jest związana z naszym pobytem kilka lat temu w Egipcie. Otóż nocując w hotelu w Kairze, trafiliśmy przypadkiem na arabski ślub w restauracji na dachu naszego hotelu. Była to niesamowita okazja aby przyglądnąć się takiemu dość egzotycznemu obrzędowi. Piszę o tym dlatego, że nawet podróżując z wycieczką autokarową, trzeba mieć cały czas oczy szeroko otwarte. Zdarzają się okazje, których nie ma w planie i warto ruszyć cztery litery aby czegoś nie stracić.

Myślałem początkowo, że dźwięk dochodzi z jadalni naszego hotelu i że jest tam jakaś impreza być może dla innej grupy. Ale nic na to nie wskazywało. Wróciłem więc chwilowo do bezczynności, ale postanowiłem, że trzeba sprawdzić co się dzieje. Ubrałem się i wyszedłem na zewnątrz. Dźwięk odbijał się od ścian doliny i trudno było na początku zlokalizować skąd dochodzi. Słuchałem uważnie i po chwili zorientowałem się, że to nie jest jedna melodia, ale co najmniej dwie, dochodzące z różnych kierunków. Ponieważ jedno źródło dźwięku pochodziło bez wątpienia z Yanquay, ruszyłem przez noc w stronę świateł miasteczka oddalonego o kilkaset metrów.

Po kilku minutach dotarłem do centrum miasteczka, dokąd zdążałem wraz z kilkoma miejscowymi. Warto było się ruszyć. Nie wiem dokładnie jaki to był obrząd, ale wyglądało to mniej więcej następująco.

Wokół rynku krążyła grupa barwnie przebranych Indian, tańczących w rytm dźwięków wydawanych przez orkiestrę, która podążała w zaraz za przebierańcami. Za nimi z kolei tanecznym krokiem podążała grupa mieszkańców miasteczka. W momencie w którym wszedłem na rynek, z bocznej uliczki wyszła kolejna grupa przebierańców, prowadząca swoją orkiestrę wygrywającą inną, marszową melodię na werblach. Ci przebierańcy nieśli dwie kolorowe flagi na długich drzewcach, a sami byli przebrani w stroje kojarzące się z górnictwem. Mieli kalosze i to w różnych kolorach, a na twarzach barwne maski wykonane najprawdopodobniej z wełny. Obie orkiestry zaczęły okrążać rynek grając i tańcząc cały czas przy aplauzie mieszkańców miasteczka i niewielkiej grupki turystów.

Wróciłem szybkim krokiem do hotelu, aby zabrać moją Żonę, a także aparat foto którego nie wziąłem za pierwszym razem (nie mam pojęcia dlaczego).

Po kilkunastu minutach byliśmy z powrotem na rynku, z którego ciągle dochodziły dźwięki muzyki i marsz wygrywany na werblach. Obie melodie nie były z sobą zsynchronizowane, co dawało dość specyficzny efekt.

Akurat gdy weszliśmy na rynek, jedna orkiestra zaczęła podążać wąską uliczką odchodzącą od rynku. Druga grupa przebierańców, po odegraniu jakiejś niezrozumiałej dla nas scenki, także podążyła za nimi. Za oboma grupami artystów poszła także spora część mieszkańców miasteczka. Cóż było robić, poszliśmy za nimi. Na początku czułem się nieco nieswojo. Co prawda miałem na głowie mój ulubiony kapelusz, który w ciemności mógłby uchodzić za miejscowy, ale musielibyśmy iść na klęczkach, aby nie wyglądać jak dwoje Guliwerów w krainie liliputów. Byliśmy już w tym momencie jedynymi turystami jacy pozostali. Miejscowi w ogóle nie dostrzegali naszej obecności. Nie wiedziałem, czy nie jesteśmy niepożądanymi gośćmi i byłem gotów w każdej chwili się wycofać. Jednak nic nie wskazywało na to, że nasza obecność jest niepożądana. Barwny korowód podążał wąskimi uliczkami miasta w jakimś znanym zapewne im kierunku. Po przejściu, a bardziej przetańczeniu kilkuset metrów, cała grupa, po odegraniu kolejnych scenek zaczęła wchodzić na coś, co wyglądało jak podwórko sporego miejscowego domu. Dom ten albo był jakimś wioskowym domem imprez, albo należał do kogoś bogatego, a to ze względu na znaczącą wysokość, obecność normalnych okien i ogólne dobre wrażenie. Po chwili cała grupa znalazła się na podwórku. Weszliśmy dyskretnie za nimi, jednak nie oddalając się zanadto od wejścia. Niestety nie byliśmy w stanie stwierdzić co się tam działo, ponieważ główna uroczystość odbywała się w innym budynku, którego nie było widać z naszego stanowiska. W zasięgu naszego wzroku pozostawała grupa odświętnie ubranych mężczyzn, którzy z wyraźnym zadowoleniem rozmawiali ze sobą wychylając kolejne szklaneczki jakiegoś mętno-białego płynu rozlewanego z dużej butelki po coca-coli, a także przyjmowali gratulacje od osób znajdujących się na podwórku. Po pewnym czasie, orkiestra zaczęła grać rytmiczną melodię znaną nam z wcześniejszej części imprezy, a do niewidocznego dla nas budynku, na dużych tacach zaczęto wnosić jedzenie. Próbowałem zapytać młodego człowieka który stał obok nas także obserwując całe wydarzenie, ale niestety mój angielski nie trafił na podatny grunt i zobaczyłem jedynie szeroki uśmiech. Ponieważ nie było sensu dalej czekać, a nikt nie wykonał w naszą stronę żadnego gestu, po cichutku wycofaliśmy się i wróciliśmy do hotelu. Spacer dostarczył nam także innego rodzaju wrażeń, a mianowicie takiej drogi mlecznej i mnóstwa gwiazd nie widziałem chyba nigdy. To było wspaniałe.

W pewnym momencie, wprost nad naszymi głowami rozbłysła spadająca gwiazda. Pewnie chciałbym jeszcze kiedyś tutaj wrócić…

Po powrocie do hotelu okazało się, że skutki wypicia wina, wraz z dość intensywnym marszem zaowocowały bólem głowy mojej Żony. Obawiałem się, czy nie jest to początek choroby wysokościowej, ale na szczęście okazało się, że nie i po typowym środku przeciwbólowym wszystko było OK.

W ten sposób zasnęliśmy w bardzo rześkim pokoju rozświetlanym przez blask naszego „słoneczka Andów”.
  • przebierańcy
  • maska
  • przebierańcy
  • przebierańcy
  • przebierańcy
  • krzyż południa

COLCA - CRUZ DEL CONDOR

Noc nie była zbyt długa, ponieważ pobudka zaplanowana była na piątą rano. Taka okropna godzina była wymuszona chęcią wczesnego przyjazdu na punkt widokowy Cruz del Condor, który oddalony jest od Yanquay o półtorej godziny jazdy autokarem po baaaaardzo kiepskiej szutrowej drodze. Po szybkim śniadanku ruszyliśmy na spotkanie z kondorami.

Droga była bardzo wymagająca dla wszystkich. Miejscami wiodła na krawędzi kilkusetmetrowej przepaści, jednak kierowca prowadził naszego wielkiego Mercedesa zadziwiająco sprawnie. Widoki zapierały dech w piersiach. Cały mieliśmy czas widok na dolinę skąpaną w promieniach wschodzącego słońca, co jednak nie zmieniało faktu, że czekaliśmy na kondory.

 KONDORY

Miejsce widokowe położone jest rzeczywiście wspaniale, na skalnej ostrodze wiszącej nad ponad tysiącmetrową przepaścią. Na samym dole tuż nad zakolem zacienionej jeszcze rzeki, widać było kilka niewielkich zabudowań. Nie mam pojęcia w jaki sposób można się tam dostać, ale z pewnością tam były.

Ponieważ na punkt przyjechaliśmy prawie pierwsi, nie było jeszcze nawet Indianek ze straganami, mieliśmy czas na wybranie miejsca do obserwacji. Cóż z tego, skoro nie było co obserwować… Gdzieś daleko widać było niewielkie plamki ptaków krążących w promieniach słońca, ale nawet moja tele-rura nie była w stanie niczego sensownego wyłuskać. Miny mieliśmy chyba nietęgie. Tyle poświęcenia i nic…

Ale aby nie trzymać w napięciu, kondory wynagrodziły nam niewygody jazy i wczesnego wstawania. Na początku w odległości kilkuset metrów i na tle jasnego zbocza, więc nie dało się ich za dobrze zobaczyć. Potem coraz bliżej, aż w końcu prawie na wyciagnięcie ręki, i to nie jeden, ale chyba z dziesięć. Nasze pełne podziwu milczenie było przerywane jedynie trzaskiem migawek aparatów, które zapełniały gigabajty pamięci.

Taniec kondorów był wspaniały. Widać było, że te ptaki mają swoje trasy i tak tańczyły pod nami raz blisko, raz dalej.

Na koniec dostaliśmy taką wisienkę na torcie, w postaci najpierw jednego ptaka pozującego na głazie w odległości jakichś 20 metrów, a potem dwóch a nawet trzech jeszcze bliżej uprawiających poranną toaletę.

Warto było pocierpieć.

Na koniec, jeszcze jedna nagroda. Danusia wskazała nam Indiankę u której kupiliśmy przesmaczne bułki w rodzaju włoskiej ciabaty z wkładem w postaci dojrzałego, świeżutkiego awokado i plastrów miejscowego sera. Do tego mate do coca i cafe con leche i można się zastanawiać nad emigracją. Miód w gębie.

Ale czas ruszać dalej w drogę. W trakcie jazdy mijamy tabliczkę GEISER 9 km, a Danusia tłumaczy że to droga do trzech gejzerów działających praktycznie cały czas. Niestety my nie mamy czasu ani możliwości aby tam dojechać. To są wady podróżowania w dużej grupie. Trudno, może jeszcze kiedyś tutaj wrócimy.

Powrót był przerywany wizytami w mijanych wioskach, gdzie mieliśmy okazję dokonać zakupów (jak zawsze), ale także spróbować soku z owoców kaktusa, który za 2 sole przygotowała nam miła Indianka w całkiem współczesnym malakserze. Bardzo orzeźwiający kwaskowaty napój, przypominający smakiem kiwi. Kolejne ciekawe doświadczenie.

Po powrocie do hotelu jeszcze krótki spacer przez Yanquay. To jest w sumie urocze i zupełnie nie turystyczne miasteczko. Chętnie bym się tam powłóczył dłuższy czas, ale jak zwykle miły głos mówi "za 30 min odjeżdżamy...".

Korzystamy w kilka osób z niewielkiego zamieszania i wyskakujemy na rynku w Yanquay. Reszta wycieczki udaje się do hotelu, a my pokonujemy te kilkaset metrów do hotelu chłonąc atmosferę tego miejsca. Pełne słońce nie stwarza dobrych warunków do fotografowania, ale...

Po 30 minutach jesteśmy w hotelu, gdzie dowiadujemy się, że musimy natychmiast wynieść się z pokoi, pomimo tego, że miała być jeszcze godzina. Na szczęście nasz pokój nie znalazł się na czarnej liście, a poza tym byliśmy w zasadzie spakowani. Od dawna na takich wycieczkach stosujemy zasadę, że "walizka jest Twoją szafą" i niczego co nie jest naprawdę niezbędne nie wyciągamy. Daje to duże oszczędności czasowe przy pakowaniu i oszczędza stresu powodowanego zapomnieniem czegoś w hotelu, co w tych warunkach jest w zasadzie zdarzeniem nieodwracalnym.

Po wypiciu kilku szklaneczek mate de coca i skonsumowaniu części lunch boksów które dostaliśmy - czeka nas bowiem wiele godzin w autobusie do Puno, żegnamy to piękne miejsce i ruszamy dalej.

Po drodze drugi raz przekraczamy najwyższy punkt naszej wycieczki - przełęcz Mirador de los Andes, i na szczęście tym razem zatrzymujemy się na kilkanaście minut. Atrakcją jest odwiedzenie najwyżej położonego kibelka - 4910 mnpm i zakupy w okolicznych straganach z widokiem na ośnieżone szczyty Andów.

Ale cóż, jedziemy dalej w kierunku jeziora Titicaca i groźnej i tajemniczej Boliwii... 

  • kanion
  • kaktus
  • czerwona czapeczka
  • Cruz del Condor
  • stragany
  • buuuuła
  • rośliny
  • kondor
  • kondor
  • kondory
  • kondory
  • kondory
  • kondor
  • tarasy
  • kościół
  • uliczka
  • podwórka
  • osiołki
  • uliczka
  • sklep
  • ochrona
  • Mirador de los Andes
  • kibelek 4910
  • pachamamy
  • pachamamy
  • stragany 4910
  • stragany 4910
  • lodospad
  • wieczny lód

PUNO I (jeden bo będziemy w Puno jeszcze raz w drodze powrotnej)

Po przejechaniu niewielkich wzniesień, widzimy po raz pierwszy Puno. Miasto położone jest na zboczu wzgórza opadającego w stronę zatoki jeziora Titicaca. Różnica pomiędzy najniższym a najwyższym punktem miasta wynosi kilkaset metrów, co jest sporym wyzwaniem dla mieszkańców, a szczególnie dla pojazdów mechanicznych. Pierwsze wrażenie jest fatalne. Bród, nędza rozwalające się domy pomiędzy którymi przemykają miejscowe Indianki ubrane w kolorowe stroje, przy czym w tym rejonie kolorem dominującym jest zielona suknia z czarnym kapeluszem – takim typowym widocznym na większości zdjęć z tego regionu. To gruzowisko opada w kierunku tafli jeziora, pięknie oświetlonego zachodzącym słońcem, co stanowi duży kontrast i zgrzyt w pięknym krajobrazie.

Poza Limą, w miastach praktycznie nie ma prywatnych samochodów, a przynajmniej ich nie widać. Podstawowym środkiem komunikacji są taksówki, których jest zatrzęsienie i które są bardzo tanie nawet dla miejscowych. Na przykład w Arequipa podstawową taksówką było Tico, co dla nas jest co najmniej zabawne. Standardem są różnego rodzaju kilkuosobowe mikrobusy, a także autobusy, których rodzaj zmienia się wraz z rejonem. Miałem wrażenie, w kolorowych autobusach rozpoznaję kształt znany z filmów o USA, czyli żółty autobus występujący tam w roli naszego gimbusa. Podejrzenie okazało się słuszne.

Bardzo często, szczególnie w mniejszych miasteczkach wykorzystywane są trójkołowce, czyli kolorowe jeżdżące budki zbudowane na bazie motocykla. Innym sposobem komunikacji są klasyczne riksze rowerowe, służące zarówno do przewozu osób jak i towarów.

Nasz autobus przeciskając się między domami dociera w końcu na główny plan Puno, oczywiście Plaza de Armas. Nasz hotel położony jest w bocznej uliczce niedaleko placu, ale nie można tam dojechać, więc pokonujemy kilkaset metrów na piechotę licząc na to, że nasze bagaże do nas dojadą. Pierwszy rzut oka na hotel Qalasaya nie budzi wielkich nadziei na luksusy. Typowa kamienica zamieniona na hotel. Jesteśmy pełni złych przeczuć.

Tym razem na szczęście się nie sprawdzają. W środku wita nas bardzo nowocześnie wyposażony hotel. Bardzo miła anglojęzyczna obsługa, bezprzewodowy internet w całym hotelu, nowe pokoje z czystymi łazienkami… Tylko jedna rzecz jest zdecydowanie na minus. W NASZYM pokoju (bo nie spotkało to wszystkich) jest przeraźliwie zimno. Niestety całą ścianę zajmuje wielkie okno (z widokiem głównie na ścianę sąsiedniego budynku), a stolarka okienna jest w standardzie jedno szybowym i to mało szczelnym. Grube zasłony kołyszą się w takt podmuchów wiatru. Jest co prawda niewielki grzejnik olejowy (ach, gdzież są te podgrzewane elektrycznie prześcieradła z Nowej Zelandii …), ale nie ma szans na ogrzanie pokoju.

Po bardzo smacznej kolacji nie bardzo mamy siłę na zwiedzanie miasta, którego widok zresztą wcale nie zachwycał. Pomimo lekkiego kataru decyduję się na krótki spacer BEZ APARATU (!) i to co widzę wcale nie zmienia mojego pierwszego wrażenia.

Całe centrum Puno zamyka się na jednej uliczce o długości około 500m biegnącej pomiędzy Plaza de Armas a drugim bardzo ładnym placem. Uliczka jest wręcz usiana restauracjami oferującymi wszelkie możliwe dania i aptekami, których w Peru jest mnóstwo. Być może to z powodu dużej ilości turystów i problemów z chorobą wysokościową. Postanawiam zapuścić się w kierunku portu na jeziorze, do którego według strzałki jest 900m, ale po przejściu mniej więcej połowy dystansu odpuszczam.

Wracam do pokoju, gdzie Lucyna wpadła na genialny pomysł jak zrobić i co najważniejsze wysuszyć pranie korzystając z drążka do prysznica, czterech wieszaków i grzejnika olejowego. Dzięki temu piorę swoje spodnie i skarpetki które rano będą suche i gotowe na podbój Boliwii.

Ze względu na sposób przekraczania granicy, Danusia sugeruje aby do Boliwii wziąć niewielką torbę podręczną z rzeczami niezbędnymi na dwa dni, a nie targać głównych waliz, które zostaną w depozycie w hotelu. Pomysł jest znakomity, ale wymaga przepakowania bagaży. Bardzo zmęczeni zasypiamy pozostawiając tę czynność na rano. Temperatura w pokoju jest na moje oko około 13-15 stopni, czyli tylko nieco więcej niż na zewnątrz.

Spałem bardzo źle, chyba jednak wysokość w jakiś sposób dolega. Rzeczywiście kilka łyków wody daje ulgę i umożliwia dalszy wypoczynek. Po wczesnej pobudce (6:00), szybko przepakowujemy bagaże i biegniemy na śniadanie, bo historia pokazuje, że gdy zwali się cała wycieczka, każdy hotel ma problem z dostarczaniem dań do bufetu. Restauracja zlokalizowana jest na 10-tym piętrze (okazuje się, że nasz hotel jest najwyższym budynkiem w mieście) i mamy przepiękny widok na Puno o poranku. Może gdyby to było nasze pierwsze spotkanie z tym miastem, miałbym lepsze o nim mniemanie. Z góry wszystko wygląda znacznie lepiej. Nie widać rozwalających się domów w biedniejszych dzielnicach miasta, a wzrok wędruje za każdym razem w kierunku tafli jeziora Titicaca.

Po szybkim śniadaniu – jest nawet jajecznica z dodatkami robiona na indywidualne zamówienie, idziemy na krótki spacer po okolicy. To co widziałem wieczorem znajduje swoje potwierdzenie także rano. Poza jedną krótką uliczką i głównym placem nie ma nic więcej. Jest znacznie ładniej niż wczoraj i mniej ludzi. Na głównym placu spaceruje więcej policjantów niż przechodniów, ale to chyba dlatego, że zaczynają poranną służbę i wychodzą z budynku komendy ulokowanego właśnie tutaj. Mamy okazję obserwować ubranych w różne mundurki uczniów spieszących do szkoły (to chyba byłby właściwy kraj dla pana Dużego Romana G.) i miejscowych Indian zaczynających kolejny dzień. Po krótkiej sesji zdjęciowej wracamy do hotelu, gdzie pijemy koleją herbatkę z liści coca i wsiadamy do autobusu który zabiera nas w nieznaną i groźną jak jeszcze nam się wydaje, dwudniową wyprawę do La Paz.

 

  • poranna coca
  • kontrasty
  • Puno
  • pokój z widokiem
  • Titicaca
  • deptak
  • Plaza Mayor
  • bezpieczeństwo
  • duma
  • noga za nogą
  • adept
  • dzwonek
  • detal
  • tuk tuk
  • riksza
  • stróże prawa

DROGA DO LA PAZ

Droga do La Paz nie była tak nudna jak można się było obawiać. Cały czas zajmowały mnie widoki z okna autobusu. Po lewej stronie błękit Titicaca, a z prawej wzgórza otaczające jezioro ze znanymi już zabudowaniami. Widok po lewej stronie był z pewnością bardzo estetyczny, czy wręcz pocztówkowy. W tle widać ośnieżone szczyty Kordyliery Królewskiej, sięgające ponad 6500 mnpm. O dziwo nie czuje się tej wysokości, ale co w tym dziwnego, skoro jesteśmy na 3800, więc różnica wysokości powoduje, że widok jest bardzo alpejski.

Widok po prawej stronie, skłania cały czas do zastanowienia nad tym jak żyją ci ludzie i jakie mają perspektywy. W rejonie który obecnie przemierzamy, turyści nie zostawiają zbyt wiele pieniędzy. Tu życie toczy się stałym rytmem od setek lat i raczej prędko się nie zmieni.

DYGRESJA INDIANIE QECHUA i AYMARA

Podczas drogi do granicy, dowiadujemy się więcej o ludziach zamieszkujących te regiony. Są to dwa plemiona Indian: Quechua i Aymara. Różnią się od siebie wyglądem i rolą w społeczeństwie. Pomimo tego, że Aymara są młodszą rasą, zajmują bardziej eksponowane stanowiska i żyją głównie w miastach. Quechua żyją bardziej na wsi, a ich wygląd jest bardzo zbliżony do tego, co może się kojarzyć z Indianinem.

Twarze Quechua są bardziej trójkątne, z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, mocną trójkątną brodą i skośnymi, lekko mongoloidalnymi oczami. Aymara mają twarze bardziej europejskie, tyle że o ciemniejszej karnacji. Mogliby jednak bez większego problemu uchodzić za mieszkańców Hiszpanii czy Portugalii. Quechua są zdecydowanie bardziej ‘dzicy’ z wyglądu. Obie rasy charakteryzują się genetycznym brakiem zarostu, więc każdy Indianin z wąsami bądź brodą ma na 100% domieszkę krwi hiszpańskich najeźdźców. Takie są prawa zdobywców, w końcu w Niemczech jest bardzo wiele genów rosyjskich po II Wojnie Światowej. Nic nowego pod słońcem…

Nasz kierowca jest zdecydowanie Quechua, a przewodnik Aymarem. Może to ma jakiś wpływ na to co mówi, ale stara się być dość bezstronny, a przynajmniej tak nam się wydaje.

