Podróż Portugalia - Od betonowego Jezusa do zębatego rekina, czyli spa



2014-08-29

Lizbona to miasto owiane legendami. Ze względu na swe położenie zwana jest Królową Morza - Rainha do Mar. Miejscowi mówią na nią czasem pieszczotliwie Lisa. Według jednego z mitów to sam Odyseusz założył tu osadę o nazwie Alis Ubbo, czyli piękny brzeg. Choć bardziej prawdopodobne jest, że to Fenicjanie osiedlili się tu jako pierwsi przed trzema tysiącami lat. Nazwę Lissabona nadali temu miejscu Maurowie z północy Afryki, którzy dotarli tu w roku 714 i zbudowali fortyfikacje na tyle skuteczne, że przez cztery wieku udawało im się odpierać ataki Chrześcijan. Muzułmańskie wpływy do dziś widoczne są w mieście - choćby we wzornictwie misternych azulejos. Zresztą nawet nazwa tych płytek wskazuje na ich pochodzenie - pochodzi bowiem od arabskiego "al zulaycha", co dosłownie oznacza wypolerowany kamień.

Do rangi stolicy Lizbonę wyniósł w roku 1255 Alfonso III, sto lat po tym, jak po wyniszczających walkach zapanowali tu wyznawcy Chrystusa. W XV i XVI wieku miasto rozkwitło, jak zresztą cały kraj zasilany bogactwami przewożonymi z Indii drogą morską odkrytą przez Vasco da Gamę. Ślady tej świetności też można wypatrzyć do dziś - na przykład w nadgryzionych zębem czasu kamienicach Alfamy.

Trzecie ważne wydarzenie, które wpłynęło na dzisiejszy obraz miasta, to wyniszczające trzęsienie ziemi. W dzień Wszystkich Świętych roku 1755 o godzinie 9.40 na ludzi modlących się w kościołach zaczął spadać grad kamieni. Świece wywołały pożary, a fala tsunami dokończyła apokaliptycznego dzieła. Choć tyle lat minęło od tragedii, miasto już nigdy nie odzyskało dawnej świetności. Zwłaszcza, że na wniosek Markiza de Pombala, sekretarza stanu Józefa I Portugalskiego, którego pomnik stoi w Lizbonie na placu jego imienia, w czasie odbudowy położono nacisk na prostotę i wytrzymałość, której zabrakło w czasie kataklizmu. Styl ten widać najlepiej w dzielnicy Baixa, w stronę której patrzy zresztą dumnie wspomniany markiz ze swego cokołu.

Dwudziesty wiek też odcisnął swe piętno na charakterze miasta. Najlepszym przykładem najnowszych inwestycji jest dzielnica Parque das Nações zbudowana niemal w całości od nowa z okazji odbywającej się w roku 1998 w Portugalii wystawy Expo. 

Jak zwiedzać miasto tak różnorodne? Chyba najlepiej zacząć od punktu widokowego, by jak na dłoni zobaczyć żyły jego ulic i dachy dzielnic z różnych okresów historii. Zwłaszcza, że jeden z tych punktów to jednocześnie jeden z najbardziej charakterystycznych symboli Lizbony. Z lewego brzegu Tagu na metropolię spogląda betonowy Christo Rei inspirowany Chrystusem z Rio de Janeiro, którego postanowili odtworzyć tutejsi kardynałowie po tym, jak na własne oczy widzieli brazylijski oryginał. Na ich pomysł przystał ówczesny dyktator Antonio Salazar i 17 maja 1959 roku niemal osiemdziesięciometrowy monument na zawsze zmienił oblicze stolicy Portugalii. Może rządzący twardą ręką premier zgodził się na to dlatego, że pomnik wyrażać miał wdzięczność narodu za to, że został on oszczędzony od skutków drugiej wojny światowej.

Do statui podjeżdżamy od tyłu - na tle błękitnego nieba wygląda ona od tej strony jak gigantyczny krzyż. Obchodzimy pomnik dookoła, wchodzimy do pomieszczenia z kaplicą i automatami biletowymi. Większość drogi na platformę widokową pokonamy windą - zdecydowanie zbyt małą jak na liczbę chętnych chcących zobaczyć Lizbonę z lotu ptaka. Ostatni odcinek pokonujemy wąziutkimi kręconymi schodami, na których dwie osoby współczesnej postury ledwie się mijają.

