Ładuję...

kolumber.pl


Droga do Tabas

Jest wtorek 24 Listopada. Rano Marek jedzie z Adelem na Uniwersytet Mashhad , a tam do redakcji gazety uniwersyteckiej, by spotkać się z redakcyjnymi fotografami i podzielić swoimi doświadczeniami. To nasz czwarty dzień w tym mieście i ponownie jest zimno i szaro. Wreszcie około południa możemy wyjechać z miasta.

Musimy przejechać z jego północno- wschodniej części do wyjazdu na południe, co zajmuje nam bez mała dwie godziny. Teraz jeszcze 45 minut jazdy autostradą i wreszcie dojeżdżamy do miejsca, w którym rozdziela się ona. Jedna nitka zmierza ku zachodowi do Teheranu, druga zaś na południe - do Zahedan, Kerman, oraz Isfahan i Yazd. To właśnie ta południowa droga jest dzisiaj nasza przepustką do innego świata - prawdziwej krainy baśni z tysiąca i jednej nocy, jak również po przekroczeniu niedalekiego pasma gór do krainy słońca, ciepła i czystego ( jak na irańskie warunki ) powietrza.
Po przejechaniu jakichś 170 km czujemy już zbliżający się wieczór. Mamy również dosyć autostrad i wybieramy zjazd w kierunku miasteczka Kashmar, którego nazwa wymawiana jest przez miejscowych "Koszmar". Po tej wielce obiecującej nazwie nie liczymy na łatwe znalezienie noclegu. Trochę  czasu zabrało nam znalezienie hotelu ( obok którego przejeżdżaliśmy wiele razy)lecz w końcu jesteśmy na miejscu i tu spotyka nas największe zaskoczenie. Hotel jest największa okazją, jaką mieliśmy dotychczas w Iranie. W miarę nowy i bardzo czysty oferuje dwa standardy pokoi - za 7 i 10 euro. Wyższy standard oferuje naprawdę dużą łazienkę, wygodniejsze łóżka i lepsze wi-fi...a wiec szalejemy i wybieramy opcje luksusową :)
Po zakwaterowaniu szukamy knajpki , w której możemy coś zjeść. Centrum miasteczka nieprawdopodobnie nas zaskoczyło. Miasto jest czyste i schludne!!! Prócz tego witryny na głównych ulicach handlowych świadczą o zamożności mieszkańców. Gwoli sprawiedliwości musimy przyznać, że i Mashhad pod tym względem również nas zaskoczyło - to zdecydowanie najczystsze wielkie miasto Iranu, jednak tutaj, na skraju ogromnej pustyni to wrażenie wchodziło na terytorium surrealizmu. Zagraniczni turyści nie są w tym miejscu często spotykani - wydaje nam się, ze nie ma ich więcej, niż sztuk kilka na rok, stąd idąc ulicą stanowiliśmy nie lada atrakcję dla Koszmarów...a może Koszmaranów, albo Koszmaraków? sami nie wiemy jak to odmienić :) Będąc już nieco zmęczeni irańską kuchnią i odwiecznym dylematem, czy chcemy zjeść kebab, lub też może kebab, albo jest jeszcze ....kebab postanawiamy odwiedzić miejscową pizzerię. Do tak śmiałego kroku zachęciło nas nasze doświadczenie z Gonbad Kavus, gdzie pizza była świetna! Niestety szczęście, zupełnie inaczej niż nieszczęście ,parami nie chodzi - trzeba było wybrać kebab.
Wracamy do hotelu. Nocą temperatura powietrza spada mocno poniżej zera i wczesnym rankiem zaczynamy od zapalenia samochodu, by mógł się dobrze rozgrzać. Jeszcze tylko standardowe irańskie śniadanko ( ku naszemu zaskoczeniu podane nam na godzinę przed otworzeniem hotelowej restauracji, byśmy nie musieli opuszczać tego miejsca głodując) i wyjeżdżamy. Przed nami pustynia, słonce i po dwóch  godzinach 20 st. C, oraz dobra i mało uczęszczana droga. Wkraczamy w krainę, w której historia cywilizacji jest na wyciągnięcie ręki. Można w nią wejść, dotknąć i doświadczyć. Co chwile mijamy ruiny obiektów liczących sobie czasem kilkaset, a innym razem kilka tysięcy lat. W każdym z tych miejsc jesteśmy sami - nikogo wokół, chociaż niektóre miejsca są najwidoczniej zamieszkane. Po pewnym czasie nasz poziom zainteresowania nieco spada - zbyt wiele jest tych miejsc. Prócz tego tylko o kilku z nich dostępna jest jakakolwiek informacja. Nawet kilka tysięcy lat historii przestaje powoli pobudzać wyobraźnię...przecież to takie normalne ,o zdecydowanej większości nie przeczytacie niczego. Jaka szkoda, że nie można wgrać do pamięci komputera zdjęć satelitarnych z Google Earth. Takie zdjęcia dałyby nam nieco lepszy podgląd sytuacji.