Nasza podróż przerwana jest przed granica trzykrotnie. Raz stajemy w celach czysto fotograficznych na wysokiej skale nad jeziorem aby móc wykonać fotograficzny program obowiązkowy. Zresztą miejsce jest bardzo typowe i mało ciekawe.

Drugi postój to pomyłka. Teoretycznie mamy zwiedzać świątynię płodności w Chucuito. Hmmmm. Wewnątrz muru o rozmiarach boiska piłkarskiego stoi drugi mur wewnątrz którego stoi kilkanaście słupków o wysokości kilkudziesięciu centymetrów i jedna „pieczarka” o wysokości ok. 1,5 m. Pieczarka okazuje się podobno modelem fallusa, a mniejsze słupki podobno także miały takie nakrycia, jednak z czasem zniknęły, częściowo wykorzystane do budowy pobliskiego kościoła. Trzeba olbrzymiej wyobraźni aby w tych słupkach zobaczyć jakąś specjalną symbolikę, ale i tak chichotom i żartom nie ma końca. Oczywiście są także kramy z pamiątkami, które chyba najbardziej interesują naszą grupę. Kilka zdjęć i jedziemy dalej.

Znacznie ciekawszy jest trzeci postój w małym miasteczku Pomata z kościołem Dominikanów wykonanym z różowego piaskowca z oknami z alabastru. Sam kościół mało mnie nie interesuje (jak zresztą sporej części wycieczki), więc zaraz ruszam na krótki obchód miasta z aparatem w dłoni.

Najpierw jednak wizyta w dość specyficznej toalecie. Dlaczego specyficznej? Jest w niej wszystko poza wodą. Spłukiwanie odbywa się za pomocą wiaderka napełnianego z beczki z wodą stojącej w obu toaletach. Nawet jest Pan, który stara się pomagać polewając Paniom ręce. Okazujemy się skrajnymi sknerami, bo prawie nikt nie daje napiwku, co zdaje się było mocno pożądane. Cóż, jak folklor, to folklor.

Samo miasteczko jest bardzo urokliwe. Ładnie zabudowany rynek, poddawany obecnie intensywnemu remontowi. Jeden z robotników domaga się jednego sola za możliwość pozowania do zdjęć. Czynię mu tę uprzejmość :) i pstrykam kilka fotek. Dla nas jest to kraj wielkich kontrastów i egzotyki. Z jednej strony Indianki w swoich typowych regionalnych strojach, rozlatujące się domy z cegły z gliny wykonywane w podobnej formie od dziesiątków lat, a z drugiej w co drugiej knajpie duży napis INTERNET, a w każdym hotelu (poza Nazca i Colca) darmowy dostęp bezprzewodowy do sieci. Widać jak przenikają się cywilizacje. Z typowej rozmównicy telefonicznej, tyle że internetowej, za 1,5 sola można rozmawiać przez blisko 5 minut z Polską. Prawda że pomieszanie epok?

Ja w tym samym czasie fotografuję oddaloną o 5 minut i trzy przecznice część miasteczka w stanie jeszcze sprzed remontu. Na środku wąskiej brukowanej grubymi kamieniami uliczki typowy rynsztok, zresztą zapach nie pozostawia wątpliwości co do przeznaczenia tej kamiennej rynny. Spod drzwi domów wychodzą takie samy rynny i łączą się z centralnym spływem. Niesamowity widok.

Gwoli rzetelności muszę dodać, że widać prace remontowe prowadzone w miasteczku, polegają właśnie na zakładaniu kanalizacji i wymianie grubego bruku uliczek na gładki beton. Widać że są pieniądze na duże inwestycje, ale miasteczko z pewnością straci wiele ze swojego uroku. Może nie jest to kwestia rynsztoku, ale gładki beton zamiast bruku to rodzaj świętokradztwa.

  • fallusy
  • kolekcja
  • dwie płcie
  • coś
  • wiaderko
  • zaduma
  • Titicaca
  • ruina
  • domek
  • kamieniarz
  • sieć jest wszędzie
  • komunikacja
  • na targ
  • nowa uliczka
  • kaktus
  • drzwi do niebios
  • stara uliczka
  • kontrasty
  • pajęczyna
  • cola jest wszędzie
  • kościół

GRANICA I

Pół godziny mija jak z bicza strzelił i jedziemy dalej w kierunku granicy. Miasteczko graniczne jest niewielkie i bardzo głośne i kolorowe. Przyznam, że takiej dawki folkloru nie miałem jeszcze okazji widzieć, a przynamniej w tym momencie tak myślałem. Kolejka ciężarówek stojących na poboczu wąskiej ulicy miedzy domami, uliczne stragany, rikszarze oferujący przewóz towarów i osób, stragany z jedzeniem, w sumie gwar, harmider i niepewność co będzie dalej. Danusia rozdaje nam w autokarze paszporty którymi dotychczas się opiekowała, przygotowujemy karty przekroczenia granicy i ruszamy na piechotę w stronę przejścia granicznego. Nasz przewodnik wynajduje rikszę na którą pakuje bagaże i z trudem odnajdując drogę wśród wielu pojazdów idziemy na spotkanie nieznanej i dzikiej Boliwii.

Po kilkuset metrach docieramy na granicę. Aparaty fotograficzne grzeją się od nadmiaru nowych motywów. Po prostu nie wiadomo gdzie spojrzeć. Sama granica znajduje się na moście leżącym nad jedyną rzeką wypływającą z Titicaca. Trochę w stylu przejścia granicznego w Cieszynie na moście przyjaźni, ale znacznie bardziej kolorowo i bez ruchu kołowego.

Sama procedura także jest dość skomplikowana. Najpierw musimy się udać na posterunek policji, gdzie znudzony policjant przybija dość mechanicznie pieczątki na karcie przekroczenia granicy. Jednak nawet prosta czynność powtarzana 31 razy trochę trwa. Potem po wyjściu z budynku policji, udajemy się do drugiej kolejki, tym razem ‘immigration’ czyli właściwa kontrola paszportowa.

DYGRESJA – PIOTRUŚ

Znowu niby nic, ale czas biegnie. Po około 30 minutach stoimy w zwartej grupce atakowani przez przejeżdżające riksze i na coś czekamy. Na co? Oczywiście Piotruś musiał pójść na zakupy i cała grupa czekała grzecznie na granicy. Cóż, ten typ tak ma… Zresztą obserwuję go od jakiegoś czasu i mam wrażenie, że ma dwie twarze. Jak jest sam, to zachowuje się mniej więcej normalnie. Jak jest w grupie, stara się za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. W tym celu wygłasza średnio śmieszne i coraz bardziej irytujące komentarze, głośno śpiewa (ma bardzo dobrze ustawiony i podejrzewam szkolony głos) i sieje na prawo i lewo docinkami. Zwróciłem na niego uwagę już na lotnisku, gdy zobaczyłem go w spodniach wyprasowanych na kancik i w sandałach ze skarpetkami. Mam podejrzenie co do jego profesji ale zostawię swoje podejrzenia dla siebie …

W międzyczasie obserwujemy procedurę przekraczania granicy i kilka rzeczy budzi powszechne zainteresowanie.

Jedną z nich są kantory wymiany walut. Po stronie peruwiańskiej jest ich chyba z dziesięć i wyglądają jednakowo. Mianowicie jest to niewielki stolik z szufladą i krzesełkiem, na którym siedzi pan lub pani wymieniająca waluty. Kasa przeliczona na zwykłym kalkulatorze pakowana jest później do szuflady stolika. Proste, szybkie i wygodne. Swoją drogą podziwiam ich spokój. W kraju takiej biedy, chodzą z kieszeniami wypchanymi dolarami i innymi walutami. Musi być gdzieś jakaś niewidoczna na pierwszy rzut oka ochrona.

Druga ciekawostka to sama granica. Jest dość umowna i w zasadzie jest możliwość przemieszczenia się pomiędzy oboma krajami tam i z powrotem bez większych problemów. O ile wiem, mieszkańcy Peru i Boliwii przekraczają granicę w bardzo uproszczony sposób na podstawie jakiegoś rodzaju dowodów tożsamości. Turyści muszą przejść nieco więcej zabiegów formalnych i uzyskać wiele pieczątek – typowa biurokracja.

Jednak najciekawszy jest sposób transportu towarów przez granicę. Ponieważ ciężki ruch kołowy jest w tym miejscu zabroniony, a nie wiem czy są jakieś inne miejsca gdzie jest inaczej, towary które znajdują się na ciężarówkach czekających karnie w kolejce, są przenoszone na riksze, które po krótkiej kontroli celnej mogą przejeżdżać przez granicę. Tam z powrotem pakowane są na ciężarówki. Widok jest naprawdę interesujący. W pewnej chwili na granicy przed mostem zbiera się około 10 riksz, a na każdej jest kilka worków ziemniaków. W pewnej chwili, wszystkie na wyścigi ruszają na most i po drugiej stronie granicy towar jest ładowany na ciężarówki, tym razem boliwijskie. Genialny wynalazek. Nie dość że znacznie utrudnia drobny przemyt, to dodatkowo daje zatrudnienie wielu ludziom. Ma to sens.

Poza ruchem towarowym przez most cały czas przechodzą w obie strony grupy ludzi i właściwie nie widać żadnej zorganizowanej kontroli. Ale znając miejscowe zwyczaje, na pewno jest, tylko my jej nie dostrzegamy.

Po chwili Piotruś się znajduje i nasze grupa rusza przez granicę. Przechodzimy nad rzeką i wchodzimy do budynku kontroli paszportowej po stronie boliwijskiej. Tu na szczęście procedura okazuje się bardzo uproszczone i jedyna nowość to kolejna pieczątka w paszporcie. Jeszcze chwila i jesteśmy po drugiej stronie. 

  • przewóz osób
  • zgiełk
  • trefniś
  • money, money
  • ciężarówki
  • handelek
  • posterunek
  • kantor
  • transport osobowy
  • towarowy
  • przyjaźń
  • pragnienie
  • pieniądz lubi być liczony
  • misz masz

BOLIWIA

Pierwsze wrażenie jest takie, że nic się nie zmienia. Ten sam język, te same domy, takie same napisy, właściwie jestem nieco zawiedzony. Ale zobaczymy co dalej. Na razie ruszamy do dwóch lokalnych „kantorów” wyglądających tak samo jak po stronie peruwiańskiej wymieniać dolary na boliwany. Przestrzegano nas, że mogą być problemy z wymianą banknotów o nominale większym niż 50 USD (podobno setki są nagminnie fałszowane), ale kantory przyjmują wszystko. Później już w La Paz okazuje się, że wymienić w hotelu można dowolny nominał, ale w sklepie już nie chcą przyjmować setek, najwyżej pięćdziesiątki. Ale na razie wszystko idzie sprawnie, do momentu w którym po dokonaniu wymiany waluty przez mniej więcej połowę wycieczki oba kantory nagle się zamykają, czyli stoliki przykrywane są burymi kocami, a obsługa oddala się bez słowa w nieznanym kierunku. Podobno zabrakło im pieniędzy na wymianę. Aby było ciekawiej, cała otrzymana od naszej wycieczki gotówka, zapewne jakieś 1500 USD lub więcej leży nadal w szufladach dwóch stolików na ulicy. Opieramy się pokusie zabrania ich ze sobą i wsiadamy do autokaru.

Tutaj zapowiedzi znajdują swoje potwierdzenie. Możemy zapomnieć o dużym klimatyzowanym mercedesie. Wsiadamy do dość starego nissana wyposażonego w klimatyzacje naturalną i mającego dokładnie 33 miejsca, czyli tyle ile liczy wycieczka plus pilot i lokalny przewodnik. Dla niektórych jest to spora przykrość, ponieważ mamy w grupie sporą liczbę singli, którzy przyzwyczaili się do zajmowania dwóch siedzeń w autokarze. Teraz muszą być bardziej społeczni. Po chwili zamieszania ruszamy w kierunku La Paz.

TIWANAKU (aymara) – Tiahuanaco (quechua)

Po około godzinie jazdy, zatrzymujemy się na lunch w niewielkiej miejscowości Tiahuanaco. Podobno mamy tu w planie zwiedzanie, ale nie wiemy czego. Na razie nie widać nic co by można było zwiedzać. Jemy szybko smaczny lunch, choć tym razem bez pisco sour i ruszamy zwiedzać miasteczko.

Okazuje się, że mamy do czynienia z bardzo ważnym miejscem. Z pięknych wykresów umieszczonych w specjalnym pawilonie, dowiadujemy się, że jesteśmy w centrum kultury Tiwanaku, która dała początek wszystkim znanym kulturom ameryki łacińskiej z Inkami włącznie. Według przewodnika, kultura Tiwanaku trwała od około 1500 bc do 1200 ne i z niej dopiero wyłoniły się wszystkie znane i kojarzone z tym rejonem kultury. Jest to dość zaskakujące dla większości z nas, tym bardziej że podobny wykład o historii jaki otrzymaliśmy w Peru nic o tym nie wspominał. Tam mówiono wyłącznie o czasach preinkaskich, bez dokładniejszych szczegółów.

W muzeum możemy oglądać takie same noże rytualne jak w muzeum złota w Limie, a także czaszkę ze śladami trepanacji i zabliźnienia ran (oznaczało to że pacjent przeżył) dokonanej nieco inną metoda niż w czasach Inków ale kilkaset lat wcześniej. W ogóle mamy nieodparte wrażenie, że każda ze stron prezentuje bardzo jednostronny punkt widzenia i zapewne prawda leży gdzieś pośrodku. W Peru słyszeliśmy, że uprawa ziemniaka zaczęła się właśnie tam, a w Boliwii słyszymy że jednak nie w Peru, tylko w Boliwii. I tak z jest wieloma rzeczami. Każda myszka swój ogonek chwali.

Ciekawostką jest przepis na suszone ziemniaki, które można przechowywać przez kilkanaście lat a można je zrobić w domu.

DYGRESJA - PRZEPIS NA SUSZONE ZIEMNIAKI (na razie nie wypróbowany :))

Robimy następująco. Umyte ziemniaki wkładamy na kilka dni do zamrażarki, do czasu aż zamarzną, a skórka zrobi się pomarszczona (muszą stracić wodę). W wersji oryginalnej ziemniaki po prostu wykłada się na mróz na zewnątrz. Wyjmujemy z zamrażarki, rozgniatamy i pozostawiamy na słońcu na klika dni do całkowitego wyschnięcia. I to by było na tyle. Potem po zalaniu wrzącą wodą można je normalnie jeść… Podobno można je przechowywać przez kilka lat. Chyba z ciekawości spróbuję co się stanie.

Po wyjściu z muzeum, idziemy w kierunku niepozornie wyglądającego ogrodzenia za którym rysują się niewielkie pagórki. Okazuje się, że jesteśmy w miejscu odkrycia największego kompleksu świątyń kultury Tiwanaku. Kompleks składa się z dwóch świątyń słońca, jednej księżyca i cmentarza. Największa świątynia słońca ma 140 m długości i kilkanaście metrów wysokości. Składa się z siedmiu schodkowatych platform, które łączyły schody składające się z siedmiu stopniu. W ogóle liczba siedem jest dla Tiwanaku magiczna i powtarza się w ich budowlach po wielokroć. Ta świątynia – piramida miała charakter rytualny i służyła między innymi do okrutnych obrzędów zaklinania deszczu. Druga równie rozległa, choć nieco niższa świątynia, miała charakter astronomiczny i służyła do określania czasu, wyznaczała dni przesileń i zmian pór roku. Miała kształt prostopadłościanu o długości ponad 200m i wysokości kilku metrów.

Świątynia księżyca ma postać kwadratowej dziury w ziemi o głębokości jakichś trzech metrów, która służyła do wyznaczania miesięcy księżycowych i czczenia księżyca jako jednego z bogów. Ściany wewnętrzne świątyni ozdobione są rzeźbami głów ludzkich w naturalnej wielkości. Najbardziej zagadkowym odkryciem dokonanym w tej świątyni jest posąg bóstwa o znacznym wzroście, długich włosach i co najważniejsze zaroście na twarzy.

Jak już wspomniałem, Indianie genetycznie pozbawieni są zarostu na twarzach. Skąd więc taki posąg? Jest teoria, że wikingowie kiedyś odwiedzili te rejony i stąd taki wygląd bóstwa. Ale to jedna z teorii i nie ma potwierdzenia. Jak zresztą wiele innych.

DYGRESJA – koniec Tiwanaku

Kultura Tiwanaku skończyła się wraz z okresem co najmniej 60 lat suszy na obszarze Altiplano. Aby przebłagać bogów, zaczęto składać im ofiary, na początku były to ofiary ze świętych zwierząt, czyli pumy, kondora i węża. Niestety bez skutku. Nadal nie padało. Kapłani sięgnęli więc p ofiary z ludzi. Na początek w ofierze składano prostych wieśniaków, o czym świadczą niewielkie kości i zwykłe w kształcie czaszki.

Członkowie rodziny królewskiej byli wysocy nawet jak na współczesne standardy, bo mieli nawet do 180 cm wzrostu, w odróżnieniu od „zwykłych” ludzi, którzy mieli około 150 cm. Władcy mieli także specyficznie ukształtowane czaszki, wydłużone i zwężone w tylnej części. Zabieg ten był wykonywany już od momentu narodzin, kiedy kości są jeszcze bardzo miękkie owijano czaszkę specjalnymi bandażami aby uzyskać ten kształt. Niestety ofiary z miejscowej ludności także nie wpływały na gniew bogów i deszczu nadal nie było. Sięgnięto w końcu po ofiarę z około osiemnastoletniego młodzieńca z rodziny władców, którego rytualnie poświęcono na szczycie piramidy. Jego ciało zostało znalezione okryte w ceremonialne złote szaty i wszelkie oznaki władców. Ponieważ to także nie pomogło, w ofierze złożono piętnaścioro dzieci w średnim wieku około 12 lat. Zostały rytualnie zabite ciosem cedrowej włóczni zakończonej złotym ostrzem, ciosem w tył głowy. Podobno umierały natychmiast i bez cierpienia fizycznego. Ponieważ ta ofiara także nie przebłagała bogów, postanowiono się wyprowadzić. Jedna grupa Tiwanaku powędrowała na południe kontynentu, a druga na północ i osiedliła się w rejonie Machu Picchu. Podobno historia ta jest dość dobrze udokumentowana znaleziskami. W szczególności odnaleziono około siedemdziesięciu stanowisk z ciałami ofiar w bezpośredniej bliskości piramidy. Zawartość stanowisk świadczyła o raczej bestialskim sposobie dokonywania ofiar, ponieważ wiele ciał było rozczłonkowanych i pozbawionych kończyn. Każda kultura ma swoje reguły i zasady, więc trudno nam dzisiaj oceniać to postępowanie, choć z obecnego punktu widzenia raczej nie mamy wątpliwości jak na to patrzeć.

W samym miasteczku zafascynowały mnie tory kolejowe. Nie wyglądały na mocno używane. Zresztą oceńcie sami...
  • tory
  • stacja
  • plan
  • tarasy
  • świątynia księżyca
  • modły
  • totem
  • głowy
  • skandynaw
  • bożek
  • spokój

La Paz

Wracamy do współczesności. W czasie rzeczywistym nasz autokar pędzi w kierunku Titicaca w drodze powrotnej z La Paz do Puno. W czasie dziennika, nadal jeszcze nie wjechaliśmy do La Paz, więc w magiczny sposób cofam się w czasie o półtora dnia.

LA PAZ dzień I

Witają nas najpierw przedmieścia tego miasta. Jest około osiemnastej czasu lokalnego (godzina różnicy do Peru, czyli do Polski mamy teraz sześć godzin. To co się dzieje na ulicach szokuje wszystkich.

Ruch na drodze rządzi się następującymi prawami:
• Ruch jest „w zasadzie” prawostronny
• Ten z prawej zwykle ma pierwszeństwo
• Pieszy nie ma żadnych praw na drodze
• Jak jesteś większy, masz pierwszeństwo
• …

Chaos, nieustanny jazgot klaksonów, krzyki i nawoływania konduktorów wychylających się z niewielkich busików, podstawowego środka transportu, tworzy niespotykaną mieszankę bodźców atakujących wszystkie zmysły. Nieco przypomina nam to wszystko Kair, a z czasem podobieństw będzie jeszcze więcej. Pasy na jezdni są czysto umowne i oznaczone jakimiś niewielkimi odblaskowymi kocimi oczkami. W rejonach większego ruchu za rozdzielacz pasów służą opony ustawione na sztorc. Niesamowity widok…

Nasz kierowca porusza się w tym chaosie zadziwiająco sprawnie i po jakichś 30 minutach docieramy do wielkiego metalowego pomnika Che Guevary, który jest tutaj czymś w rodzaju współczesnego świętego (niestety nie udało mi się go uchwycić w obiektyw). Obecny prezydent Boliwii – Morales z plemienia Aymar, jest socjalistą o poglądach bardzo zbliżonych do Hugo Chaveza z Wenezueli, i tak jak on zastanawia się jak zmienić konstytucję aby móc rządzić Boliwią dożywotnio. Część narodu zapewne nie widzi w tym nic złego.

Wcześniej Tomek, nasz przewodnik po Peru, rysował obraz Boliwii jako półdzikiego kraju, w którym panuje totalna anarchia, grozi mu całkowity rozpad funkcji państwowych i powrót do struktur plemiennych. Po dwóch dniach w stolicy, co oczywiście nie daje prawa do uogólnień, ale daje jakiś obraz sytuacji, mamy wrażenie, że Tomek stał się bardziej peruwiański od rodowitych Peruwiańczyków, którzy generalnie uważają Boliwijczyków za półanalfabetów, a Boliwię za dziki kraj. Chyba nie jest tak do końca.

To co mnie ujęło w La Paz, to atmosfera życzliwości ze strony miejscowych (ale to odnosi się także do Peru) i ogólne poczucie bezpieczeństwa. Gwoli sprawiedliwości, poza Limą, gdzie turysta czuje się bardzo nieswojo i ma wrażenie, że wszyscy polują na jego dobytek, w pozostałych miastach czujemy się bezpiecznie. Nikt nie nagabuje i nie zmusza do zakupów, na dźwięk obcej mowy spotyka się bardzo uprzejme i otwarte reakcje, ludzie próbują się porozumieć, ogólnie jest miło. Policja głównie zajmuje się kierowaniem ruchem i chronieniem pieszych przed rozpędzonymi autami, a nie wlepianiem mandatów za byle co. Tak jak napisałem, czujemy się bezpiecznie.