Nagrodami za trudy są Lizbona, rzeka Tag i Atlantyk z lotu ptaka. Z platformy u stóp Jezusa podziwiamy widok na miasto i drugi jego symbol - most 25 kwietnia. To wizualny import z drugiej Ameryki: jego konstrukcja łudząco przypomina Golden Gate w San Francisco - co w sumie nie powinno zaskakiwać, bo zaprojektowało go to samo biuro architektoniczne. Ponte 25 de Abril - konstrukcja wisząca o długości ponad 2,3 km - wykorzystywany jest przez pieszych, samochody i pociągi.  Powstał on w roku 1966 i został ochrzczony na cześć dyktatora Salazara. W roku 1974 zmienił nazwę na dzisiejszą, upamiętniającą niemal bezkrwawą rewolucję goździkową, która doprowadziła do obalenia dyktatury Marcelo Caetano, następcy António Salazara i w czasie której ludzie wkładali kwiaty w lufy karabinów...

Mostem tym jedziemy od pomnika Chrystusa Króla do kolejnego symbolu miasta - do wciśniętej między wąskie uliczki Alfamy katedry Santa Maria Maior de Lisboa. Jej budowę - w miejscu dawnego meczetu - rozpoczęto w roku 1147. Od tego czasu tyle razy odbudowano ją po różnych kataklizmach i uzupełniano o nowe elementy, że jej styl można dziś określić już raczej tylko jako eklektyczny, choć z wyraźną dominantą elementów późnoromańskich. 

Romańska jest tu na przykład cała fasada zachodnia z rozetą zrekonstruowaną w wieku XX, a także środkowa nawa i ołtarz główny. Gotyk widoczny jest między innymi w krużgankach oraz w kaplicach z grobowcami, w tym tej, w której spoczywa król Alfons IV. Z kolei w XVII wieku - w stylu barokowym - powstała bogato zdobiona zakrystia. 

Co ciekawe, przez stulecia nie tylko różne rzeczy tu dodawano, ale też to i owo odjęto. W dwudziestym wieku z fasady w wnętrza la Seu usunięto neoklasycystyczne zdobienia, by nadal świątyni bardziej autentyczny, średniowieczny wygląd.

W czasie spaceru po katedrze udaje mi się wypatrzyć jedno polonicum i jeden zakątek typowo portugalski. Pierwsze ze znalezisk to tablica upamiętniająca wizytę w świątyni Jana Pawła II, a drugie - kapliczka ze chrzcielnicą w centrum i ścianami wyłożonymi klasycznymi biało-niebieskimi azulejos. O ile z witraży patrzył na nas oficjalny patron miasta, św. Hieronim, o tyle tu oddano hołd patronowi portugalskich serc, świętemu Antoniemu.  

Święty Antoni przemawia na tym obrazku do ryb. Podobno robił to dlatego, że mieszkańcy Rimini nie chcieli słuchać jego kazań. "Słuchajcie Słowa Bożego, bowiem gardzą nim heretycy" miał powiedzieć on do zwierząt z mórz. Ponoć mówił im o tym, jak są szczęśliwe - o obfitości pokarmu, który zdobywają bez pracy oraz o czystej wodzie, w której pływają. Zasłuchane ryby aż wynurzyły z wody zdziwione pyszczki, a heretycy zawstydzili się swym niedowiarstwem - i w efekcie nawrócili. 

A propos zwierząt - święty Wincenty na pomniku nieopodal katedry dzierży statek otoczony przez kruki. To nawiązanie do innej legendy. Ponoć po śmierci męczennika ptaki własnymi skrzydłami broniły jego ciała przed atakami dzikich zwierząt aż do momentu, gdy zostało ono znalezione przez dobrych ludzi, którzy z szacunkiem pochowali doczesne szczątki Wincentego z Saragossy.

