Celem i bazą na ten urlop był Piran. Zjawiskowe miasteczko na riwierze słoweńskiej zbudowane przez Wenecjan. 'Odkryli' je nasi serdeczni znajomi. Moim zdaniem jeśli chodzi o wakacje to miejsce jest idealne z jednym minusem - brak piaszczystej plaży. Taka jest dostępna w odległym o 4-5 km Portoroz (Port Róż - też mi się strasznie podoba ta nazwa:-) ), będącym ogromnym kurortem ze wszystkimi jego wadami - tłumami ludzi, hałasem i światełkami a la Las Vegas. Jeśli plaża nie jest totalnie niezbędna to spokojnie można się rozkoszować spokojem, ciszą i klimatem tego nadmorskiego miasteczka. To że centrum letniej rozrywki jest położone gdzie indziej powoduje, że wąziuteńkimi uliczkami można się snuć w zupełnym spokoju, bez pośpiechu i przepychanek niezależnie od pory dnia. Zegar na kościelnej wieży wybijający kwadranse cudownie melodyjnymi dźwiękami dołącza się do tego szczególnego nastroju. A o poranku w porcie kupić świeże ryby i owoce morza od miejscowych rybaków. Czegóż chcieć więcej?
Ceny zdecydowanie przystępniejsze dla obywateli Niemiec czy Włoch. Dla nas odrobinę wysokie. No ale to w końcu wakacje, prawda?:-)
Mieszkaliśmy w apartamencie położonym przepięknie na klifie otaczającym zatokę z mieszczącym się w niej portem. Widoki nizapomniane.