Po przebiciu się przez przedmieścia widzimy po raz pierwszy La Paz. Niestety jesteśmy na punkcie widokowym o jakieś 30 min za późno i wielkie miasto skrywa już cień okolicznych gór. Wrażenie zapiera dech w piersiach. La Paz rozciąga się na wysokości od 3100 do 4100 mnpn w rozległej dolinie, a właściwie kilku dolinach i wspina się z braku miejsca na rozbudowę coraz wyżej na zbocza otaczających gór. Widok domków przytulonych do stromych zboczy robi wielkie wrażenie. Mniej więcej w środku doliny widać centrum zaznaczone grupą wieżowców, jednak z naszej perspektywy wyglądają dość skromnie, trochę jak klocki lego. Pomimo przejmującego zimna i wiatru, robimy szybką sesję fotograficzną, pakujemy się do naszego autobusiku i ruszamy z górki na pazurki. Droga jest bardzo stroma i często słychać jak kierowca korzysta z dodatkowego hamulca mechanicznego aby nieco zwolnić zjazd, a właściwie opadanie. W ciągu 15 minut tracimy jakieś 500 m wysokości i wjeżdżamy do centrum. Droga nadal opada, ale już nie tak ostro.

Po prawej stronie widzimy prawdziwe centrum miasta, czyli duży plac przed kościołem św. Franciszka. Mnóstwo budek oferujących najróżniejsze produkty zarówno spożywcze jak i przemysłowe. Tysiące ludzi przelewających się w różnych kierunkach. Ruch, gwar i hałas podobny jak na przedmieściach. W tłumie ludzi wokół nas widać bardzo różne ubiory i twarze. Zarówno Indianki w tradycyjnych strojach z charakterystycznymi kapelusikami, jak i tradycyjnie ubrani Boliwijczycy, a także czasami ktoś o bardziej jasnej karnacji czasami w eleganckim garniturze.

Jest późny wieczór i droga jest tak zatłoczona, że jakieś 2 km pozostałe do hotelu pokonujemy prawie przez godzinę. Ale chłoniemy atmosferę tego miasta. Gdybym miał powiedzieć, co mi się kojarzy z La Paz, to tak jak w obszarach pozamiejskich Peru byłyby to rusztowania strzelające w niebo z niedokończonych domów, to w La Paz są to pęki przewodów elektrycznych i telefonicznych wiszące na słupach. Pęki kabli liczące po kilkadziesiąt przewodów przechodzące czasami przez środek drzewa! Z naszego punktu widzenia chaos w żaden sposób niemożliwy do opanowania. Jak powiedział ktoś z wycieczki, wiedza o przeznaczeniu tych kabli musi przechodzić z pokolenia na pokolenie, bo nie jest możliwe aby był jakiś schemat. Zresztą widać mnóstwo wiszących końcówek. Zapewne jak się coś popsuje, to po prostu zakładają nową linię i tyle…

Hotel Palace el Rey jest położny w bocznej uliczce vis a vis instytutu amerykańskiego. Oficjalnie ma 4 gwiazdki, ale na większości materiałów (mydełka, menu itp.), widnieje pięć. Widać że hotel wymaga remontu, który zresztą jest właśnie prowadzony, ale ma bardzo dobry standard i przede wszystkim jest ciepło, co od razu nastraja nas bardo dobrze. Zapewne po remoncie dostanie z powrotem piątą gwiazdkę na co moim zdaniem będzie w pełni zasługiwał. Po procedurze przydziału pokoi i szybkim odświeżeniu, ruszamy na kolację.

Przeciskamy się w tłumie ludzi i samochodów, który z bliska wygląda jeszcze bardziej chaotycznie. Mimo wszystko czujemy się bezpiecznie, choć trzeba uważać na rozpędzone samochody. Co ciekawe, nawet jeśli na skrzyżowaniu są światła dla samochodów, to nie ma ich dla pieszych. Chyba tylko raz widziałem dość mocno zakonspirowane światła w postaci czerwonej lub zielonej ręki sterujące przejściem przez ulicę.

Za namową Danusi i miejscowego przewodnika wybieramy restaurację znajdującą się na najwyższym jedenastym piętrze pięciogwiazdkowego hotelu Park Plaza położonego przy głównej arterii komunikacyjnej, w odległości 10 minut spokojnego marszu od hotelu. Jesteśmy ubrani bardzo turystycznie, ale na nikim nie robi to wrażenia. Wjeżdżamy windą i jesteśmy w bardzo pięknej sali restauracyjnej. Widok na nocne La Paz jest powalający. Zobaczymy jak będzie z menu.

Na początku jesteśmy w siedmioosobowej grupie wraz z Danusią, ale po chwili docierają kolejne dwie osoby i rozpoczynamy ucztę. Wybór dań w karcie nie jest wielki, ale to daje gwarancję dobrej jakości. Na początek spoglądamy na ceny, które budzą uśmiech na twarzach. Najdroższe danie kosztuje 70 boliwanów, co daje jakieś 35 zł. Najdroższe wino 120, czyli 60 złotych… Jeść nie umierać. Wraz z kilkoma osobami zamawiam CEVICHE, a na drugie danie mieszankę owoców morza. Część zamawia wołowinę mieszaną z warzywami nazywającą się LOMO SALTADO, która poza kurczakiem stanowi podstawę tutejszej kuchni. W zasadzie wszyscy są bardzo zadowoleni z jakości (w jednym wypadku wołowina była nieco twarda) i rozmiaru potraw, a lokalne wino doskonale komponuje się z posiłkiem. Końcowy rachunek wywołuje sporo wesołości, ponieważ dwa dobre dania dla każdej z siedmiu osób i trzy butelki wina kosztują w sumie 800 boliwanów, czyli 400 złotych, co daje mniej niż 60 złotych na osobę. 

  • La Paz zza krzaka
  • panorama
  • mrowisko
  • stadion 4000
  • panorama
  • most
  • wyznanie
  • kontrast
  • przedmieścia
  • perspektywa
  • katedra
  • przystanek
  • wsiadać!
  • ruch
  • ruch
  • zasady
  • ulica z drutami
  • kłębowisko

LA PAZ dzień II

Po śniadaniu na ostatnim piętrze naszego hotelu, ruszamy na zwiedzanie La Paz. Po raz kolejny potwierdza się stara prawda, że na śniadaniu w hotelu trzeba być wcześnie bo inaczej nie ma co jeść, i dzieje się to nawet tutaj. Śniadanie jest głównie na słodko i poza pysznym, chyba owczym serem, nie ma prawie nic na wytrawnie. Nie ma nawet oliwek powszechnych w Peru. Na szczęście można zamówić mikrojajecznicę u kelnera, co daje podstawy kaloryczne do zwiedzania.

DOLINA KSIĘŻYCOWA

Na początek wyruszamy do Doliny Księżycowej, położonej w jednej z najniższych części miasta. Tracimy kolejne pięćset metrów wysokości i znajdujemy się w coraz bogatszych dzielnicach. Potwierdza się prawda którą można było zaobserwować w Arequipie i w Puno, czyli to że im niżej tym jest bogaciej. Biedni mieszkają na wysokościach, a bogaci w dolinach.

Dolina księżycowa jest formacją erozyjną powstałą w mieszance miękkiej gliny, piaskowca i wapienia. Jest dość podatna na erozję i za jakiś czas pewnie zmieni swój wygląd. Jednak porównanie jej do Kapadocji jest mocno przesadzone choćby dlatego, że formacje maja maksymalnie po kilkanaście metrów wysokości i zajmują może dwa hektary. Zwiedzanie odbywa się po wyznaczonej i dobrze przygotowanej wąskiej ścieżce. Miejscami są niewielkie ekspozycje, co w połączeniu z masowym robieniem zdjęć powoduje ze przy trzydziestu osobach schodzi nam prawie półtorej godziny zamiast zaplanowanych 45 minut. Ale warto to zobaczyć. Choć zdjęcia nie oddają charakteru tego miejsca, jego plastyczności i przestrzenności, to pozostaje w naszych wspomnieniach.

Na koniec mamy rzadką okazje podziwiania z bliska kolibra, który jakby na zamówienie polatuje sobie wokół niewielkiego krzaka. Znowu mała wisienka na torcie. Przy okazji wdaję się w krótką dyskusję z ‘filozofem’ bardzo miłym ale dość kategorycznym w poglądach uczestnikiem naszej wycieczki, który bardzo negatywnie komentuje fakt picia przeze mnie Red Bulla rozdawanego w promocji przez dwie miłe dziewczyny. Każdy pozostaje przy swoich poglądach.

Nasza wycieczka oblega stoisko miejscowego rzemieślnika który wcześniej prezentował nam swój kunszt j muzyczny i akrobatyczny grając El Condor Pasa na szczycie jednego z wzniesień doliny. Zakupy kończą się wspólnym muzykowaniem na specyficznych piszczałkach, a Witek pokazuje swoje talenty muzyczne. Co prawda część grupy chce się zrzucić na napiwek dla niego aby przestał grać :) ale nie do końca wiem dlaczego.

 Z punktu widokowego zjeżdżamy ze 100 m na główny plac La Paz, oczywiście Plaza de Armas. Plac jest rzeczywiście urokliwy i jak widać po ludziach służy jako ulubione miejsce spotkań i spędzania czasu nie tylko dla turystów, ale także dla miejscowych. Jeśli się chce zrobić kilka zdjęć, trzeba znaleźć cichy kącik, skąd można w mało zauważalny sposób za pomocą TELE próbować łapać lokalne klimaty. Swoją drogą miejscowi mają jakiś radar w mózgu. Jak tylko skieruje się na nich lufę obiektywu, zauważają to i reakcje są różne. Ale wróćmy na plac. Jeden bok placu zajmuje katedra, której nie oglądałem w środku, a obok stoi pałac prezydencki pilnowany przez sporą grupkę wojska i policji. Na sąsiednim boku znajduje się budynek parlamentu, a co jest na pozostałych dwóch niestety nie wiem, ponieważ zamiast grzecznie słuchać przewodnika wolałem powłóczyć się z aparatem. Ogólnie miejsce klimatyczne, pełno gołębi które można karmić kupionym na miejscu ziarnem, a nastrój psują jedynie żołnierze stojący przy centralnej fontannie w pełnym rynsztunku bojowym na wypadek gdyby ktoś chciał demonstrować przeciwko Moralesowi. Nie wiem dlaczego ktoś miałby to robić, w końcu jako prawdziwy socjalista dba o dobro wszystkich obywateli, ale pewnie jacyś agenci obcych państw pracują i szyją pod przykryciem tajne operacje.

  • pięść
  • rumowisko
  • domki na księżycu
  • kaktus
  • igiełki
  • puszek
  • Duch Andów
  • skały graficznie
  • El Condor Pasa
  • koliber
  • plac
  • pomnik
  • maniana
  • ptaki
  • zabawa
  • karmienie
  • czyściciele
  • warta

LA PAZ – „Targ Czarownic”

Po pół godzinie udajemy się na ostatni planowy przystanek, czyli na plac przed kościołem świętego Franciszka. Zanim tak jednak dotrzemy, zwiedzamy tak zwany „Targ Czarownic”, czyli kwartał uliczek zapełnionych wszelkiego rodzaju turystycznym badziewiem.

Można z góry założyć, że większość wspaniałych swetrów i szali jest wykonana z akrylu, a nie z alpaki czy baby alpaki, ponieważ te prawdziwe produkty są bardzo drogie (np. męski sweter z alpaki kupiony w markowym sklepie kosztuje w La Paz około 210 boliwanów, a w Arequipa 180 soli, czyli odpowiednio 100 i 180 złotych). Jeśli szal z alpaki kosztuje 30 boliwanów, to jest to prostu oszustwo. Ale „ciemny lud to kupi” jak powiedział klasyk.

Targ nie różni się zasadniczo od podobnych miejsc w innych krajach za wyjątkiem dwóch rzeczy, a mianowicie zachowania sprzedawców, którzy nie atakują i nie są nachalni jak na przykład w Egipcie, a także właśnie „czarodziejskimi amuletami”. Na niektórych straganach i w sklepikach można znaleźć całe półki zastawione flakonikami z przeróżnymi kolorowymi eliksirami proszkami na wszystko zło na świecie. Można także zobaczyć ususzone płody lam i innych zwierząt, które są używane do jakichś celów czarodziejskich. Wierzyć nie wierzyć, zobaczyć warto. Po godzinnym spacerze podczas którego kupujemy śmieszna koszulkę dla syna (około 25 boliwanów), a także niewielką damską torebkę ze skóry z zamszowymi wstawkami na prezent (105 boliwanów), kierujemy się do wyjścia, czyli w kierunku św. Franciszka.

Po zbiórce (znowu wszyscy o czasie) okazuje się, że jesteśmy niezwykle oporni na zakupy, przynajmniej patrząc na torby co poniektórych. Czas na placu spędzam fotografując ruch uliczny. Niesamowicie wyglądają dziesiątki małych busików, które zatrzymują się praktycznie w dowolnym miejscu, także na środku skrzyżowania, z których wychylają się głowy bądź tułowia konduktorów głośno wykrzykujących cel i trasę podróży. Na chodniku z kolei straszny ścisk ludzi przepychających się pomiędzy straganami z jedzeniem, napojami (świeżo wyciskane soki z owoców) i wszystkim co można sprzedawać. Sprzedawcy także głośno zachwalają swoje produkty, co w połączeniu z ciągłym trąbieniem daje trudny do wyobrażenia kolaż dźwiękowy.

LA PAZ II – impresje własne

Po powrocie do hotelu udaliśmy się na lunch w hotelowej knajpie, po czym mieliśmy czas wolny. My wykorzystaliśmy go częściowo na sjestę i o godzinie 17-tej wyruszyliśmy zwiedzać La Paz na piechotę. Byliśmy umówieni na dwudziestą na kolację z poznanym na wycieczce bardzo miła parą, więc mieliśmy trzy godziny na czyste zwiedzanie, ponieważ nie przewidywaliśmy już żadnych zakupów.

Poszliśmy najpierw główną arterią, a raczej położonym pośrodku niej deptakiem. Obserwacja ruchu ulicznego i mijanych ludzi była bardzo zajmująca. Jak dla nas zupełna egzotyka. Warto iść środkiem i rozglądać się na boki. Miedzy nowoczesnymi wieżowcami można zobaczyć niewielkie w stosunku do nich budynki w stylu kolonialnym. Pozostały jeszcze z czasów pobytu Hiszpanów. Wiele z nich jest w opłakanym stanie, a niektóre ewidentnie będą rozbieranych po to aby na ich miejscu powstały kolejne wieżowce. Takie jest prawo natury.

Po dojściu do św. Franciszka, co zajęło nam około 45 minut włącznie z sesjami foto, poszliśmy nieco w bok (ulica idąca stromo w prawo pod górę, mając po lewej św. Franciszka) i trafiliśmy na deptak zajęty w całości przez różnego rodzaju stoiska handlowe. Łatwo zorientowaliśmy się, dlaczego dotychczas w La Paz nie spotkaliśmy żadnego większego sklepu. Tutaj dosłownie wszystko można kupić bezpośrednio na ulicy. Ten deptak spełnia rolę wielkiego hipermarketu podzielonego na osobne działy. Idąc ulicami trafialiśmy na dział fryzjerów (jakieś 100m uliczki kilkadziesiąt zakładów fryzjerskich), sekcję z okularami, sekcję gospodarstwa domowego, czy wreszcie piśmienniczą i alkoholową. Setki straganów rozstawionych bezpośrednio jeden obok drugiego, głośna muzyka, sprzedawcy zachwalający głośno swój towar i do tego uliczny jazgot. Bardzo egzotyczna mieszanka. W pewnym momencie trafiliśmy na część zajmowaną przez uliczne jadłodajnie, przy czym nie chodzi mi o kioski czy budki, ale halę o rozmiarach około 40m na 20m pełną niewielkich stoisk, często z miejscem do siedzenia dla jednej maks. dwóch osób, obsługiwanych przez jedną kucharkę. Obserwowałem przez chwilę kto tam się stołuje. Być może nie ma tam ludzi zaliczających się do klasy średniej, ale zdarzali się mężczyźni w całkiem porządnych strojach. Kolejna egzotyka. Bariera językowa i kulturowa spowodowała że nie podjąłem próby zjedzenia tam czegoś, ale gdybym miał ze sobą lokalnego przewodnika, z pewnością bym spróbował lokalnych dań podawanych w najprostszy i oryginalny sposób. W zamian za to, skosztowałem bardzo pysznej bułki zawierającej mięso ścinane z wielkiego udźca przez starszą Indiankę. Smakowało wspaniale, a przyprawiła ją na ostro. Baaaaardzo dobre. Potem nie odmówiłem sobie jeszcze pierożka empanada z nadzieniem serowym, choć smak sera nie był za bardzo wyczuwalny. Gdyby nie planowana kolacja w knajpie, z pewnością próbowałbym dalej.

Przeciskając się bardzo wąskim chodnikiem obok nowo budowanego centrum targowego, do którego podobno mają przenieść wszystkie stoiska z ulicy, zauważyłem niewielką tabliczkę wiszącą nad głową z napisem „CEVICHE” w dwóch wariantach po 10 i 12 boliwanów. Przechodząc zauważyłem klitkę o rozmiarze 2 na 2 metry z kilkoma taboretami i młodą dziewczynę w masce wyczekującą na klienta. Minąłem ten zupełnie nie budzący zaufania punkt, ale Lucyna zauważyła chyba rozterki na mojej twarzy i po niewielkiej zachęcie zawróciłem i podjąłem wyzwanie. Według wszelkich opisów w przewodnikach, przestróg dawanych przez Tomka, popełniłem największe szaleństwo jakie mogłem zrobić. Jadłem surową rybę z cebulą i warzywami zalaną sokiem z limonki, podawaną w miejscowej cevicherii. Czyste wariactwo. Ale jaki smak i jaka satysfakcja. Poza miseczką z rybą z limonką dostałem jeszcze dwie niewielkie miseczki. Jedna z pokrojoną niewielkie wiórki bardzo ostrą zieloną papryczką, a drugą z czymś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak orzeszki w łupinkach (coś w rodzaju pistacji) i podobnie też smakowało. Ponieważ nie wiedziałem co mam z tym zrobić, po spróbowaniu wrzuciłem część do miseczki z rybą i zacząłem się zajadać. Gdyby porcja była większa, napisałbym OBŻERAĆ, ale była taka w sam raz. To naprawdę smakowało wyśmienicie. Polecam wszystkim którzy lubią eksperymenty, w szczególności sushi czy sashimi, do spróbowania ceviche. Ja spotkałem się z ta potrawą gdzieś w roku 2002, gdy po przeczytaniu przepisu i opisu z wyjazdu do Peru jaki zmieściła p.Kręglicka w dodatku do GW na parapetówę w nowym domu zrobiłem właśnie ceviche. Dotychczas w Peru i Boliwii jadłem ceviche trzy razy, a pewnie jeszcze spróbuję. Każde było inne, ale podstawa jest zawsze taka sama:

DYGRESJA - PRZEPIS NA CEVICHE

Bierzemy filety ze świeżej białej ryby morskiej (raczej nie czerwonej np. łososia, choć ja osobiście także robię to danie z łososia). W ostateczności można kupić dobrze (fachowo) zamrożone filety z soli, halibuta czy dorsza i także je wykorzystać. Po rozmrożeniu i/lub umyciu, kroimy rybę na niewielkie kawałeczki, o długości około 5 mm i szerokości 2-3 mm. Takie większe wiórki. Ja robię także większe kawałki, ale wtedy ceviche trzeba przygotowywać z większym, kilkugodzinnym wyprzedzeniem. Wkładamy cząstki ryby do szklanej miseczki. Wyciskamy sok z kilku limonek (nie można zastąpić cytryną, to jest zupełnie inny smak). Ilość soku jest dość dowolna, lepiej aby było za dużo niż za mało. Na oko na 100g ryby można wziąć 3 limonki. Teraz kroimy w niewielkie i cienkie wiórki czerwoną bądź białą cebulę, a także zieloną bądź czerwoną papryczkę chili. Można dodać zarówno papryczkę i cebulę, albo samą papryczkę. Ceviche jest obowiązkowo bardzo ostre. Oprócz ryby można dodać surowe (koniecznie nie gotowane) krewetki, i inne owoce morza według uznania (wszystkie nie gotowane). Teraz do miseczki z rybą wrzucamy wszystkie pozostałe składniki i dobrze mieszamy. Czekamy od kilku minut do godziny (w zależności od wielkości kawałków ryby) i możemy podawać. W Peru i Boliwii zawsze podawano ceviche wraz z sokiem w którym marynowały się ryby, ale można odcedzić zawartość i podać bez sosu. Ja jestem zwolennikiem pierwszej metody, ponieważ wspaniale smakuje ciabata albo inna biała bułka maczana w tym sosie. Dla wyjaśnienie, sok z limonki powoduje denaturację białka, i surowa ryba robi się praktycznie taka sama jakby była gotowana ale na zimno. Powoduje to że w rybie zostaje 100% smaku i mięso nie rozlatuje się tak jak przy normalnym gotowaniu. NIEBO W GĘBIE…

Po jakimś czasie zacząłem się zastanawiać, czym były te orzeszki, czy przypadkiem nie było tam nóżek bądź główek, ale ponieważ minęło już prawie 20 godzin od zjedzenia, a ja ciągle żyję, to chyba nie było trujące, a było pieruńsko dobre. (Teraz już wiem, że był to po prostu kolejny gatunek pieczonej kukurydzy, ale niepewność była…)

Pod drodze usiłowaliśmy znaleźć sklep spożywczy aby kupić napoje i jedzenie na dzisiejszą podróż, ale raczej ze średnim skutkiem.

Na ulicy w La Paz można znaleźć setki aptek, sklepów z kosmetykami, czy z butami, a spożywczego nie uświadczysz. W końcu kupiliśmy na ulicznym straganie kilka empanadas i słodkich ciasteczek, a do tego cztery butelki wody mineralnej i wróciliśmy do hotelu.

Szybkie śniadanie i pakujemy się do autokaru zmierzającego w kierunku Puno. Po drodze
planowane atrakcje zwiedzania, ale i tak głównie czas spędzamy na niewygodnych siedzeniach.