Od Kashmar zaczyna się również kraina szafranu. Wprawdzie sezon zbierania plonów zakończył się ok 10 dni wcześniej, ale zróżnicowany mikroklimat powoduje, że od tego miejsca aż do Bam często będziemy mijali pola ciągle jeszcze czekające na żniwa. Czym dalej jedziemy na południe, tym bardziej kraj robi się pustynny. Wioski stają  się coraz mniejsze i coraz dalej od siebie położone. Zaczynamy też dostrzegać, że poruszamy się w 4 wymiarze - w czasie. Wyraźnie się tutaj cofa. W niektórych miejscach poza paroma rekwizytami współczesności to podróż wręcz do czasów przedchrystusowych. Maleńkie osiedla kopulastych domków z glinianych cegieł, to tutaj norma. Budynków znanych nam ze współczesności nie widać przez najpierw dziesiątki, a potem setki kilometrów.
Przed nami pojawia się posterunek zmilitaryzowanej policji i wojska. Trochę są zdziwieni naszą obecnością, ale uśmiechnięci. Proszą o paszporty. Pytają o to, czy mamy kserokopie dokumentów. Wprawdzie mamy, ale w niewielu egzemplarzach. Chcemy jednak zorientować się, co będzie się działo, jeśli powiemy, że nie. Okazuje się, że nie ma problemu... oni sami skserują. Jeden z żołnierzy bierze nasze paszporty i idzie w kierunku posterunku.... jakieś 500-600 m od drogi. Drugi żołnierz próbuje nas zabawiać rozmową, ale jego angielski - całkiem niezły, gdyby porównać do angielskiego obecnych władz naszego kraju, na konwersacje poza tym jak bardzo podoba nam się Iran i gdzie byliśmy dotychczas na coś więcej jednak nie wystarcza...aha było jeszcze "gdzie jedziemy dalej", ale to zdaje się było pytanie służbowe, a nie konwersacja. Po jakiejś godzinie i 15 minutach przychodzi wreszcie ten drugi z naszymi paszportami i możemy jechać dalej.

             Po drodze mijamy parę słonych niecek, które zapewne po deszczu wypełniają się wodą tworząc okresowe jeziora. Dalej na horyzoncie z lewej strony pojawiają się góry, które powoli zbliżają się do drogi. Mijamy też tryskającą wodą studnię artezyjską. Na horyzoncie jest stadko wielbłądów. Zjeżdżamy z drogi i mkniemy przez kamienistą, równą niemal w tym miejscu jak stół pustynię, aby sfotografować dzikie, jak nam się wydawało zwierzęta. Gdy tylko do nich dojeżdżamy z nicości materializuje się człowiek - właściciel wielbłądów i z dumą nam je prezentuje - urągając tym samym bezwiednie naszym planom zrobienia zdjęć  "dzikich" wielbłądów w środowisku naturalnym.
Kilkadziesiąt kilometrów dalej mijamy wioskę wyglądającą jak coś żywcem wyjętego z opowieści biblijnych ( to powoli zaczyna być normą w tym rejonie) i skręcamy na wzgórze, aby zobaczyć ją z bliska. Domki ulepione z gliny, lub gliniano - słomianych cegieł. W zasadzie w ścianach nie ma okien...no może z rzadka jakiś bliżej niezidentyfikowany otwór, który być może służy za okno). W wiosce nie ma żywego ducha. Właściwie to przesadziliśmy z tym "żywym duchem", bo zwierząt kilka sztuk jest. Ponownie kilkadziesiąt kilometrów pustkowia i widzimy coś, co bardzo przypomina cerkiew, ale jakby zbudowana z piasku. Podjeżdżamy bliżej - oczywiście jest to ruina. Wyjścia z budynku zagrodzone barierkami , ślady na klepisku świadczą, że obecnie służy za owczarnię. W wiosce obok domy wyglądające jak baraki, tylko z gliny, no i oczywiście ( to już zaczyna być norma) żadnego człowieka jak okiem sięgnąć. Powoli zbliżamy się do Tabas.   

             Jakieś  20 km przed miastem widać boczną drogę  prowadzącą w góry. To tędy właśnie chcemy jechać. Droga prowadzi do oazy Ezmirghan ( transkrypcje tej nazwy widzieliśmy w kilkunastu odmianach). Droga naprawdę piękna wiedzie nas do oazy pełnej pól ryżowych, palm daktylowych , granatów i pomarańczy. Miejsce wygląda bajkowo, tym bardziej, że słońce jest już dosyć nisko, a światło staje się pomarańczowe. Jeździmy chwile po bezludnych uliczkach i wjeżdżamy w pewnym momencie w drogę , która zawęża się do tego stopnia, że musimy się wycofać. Auto jest całe zawalone z tyłu, tak wiec widoczność na cofanie kiepska, a droga bardzo kręta. W pewnej chwili słyszymy średnio głośne "łups" i auto nam się troszkę przechyliło. Marek wychodzi i po chwili słychać głośno wymawiane słowa uchodzące niegdyś za nieparlamentarne. Piszę, że niegdyś, bo w dzisiejszym świecie wiele się zmieniło. Okazało się, że jedno koło na zakręcie wpadło w kanał...no i jesteśmy ugotowani. Potrzebujemy pomocy - jakichś 3-4 w miarę silnych mężczyzn, ale dookoła jak zwykle żywego ducha... Za to jakieś 3 kilometry od nas, nad doliną z oazą, po jej drugiej stronie widzimy meczet, a przy nim wiele aut. To pewnie tam się wszyscy mieszkańcy podziali. Chyba nic nie zrobimy i musimy czekać do końca modłów, bo jedyna osoba w pobliżu , a i to po kilkunastu minutach szukania, okazuje się ledwo widzącą staruszką, na której pomoc przy podnoszeniu auta raczej liczyć nie możemy. 40 minut później widzimy, że ludzie zaczynają wychodzić z meczetu. Część z nich zapewne przyjdzie do domów w pobliżu. Parę chwil później pojawiają się trzej mężczyźni, którzy chętnie nam pomagają. Parę sekund wysiłku i jesteśmy uwolnieni. Możemy jechać do Tabas, ale o tym w następnej części...