Jak w prosty sposób nabyć chorobę bez kontaktu z zarazkami?
Szkolne czasy przypominają, by zjeść surowego ziemniaka. Połknąć do pieczenia proszek. Rozrysować sokiem wilczomlecza podróbkę półpaśca na plecach. Przykłady można by mnożyć, a ja wyjawię kolejny prostszy jeszcze sposób na chorobę. Daleką od szkolnych sadystycznych praktyk. Bez niestrawności, bez swędzenia, pieczenia i bez zwyczajnego w przypływie bólu AŁA.
Otóż.. wystarczy wyjechać.
Kto pomyślał o Ukrainie, ten w błędzie (ma być przecież bez zarazków!) Wyjechać należy w troszeczkę inny teren.
I już kilka chwil po przyjeździe na miejsce wstrząsająca diagnoza. Wcale nie świńska grypa, tylko alpejska galopująca zauroczenioza. Przewlekła, nieuleczalna choroba. Dopada znienacka atakując wszelkie zmysły. Odbiera mowę pozostawiając jedynie miejsce dla nieartykułowanych dźwięków tudzież całkowicie niecenzuralnych słów, które wydobywając się bezwiednie z paszczy określają stopień zauroczenia chorego. Powoduje niekontrolowany wytrzeszcz oczu i odłączenie się dolnej od górnej szczęki. Upośledza meszki włosowe powodując permanentny tzw. dziki agrest na ciele. Wzmaga chęć głaskania tego, co oczy są zdolne dojrzeć, a nawet tego, co dostrzega jedynie wyobraźnia. Wpływa na ciepłotę ciała. Organizm podatny na odmrożenia, nagle zimna nie dostrzega. On tylko fioletowieje. Traci co prawda czucie, ale nie pozwala narzekać. I promienieje. W każdych warunkach. Przez 24 godziny na dobę. Z radości. Ze szczęścia. Alpejska głupawka każe za sobą tęsknić. I tęsknię. Każdego dnia.
A zaczęło się tak..