  • miasto
  • czarownica
  • stragan
  • zwłoki
  • specyfiki
  • figurki
  • klimat ulicy
  • pisanie podań
  • czekanie
  • odpoczynek
  • agitacja
  • oczekiwanie
  • chwila spokoju
  • iść, nie iść...
  • biegiem!
  • pogawędka
  • nauka
  • w drogę
  • sklepu multimedia
  • jedzenie
  • kucharz
  • garkuchnia
  • jadłodajnia
  • grajek
  • kwiaty
  • Coca Travel
  • cevicheria
  • ceviche
  • ceviche
  • konsumpcja

PRZEPRAWA JEZIOROWA

Zatrzymujemy się na sesje zdjęciową Titicaca, więc na razie przerywam pisaninę… Przerwa trwała nieco dłużej niż sesja foto, ponieważ przeprawialiśmy się przez jezioro. Coś, co jest opisane w programie jako atrakcja jest po prostu promem transportującym ludzi i pojazdy. Cała „atrakcja” trwa mniej niż 10 min i nie ma powoduje żadnych emocji. Można się ubrać w długi rękaw, ale nasza łódka była zadaszona i zimno raczej nie doskwierało. Wyobrażam sobie, że przy wietrznej pogodzie transport może budzić emocje, ale nas to ominęło.

Ciekawostką tej przeprawy jest to, że samochody są transportowane większymi promami, a ludzie oddzielnie kilkunastoosobowymi motorówkami. Podobno stało się tak całkiem niedawno, po wypadku promu spowodowanym przez autobus który się przewrócił i pociągnął na dno kilkanaście osób.

Na drugim brzegu czekała na nas lokalna atrakcja, ponieważ odbyła się normalna kontrola paszportowa. Nikt nie wie po co, ale tak było.

Drugą ciekawostką jest lokalny posterunek, bo tak chyba trzeba go nazwać marynarki wojennej Boliwii. Brzmi to śmiesznie, ponieważ Boliwia nie ma dostępu do morza, który straciła po wojnie z Chile, ale ma Titicaca, ma także głównodowodzącego flotą w randze admirała. To tak chyba na wypadek kolejnej wojny i odbicia dostępu do morza. Na razie brzmi to dość humorystycznie, mniej więcej tak jak marynarka wojenna Słowacji. Zresztą sami Boliwijczycy nazywają swoich marynarzy LAKERINEROS trawestując słowo MARINEROS :) …

Na nabrzeżu, w oczekiwaniu na dopływający osobno autobus, kupiłem z przydrożnego straganu za 2 boliwano przepyszne smażone na miejscu wegetariańskie empanados. Jest to spory pieróg (jakieś 10 cm), smażony w głębokim oleju. Można ubogacać go sosami i cebulką dobieranymi z wystawionych pojemników. Część wycieczki patrzyła na mnie jak na wariata, a kolega Witek nazwał mnie nawet sportowcem ekstremalnym. Ogólnie wszyscy są bardzo wystraszeni przez wcześniej podane informacje i w zasadzie nie tykają niczego co nie jest gotowane bądź smażone. A szkoda, choć mam nadzieję, to jednak nie oni będą się śmiać ostatni. Swoją drogą popełniłem już tyle szaleństw kulinarnych, że powinienem nie żyć. Ale odkąd pamiętam, mówiono że mam żołądek ze stali i wszystko łykam. Zobaczymy co dalej.

Znowu przerwa, ponieważ wjeżdżamy do Copacabany (ale tej w Boliwii).

Dla wyjaśnienia, to nie jest TA "Copacabana" (choć Danusia z wdziękiem cały czas mówiła o niej Capocabana), i nie skorzystaliśmy z dziury czasoprzestrzennej, ani gwiezdnych wrót, ale jesteśmy w niewielkim miasteczku nad brzegiem Titicaca, jeszcze po stronie boliwijskiej.

COPACABANA

Jedną z atrakcji tej części wycieczki jest zwiedzenie miasteczka Copacabana leżącego tuż nad granicą po stronie boliwijskiej. Jest tam podobno ciekawy kościół.

Wraz z Witkiem zgrzytamy zębami słysząc, że mamy 25 minut czasu na zwiedzenie tego miejsca. Ja z kronikarskiego obowiązku fotografuję z zewnątrz budowlę sakralną i ruszam na ryneczek, z którego dochodzą dość zaskakujące odgłosy przypominające strzelanie i wybuchy.

Okazało się, że Łaskawy Los daje nam kolejną wisienkę na torcie. Dzisiaj jest 15-go sierpnia, czyli święto kościelne i koncert Madonny w Polsce. Tutaj także obchodzą to święto (raczej nie chodzi o koncert Madonny:).

Trafiamy na uroczystość święcenia samochodów. Trudno opisać to co się dzieje, niesamowite kolory ozdób na wielu straganach umieszczonych wokół placu, wystrzały, warkot silników, głośne rozmowy, śpiewy, ... .

Z zapartym tchem przyglądam się ludziom, którzy opryskują piwem bądź winem musującym udekorowane girlandami z bibuły i kwiatów samochody, leją na nie piwo, także pod maskę, a następnie sypią płatkami kwiatów. Całe rodziny klęczą przy małych ołtarzykach ustawianych na czymś w rodzaju makatki na ziemi przed zderzakiem samochodu. Na makatce układane są jak zauważyłem pieniądze, różne miniaturki (domki, ludziki) i obrazki.

Po chwili przed samochodem i wokół niego, a prawie pod moimi nogami wybucha seria petard. Huk jest wielki, ale dzielnie naciskam migawkę zdjęć seryjnych i patrzę co się dzieje. Jak wyjaśnił mi potem nasz przewodnik, był to indiański rytuał święcenia samochodów.

Najdziwniejsze jednak następuje za moment. Otóż pojawiają się dwaj księża i zaczynają święcić samochody i ludzi zgodnie z zasadami katolickimi. Chodzą brodząc w rozlanym piwie, którego zapach dominuje nad placem i pryskają święconą wodą z kubełka na te same samochody i ludzi. Dziwne dla nas przenikanie się różnych wierzeń. Aż nie chce się wierzyć w to co widzimy.

W międzyczasie w grupie podnosi się bunt i Danusia nie ma wyjścia, daje dodatkowe 15 minut dla fotoreporterów. Korzystamy z tej okazji na maksa i chłoniemy całą sytuację robiąc wiele zdjęć. Znowu los nam sprzyjał.

Po drodze za ostanie boliwany kupuję niezbyt chłodne, ale pyszne piwo, którym dzielę się z Witkiem.

Po kilku minutach przybywamy na granicę, gdzie dość szybko się odprawiamy i zajmujemy miejsca w wygodnym znowu autobusie, który pojedzie po bardzo wyboistej, ale asfaltowej drodze w kierunku Puno.

GRANICA II

Znowu jak poprzednio okazało się, że przerwa potrwała dłużej, ponieważ zaraz przekraczaliśmy granicę z Peru.

Dzięki czujności Danusi jedna z uczestniczek (ksywa "lama") zorientowała się, że „ominęła” jakimś cudem punkt kontroli paszportowej po stronie peruwiańskiej. W związku z tym, nie miała odpowiedniej pieczątki wjazdowej. Na szczęście cały system przekraczania granicy jest dość swobodny i można bez problemu wrócić.

Podobno gdyby nie miała tej pieczątki przy wyjeździe z Limy, musiałaby wracać na własny koszt do Copacabany i za mniejszą bądź większą łapówkę organizować pieczątkę. Na jej szczęście się udało.

Sama granica jest nieco cichsza i spokojniejsza niż poprzednio, a formalności idą bardzo szybko. Ale dla nas, przyzwyczajonych do granic bratnich państwa socjalistycznych, widok granicy, która po prostu jest kawałkiem drogi, na której nie ma żadnych barierek, pasów, żołnierzy z karabinami, budek strażniczych itp. jest jednak egzotyczny.

Ludzie chodzą sobie jak chcą, właściwie nikt ich w widoczny sposób nie pilnuje, w ogóle dziwna atmosfera. Jakaś taka nierealistyczna. Ale jakoś to działa.

Tuż przed autobusem na jednym ze straganów widzę napis CIDER na przyjemnie wyglądających obłych butelkach. Nabywam dwie, płacąc po trzy sole za jedną. Ciekaw jestem co będzie w środku. Witek komentuje mój zakup dość brutalnie mówiąc coś o „jabolu”. Ja sam także jestem pełen wątpliwości. Zobaczymy wieczorem. 

  • cegła adobe
  • apartamentowiec
  • półpiętro
  • typowy dom
  • jezioro
  • Andy
  • łodka
  • motorówka
  • przeprawa
  • wodny autobus
  • jezioro
  • graficznie
  • lakerineros
  • kościół
  • fiesta
  • przygotowania
  • polewanie
  • petardy
  • ołtarzyk
  • stroik
  • czekamy w kolejce
  • garbusek
  • święcenie
  • pamiątka
  • blokada

PUNO II

No i jesteśmy z powrotem w hotelu Qualasaya w Puno. Niestety także w tym samym pokoju co poprzednio, co oznacza arktyczne zimno w nocy. Dobrą stroną tej sytuacji jest organizacja, ponieważ gdy docieramy do hotelu nasze walizki już są w pokoju i na nas czekają. Za chwile idziemy na kolację, a jutro czeka nas niestety cały dzień w autokarze – około 380 km do CUSCO. Tam spędzimy resztę pobytu. Cztery noce w jednym pokoju… Brzmi pięknie, a jak będzie? Zobaczymy niebawem.

PUNO II - PŁYWAJĄCE WYSPY UROS

Po przyjeździe do Puno pojechaliśmy od razu do portu skąd popłynęliśmy na jedyne w swoim rodzaju pływające wyspy Uros. Wysp jest wiele, nie wiem czy kilkanaście czy kilkadziesiąt. Patrząc z wieży obserwacyjnej widać ich wiele dokoła. Jest to rzeczywiście ewenement niespotykany na świecie.

Wyspy powstały podobno w dlatego, że jedno z plemion (Uru) zamieszkujących wybrzeże jeziora Titicaca po stronie obecnej Boliwii, zostało zmuszone do opuszczenia swoich terenów. Zrealizowali to płynąc przez jezioro. W okolicach obecnego Puno napotkali na kilkadziesiąt hektarów wody zarośniętej trzciną o nazwie totora.

Trzcina ta jest bardzo elastyczna, a jej końcówka bezpośrednio przy korzeniu nadaje się także do jedzenia. Zaczęli z niej budować pływające wyspy. Podstawą wyspy są kloce torfu wraz z korzeniami trzciny totora wycinane z dna. Kloce te są następnie łączone linami plecionymi z traw porastających okolice jeziora, wiązanych do wbijanych w nie drewnianych belek. Z wielu takich elementów tworzy się podstawa wyspy, która jest kotwiczona za pomocą drewnianych pali wbijanych w dno jeziora. Na tak stworzoną unoszącą się na wodzie podstawę, kładzie się kilka warstw z trzciny kładąc je naprzemiennie na krzyż. Ze względu na postępujący proces rozkładu, co tydzień trzeba kłaść nową warstwę trzciny. Na szczęście trzcina rośnie szybko i po miesiącu osiąga wymagane minimum czyli jeden metr, co powoduje, że z budulcem nie ma problemu.

Wyspy cumowane są w okolicy ujścia rzeki, a rejon Puno szczególnie dobrze się do tego nadaje. Bliskość brzegu z jednej strony, a z drugiej zatoka chroniąca wyspy przed uderzeniami fal, które na jeziorze mogą osiągnąć do trzech metrów wysokości, czynią to miejsce atrakcyjnym dla tej formy zamieszkania. Na wyspie buduje się potem całą infrastrukturę, czyli chaty i inne pomieszczenia gospodarcze, a nawet wycina się niewielkie jeziorka wewnętrzne umożliwiające hodowlę ryb. Hodowane są także świnki morskie, zwykłe świnie, a także ptactwo domowe.

Taka wyspa jest w tylko pewnym sensie samowystarczalna, gdyż do funkcjonowania potrzebuje towarów z lądu, na przykład ziemniaków, ryżu czy piwa. Ponieważ Indianie Uru są z zawodu rybakami, żyli od zawsze z wymiany towarowej z ludźmi z lądu. Na jednej wyspie żyje od 20 do 40 osób tworzących pewnego rodzaju rodziny. Można się domyślać, że współżycie w takich warunkach rodzi wiele problemów, co czasami prowadzi do konieczności podziału wyspy za pomocą specjalnej piły. Zajmuje to podobno dwa dni pracy i nowa wyspa jest odholowywana w inne miejsce.

Wracając do pływających wysp. Ta którą zwiedziliśmy, Santa Maria, ma około 60-70m długości i 20-30m szerokości. Czyli obszar dość mały. Żyją na niej (podobno) 32 osoby, a miły Indianin który pełnił rolę przewodnika wyjaśnił nam, że jeszcze niedawno była większa, ale właśnie na skutek nieporozumień została podzielona. Co ciekawe, na wyspie żyją wyłącznie dzieci i osoby starsze. Indianie w średnim wieku przenoszą się na ląd i tam mieszkają. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby wszyscy których widzieliśmy, wsiadali o zmroku do łódek i płynęli na stały ląd. Niestety czułem się jak w zoo albo w cepelii.

Wszystko wyglądało bardzo sztucznie i nienaturalnie. W żadnym wypadku nie wątpię, że Ci ludzie tak kiedyś mieszkali, ale obecnie wygląda to na przedstawienie czysto turystyczne. Nawet na wyspie obecne są stragany, na których turyści biją rekordy handlowe. Część osób w ogóle nie słucha tego co opowiada przewodnik, ale natychmiast po postawieniu nogi na mokrym lądzie (bo trudno nazwać go suchym), biegnie upuszczać nieco krwi z portfeli. Cóż, każdy robi to co lubi.

Swoją droga po wycieczce do Australii i Nowej Zelandii wydawało nam się, że grupa z którą podróżowaliśmy była bardzo ‘zakupowa’. Teraz zmieniam zdanie. Ilość różnych drobiazgów kupowanych na zasadzie odruchu jest imponująca. Kolejne sweterki z baby akrylu, skarpetki w których nikt nie będzie chodził bo gryzą, czapeczki premierówki których raczej nikt poza Peru nie ubierze itp. Zdarzają się naprawdę ciekawe zakupy, jak instrument strunowy charango z pudłem zrobionym z pancernika (wywoła on zresztą za kilka dni niezły skandal - przyp. autora), czy swetry z prawdziwej alpaki, ale to należy do rzadkości.

Sam zastanawiałem się co można przywieźć jako prezent i na razie do głowy przychodzą mi głównie cukierki z liśćmi coca i taka sama herbata. Samych liści przywozić do Polski nie można, a szkoda bo to mogłoby być akurat zabawne. Zobaczymy co dalej, jeszcze kilka targowisk przed nami.

Zakończmy temat wysp pływających. Z wieży obserwacyjnej na którą na szczęście mało kto chce wejść, robię kilka fotek szerokiego planu. Rzeczywiście widok żółtych domków z trzciny oświetlonych zachodzącym słońcem robi wrażenie. Na szczęście prawie nikt nie chce płynąć za 10 soli od łba trzcinową łódką więc powoli zbieramy się do powrotu. Ponieważ nie chciał płynąć ani nasz Piotruś ani nasza "lama", po oderwaniu się od straganów kilku osób udaje się zaokrętować na motorówkę i wracamy.

Wraz z zachodem słońca zrywa się wiatr i zgania z górnego pokładu łódki nawet najtwardszych, czyli także i mnie :) Jednak zanim to się stanie, podziwiam krajobrazy zatoki nad którą leży Puno, a także Indian łowiących ryby i zbierających trzcinę z niewielkich łódek. Jest na co popatrzeć.

Po wyokrętowaniu mamy szczęście i trafia nam się kolejna wisienka na torcie. Na nabrzeżu portu jest jakiś miejscowy festyn, nie związany tym razem ze świętem 15-go sierpnia.

Ale wracamy na nabrzeże, gdzie impreza właśnie się niestety kończy barwnym pochodem zmierzającym w jakieś tajemne miejsce w mieście. Nie dziwię się ani trochę że uciekają, bo ziąb od wody jest okrutny. Ponad dźwiękami wydawanymi przed dętą orkiestrę z całkiem niezłą sekcją rytmiczną w składzie dwóch wielkich bębnów, unosi się wszechobecny zapach piwa.

Widok jest zabawny. Wszyscy uczestnicy tej fiesty raczą się dużymi ilościami piwa z butelek. Nawet jeden z trębaczy trzyma w jednej ręce butelkę a w drugiej trąbkę i gdy nie musi grać, sączy trunek z butelki. Niestety tej sceny nie udaje mi się uchwycić w obiektywie aparatu.

W orszaku znajdują się odświętnie ubrane w różowe, błyszczące od cekinów stroje Indianki, które w rytm głośnej muzyki podążają tanecznym krokiem w kierunku miasta. Co ciekawe (być może to także wpływ alkoholu) nikt nie reaguje negatywnie na obiektywy aparatów i kamer obserwujące orszak, a trzymane w rękach przez licznie zgromadzonych turystów.

Całość fiesty sprawia bardzo radosne wrażenie, widać że wszyscy znakomicie się bawią. Ponieważ orszak prowadzony przez ludzi trzymających ołtarzyk oddala się w głąb miasta, udajemy się do autobusu który zawozi nas do hotelu, skąd jutro udamy się w długą drogę do Cusco.

  • miniaturki
  • połów
  • ptaszek
  • zbiórka
  • wyspy
  • czekamy
  • wieża
  • natura
  • domek
  • staw
  • kajak
  • panorama
  • wioska
  • dach
  • solar
  • cepelia
  • cepeliada
  • łódka z trzciny
  • pożegnanie
  • powrót
  • wirowanie i ...
  • pianka
  • korowód
  • biegiem

DROGA DO CUSCO – grobowce w SILLUSTANI

Wracam z narracją mniej więcej do czasu rzeczywistego, ponieważ nasz autokar przedziera się przez bardzo zatłoczone uliczki miasta Juliaca. Tu skręcimy na drogę prowadzącą przez przełęcz na wysokości 4300 m w stronę CUSCO.

Mniej więcej dwie godziny temu zwiedzaliśmy Sillustani, czyli wioskę słynącą z dosłownie wykopanych z ziemi grobowców pochodzących z czasów Inków, a także z czasów preinkaskich, gdy tereny te zamieszkane były przez ludzi z plemienia Collas.

Wioska składa się dosłownie z kilku chałup położonych nad pięknym jeziorem do których prowadzi asfaltowa droga. Oczywiście nie może zabraknąć targu w którym zatrzymamy się w drodze powrotnej. Na razie wspinamy się stromymi kamiennymi schodami na wzgórze znajdujące się na półwyspie wcinającym się w jezioro. Nad nami widać już ostro zarysowane na tle błękitnego nieba słupy grobowców.

Grobowce powstały na terenach wcześniej opanowanych przez kulturę Tiwanaku i mają złą i okrutną historię. Otóż w tamtych czasach panował zwyczaj, że gdy umierał mężczyzna będący głową rodziny, wraz z nim musiała umrzeć jedna z jego żon wraz z dziećmi (a miał ich zwykle wiele – żon oczywiście). Mężczyzna nie mógł w końcu sam udawać się w zaświaty. Nie zostało nam przekazane na jakiej zasadzie wybierano nieszczęśników. W każdym razie po wyborze urządzano wielką imprezę na której skazańcy byli pojeni alkoholizowanym napojem ze sfermentowanej kukurydzy (chicha), a jeśli to było za mało i byli zbyt świadomi, dawano im wyciąg z liści coca. Potem w zależności od regionu, skazańcy byli duszeni (bardziej humanitarna wersja) bądź ich głowy były rozbijane specjalnymi młotami. Po zakończeniu tego etapu, ciała były mumifikowane i zamykane w kamiennych grobowcach o kształcie wież wysokich na 6-8 metrów. Same grobowce były wykonywane różną techniką, albo z nieobrobionych kamieni (wcześniej), albo ze starannie obrabianych bloków, układanych następnie w okrągłe wieże. Znowu skrajne okrucieństwo z naszego punktu widzenia, a dla nich coś normalnego i oczywistego. Jeszcze rzut oka na wieże strzelające w niebo, a widok ten budzi jakieś mroczne uczucia i wracamy do autokaru.

DROGA DO CUSCO – domostwo Indian

Po szybkich zakupach na straganach jedziemy kilka minut i zatrzymujemy się w typowym lokalnym gospodarstwie.

W środku mam podobne wrażenie jak wcześniej na pływających wyspach. Taka cepelia dla turystów. Być może oni rzeczywiście żyją w tych domkach, jednak nasz przewodnik rozmawiał głośno przez komórkę tuż przed naszym wyjazdem z Silustani i sądzę, że rodzina Indian odpowiednio przygotowała się na nasz przyjazd.

Jak zwykle w tych rejonach można zobaczyć hodowlę świnek morskich i nieco dziwnie się robi na myśl, że wylądują na talerzu. W środku oczywiście niewielkie stoisko z pamiątkami a na murku gotowane ziemniaki z pysznym serem. Robię kilka zdjęć do kolekcji starając się bardzo aby nie uwieczniać naszej wycieczki i jedziemy dalej

Przekroczyliśmy niedawno drugą co do wysokości przełęcz na naszej trasie – ponad 4300m. Tym razem bez jakichś rewolucji. Oczywiście stragany, oczywiście fotografie za jednego sola, albo solo, albo z barankiem, z małą lamą, z siostrzyczką, z braciszkiem, z… nie wiem jeszcze czym. Inwencja Indian i egzotyka bierze górę ponownie.

Po kilkunastu minutach ruszamy dalej i po czterdziestu minutach jazdy stajemy na lunch. Obiecywałem sobie, że zaczynam dietę, ale po raz kolejny nie dotrzymałem obietnicy. Jedzenie jest tutaj po prostu dobre, choć wołowina czasami nieco twarda.

DROGA DO CUSCO – świątynia boga Wirakocha

Po pół godzinie docieramy do miasteczka Racchi, które na pozór wygląda jak każde inne mijane po drodze. Jednak za wysokimi inkaskimi tarasami które skutecznie blokują widok, znajdują się pozostałości dawnej twierdzy Inków, a także resztki świątyni boga bogów Inków, czyli Wirakocha. Być może pamiętacie, że Limie piłem kawę wirakocha, która była bardzo dobra, ale może nie była to kawa wszystkich kaw. Ruszamy na zwiedzanie.

Kilkunastometrowej wysokości resztki ścian świątyni dają wyobrażenie o jej oryginalnych rozmiarach. Miała ponad 100 metrów długości. Ciekawy jest sposób budowy ścian. Od dołu podstawę tworzą trzy rzędy perfekcyjnie obrobionych i dopasowanych do siebie głazów – znak firmowy Inków. Reszta ścian budowana była z cegły adobe, do której poza gliną, piaskiem i trawą, dodawano sok z kaktusa. Powodowało to, że materiał pomimo tego, że był po wysuszeniu na słońcu twardy, zachowywał sporo elastyczności, co znakomicie sprawdzało się na terenach sejsmicznych. Poza tym, w razie zniszczeń stosunkowo łatwo było to odbudować.

Wrażenie robią także pozostałości po magazynach, które miały postać okrąglaków o średnicy około 10m i wysokości 5m, przykrytych spadzistym dachem ze strzechy. Takich magazynów na żywność, odzież, uzbrojenie i wszystko co potrzebne do życia przez czas oblężenia było chyba kilkadziesiąt. Próbując zrobić jakieś ciekawe zdjęcia co nie jest proste w przypadku kamiennych gruzowisk a także z powodu nisko leżącego słońca, przechodzimy do zbiorników na wodę i łaźni. Trzeba przyznać, że Inkowie wiedzieli jak tworzyć fortecę i jak ją zabezpieczyć na długą walkę. Skierowali wodę z kilku potoków spływających z gór do specjalnego podziemnego zbiornika na wodę, z którego można było czerpać ją przez długi czas zarówno do picia jak i do celów sanitarnych. Przy zbiorniku znajduje się nieźle zachowana łaźnia. W zachodzącym słońcu prawie widzimy dumnych inkaskich wojowników przechadzających się na resztkach murów obronnych położonych na otaczających miasto wzgórzach.

Ale czas wracać. Oczywiście zaliczamy typową straganową ścieżkę zdrowia. Zwracam jedynie uwagę na inne stroje Indianek (oczywiście facetów nie uświadczysz, podobno głównie odpoczywają w domach czekając na żony…), które tym razem mają kolor purpury, a na głowach oprócz tradycyjnych kapelusików, mają także rodzaj płaskich kapeluszy, które kojarzą mi się z rycinami przedstawiającymi dawnych chińczyków. Takie płaskie odwrócone talerze w kolorze czarnym ze zdobieniami wiązane pod brodą. Coś nowego.

Wracamy do autobusu i śpieszymy się bardzo aby zdążyć przed siedemnastą do kolejnego bardzo ciekawego (podobno) kościółka w miejscowości Andahuaylillas. Chyba pozostanę przy oględzinach zewnętrznych, bo budownictwo sakralne średnio mnie interesuje. Ale jeśli ktoś lubi, to na tej wycieczce ma moc wrażeń zapewnioną.

DROGA DO CUSCO – kościółek w ANDAHUAYLILLAS

Zaraz pójdę pod prysznic, ale jeszcze kilka zdań o końcowej części naszej podróży. Dziwnie się czuję, bo piszę o czymś czego nie mogłem uwiecznić na zdjęciach, ale jakoś spróbuję.

Nie bardzo lubię przyznawać się do błędów (któż to lubi) ale muszę odszczekać moje kąśliwe uwagi pod kątem kościółka który mieliśmy zwiedzić. Kościółek pod wezwaniem św. Piotra, nazywany „peruwiańską Kaplicą Sykstyńską” powalił mnie na kolana. Jest po prostu piękny. Z zewnątrz nie dałbym za niego złamanego grosza, ale w środku…

Zacznę od ołtarza. Wysoki na co najmniej 10 metrów i szeroki na 5-6, wykonany w całości z cedrowego drewna pokrytego 24-karatowym złotem. Do tego tabernakulum wykonane z czystego srebra wydobytego z gór Peru. Cały ołtarz jest przestrzenny i sprawia wielkie wrażenie. Kolejnym elementem jest sufit pokryty wzorami w stylu arabskim. Część nad ołtarzem jest oryginalna, a wzory na suficie nawy głównej zostały odtworzone później. Piękne ornamenty w kolorystyce niebiesko – czerwono - zielonej robią wrażenie. Na ścianach widać resztki pięknych fresków ale w stanie wymagającym renowacji, na co niestety nie ma dość pieniędzy. Jak pewnie zorientowaliście się nie jestem fanem sztuki sakralnej, ale ten kościółek jest po prostu piękny. Zdecydowanie warto go obejrzeć. Niestety nie można było robić zdjęć więc poprzestanę na powyższym opisie.

Jutro rano wczesna pobudka, więc na razie kończę i idę pod prysznic.
  • krąg słońca
  • grobowiec
  • kamień na kamieniu
  • ząb czasu
  • panorama
  • uprawy
  • domek
  • brama
  • lamy
  • kuchnia
  • przekąski
  • świnki hodowlane
  • brama do wieczności
  • cisza
  • krzyże
  • handel na wysokościach
  • owieczka
  • świątynia
  • ściana Wirakocha
  • spichrze
  • targ
  • plecak
  • zachód
  • rynek

CUSCO

No i jesteśmy w hotelu w CUSCO. Nie wiem dlaczego, ale ten dzień trwał w nieskończoność. Nie była to najdłuższa podróż autokarem, ale może dlatego że na taką skalę ostatnia, dłużyła się straszliwie.

Nasz hotel nazywa się Agustus (nie mylić z Augustus) i jest położony na peryferiach Cusco (tak piszą tę nazwę miejscowi i tego będę się trzymał). Z zewnątrz przyznam że nieco się przeraziłem. Danusia co prawda uprzedziła, że hotel w środku wygląda znacznie lepiej niż na zewnątrz, ale dopiero po otwarciu drzwi do pokoju nieco się uspokoiłem. Średnich rozmiarów pokój z dużym łóżkiem, lodówką i czystą łazienką. Czego jeszcze można chcieć? Doświadczenie Puno uczy, że można chcieć aby było ciepło.                  I JEST!

Boję się, że jest aż za ciepło, a klimy nie widzę. Ale jestem zrzęda :), narzekałem że za zimno w Puno, a teraz obawiam się że za ciepło. Cóż jestem jaki jestem jak powiedział klasyk.

W KIERUNKU MACHU PICCHU

Pobudka o piątej rano i wyjazd o 6:20. Jak się potem okazało, moim i nie tylko zdaniem, zupełnie niepotrzebnie tak wcześnie wstaliśmy i wyjechaliśmy z hotelu. Ale o tym później. Także na boku zostawię kwestię autokaru którym poruszaliśmy się w Cusco i okolicach, bo to jest na razie największa porażka biura organizującego wyjazd.

Poranek nie należał do najmilszych nie tylko z powodu wczesnej pory, ale bardzo złego samopoczucia kilku osób. Problemy żołądkowe na dużą skalę. Groziło nam przez chwilę, że zostaniemy w hotelu, a jak się potem okazało byłaby to poważna strata. Do tej pory, nie było problemów gastrycznych pomimo tego, że nie stosowaliśmy się do zaleceń jakie podają przewodniki. Jedliśmy surówki, surowe owoce w sałatkach, piliśmy wyciskane soki z owoców itp. Nic się nie działo. Ponieważ na kolację zjedzoną poprzedniego dnia każde z nas zamawiało coś innego, raczej nie ona była przyczyną. Po dochodzeniu, ustaliliśmy że największym podejrzanym był lunch jedzony podczas trasy z Puno do Cusco.

MACHU PICCHU – podróż

Ale wracamy do Inków i ich Machu Picchu. Podróż jest dość skomplikowana. Oczywiście przy założeniu, że nocuje się w Cusco, a nie w jednym z miast po drodze, co znakomicie skróciłoby podróż. Zapewne koszt podróży jest także czynnikiem decydującym o wyborze sposobu dotarcia na miejsce. Po wpakowaniu, czy raczej upchaniu się do bardzo niewygodnego, ciasnego i niestety dusznego autobusu, dostaliśmy od Danusi nasze paszporty (potrzebne czasami do wejścia do MP) i komplet imiennych biletów na pociąg, autobus i potem na wejście do MP. Podróż z Cusco do Ollantaytambo (właśnie rzuciłem okiem na przezornie zrobione zdjęcie z nazwą miejscowości, bo jest nie do zapamiętania) trwa około 1,5 godziny. Podróżuje się najpierw nieco w górę, potem dość płasko (piękne widoki na ośnieżone Andy we wschodzącym słońcu), a potem ostro z górki na pazurki do doliny Inków, najpierw miejscowość Urubamba a potem właśnie Ollantaytambo. Ta ostatnia miejscowość jest już na wysokości ok. 2800m, to jest prawie kilometr niżej niż Cusco. Tam wsiadamy do turystycznego pociągu Perurail pomalowanego na niebiesko w żółte pasy i jedziemy dalej do Aguas Calientes, czyli miejscowości znajdującej się na dnie doliny. Ponieważ bilety są imienne, procedura wsiadania do pociągu jest dość długotrwała więc nie należy lekceważyć konieczności przybycia co najmniej 20 minut przed odjazdem. Polecam spróbowania doskonałej kawy w małym barze na peronie dworca - ZNAKOMITA!

PRZEJAZD

Przejazd pociągiem trwa następne 1,5 godziny. Spodziewałem się znacznie ciekawszych widoków za oknem. Czasami coś widać, ale poza spienioną ale niestety zanieczyszczoną Urubambą (rzeka także się tak nazywa), niezbyt wiele się dzieje. Za 6 soli można w pociągu kupić całkiem niezłe piwo Cusquenia, drobne przekąski czy nawet kanapki. Te ostatnie kończą się bardzo szybko, ponieważ co prawda śniadanie w hotelu było przygotowane na czas, ale nie wszyscy mieli na nie tak wcześnie apetyt.

Spędzamy czas rozmawiając z dwoma bardzo miłymi Amerykankami (matka i córka), które przyjechały do Peru na ślub syna starszej z Pań z Peruwianką. Wymieniamy kilka uprzejmości i od czasu do czasu ze dwa zdania. Zrozumienie przyczyny sporej tuszy matki rozumiemy, gdy zaczyna jeść swoje śniadanie. Nie wiem, czy pierwsze czy drugie. Otóż córka wyjmuje z plecaka duży słoik masła orzechowego i kilkanaście niewielkich placuszków (pancakes). Za pomocą wydobytego także z torby noża, starsza pani smaruje masło orzechowe na grubość palca i ze smakiem zjada. Cóż, to chyba nie jest zdrowe żywienie.

W miłej atmosferze dojeżdżamy do Aguas Calientes (ok. 2000 mnpm), gdzie przechodzimy przez kolejną peruwiańską ścieżkę zdrowia, czyli targ składający się z kilkudziesięciu straganów o różnej lecz w sumie dość monotonnej zawartości. Wszelkie rękodzieło, chyba najbardziej zróżnicowana oferta z jaką się spotkaliśmy podczas pobytu w Peru.

Na razie nie ma czasu na zakupy i szybkim krokiem przechodzimy do stanowiska z którego odjeżdżają autobusy na Machu Picchu, które leży jakieś 400m wyżej na niewielkiej przełęczy pomiędzy szczytami Machu Picchu i Wayna Picchu. Można tam dojść na piechotę, jednak zdecydowanie nie polecam takiej drogi bez przygotowania. Jedziemy autobusem, który w ciągu mniej więcej dwudziestu minut pokonuje trasę do wrót miasta. Obecnie sytuacja na przystanku autobusowym to jest super standard. Kolejka turystów pilnowana przez obsługę, która także steruje podjazdem kolejnych busów, powoduje że wszystko odbywa się spokojnie i bez nerwów. Autobusów na tej trasie kursuje kilkanaście bądź kilkadziesiąt, więc nie ma praktycznie żadnego czekania. Autobusy są wygodne – znacznie lepsze niż ten którym jechaliśmy z Cusco, w końcu co Mercedes to Mercedes, i ewidentnie przygotowane do ekstremalnej podróży w obie strony.

Ładujemy się do dwóch kolejnych autobusów i jedziemy w górę. Droga jest bardzo ekstremalna. Oczywiście gruntowa i bardzo wąska, a miejscami z jednej strony ściana, z drugiej przepaść. Pnie się zakosami pod górę, a kierowca dokonuje czasami cudów zręczności, aby w tumanach kurzu wyminąć autobus zjeżdżający z góry. Dawka emocji bardzo duża, ale adrenalina w oczekiwaniu na widok MP chyba jeszcze większa, więc podróż przebiega dość szybko.

  • poranek
  • uwaga!
  • ostatnie zakupy
  • wagony
  • wsiadamy
  • pociąg
  • mijanka
  • ruiny Inków
  • stacja kolejowa
  • Aguas Calientes z góry
  • Andy
  • już za rogiem

MACHU PICCHU

Przed wizytą w MP bardzo obawiałem się rozczarowania. Jak być może pamiętacie, spotkałem w Arequipa Polaków, którzy tam byli i byli bardzo zawiedzeni i rozczarowani. Twierdzili że są tam takie tłumy turystów, że ledwo widać spomiędzy nich skały. Także w książce o Peru czytaliśmy podobne opisy. Często tak bywa, że nastawiając się na coś wspaniałego łatwo o rozczarowanie. Skracając nieco wstęp powiem, że owszem turystów było mnóstwo, ale nie czuję rozczarowania. Widok tego wspaniałego i rozległego miasta jest powalający. Nawet turyści, których jest rzeczywiście bardzo dużo, nie psują tego wrażenia. Oczywiście każdy ma swoje przemyślenia, ale jak podsłuchałem rozmowy naszych wycieczkowiczów, chyba wszyscy byli bardzo zadowoleni.

Tak więc podróżowaliśmy super autobusem po bardzo krętej drodze po bardzo stromym zboczu. Po jakichś 15-tu minutach i kilkunastu zakrętach typu ‘patelnie’ po raz pierwszy ujrzeliśmy ruiny miasta. Pozostaje jedynie podziwiać geniusz tamtejszych architektów i budowniczych, którzy potrafili umieścić spore miasto w taki sposób, że nie jest w żaden sposób widoczne z dołu doliny. Podróżnik poruszający się doliną ma do wyboru tak wiele szczytów na które można wejść, że odnalezienie go było wyłącznie kwestią przypadku.

W sprawie odkrycia i jego daty są dwie wersje. Oficjalnie odkrycie przypisuje się amerykańskiemu uczonemu Hiramowi Binghamowi, który w lipcu 1911 roku wszedł na MP kierowany podpowiedzią miejscowego Indianina. Jest jeszcze druga, nieco mniej romantyczna wersja (za Wikipedia), że odkrycia dokonał 40 lat wcześniej niemiecki handlarz Augusto R. Berns, który założył spółkę z rządem Peru i prezydentem tego państwa, i za udział w zyskach eksplorował miasto sprzedając zabytki znalezione w grobowcach i pomieszczeniach. To może tłumaczyć, dlaczego w mieście prawie nic nie znaleziono i wydaje się bardzo zniszczone. Ciekawe dlaczego nie wspomina o tym lokalny peruwiański przewodnik…

Była nawet hipoteza, że miasto zniszczyli hiszpańscy konkwistadorzy, ale po takim wydarzeniu z pewnością byłby jakiś ślad w dokumentach. MP zostało opuszczone około 1537 roku z nieznanych przyczyn, tak samo jak nieznane jest jego prawdziwe przeznaczenie.

Jest wiele teorii na każdy temat i słuchanie przewodnika jest początkowo zabawne, a potem zaczyna irytować. Opis prawie każdego pomieszczenia wygląda mniej więcej następująco: „Widzicie Państwo salę niedokończonej świątyni czegoś tam. Te okna służyły do obserwacji astronomicznych… Jest jednak inna teoria według której to pomieszczenie służyło jako skład żywności, albo jeszcze czemu innemu…”. Właściwie wszystko to są całkowite domysły i jeśli nie jest znane przeznaczenie samego miasta, to są to czyste dywagacje i można spokojnie kontemplować to co się widzi nie słuchając
przewodnika. Problem z kulturą Inków polega na tym, że nie znali pisma w naszym znaczeniu i nie ma żadnej dokumentacji źródłowej opisującej ich czasy.

Najbardziej wiarygodna interpretacja przeznaczenia miasta, sugerująca że był to kompleks świątynno – mieszkalny, zamieszkały głównie przez kapłanki słońca, bazuje na bardzo dużej dysproporcji pomiędzy szkieletami kobiet i mężczyzn (10:1) znalezionych w rejonie MP. Ale to także tylko i wyłącznie dywagacja.

Po wyjściu z autobusu, zaczynamy zwiedzanie i wspinamy się stromy szlakiem pośród dość rachitycznych drzew i krzewów. Nie wiem jak to wygląda w lecie, ale nawet w środku peruwiańskiej zimy skwar leje się z nieba. Nie należy poddawać się szałowi robienia zdjęć zaraz na początku. Tworzą się regularne kolejki do zdjęć w kilku atrakcyjnych miejscach. Tymczasem idąc dalej w górę są znacznie lepsze punkty widokowe, a nie ma przy nich takiego tłoku.

Swoją drogą, w czasach fotografii analogowej, na miejscu producentów klisz fotograficznych wyłożyłbym każde pieniądze na zwiększenie liczby turystów odwiedzających MP. Nie wiem, czy jest wiele podobnych miejsc gdzie ludzie wykonują tak obłędną ilość fotografii. Teraz, w dobie fotografii cyfrowej gdy praktycznie nie ma limitów, zwiedzanie wygląda jak oddawanie czci jakiemuś nowemu bożkowi, ponieważ co kilka – kilkanaście kroków, każdy zastyga z wyciągniętą przed siebie ręką z jakimś srebrnym zazwyczaj pudełkiem, wpatruje się w nie i rusza palcem wskazującym. Potem patrzy na pudełko, idzie kilka kroków i powtarza cały rytuał po wielokroć. Wygląda to jak jakiś obłędny rytuał. Miliony zdjęć dziennie i wszystkie prawie takie same i w tych samych miejscach i na każdym poza szarością dumnych ruin kolorowe czapeczki ‘premierówki’, t-shirty, sandały i setki twarzy ociekających potem i drepczących karnie w ślad strzałek na kamieniach…

Niezależnie od tego dziwnego tańca i samych wątpliwości wokół niego, miejsce jest zdecydowanie warte zobaczenia i nie zgadzam się z osobami, które mówią że nie warto. Warto, choć gdybym mógł, to zapłaciłbym dużo kasy aby być tam o świcie bądź o zachodzie słońca i móc podziwiać majestat miasta bez setek turystów za każdym załomem skały. Wrażenie musi być wtedy zupełnie inne.

Swoją drogą, wszyscy są pod olbrzymim wrażeniem organizacji zwiedzania i całego procesu. Ilość turystów docierających codziennie do MP jest limitowana miejscem w pociągach turystycznych przyjeżdżających z Cusco czy z Ollantaytambo. Podobno jest to około 2500 osób dziennie. Nie ma szans na wizytę w MP na własną rękę. Zawsze trzeba skorzystać z jakiegoś biura podróży, których w samym Cusco jest mnóstwo. Biuro dostarczy turyście komplet biletów i umożliwi dotarcie na miejsce. Wersji jest kilka. Na najwyższej półce znajduje się podróż pociągiem o nazwie Hiram Bingham (od nazwiska oficjalnego odkrywcy Machu Picchu) z Cusco do Aguas Caliente przez góry w bardzo komfortowych warunkach. Mniej wyrafinowany sposób, to dotarcie autobusem turystycznym z Cusco do Ollantaytambo, potem pociąg klasy „backpackers” o bardzo przyzwoitym poziomie, a potem zwiedzanie. Czy jest inna droga? Otóż z Cusco do Ollantaytambo można dotrzeć także lokalnymi busikami, których jest mnóstwo. Gdy wracaliśmy, po wyjściu z pociągu aż roiło się od ofert wykrzykiwanych przez naganiaczy „Friend, Amigo, Cusco for ten solas, Cusco for eight solas, Cusco for five solas, …”. Mniej niż 5 soli nie słyszałem, ale to około półtorej godziny jazdy za 5 do 10 zł … Oczywiście warunki będą mało komfortowe, bo będzie to upchany na maxa busik, ale za takie pieniądze?

O samym MP nie będę pisał, bo nie ma to wielkiego sensu. Także większość zdjęć robionych w tym miejscu ma wartość raczej geologiczną bądź emocjonalną, ponieważ widać na nich w większości po prostu stosy mniej lub bardziej poukładanych kamieni. Zapewne można zrobić tutaj wiele ciekawych zdjęć, ale to wymaga czasu, a także cudownego wyretuszowania setek zwiedzających. To miejsce trzeba po prostu samemu zobaczyć – warto.

MACHU PICCHU – dwie dygresje.

Temperatura. W MP nawet w środku zimy jest gorąco. Z jakichś powodów, być może duża ilość nagrzanego kamienia, temperatura jest wysoka, a do tego jest bardzo duszno. Dużo chodzi się pod górę i z góry po schodach, co dla osób o słabszej kondycji jest sporym wyzwaniem. Koniecznie trzeba posmarować się dobrym filtrem i zabrać nakrycie głowy. Także dobre buty nie będą zawadą. Zwykłe adidasy mogą nie zdać egzaminu. Cała wycieczka trwa od 1 do 3 godzin, które spędza się idąc wolnym krokiem często przystając w miejscach gdzie zdarzają się „korki”. Są trzy oznakowane kolorami trasy, które można wybrać w zależności od możliwości i czasu. Moim zdanie warto wybrać najdłuższą. Jest ciekawie, a jeśli do tego jest przewodnik który potrafi co nieco powiedzieć, warto poświęcić czas i pot.

Góra Wayna Picchu jest obok widoku samego miasta najbardziej charakterystycznym elementem tego miejsca. Jest widoczna prawie na wszystkich pocztówkach i zdjęciach z tego miejsca. Tak naprawdę, bez Wayna Picchu, można sfotografować prawie każde inkaskie ruiny i twierdzić, ze jest to Machu Picchu. Najbardziej typowe ujęcia robi się z Machu Picchu w stronę Wayna Picchu. Na wzgórze Machu Picchu normalny człowiek wejść nie może, a na Wayna Picchu można. Niestety obowiązuje limit 400 osób dziennie jakie mogą wejść na szczyt i limit ten jest skrupulatnie przestrzegany. Gdy dowiedziałem się o możliwości wejścia na WP, to ku rozpaczy mojej Żony, która próbowała mnie powstrzymać, przebiegłem jakiś kilometr po kamiennych schodach wymijając wiele wycieczek aby spróbować wejścia. Powitał mnie bardzo miły strażnik, który z przyjemnością sprzedał mi za 5 soli buteleczkę wody mineralnej, ale w żaden sposób i za cenę żadnych argumentów nie chciał mnie wpuścić na szlak. Wejście i zejście trwa podobno około godziny i wymaga dobrych butów i dobrej kondycji. Widok stamtąd ma MP jest podobno piękny, ale nie dane mi było spróbować. W ogóle można tam wchodzić od 7-mej rano i ponoć koło 10-tej szlak jest już zamknięty.

Po nieudanej próbie wejścia na Wayna Picchu staram się odnaleźć swoją grupę. Nie jest to proste przedsięwzięcie. Postanawiam zadziałać najprościej jak się da, a mianowicie idąc trasą zwiedzania ale w drugą stronę. W zasadzie nie powinienem się z nimi rozminąć. Jednak po zrobieniu kilkunastu kroków dobiega mnie głos strażnika, który informuje mnie, że poruszać się po trasie można tylko w jedną stronę określoną jako kierunek zwiedzania, a w drugą się nie da. W podobnej sytuacji do mnie znajduje się jeszcze kilkoro turystów, równie zaskoczonych jak ja. Cóż robić wycofujemy się po śladach. Udaje mi się w końcu znaleźć dwukierunkową drogę zwiedzania i w końcu spotykam się z grupą mniej więcej w 1/3 szlaku. Teoretycznie czas przeznaczony na zwiedzanie naszą trasą to około 1,5 godziny. Kolejne 1,5 godziny miało być wolne. Niestety z różnych przyczyn zwiedzamy MP przez 2,5 godziny i czasu wolnego już po prostu nie ma. Ale chyba w sumie nikt specjalnie nie żałuje. Stajemy w niewielkiej kolejce do autobusu zwożącego turystów na dół i czekamy.

Zjeżdżamy do Aguas Calientes i jest dopiero 14:20. Lunch mamy zaplanowany na 16-tą a pociąg odjeżdża o 18:03. To właśnie jest ten moment, gdzie naszym (i nie tylko) zdaniem, wycieczka nie jest dobrze zaplanowana. Strata czasu. Co prawda w miejscowości jest chyba największy i najciekawszy targ indiański, ale ile można po nim chodzić? Logujemy się w niewielkiej restauracji na kawę, sok z pomarańczy (przepyszny) i sałatkę z owoców. W sumie za rachunek płacimy 54 sole i o dziwo akceptują moją kartę z PKO BP. Sztuka zapłacenia tą samą kartą w Boliwii się nie powiodła. Tam przeszła dopiero karta z jednego z banków światowych, która właśnie na takie okazje jest nieoceniona. Warto mieć więcej niż jedną kartę…

Ale na tym na razie koniec, bo czas zwiedzać Cusco. Jesteśmy już w ostatnim dniu i uważny czytelnik może zauważyć, że gdzieś zgubiłem jeden dzień. Tak się stało, ale na papierze można robić co się chce i to co działo się wczoraj opiszę po południu po powrocie z miasta.
  • pierwszy widok
  • miasto
  • centrum
  • tarasy
  • piramida
  • ruiny
  • Andy
  • okna
  • drzewko
  • domy
  • kwiat Inków
  • kwiatki
  • przemijanie
  • tarasy
  • Andy
  • Hiram Binhgam

KOLONIALNE CUSCO – PĘPEK ŚWIATA

Teraz trochę namieszam w czasie. Jest już wieczór ostatniego dnia pobytu w Peru i za jakąś godzinę udajemy się na pożegnalną kolację z tańcami, ale teraz połączę dwa dni. Jeden, a był to wczorajszy poranek w Cusco, i dzisiejsze zwiedzania miasta.

Wczoraj rano wyruszyłem o 6:00 spod hotelu wyposażony w aparat fotograficzny, a także mój nieodłączny plecak i pojechałem do centrum. Taksówka zatrzymana bez żadnego problemu na ulicy („Plaza de Armas por favour”) kosztowała dokładnie 3 sole (trzy złote !) za około 15 minut jazdy. Dałem kierowcy 5 soli na dobry dzień, za co zostałem obdarzony szerokim uśmiechem.

Oddałem się pasji fotografowania miasta o wschodzie słońca i bez nadmiaru ludzi. Przed kilkoma godzinami spędziliśmy kilkadziesiąt minut na tym samym placu, ale wrażenie było zupełnie inne. Wczoraj pusto i kameralnie, wschodzące słońce które rozpalało szczyty kolejnych budowli otaczających plac… Niesamowita atmosfera. Wraz ze mną było jeszcze dwóch podobnych maniaków, ale byli ubrani znacznie cieplej niż ja. Rzeczywiście w cieniu było raczej rześko i widziałem zdumione spojrzenia tubylców patrzących na gringo w kapeluszu, t-shircie i kamizelce, podczas gdy oni sami byli opatuleni ciepłymi kurtkami, a niektórzy mieli nawet rękawiczki. Wrażenie podobne jak w zimie w Egipcie.

Starałem się na miarę moich możliwości uchwycić magię tego pępka świata (według wierzeń Inków, Cusco było centrum centrów świata). Plaza de Armas prawie pusta, wschodzące słońce, … bajka.

Byłem świadkiem stłuczki na bardzo stromej ulicy wcześniej polanej wodą z polewaczki, a także kupiłem za jednego sola przepyszny biszkopt bananowy od ulicznego sprzedawcy. Bardzo lubię takie klimaty i podobnie sfotografowałem Wenecję i Rzym kilka lat temu. Miasta o poranku pokazują zupełnie inne oblicze. Mam nadzieję, że kilka załączonych fotek wyjaśni mój punkt widzenia.

W ogóle klimat Cusco jest fantastyczny. Szczególnie o poranku warto pochodzić po okolicach Plaza de Armas i zwiedzać boczne uliczki i niewielkie placyki. Na razie nie ma turystów, tylko miejscowi spieszą (może nawet niespecjalnie) do pracy. Czytają poranne gazety i czyszczą buty. Prowadzą pogawędki ze spotkanymi znajomymi… Pomiędzy dorosłymi pijącymi herbatę z ulicznych stoisk przemykają dzieciaki spieszące się (te rzeczywiście) do szkoły. To wszystko oświetlone porannym słońcem…

Tylko ziiiimno w ręce…
  • figury
  • ptaki
  • sprzątanie
  • sprzątanie
  • katedra
  • poranek na placu
  • wschodząca katedra
  • kiatek
  • stłuczka
  • brązowo
  • balkony
  • odblask
  • kopuła
  • balkoniki
  • garbusek
  • jeszcze pusto
  • ciasto bananowe
  • do pracy
  • odpoczynek
  • oczekiwanie
  • biało-niebiesko
  • balkonik
  • czekając na turystów
  • do szkoły
  • do szkoły
  • na glanc
  • lektura
  • dwóch mężczyzn i psy

CUSCO - najbliższa okolica

Właśnie wróciliśmy z ostatniego spaceru po mieście. Właściwie zamierzam jeszcze jutro z samego rana przejechać się do centrum aby zrobić kilka zdjęć o poranku, ale zobaczymy jak się sytuacja ułoży. Dokonaliśmy ostatnich zakupów, kupiłem sporo cukierków i czekoladek z liśćmi coca, a także lokalnego napitku – pisco, który jest w rzeczywistości wódką z winogron, tak jak włoska grappa.

Dzisiaj zamierzałem zrobić to samo, jednak po wczorajszej podróży po Świętej Dolinie Inków, nie byłem w stanie wcześnie wstać. A może to był skutek wczorajszej bardzo smacznej kolacji? Nie wiem do końca jak było. Ale teraz przeskakujemy do dzisiejszego poranka i wyruszamy na zwiedzanie Cusco i bezpośrednich okolic.

Jak już wspomniałem, nie wstałem o świcie i spałem do siódmej (!). Potem j zapisałem to co pamiętałem z wizyty w Machu Picchu, i o 8-mej byliśmy na smacznym śniadaniu. O 9:05 podjechał nasz autokar, który spóźnił się całe 5 minut, pierwszy raz podczas wycieczki (organizacja na 5+). W ogóle dzisiaj zwiedzaliśmy kamole, czyli ruiny w różnym stadium rozkładu (ale nie było kościołów).

Na pierwszy ogień poszła świątynia wody Tambomachay, czyli kamienie numer jeden. W zasadzie bez historii, poza obserwowanymi przeze mnie dwoma paniami (chyba amerykankami), które czerpały energię ze starego inkaskiego zbiornika na wodę. Oczywiście straganowa ścieżka zdrowia i możliwość wykonania fotki z Indianką i z owieczką.

Po trwającym około 20 minut zwiedzaniu pojechaliśmy do „czerwonej twierdzy” Puca-Pucara, czyli kamienie numer dwa. Twierdza podobno wcale nie była twierdzą, a raczej posterunkiem celnym na wjeździe do doliny, ale tak nazwali ją Hiszpanie i tak zostało. Po ścieżce zdrowia załadowaliśmy się do autokaru i pojechaliśmy około 10 minut do skalnego labiryntu.

Kupa kamieni numer trzy czyli tak zwany „labirynt”. Jak zwykle same domysły co do przeznaczenia i wiele niesprawdzalnych teorii. Dramatyzmu całości sytuacji dodał wypadek Witka, który w trakcie zwiedzania sali służącej do mumifikacji zwłok, wpadł do zupełnie niezabezpieczonej dziury w ziemi. To naprawdę cud, że nic mu się poważnego nie stało. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć zupełnie inny scenariusz. Witek chcąc zrobić lepsze ujęcie, zrobił o jeden krok tyłem za dużo i po prostu wpadł do głębokiej na jakieś 2 metry dziury. Otarł sobie nogę, głowę, zniszczył bardzo drogie okulary i niegroźnie na szczęście uszkodził aparat foto. A mogło skończyć się o wiele gorzej. Po trwających jakieś 30 minut zabiegach „reanimacyjnych”, podczas których grupa wykazała wielką solidarność i chęć pomocy poszkodowanemu, ruszyliśmy na zwiedzanie kolejnej, tym razem bardzo dużej kupy kamieni będącej dawną fortecą (tym razem naprawdę).

Ogrom konstrukcji znajdującej się na jednym z wzgórz otaczających Cusco, znanej pod nazwą Sacsahuaman zrobił wielkie wrażenie. Dopasowanie mierzących ponad dwa metry bloków skalnych jest prawie doskonałe. Sama forteca miała trzy poziomy, każdy o wysokości ponad 3 metry, a także centralnie umieszczoną wieżę w której znajdował się zbiornik wody dla załogi. Wśród uczestników wycieczki było już widoczne pewne wyczerpanie i niechęć do oglądania kolejnych ruin. Ale widok na Cusco ze szczytu twierdzy robił wrażenie.

Po zwiedzaniu i przejechaniu kolejnych 30 minut wylądowaliśmy w centrum Cusco oglądając resztki świątyń tęczy, księżyca, gwiazd i słońca, na ruinach których, po ich doszczętnym ograbieniu, hiszpańscy najeźdźcy zbudowali kościół, jako oznakę swojej dominacji nad wcześniejszą religią. Rozprężenie wśród uczestników wycieczki było już bardzo widoczne. Same kamienie numer cztery było dość interesujące, jednak większość miała już po prostu dość.

Po trwającym około 30 minut zwiedzaniu, przeszliśmy wąską uliczką na Plaza de Armas, gdzie znajdował się ostatni punkt programu zwiedzania, czyli katedra. Zanim jednak zaczęliśmy zgłębiać przyjemnie chłodne wnętrz katedry, na schodach przed nią zrobiliśmy sobie pamiątkowe grupowe zdjęcie.

Zaraz potem kilka osób zrejterowało i zamiast zwiedzania katedry poszło w gorod. Wstyd się przyznać, ale po dwudziestu minutach, słuchając opisu kolejnego obrazu, wraz ze znajomymi postanowiliśmy także się urwać. Nasz limit percepcji uległ po prostu wyczerpaniu. Po szybkim obchodzie katedry zdecydowaliśmy się pójść na lunch do bardzo dobrze położonej knajpki na piętrze kamienicy przy rynku. Zamówiliśmy raczej lekkie jedzenie, czyli przystawkę składającą się z krokietów z yukki dla wszystkich do podziału i dla każdego inną zupę. Knajpa była bardzo OK. (znacznie lepsza niż wczorajszego wieczora) i z przyjemnością zapijając lunch zimnym piwem (nawet szklanice było zamrożone !), zjedliśmy lunch w oczekiwaniu na wieczorną, pożegnalną kolację. Witek kulał podczas schodzenia po schodach, jednak podziwiam jego spokój i opanowanie tej sytuacji. Wyobrażam sobie zupełnie inne scenariusze. Po lunchu poszliśmy na ostanie zakupy. W pierwszym małym markecie rozdzieliliśmy się i kontynuowaliśmy zakupy oddzielnie. Na niewielkiej uliczce znaleźliśmy wczoraj sklep z (podobno) oryginalnymi produktami peruwiańskimi i tam dokonaliśmy głównych zakupów składających się głównie z wyrobów zawierających przetworzone liście coca, dostając po smacznej czekoladce jako gratis.

Potem jeszcze sesja fotograficzna na urokliwym Plaza de Armas, tym razem pełnym ludzi, a potem spacer w kierunku hotelu. W sumie około 17-tej wylądowaliśmy z powrotem w hotelu, gdzie teraz przygotowujemy się do wyjścia na kolację. Wydarzenia wczorajszego dnia opiszę zapewne jutro, wraz z komentarzem dotyczący podróży powrotnej.

Podsumowując Cusco, jest to drugie z najładniejszych miast jakie widziałem podczas tej wycieczki. Palmę pierwszeństwa dzierży zdecydowanie Arequipa, której położenie w sąsiedztwie ośnieżonych wulkanów robi wielkie wrażenie. Na drugim miejscu jest Cusco, o pół długości wyprzedzając La Paz, a na samym końcu Lima wraz z Nazca. Puno ustawiam w tej klasyfikacji ciut powyżej Limy, której przyznaję zdecydowanie ostatnie miejsce.

  • woda
  • świątynia
  • czerpanie mocy
  • kobierce
  • Czerwona Twierdza
  • widok
  • okno
  • modły
  • dziecko
  • baby-alpaka
  • kup pan ...
  • labirynt
  • dziura Wojtka
  • Cusco
  • podobieństwo?
  • Chrystus nad Cusco
  • twierdza
  • kamole
  • mury obronne
  • katedra
  • coca rulez
  • fontanna
  • strugi
  • po lekcjach
  • po lekcjach
  • po lekcjach
  • zła modelka
  • policjant
  • fontanna
  • fioletowa fontanna
  • fioletowa fontanna
  • fioletowa fontanna

CUSCO - ŚWIĘTA DOLINA RZEKI URUBUMBA – Valle Sagrado

Tak więc cofam się w czasie o dwa dni. O ósmej rano, jak zwykle bardzo punktualnie podjechał nasz autokar. Pojechaliśmy zwiedzać Świętą Dolinę Inków, którą już mieliśmy częściowo okazję zobaczyć podczas przejazdu do Machu Picchu. Tym razem zaczęliśmy od górnej partii doliny, od miasta Pisaq. Kompletnie nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, tym bardziej że byliśmy świeżo po zwiedzaniu Machu Picchu, które jak dla mnie było topowym przeżyciem. Dolina położona jest na wysokości od 2400 do 3000 mnpm, co niestety naraża już na ataki moskitów, szczególnie w niższej części. Ciasny (ale to już zaakceptowałem) i niestety bez nawiewu (afera), autokar wywiózł nas z Cusco i mogliśmy się napatrzeć do woli na piękne ośnieżone szczyty Andów. Część załogi przysypiała…

Dość niespodziewanie autokar zatrzymuje się na punkcie widokowym z którego widać daleko w głąb doliny. Niestety to co mnie zdziwiło od początku, widoczność w Andach nie jest idealna. Wręcz przeciwnie, szczególnie do popołudnia utrzymuje się cały czas widoczne zamglenie. Liczyłem na krystalicznie czyste powietrze, a tu taka niespodzianka. Po obowiązkowych fotografiach i przejściu standardowej ścieżki zdrowia, ruszamy dalej do Pisaq. Mamy tam zwiedzić ruiny miasta-twierdzy Inków położone ponad miastem, a potem zaatakować największy w regionie indiański targ.

CUSCO – PISAQ

Autobus wspina się zakrętami drogi położonej na stromym zboczu i za kolejnym zakrętem ukazuje nam się wspaniały widok na twierdzę. Jestem zaskoczony, jak zresztą chyba większość wycieczki. Machu Picchu zachwyca wspaniałym położeniem wpasowane w przełęcz pomiędzy dwoma szczytami. Za to Pisaq powala rozmiarem. Kilkanaście, a może nawet więcej niż dwadzieścia szerokich tarasów opada po zboczu góry pełniąc rolę zarówno uprawną jak i ochronną dla fortecy i świątyni znajdujących się pod szczytem góry. Widok jest wspaniały.

Niestety przyjemność kontemplacji psują dwie rzeczy. Po pierwsze upał, w słońcu na skałach jest moim zdaniem spokojnie 28-30 stopni i niestety atakujące moskity. Wzięliśmy tym razem ze sobą Off Maxi, jednak te parszywe stworzenia zdają się zupełnie nie zwracać uwagi i jestem znowu boleśnie pogryziony. Podobnie zresztą jak większość wycieczki. Mimo upałów warto mieć na sobie długie spodnie i koszulę z długim rękawem. Trudno, trzeba swoje pocierpieć.

Dalej idziemy na dość długi, bo trwając ponad 1,5 godziny spacer wąską ścieżką wijącą się po zboczu góry. Twierdza Pisaq ma dwa centra. Jedno to sama twierdza wraz z instalacjami do gromadzenia zapasów i wody spływającej z okolicznej góry, a drugie to świątynia słońca położona po drugiej stronie wzniesienia, nieco niżej niż twierdza. Ścieżka okazuje się bardzo wymagająca dla większości wycieczki.

O ile w Machu Picchu nie było konieczności chodzenia w butach do wspinaczki, to tutaj dobre trekkingowe buty są niezbędne. Danusia uprzedzała o tym, więc tym bardziej dziwi widok niektórych osób ubranych w lekkie sandałki i poruszających się z widocznym trudem po wąskiej ścieżce. Gdybym miał ją do czegoś porównać, to chyba do drogi nad reglami w Tatrach, która miejscami jest eksponowana, jednak biegnie po zboczu raczej po płaskim.

Idąc ścieżką mamy cały czas piękny widok na tarasy leżące pod nami na zboczu góry, a czasami przekraczamy jakieś umocnienia służące zapewne celom obronnym. Widoki powodują, że tempo marszu jest bardzo wolne, ponieważ w wielu miejscach prawie każdy chce zrobić pamiątkowe zdjęcie. Wraz z Witkiem zamykamy raczej pochód czatując na okazje do zdjęć bez uczestników naszej wycieczki.

Po około 40 minutach marszu docieramy do dość dobrze zachowanej świątyni słońca. Wszędzie widać znak firmowy Inków, a mianowicie doskonale dopasowane do siebie głazy. Nie potrafię sobie wyobrazić jak można było tak dokładnie je obrobić, szczególnie, że nie są cięte "równo", ale mają różne zakrętasy i nierówność. Podobno było to robione celowo, ponieważ taki mur jest bardziej wytrzymały w wypadu trzęsień ziemi.

Kręcimy się po świątyni i wchodzimy na niewielki szczyt skąd rozciąga się piękny widok i na dolinę i na świątynię. Teraz trzeba dostać się z powrotem do autobusu. Pomimo tego, że w Pisaq są dwa miejsca w których parkują autokary, zwykle wyjeżdża się na wyżej położony, a potem schodzi do dolnego parkingu, jest całkiem sporo podchodzenia.

Okazuje się, że w najniższym punkcie wędrówki jesteśmy znacznie poniżej poziomu autobusu, na moje oko jakieś 50 metrów. Niby niewiele, ale w lejącym się z nieba upale (przypominam że tutaj jest zima), jest to dla niektórych spore wyzwanie. Po jakichś 20 minutach wspinaczki docieramy zdyszani na parking, gdzie z wielką radością wychylamy po dwie szklanki soku pomarańczowego (po 2 sole za szklankę) przygotowywanego na miejscu przez Indianki.

Mają bardzo zabawną maszynę do obierania skórki z pomarańczy, co wykorzystuje Danusia i robi z niej bardzo zabawny i naturalny naszyjnik. Sok jest cudownie chłodny ponieważ owoce trzymane są w wiadrach z zimną wodą i znakomicie orzeźwia po wspinaczce.

Ogólne wrażenie jest bardzo dobre. Rozległość i dobre zachowanie zabudowań robią wielkie wrażenie, nawet po wizycie w Machu Picchu

Jakoś nie słyszałem wcześniej o twierdzy Pisaq, a jestem skłonny stwierdzić, że ogólnym wrażeniem nie ustępuje Machu Picchu. Podstawową różnicą jest tajemniczość Machu Picchu i jego położenie. Ale za to Pisaq jest łatwiejsze do zwiedzania...

Zdecydowanie warto zobaczyć.

Targ w Pisaq

Ruszamy w kierunku targu w Pisaq i w autobusie czuje się narastające podniecenie. My także mamy chęć na zakupy niewielkich prezentów.

Targ mnie nieco rozczarował. Stoisk jest rzeczywiście bardzo wiele, a przy głównej alei obsługują także Indianie (rodzaj męski - rzadkość) i Indianki przebrane w kolorowe stroje regionalne, ale zawartość straganów jest dość monotonna.

Zresztą są to już kolejne stragany więc nic nowego nas nie zaskakuje. Widać pewną specjalizację i np. w rejonie Machu Picchu jest więcej wyrobów z kamieni, a w Pisaq więcej materiałów. Ale ogólnie mniej więcej to samo.

Zaskakuje nas niewielka liczba turystów, co zresztą potwierdza później Danusia. Chyba kryzys jednak osłabił zapędy zwiedzania świata i w mniej popularne rejony przyjeżdża po prostu mniej turystów.

Mnie najbardziej interesuje część targu związana z handlem owocami, warzywami i mięsem. Kolory atakują z każdej strony, a ciekawe warzywa budzą zainteresowanie. Jest gorąco i lepiej jest chodzić w cieniu, ale jak zwykle, po 45 minutach wycieczka w komplecie melduje się w autobusie.

Kolejny cel naszej podróży to twierdza Ollantaytambo położona w miejscowości o takiej samej nazwie.

  • dolina
  • urubamba
  • esy-floresy
  • chmurka
  • tarasy
  • przedmurze
  • twierdza
  • twierdza
  • kamień na kamieniu
  • dolina Urubamby
  • schody, schody
  • dolina Urubamby
  • pozostałości
  • wieża strażnicza
  • 500m
  • krąg słońca
  • zimny soczek
  • kapelusz
  • malarz
  • liczenie
  • słodkie sny
  • smacznego
  • mieszanka
  • kolby
  • natura
  • natura
  • waga
  • Pani Ząbek
  • Pan Ząbek

OLLANTAYTAMBO

Pisałem już o tym wcześniej, ale ponieważ było to wiele dni i rozdziałów temu, to się powtórzę i przypomnę co oznacza tak egzotycznie brzmiąca nazwa Ollantaytambo. Otóż Ollantay to nazwisko sławnego generała z czasów Inków, założyciela i budowniczego tej twierdzy. "Tambo" z kolei oznacza (podobno) rodzaj obozowiska i miejsca odpoczynku. Co oznacza Ollantaytambo, to już chyba jasne...

Przejazd do Ollantaytambo trwa około 1,5 godziny, a droga prowadzi po dnie doliny rzeki Urubumby. Wjazd do samego Ollantaytambo jest dość specyficzny i składa się z kilku bardzo ostrych zakosów wybrukowanej drogi. W ogóle poruszanie się pojazdami mechanicznymi po miejscowościach doliny Inków jest trudne. Ich struktura komunikacyjna pamięta czasy Hiszpanów, którzy raczej nie planowali pojawienia się autobusów i tirów w wąskich uliczkach. Kunszt kierowców autobusów budził mój podziw. Trzeba przyznać, że w trakcie całej podróży, choć kilkukrotnie zmienialiśmy autokar, a zatem także kierowcę, nie czułem zagrożenia. Trzeba przyznać, że od tej strony trudno coś zarzucić.

Po problemach związanych z wymijaniem się pojazdów w wąskich uliczkach miasteczka dojechaliśmy pod twierdzę. Można powiedzieć, że kolejne kamienie w pełnym słońcu. Znowu tarasy i wędrówka po bardzo wysokich i niewygodnych schodach, a do tego upalne słońce. Co kilkadziesiąt schodów szukaliśmy chwili wytchnienia w cieniu rzucanym przez wielkie głazy.

Przewodnik barwnie opowiadał o prawdopodobnym przeznaczeniu poszczególnych pomieszczeń, a także usiłował poruszyć naszą fantazję abyśmy wyobrazili sobie wizerunek boga-bogów Wirakochy na wykonany zboczu przeciwległej góry, czy kształt drzewa w zabudowaniach doliny itp. Jak zwykle mnóstwo w tym domysłów i gdybania. Ale jak zwykle położenie twierdzy i jej kunsztowne wykonanie wzbudziły podziw dla techniki militarnej Inków. Zwiedziliśmy niedokończoną świątynię słońca, a potem przeszliśmy trawersem po wąskiej ścieżce do drugiej części fortyfikacji.

Pogoda znowu dała nam nieźle w kość i nie chcę sobie wyobrażać, co tutaj dzieje się w lecie. Woda, czapka, lekkie i przewiewne ubranie, dobre buty, to niezbędne wyposażenie do zwiedzania fortec Inków.

Po zwiedzeniu twierdzy pojechaliśmy na lunch do miejscowości Uburumba. Lunch (niestety) całkiem smaczny i w formie bufetu, co zapewniło sytość i uczucie komfortu gastrycznego. Do lunchu jak zwykle przygrywał zespół Indian, ale tym razem muzyka nieco inna, bardziej klubowa. Po dokładniejszym zbadaniu okazało się, że dwaj muzycy korzystali z dużego wsparcia elektroniki i większość wydawanych przez nich dźwięków nie była autentyczna. Jednak nie było to najgorsze rozwiązanie, bo muzyka nie była tak nachalna jak zwykle.

Ponieważ musieliśmy spieszyć się do zwiedzenia kolejnego kościółka (ZNOWU), trzeba było szybko skończyć lunch i jechać do odległego o ponad godzinę jazdy po wąskiej drodze miasteczka Chincheros.

Po drodze do Chincheros "szlag mnie trafiał", ponieważ po naszej lewej stronie rozciągał się piękny widok na Andy w popołudniowym słońcu. Na pierwszym planie rozległe łąki usiane domkami z cegły adobe, w tle ośnieżone góry... Ale oczywiście autobus MUSIAŁ zdążyć na jakąś określoną godzinę, BO ZAMKNA NAM KOŚCIÓŁEK !!!! Mam wrażenie, że większość wycieczki nie miałaby nic przeciwko temu aby takie opóźnienie nastąpiło.

Na szczęście, oczywiście po sakramentalnym ".... Proszę Państwa, za 10 minut odjeżdżamy bo się spóźnimy do kościółka ...", autobus zatrzymuje się na chwilę na zakolu drogi (oczywiście stragany) z którego jest niezły widok. Mankamentem tego miejsca jest brak pierwszego planu, i trzeba trzaskać takie sobie widoczki. Urok miejsca ratuje prześliczna mała indianka, która jednak starannie wyszkolona, bez jednego sola nie patrzy w aparat :)

Ponieważ nie miałem już żadnych drobnych, decyduję się na "kradzież wizerunku" :) i robię kilka zdjęć.

Zaraz ruszamy dalej, do Chincheros i napięcie związane z kolejnym kościółkiem nie daje mi usiedzieć na miejscu :)

  • twierdza
  • schody Guliwera
  • twarz Wirakocha
  • targ
  • Ollantaytambo
  • widoczek
  • szczyty
  • targ
  • dziecko Andów

CHINCHEROS

Z opisem tej części zwiedzania mam pewien problem. Otóż kościółek jak kościółek. Za to miasteczko! Miasteczko było bardzo urokliwe. Szczególnie w zachodzącym słońcu. Ludzie, kolory, sceneria. Chętnie bym tam został znacznie dłużej.

Przyznam, że choć piszę o tym tylko z dwudniowym opóźnieniem i nie pamiętam już co było takiego ciekawego w tym kościółku. Aha, już sobie przypomniałem, po prostu do niego nie wszedłem :) Swoją drogą takiej ilości kościołów podczas wycieczki jeszcze chyba nigdy nie zwiedziłem. W zasadzie mogę stwierdzić, że gdybym wybierał się na objazd kościołów, to wykupiłbym wycieczkę po Watykanie.

Ilość budownictwa sakralnego przekroczyła mój poziom akceptacji i po prostu oddałem się robieniu zdjęć detali okolicznych budynków. Zresztą nie byłem odosobniony w niechęci do zwiedzania kolejnego kościoła, była nas całkiem spora grupka.

Podczas schodzenia do autobusu bardzo urokliwymi uliczkami miasteczka, zwiedziliśmy wiele straganów, czyli peruwiańska ścieżka zdrowia po raz n-ty. Tym razem miałem wrażenie, że jest inna oferta handlowa. Wiele wyrobów z tykw, które są na miejscu (przynajmniej takie można odnieść wrażenie), ozdabiane przez artystów-rzemieślników. Poza tym spory wybór ceramiki i kubków. Chciałem nawet kupić kubek do herbaty, ale zapach pokrywającego go lakieru był tak okropny, że mimo ładnego wyglądu nie zdecydowałem się na zakupu.

Zachodzące słońce pięknie oświetlało niewielkie domki co dodało uroku temu ostatniemu akcentowi zwiedzania.

Piękne miasteczko, a kościółek... nie wiem i nie żałuję :)

Cóż, wróciliśmy do Cusco, skąd jutro wylecimy do Limy, gdzie przesiądziemy się do samolotu zmierzającego z powrotem do domu...

Czas żegnać się z tym ciekawym miejscem. 

  • uliczka
  • kościółek #.....
  • zachód
  • drzwi piekieł
  • brama niebios
  • dziurka
  • okienko
  • zielono
  • negatyw
  • jednak bolą
  • głowa
  • latawiec
  • dziecko
  • pogawędka
  • ach te schody
  • targ
  • targ
  • młodzież
  • prace ręczne

LIMA II, WYLOT

I tak wylądowaliśmy ponownie w Limie. Miasto przywitało nas jak zwykle mgłą i chmurami, co jest bardzo typowe. Po krótkiej odprawie i odzyskaniu bagaży, co poszło bardzo sprawnie, przejął nas znany z wcześniejszych etapów naszej podróży Tomek. Znowu wszystko było zorganizowane na 100%. Autokar czekał, załadowaliśmy bagaże (to była najłatwiejsza forma ich przechowania) i ruszyliśmy do miasta.

Po lunchu wszyscy wpadli w miłe rozleniwienie co zapewne było przyczyną pewnego przedłużenia pobytu w tej restauracji, autobus zawiózł nas z powrotem na lotnisko. Ostatnia (no może przedostatnia) część podróży licząc jeszcze międzylądowanie w Amsterdamie, była dość irytująca. W sumie przez ponad 2 godziny staliśmy w różnych kolejkach. Najpierw jedna z najdłuższych kolejek do check-in jakie widziałem. Co prawda były cztery stanowiska, a nawet pięć licząc stanowisko biznes klasy, ale niestety odprawa szła koszmarnie wolno. Do tego sporo par, w tym, także my, zostało rozdzielonych i musieliśmy dokonywać zamian już na pokładzie samolotu. Ogólnie duży bałagan. Dalej coś, co nie było nam dotychczas znane, a mianowicie tak jak w Cusco, konieczność opłacenia osobiście opłaty lotniskowej. Znowu kolejka, co prawda bardzo sprawnie szła, ale przymus posiadania co najmniej 31 USD w gotówce na osobę (ewentualnie sole) dodatkowo komplikuje sprawę. W żaden sposób nie mogę zrozumieć dlaczego ta opłata nie może być doliczana do ceny biletu. Ale zapłaciliśmy i teraz trzecia wielka kolejka do kontroli bagażu.

Patrząc na ilość osób które pracują w różnych miejscach, dochodzę do wniosku, że podobnie jak w Egipcie, w Peru musi być duże bezrobocie. Nie rozumiem po co trzykrotnie kontrolowane są paszporty, co za każdym razem powoduje utworzenie kolejnej kolejki… Paranoja.

Najciekawsze jednak dalej. Z tymi samymi torbami przechodziliśmy odprawy już w Warszawie, Amsterdamie i Cusco, i nie było żadnych problemów. Tutaj, bardzo wiele osób miało dodatkowo przeszukiwane bagaże podręczne, a bramka wykrywająca metale jest ustawiona tak czule, że praktycznie każdy musiał dodatkowo przechodzić indywidualną kontrolę wykrywaczem do metalu, co dodatkowo powodowało zatory. Najgorsze jednak było to, że ludzie przeszukujący bagaż nie mówili ani słowa po angielsku. Facet rozebrał na części mój plecak a ponieważ nie potrafił mi powiedzieć czego szuka, nie mogłem mu w żaden sposób pomóc. Kompletna paranoja. Ponieważ tuż przed wylotem z Cusco kupiłem połówkę krążka miejscowego sera, włożyłem go do bagażu podręcznego. Facet przez 2 minuty oglądał i wąchał opakowanie, czytał dokładnie napisy itp. Zapewne sądził, że jest to plastyczny materiał wybuchowy :) Okazało się w końcu (a przynajmniej tak mi się wydaje), że podejrzenia wzbudziło właśnie połączenie tego kawałka sera i plątaniny kabli jaką stanowiły zwinięte niechlujnie słuchawki do odtwarzacza MP3. Gdyby gość mówił cokolwiek po angielsku, zapewne całość tematu dałoby się załatwić w 2 minuty, a tak spędziliśmy na kontroli ponad 10. Jak widziałem ponad połowę podróżnych spotykało to samo. Ogólnie oceniam lotnisko w Limie jako jedno z najgorszych jakie widziałem, panuje tam bałagan, a ilość kolejek doprowadza do szału. Gorzej chyba jest jedynie w Egipcie.

PROBLEM WITKA

Ale w końcu dotarliśmy do gate’u i tu kolejna niespodzianka. Otóż koło nas przeszedł Witek w towarzystwie kogoś z obsługi i zniknął za zamkniętymi drzwiami. Okazało się, że wezwano go do kontroli bagażu głównego. Mieliśmy pewne podejrzenia o co chodzi, ponieważ kilka dni wcześniej kupił niewielki instrument strunowy (nazwa coś jak charango), wyglądem przypominający miniaturę mandoliny, z pudłem wykonanym z pancernika (dokładnie z jego pancerza). Witka nie było przez ponad 30 minut i niepokoiliśmy się co się dzieje, a obsługa gate’u nie potrafiła niczego sensownego powiedzieć. Już w samolocie, Witek opowiedział jak przez 15 minut błądzili wraz z pracownikiem lotniska po jego zakamarkach, aby w końcu trafić do działu kontroli bagażu głównego. Podejrzenia okazały się słuszne. Pancernik okazał się chroniony, a jego wywóz w jakiejkolwiek postaci niemożliwy. Zresztą obok Witka w podobnych sprawach czekało wielu pasażerów, co dodatkowo wydłużyło całą, bardzo niemiłą zresztą sytuację. Na szczęście poza zarekwirowaniem instrumentu nie było innych konsekwencji, więc gdy po rozluźnieniu się „odrobiną” whisky kupioną w strefie wolnocłowej opowiadał nam o całej sytuacji, był już „tylko” skrajnie wściekły. Bardzo cieszył się na możliwość gry na tym instrumencie. W sumie skończyło się źle ale nie fatalnie…

Koniec końców wszyscy znaleźliśmy się na pokładzie samolotu, a wyświetlacz pokazuje, że do lądowania w Amsterdamie pozostało jeszcze tylko 1h15min. Samolot leci na wysokości 11300m, z prędkością względem ziemi 1040 km/h (musi mieć dobry wiatr), a temperatura na zewnątrz -53stC. Nie pamiętam kiedy ostatnio przespałem tyle godzin w samolocie, zwykle nie potrafię zasnąć, a tym razem prawie cały lot. Poza bardzo niewielkimi turbulencjami na początku trasy, jeszcze nad Amazonią, cały lot przebiegł  całkowicie spokojnie i bez wstrząsów. Jeszcze tylko przebiegnięcie się po lotnisku w Amsterdamie i własny domek jest już coraz bliżej na horyzoncie.

I to by było na tyle.

DYGRESJE – PERUWIAŃSKIE DROBIAZGI

Przypomniałem sobie o kilku drobiazgach o których warto wiedzieć wybierając się do
Peru.

Jedna dotyczy sprawy bardzo przyziemnej, a mianowicie ubikacji. Podobno z powodu wąskich rur kanalizacyjnych nie można wrzucać do muszli klozetowej papieru. Także po wycieraniu z przeproszeniem tyłka. Ponoć takie same zwyczaje obowiązują bądź obowiązywały w Rosji. Szczerze przyznaję, że nie mogłem się na to zdobyć. Jeszcze w publicznych ubikacjach można wrzucić taki papier do kosza, ale w pokoju hotelowym? Cóż, co kraj to obyczaj.

Druga kwestia dotyczy także fizjologii, ale już mniej brudnej. Po kilku dniach na wysokościach, pomimo wilgotności na poziomie 40%, większość grupy cierpi na katar i kaszel. Śluzówka jest strasznie wysuszona i w połączeniu z wysokością około 4000m możliwe są nawet krwotoki z nosa. Nawet tabletki Acatar nie pomogły. To jest uciążliwe i może stanowić problem. Nie wiem co można na to poradzić.

Trzecia kwestia dotyczy moskitów, czyli małych, niesłyszalnych, niewidzialnych i wstrętnych potworów. Niestety mam uczulenie na pogryzienia takich owadów i z dużymi problemami je przechodzę. Dotychczas byłem szczęśliwy, że nie miałem z nimi styczności. Ostatnie pogryzienia przez meszki na Mazurach goiły się przez trzy tygodnie. Niestety, w końcu mnie dopadły. Na wysokościach poniżej 2400 metrów moskity w Peru już niestety są. Pogryzły mnie dotkliwie po rękach podczas oczekiwana na pociąg w Aguas Caliente (pociąg którym wraca się z Machu Picchu). Także podczas zwiedzania świętej doliny Inków i wspaniałych wykopalisk w Pisaq nawet wzmocniona wersja OFF-a mi nie pomogła i moja kolekcja ugryzień zwiększyła się o kilka kolejnych. Tak że bądźcie przygotowani na spotkanie z tymi wstrętnymi owadami. Aha, opisuję to co się działo w czasie tutejszej zimy, która jest porą suchą. Ciekaw jestem jak jest w lecie…

DYGRESJA UBIÓR

Mała dygresja co do temperatur i ubrań. Obszar w którym się poruszamy, czyli Andy i Altiplano, charakteryzuje się dość stałym zakresem temperatur. Co ciekawe, pomimo dużej wysokości, nawet tutejszą zimą, temperatura rzadko spada w nocy poniżej zera. W trakcie naszego pobytu w nocy temperatura była w okolicach 7-8 stopni. Nawet w dolinie Colca było dość ciepło, co jednak ponoć nie jest typowe.

W cieniu w dzień temperatury wahają się między 15 a 20 stopni, a w słońcu jest prawdziwy upał. W lecie podobno nie jest wiele cieplej, czyli w te rejony można podróżować cały rok. Należy jedynie unikać pory deszczowej, co jest raczej oczywiste.

Ubranie na taką wyprawę wybraliśmy praktycznie w 100% trafnie. Kurtka przeciwdeszczowa miała zastosowanie wyłącznie podczas podróży łódką na wyspy Ballestas. Należy ubierać się "na cebulkę", przy czym moim zdaniem jako wierzchnie okrycie wystarcza dobry polar. Ja chodzę prawie cały czas w T-shirtach i kamizelce z dużą ilością kieszeni (ach ta fotografia), okazjonalnie korzystając z ochrony przeciwwiatrowej w postaci polara typu windstoper. Spodnie, moim zdaniem najlepsze są typu trekkingowego - odpinane nogawki umożliwiające dopasowanie się do zmiennej temperatury, z dużą ilością kieszeni. Wiem już, że na kolejny wyjazd kupię drugą parę.

Na razie jedyny błąd jaki popełniłem to buty. Wziąłem dwie pary, jedne trekkingowe, pod kostkę, z membraną wodoodporną na grubej podeszwie i zwykłe adidasy. Okazuje się, że program wycieczki nie wymaga butów górskich. Wystarczą dobre miejskie buty, najlepiej na nieco grubszej podeszwie. Chodzi się praktycznie wyłącznie po ubitej nawierzchni, często w mieście. Danusia całą wycieczkę przechodziła w sportowych sandałach ubranych na gołe stopy. To może być nieco zbyt trudne dla normalnego turysty, ale jak widać jest możliwe.

DYGRESJA – JEDZENIE W PERU

Jeszcze co do jedzenia w Peru. Jak już pisałem, właściwie wszystko mi smakuje, co niestety jest bardzo łatwe do zauważenia na dziurkach w moim pasku. Sądzę, że przybyło mi minimum 3 kg (... po zważeniu się po powrocie okazało się to na szczęście nieprawdą :)...), co jak na mnie jest raczej dramatem. Ale trudno.

Z mojego punktu widzenia najciekawsze są następujące potrawy:

1. Ceviche - cebiche (opisane wcześniej), można je zrobić także w Polsce. Dla mnie przebój kulinarny.

2. Awokado. Dość popularny w Polsce owoc, tutaj rośnie naturalnie. Nigdzie jeszcze nie jadłem takiego jak tutaj. To jest po prostu masło w gębie. Jest zasadnicza różnica, między smakiem awokado które dojrzało na krzaku, a takim, które dojrzewa w specjalnych dojrzewalniach i jest transportowane przez 2-3 tygodnie w kontenerach do Europy. Tego nie da się porównać. Polecam każdemu spróbowanie tutejszego awokado, zarówno jako składnika sałatki „Planta da reina”, jaki i sałatki składającej się z samego awokado polanego pysznym dressingiem z ostrymi papryczkami. Po prostu małmazja.

3. Sushi. W miejscowościach nadmorskich fantastyczne świeżutkie sushi zdecydowanie warte spróbowania.

4. Pstrąg. Ryba podawana często, przyrządzana zwykle smażona w lekkim ostrym sosie. Bardzo dobre połączenie, i rzadko spotykane w Polsce.

5. Lomo saltado. Potrawa z wołowiny pokrojonej w kawałki wielkości gulaszowej podawana z duszonymi warzywami i ziemniakami z gęstym mięsnym sosem. Bardzo dobra, ale pod warunkiem, że wołowina będzie miękka. W innym wypadku niestrawna.

Zastanawiałem się na opublikowaniem tego kawałka. Ponieważ jednak zdecydowałem na początku, że jest to mój subiektywny opis wycieczki, i poza odniesieniami do krajobrazów, miejscowych zwyczajów i wskazówek dla przyszłych zwiedzających zawieram także pewne komentarze dotykające natury stosunków międzyludzkich, jeszcze ten krótki opis…

TEST NA TUPET

Brzmi zaskakująco? Otóż po przeczytaniu jednej z książek „bosego obieżyświata”, zachwyciłem się terminem „tupet jak taran”, który opisywał sytuacje, w których p. Wojtek C. za pomocą najbardziej tupeciarskiego zachowania realizował swoje podróże. (przy okazji nie podzielam poglądów Pana Wojtka C. w wielu kwestiach, ale mam szacunek do jego działalności podróżniczej).

Opiszę więc Wam pewną (oczywiście całkowicie teoretyczną i wymyśloną) sytuację.

Otóż wyobraźcie sobie, że pod kamienną ścianą (załóżmy że może to się dziać w Machu Picchu) znajduje się wąska kamienna, rodzaj ławeczki, miło chroniony od ostrego słońca przez cień wielkiej ściany. Na tej „ławeczce” siedzi dość ciasno ściśniętych sześć kobiet szukając ulgi w cieniu. Więcej miejsc w cieniu nie ma. Do ławeczki podchodzisz jako kolejna osoba szukając dla siebie miejsca w cieniu. W tym czasie przewodnik tłumaczy dość rozwlekle teorie dotyczące miejsca w którym się znajdujemy. Potrwa to pewnie jeszcze kilka minut. Jesteś zmęczona/zmęczony i jest Ci gorąco.

Co możesz zrobić?

a) Zatrzymać, się stwierdzić że nie ma miejsca i spokojnie poczekać aż przewodnik skończy opowieść i ruszyć dalej.

b) Podejść, uśmiechnąć się i zapytać „bardzo przepraszam, ale bardzo chciałabym/chciałbym usiąść w cieniu, czy możecie się nieco posunąć, proszę?” i liczyć na to, że kobieca solidarność da szansę na miejsce w cieniu

c) Podejść i powiedzieć „chciałabym/chciałbym tutaj usiąść, przesuńcie się”.

Moja domorosła psychologia mówi mi, że jeśli wybierasz:

a) to jesteś mało asertywna/y i w życiu wiele nie osiągniesz.

b) oznacza normalną asertywność i znajomość ludzkiej psychologii, na pomoc zwykle można liczyć.

c) oznacza dużą asertywność, ale bardzo często skuteczną, mógłbym się pokusić o określenie tego jako „tupet jak taran”.

A co jeśli zachowasz się następująco:

Podchodzisz, odwracasz się do siedzących tyłem (swoim) i siadając im po prostu na kolanach oznajmiasz: „Chcę tutaj usiąść.” i bezceremonialnie siadasz kręcąc pupą aby rozepchnąć towarzystwo. Na stwierdzenie jednej z bezpośrednio naciśniętych osób „niestety tutaj nie ma więcej miejsca” patrzysz kto siedzi najbardziej z boku i mówisz „…… (imię), posuń się!”.

Jeśli tak się zachowujesz, to masz „tupet jak lama”, choć znalazłoby się pewnie inne słowo ... 

Cdnn. (ciąg dalszy nie nastąpi).  

  • tupet jak ....
  • byczki szczęścia
  • byczki szczęścia
  • byczki szczęścia
  • byczki szczęścia
  • byczki szczęścia
  • byczki szczęścia
  • byczki szczęścia
  • byczki szczęścia
  • latarnia
  • latarnie
  • latarnia
  • latarnia
  • anty-latarnia

Zaloguj się, aby skomentować tę podróż

Komentarze

  1. travelaround
    travelaround (23.11.2013 19:32) +1 + -
    zazdroszczę, marzenie. piękne zdjęcia i reportaż.
  2. s.wawelski
    s.wawelski (24.05.2012 19:09) +1 + -
    Z przyjemnością wrócilem do tej podrozy i szkoda, ze nie moge postawic jeszcze jednego plusa :-)
  3. kahlan77
    kahlan77 (22.05.2012 7:16) +1 + -
    piekna podroz zakochalam sie ogulnie w Ameryce poludniowej,pozdrawiam serdecznie,sliczne zdjecia
  4. anna.amarasekara
    anna.amarasekara (08.03.2011 18:51) +1 + -
    ponieważ wybieram się do Peru za 5 dni, z ogromną przyjemnością przeczytałam tekst, wspaniała relacja, ja tez tak chce opisywać ;)), przepiękne zdjęcia , kolory , klimaty, super, super, będę do Ciebie zaglądać..
  5. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (26.01.2011 0:48) 0 + -
    bARdzo się cieszę, że Ci się podobało.
  6. asta_77
    asta_77 (25.01.2011 19:11) +1 + -
    No zdjęcia też super. Z przyjemnością obejrzałam.
  7. asta_77
    asta_77 (24.01.2011 22:47) +1 + -
    A miałam zamiar się dziś wcześniej spac położyć... Tylko tu zajrzałam i musiałam doczytać do końca.
    Zdjęcia dokończę jutro, bo warto się podelektować :)
  8. wojtass83
    wojtass83 (05.01.2011 23:37) +1 + -
    No i dotarłem do końca dobre 3 godziny czytania i oglądania zdjęć.Fajnie że dzięki Tobie mogłem zwiedzić te dwa wspaniałe kraje bardzo fajnie wszystko opisałeś duże plusy za tą wyprawę.Pozdrawiam
  9. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (13.11.2010 13:21) +1 + -
    Dziękuję za wszystkie uwagi i cieszę się, że Wam się podoba.
  10. mrkatowice (31.10.2010 23:11) +1 + -
    dziękuję. Bliscy mi zginęli w 2000 roku w Kanionie Colaca. Dziękuję.
  11. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (18.10.2010 22:32) 0 + -
    Dzięki :)
  12. renata-1
    renata-1 (18.10.2010 20:32) +1 + -
    no i dotarłam do końca tej fascynującej wycieczki, ciekawy opis, fotki fajne, nawet te, z których nie jesteś zadowolony, ważne co pokazują. Gratuluję wyprawy i nie ukrywam, że zazdroszczę, pozdrawiam
  13. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (15.10.2010 11:58) +1 + -
    Dziękuję :)
  14. irena2005n
    irena2005n (15.10.2010 11:45) +1 + -
    ...wspaniałe opisy...i zdjęcia....
  15. renata-1
    renata-1 (13.10.2010 22:50) +1 + -
    skorzystam niewątpliwie, dziękuję
  16. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (12.10.2010 22:46) +1 + -
    Zapraszam serdecznie dalej.
    Pzdr/bARtek
  17. renata-1
    renata-1 (12.10.2010 22:33) +1 + -
    Witaj Bartku, jeszcze nie skończyłam, biorąc pod uwagę ilość zdjęć i ciekawe opisy oraz fakt, że kolumber czasami powoli mieli, dobrnięcie do końca trochę potrwa, ale chętnie tu wrócę, pozdrawiam
  18. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (11.10.2010 14:12) 0 + -
    Dzięki za miłe słowa i polecam się na przyszłość :)
    Pzdr/bARtek
  19. detefka
    detefka (11.10.2010 14:02) +1 + -
    Podróż świetna! Póki co dotarłam do połowy, ale ja tu jeszcze wrócę!!! :D
  20. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (26.07.2010 8:07) 0 + -
    Leszku, bardzo dziękuję za wspólną podróż po Peru. Co do sposobu podróżowania, to wiele zależy od chęci i możliwości. Wiele już na ten temat zostało napisane, więc nie będę się powtarzał. Mam tylko nadzieję, że kiedyś zacznę jeździć sam :)
    Pzdr/bARtek
  21. lmichorowski
    lmichorowski (25.07.2010 23:42) +1 + -
    Świetna relacja ze świetnej podróży. Ja osobiście wolę wprawdzie podróż indywidualną, gdzie nie muszę być związany dość sztywnym programem, ale nie mam nic przeciwko podróżom zorganizowanym. Czasami zresztą, są one jedyną w praktyce możliwością dotarcia do określonych miejsc. Ważne, jak napisał bodajże Chelsea, aby zaspokoić swoje pragnienie poznania jakiegoś zakątka świata. A Tobie najwyraźniej się to udało. Gratuluję i pozdrawiam.
  22. lmichorowski
    lmichorowski (24.07.2010 22:44) +1 + -
    Podróżuję. Krótka przerwa wynikła z tego, że musiałem odwiedzić służbowo Kijów. A dziś właśnie dotarłem do Sillustani. Na dziś dosyć. Oczywiście wracam na szlak (szkoda, że tylko wirtualnie) już jutro. Pozdrawiam.
  23. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (18.07.2010 23:54) +1 + -
    Leszku, miło mi, że dalej podróżujesz po Peru :)
    Pzdr/bARtek
  24. lmichorowski
    lmichorowski (18.07.2010 23:42) +1 + -
    Witaj, Bartku! Na razie dotarłem z Tobą do białej Arequipy, ale już mgratuluję Ci zarówno samej podróży jak i zdjęć i opisu. W kolejnych dniach będę kontynuował tę podróż. Pozdrawiam.
  25. kuniu_ock
    kuniu_ock (31.05.2010 14:47) +1 + -
    No i git :)
  26. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (30.05.2010 16:29) +1 + -
    Krzyśku, cieszę się, że Ci się podoba. Co do reszty Twojej wypowiedzi, pozostaje mi jedynie się pod tym podpisać, a przy okazji, żeby nie było, że na forum piszę co innego niż na Skypie, to nie traktuję Cię jako przeciwnika, wroga, czy coś w tym stylu. Bardzo się cieszę z naszych dyskusji na tematy różne, niekoniecznie związane z foceniem :)
    Pzdr/bARtek
  27. kuniu_ock
    kuniu_ock (30.05.2010 15:23) +1 + -
    Uhh.. Ja to tak z doskoku, na raty.. a to rzucę okiem na fotkę, a to kawałek tekstu dziabnę.. Jeszcze mi co nieco zostało ;) ale muszę dołączyć do innych Kolumberowiczów (tak tak, nawet komentarze muszę na raty :P) i przyznać, że swoim stylem pisania oraz fotami (kolor czy b&w - whatever) potrafisz przyciągnąć :)
    Hmm.. Witek umie grać na pancernikach? Tak z ciekawości tylko pytam, bo sam sobie brzdąkam, ale na tradycyjnej gitarze, nie na pancernikowej. No i ciekawi mnie, jak na takiej miniaturce da się grać. Tak przy okazji - wznoszę w górę "trochę" wina chorwackiego ku czci niewinnego PanCernika, który skończył jako "coś jak miniatura mandoliny" ;)
    Tak, zdecydowanie podoba mi się Twój styl pisania :D Lubię te wspólne dyskusje, które przebiegają w sposób taki, w jaki powinny :D bez obrażania, pogardliwego traktowania, bo "moja racja jest najmojsza" itd :D Podobnie jak z fotografowaniem (tu mam na myśli też "robienie zdjęć" :P), każdy podróżuje jak lubi, każdy ma takie prawo. Jeśli komuś innemu się to podoba - ok. Jeśli nie - to jego własny problem, bo MÓJ sposób podróżowania to MÓJ WŁASNY, który MNIE odpowiada. Od razu zaznaczam - mówiąc to, nikomu nic nie wypominam, po prostu wypowiadam swoje zdanie na ten temat :)
  28. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (26.05.2010 0:49) +1 + -
    @Fiera, wielkie dzięki za miłe słowa. Cieszę się bardzo, że relacja przypadła Ci do gustu.
    A co do sposobów podróżowania, to zgadzam się z Wami na 100%. A co do takich "głupich" komentarzy, to chyba najlepiej podobne po prostu "zapomnieć" i nie zwracać uwagi. Takich trolli nie można karmić :)
    Pozdrawiam, bARtek
  29. voyager747
    voyager747 (25.05.2010 23:53) +2 + -
    eeee, pewnie :)
  30. fiera_loca
    fiera_loca (25.05.2010 23:51) +2 + -
    tak,tak voyager ma racje, zgadzam sie rowniez z wpisem chelsea, wiem doskonale o co mu chodzi,panuje i spotakalm sie wile razy z tym ,ze podrozowanie z biurem to "łłeeee"...z biurem czy na wlasna reke , co za roznica?jedno i drugie ma swoje plusy i minusy.Spobowalam 2 wersji i z obydwu jestem zadowolona.
    Eeee, tam, dajmy spokoj...
  31. voyager747
    voyager747 (25.05.2010 23:06) +2 + -
    Każdy podróżuje tak jak lubi, zawsze i wszędzie to piszę. Jedni wolą z biurem w 5 * hotelach, inni autostopem, czy rowerem i mieszkają w namiocie. Każdy robi tak jak lubi i tak powinno być.
    Nie spotkałeś się Bartku ze słowami krytyki o sposobach podróżowania, bo jesteś tu krótko :) Ja się już spotkałem parę razy.
  32. fiera_loca
    fiera_loca (25.05.2010 22:55) +2 + -
    przeczytalam z uwaga i szczerym zainteresowaniem, miedzy innymi z tego powodu,ze w przyszlym roku chcialabym sie wybrac gdzies w tamte rejony,moze wlasnie do Peru,a po tym co przeczytalam widze,ze jest warto i bardzo warto.Naprawde wieeelki plus za relacje (za zdjecia juz sie zabieram..., momencik), bardzo fajnie sie czyta glownie dlatego,ze pisales na biezaco, na goraco ,podczas podrozy, do czego zawsze mi jest trudno sie zmusic i przetrawione wrazenia to juz nie to samo.Konkludujac, wyprawa przednia, relacja swietnie napisana i dodatkowy punkcior za subiektywne, bez ogrodek komentowanie wydarzen, to daje smaczek Twojej opowiesci.
    PS
    Tak,zgadzam sie z Toba,ze kwestia podobienstw jest indywidulana,jak najbardziej. Tak sobie mysle,ze gdyby tak o tym spostrzezeniu napomknac Hiszpanowi to musilaby miec spore poczucie humoru ,zeby nie dorzucic jakiejs cietej riposty:)

    Pozdrawiam i gratuluje.
  33. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (22.05.2010 8:00) +2 + -
    @Fiera, nie zamierzam za bardzo polemizować, bo podobieństwa to jest coś zupełnie indywidualnego i osobistego. Każdy patrzy na co innego. Nawet obracając się wśród tych samych ludzi, nie potrafię się dogadać z Żoną czy z Ojcem czy dany człowiek jest do kogoś podobny czy nie. Jeden patrzy na oczy, inny na włosy, ktoś inny na figurę czy na kolor skóry... Byłem w Portugalii dwukrotnie, a w Hiszpanii kilka razy (głównie Barcelona i okolice, a także Madryt). Zapewne gdybym był więcej razy to miałbym lepsze wyczucie podobieństw i różnic.
    Co do akcentu nie wypowiadam się w ogóle, ponieważ niestety w tym języku jestem zupełnie zielony.
    Dzięki za komentarz i zapraszam do dalszej lektury :)
    Pzdr/bARtek
  34. fiera_loca
    fiera_loca (21.05.2010 0:28) +2 + -
    wciaz jestem w trakcie czytania, nie powiem ,wciagajaca relacja, no i natknelam sie na fragment o rasie aimara, w ktorym piszesz o ich rysach etc. i ze mogliby uchodzic za mieszkancow Hiszpanii i Portugalii....chyba bym sie z tym nie zgodzila...powszechne, polskie wyobrazenie o urodzie hiszpanskiej nieco sie rozmija z rzeczywistym, byc moze przez ogrom zamieszkujacych w Hiszpanii ludzi z Ameryki Pld.Choc na pewno, jak piszesz,terazniejsi aimara maja domieszke pozostawiona po iberyjskich podbojach.
    Z czasem, gdy sie czlek opatrzy,dostrzega sie spore jednak roznice w fizjonomii, wyjatek stanowia Argentynczycy, ktorzy maja nawet miano poludniowoamerykanskich Europejczykow, az do momentu gdy nie zademonstuja swojego akcentu,a le to juz inna kwestia.
  35. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (17.05.2010 19:55) +1 + -
    Kava, cieszę się, że opis i zdjęcia Ci się podobały. Wykazałaś dużo cierpliwości i samozaparcia, za co Ci jestem wdzięczny.
    Co do kościołów, ... nie jestem ich fanem, a w całej podróży, która trwała w końcu tylko dwa tygodnie, było ich tyle, że miałem dość. Cóż, może teraz trochę szkoda ...
    A w kwestii podróży i sposobu jej przeprowadzenia, to podpisuję się obiema rękami pod stwierdzeniem "Podróż to ma być fun" i to by było na tyle.

    Pozdrawiam, bARtek
  36. kava_kava
    kava_kava (17.05.2010 17:21) +3 + -
    toż to cała epopeja!!! Rozłożyłam ją sobie na kilka etapów, ale dziś spędzam cały dzień w Boliwii (wprawdzie z doskoku i z przerwami, ale jednak...) pełen szacunek i w sprawie relacji super-szczegółowej pisanej i reportażu fotograficznego, bardzo, bardzo wielostronnego. Tylko trochę mi tych kościołów i w ogóle tej części kultury związanej z tamtejszą obrzędowością brakuje (Meksyk w okolicach 1 listopada - to moje marzenie!) Ja - trochę nad tym boleję - nie jestem specjalnie dobrze zorganizowana i w podróży zdaję się często na przypadek i intuicję, bez harmonogramów i map. Różnie się to kończy...

    Dyskusja n/t czy jest OK podróż zorganizowana, czy za wszelką cenę trzeba być super-self-manem jest cokolwiek nie na temat. Podróż to ma być fun - jeżeli jest, to co ma za znaczenie komu płacę za bilety? Jeżeli nie jest - szkoda było czasu i kasy...
    Jeszcze raz - pełen szacunek!
  37. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (15.05.2010 22:21) +1 + -
    Moniko, dzięki za miłe słowa... Nie mogę powiedzieć, że faceci nie lubą komplementów :D:D:D:D
    Dzięki.
    pozdrawiam, bARtek
  38. amused.to.death
    amused.to.death (15.05.2010 22:07) +3 + -
    Oj Bartek, Bartek, jakie 'powierzchowne' relacje? W sam raz.
    Szczegółowe opisy to w książkach, a tu nam taki rys społeczno-kulturalny całkowicie wystarcza.

    Doczytałam i ja do końca. Tzn. doczytałam środek:) - i jeszcze zdjęcia dokładnie oglądam.

    A co do komarów to polecam muggę:)
  39. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (15.05.2010 13:24) +3 + -
    Smoku, aż się zaczerwieniłem z wrażenia słysząc takie pochwały, szczególnie cenne z Twojej strony. Bardzo dziękuję i szczerze powiem, że jest mi bardzo miło i bardzo się cieszę.
    Staram się jak najwierniej przekazać swoje odczucia - bardzo subiektywne, i często także bardzo powierzchowne, z czego doskonale zdaję sobie sprawę i jasno uprzedzam ...
    Bardzo cenne są dla mnie wszelkie uwagi, zarówno merytoryczne - mogłem się pomylić, jak i techniczne, do samych zdjęć. Tu ciągle się uczę i jestem na początku drogi.
    Raz jeszcze dziękuję i zapraszam dalej.
    Pzdr/bARtek
  40. s.wawelski
    s.wawelski (14.05.2010 22:42) +3 + -
    Toz to nie relacja z podrozy, lecz prawdziwa powiesc!! Nie doczytalem jeszcze do konca, ale swa opinie juz moge tu wstawic, ze jestem pod wrazeniem niemalym. Bardzo sie ciesze, ze sie dales namowic na dolaczenie do Kolumbera, gdyz wlasnie takich obiezyswiatow nam tu potrzeba (jesli ktokolwiek ten wpis przeczyta, to oczywiscie niech jak najbardziej sie czuje czescia tej samej grupy obiezyswiatow, ktorzy tworza Kolumbera :-)) Musimy Cie wypuscic w nastepne czesci swiata abys nam takie relacje przywozil :-)
  41. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (13.05.2010 20:04) +3 + -
    Toś Ty filozof jak się patrzy :) Mnie nie starczyło cierpliwości aż na tyle zadumy, a i obraz za oknem po jakimś czasie przestaje być aż tak ciekawy....
  42. mapew
    mapew (13.05.2010 18:13) +4 + -
    a ja w busie w Ekwadorze patrzylem z okna i dumalem... ,-)))
  43. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (13.05.2010 18:08) +3 + -
    Marku, szczególnie w tej podróży przemierzaliśmy setki kilometrów autobusem. I tak nie miałem nic lepszego do roboty. Notebook na kolana, ściągnięcie zdjęć i pisanina :) Czas szybciej leciał....
  44. mapew
    mapew (13.05.2010 17:31) +2 + -
    .... i czasu :)
  45. mapew
    mapew (13.05.2010 17:30) +2 + -
    Bartku, zazdroszcze Ci umjejetnosci i checi formulowania tekstu na biezaco, podczas podrozy. Ja robie sobie w drodze tylko chaotyczne notatki, wiecej nie starcza (sil i ochoty) ;-))
  46. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (13.05.2010 16:50) +3 + -
    Marku,
    bardzo mi miło słyszeć taką pochwałę od Ciebie... Dokładnie o taki efekt mi chodziło, bardzo chciałem przekazać moje odczucia tak jak je odbierałem tam na miejscu. Teraz pewnie bym to już inaczej opisywał :) Ale większość tekstu powstała rzeczywiście podczas podróży na bieżąco, stąd czasami nieco emocjonalny stosunek do tego co widziałem :)
    Jeszcze raz dziękuję.
    Pzdr/bArtek
  47. mapew
    mapew (13.05.2010 14:38) +3 + -
    Bartku, po kilku dniach przerwy doczytalem wlasnie do konca Twoja relacje. Jestem pod wielkim wrazeniem, i podrozy i opisu. Mialem wrazenie, ze czytajac odbywalem podroz razem z Toba. Poniewaz na ogol tez jezdze tylko na zoorganizowane wyjazdy, to dobrze moglem sobie tez wyobrazic opisywane przez Ciebie sytuacje. Na prawde fajnie sie czytalo, i szkoda, ze juz doszedlem do konca. Moze zaczne znowu od poczatku? ;-)
    W kazdym razie, jak bede kiedys planowal wycieczke do Peru to na pewno wroce do Twojego opisu.
    Serdecznie pozdrawiam
  48. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (12.05.2010 19:47) +1 + -
    Piotrze, zapraszam z przyjemnością.
    bArtek
  49. bartek_sleczka
    bartek_sleczka (12.05.2010 19:46) +2 + -
    @c_h nie ukrywam, że sprawiłeś mi wielką radość dokładnie przeglądają tę relację. Podziwiam, wiem że jest długa... Zdaję sobie sprawę, że moje spostrzeżenia są płytkie o pozbawione wnikania w kontekst, historię, lokalne problemy itp. Ale tak właśnie postrzegamy nieznane sobie wcześniej otoczenie i tę warstwę wrażeń chciałem przekazać.
    Bardzo dziękuję za ciekawe komentarze.
    Pozdrawiam, bArtek
  50. pt.janicki
    pt.janicki (12.05.2010 18:00) +2 + -
    ...jeszcze wrócę!
bartek_sleczka

bartek_sleczka

Bartek Ślęczka
Punkty: 134751