Od pomnika już tylko kroków dzieli mnie od tarasu widokowego das portas do sol. Z niego widać dokładnie, że Alfama jest niczym małe arabskie miasteczko wewnątrz Lizbony. Zachowała oryginalność, bo nie zniszczyło jej trzęsienie ziemi w XVIII wieku, wciąż ma tradycyjny charakter mediny z wąskimi uliczkami, i nawet styl życia jest tu nieco niegdysiejszy: kobiety plotkują pod suszącą się na słońcu odzieżą, a mężczyźni grillują dorsze i sardynki na piecykach ustawionych przed drzwiami domów.

Z klaustrofobicznych zakątków Alfamy przechodzimy do nowszej Baixy. Mijamy Casa dos Bicos, "dom z kolcami" - siedzibę fundacji Saramago, portugalskiego laureata literackiej nagrody nobla z roku 1998. Budynek - zbudowany w XVI wieku i odnowiony po trzęsieniu ziemi - jeszcze sto lat temu pełnił funkcję magazynu dorszy...

Szerokimi alejami Baixy - tak innymi od wąskich przejść Alfamy - idę w kierunku Rua Augusta, handlowej mekki miasta. Ta dzielnica tak inna jest od swej arabskiej starszej siostry - pełno tu białych kamienic, fontann, szeroko zakrojonych placów. To z jednej strony wyraz potęgi królestwa Portugalii w XVIII wieku, z drugiej zaś ówczesny pomysł na stworzenie konstrukcji, które oprą się wszelkim potencjalnym kataklizmom. Lizboński deptak zamyka kamienny łuk triumfalny. Powstawał on przez ponad wiek - od pamiętnego roku trzęsienia ziemi (1755). Trudno się temu dziwić zważywszy monumentalizm jego konstrukcji - składa się on z sześciu ponaddziesięciometrowych kolumn, a figury nad zwieńczeniem mierzą ponad siedem metrów. Można wśród nich wypatrzyć Vasco da Gamę oraz Markiza Pombala odpowiedzialnego za odbudowę Lizbony po kataklizmie. 

Tu kończymy spacer po lizbońskiej starówce i jedziemy do Belem - dzielnicy znanej z klasztoru Hieronimitów.

Kasztor i kościół w stylu manuelińskim wyrastają przede mną jak biały cud świata na tle błękitnego nieba. O tym, że to jednak nie raj, przypomina chyba tylko żebrak siedzący przed wejściem.

Mosteiro dos Jerónimos to szalone połączenie artystycznej wizji Diogo de Boitaca i pomysłów króla Manuela I, który budowlą tą chciał złożyć podziękowanie za odkrycie przez Vasco da Gamę drogi morskiej do Indii. Zdobienia w kształcie lin i fal, a nawet potworów morskich to jeszcze nie najdziwniejsza rzecz, jaką zobaczyłam w białym wnętrzu. Najbardziej zaskoczył mnie Jezus z naturalnymi ludzkimi włosami. Tak ozdabia się figury świętych w wielu miejscach Portugalii i Hiszpanii - ale z bliska widzę to po raz pierwszy. Długie, czarne pasma - czy ktoś zgolił je w ofierze, czy pochodzą od zmarłych, czy może przyjechały z Indiii, gdzie kobiety golą się na łyso w specjalnej świątyni, w której przyjmowane są tego typu dary intencyjne?...

Do delikatnie rozjaśnionej światłem wpadającym przez dziewiętnastowieczne witraże wnętrza nawy przez zachodni portal. Po lewej wita mnie Vasco da Gama w sarkofagu niezwykłej urody. Sam bohater narodowy leży na gorze ze złożonymi rękami, pod nim jest łoże z białego marmuru ozdobione tak, że aż trudno uwierzyć, że można było uzyskać ten poziom misterności detali marynistycznych i floralnych bez użycia drukarki 3D. A wszystko to spoczywa na grzbietach uśmiechniętych lwów.

Rozglądam się po zarazem przestronnym i pełnym zdobień wnętrzu szesnastowiecznej budowli, która powstała tu w miejscu dawnej kaplicy ku czci Matki Boskiej. Przyglądam się bliżej kolumnom; na niektórych z nich widać puste miejsca - ślady grabieży z czasów działań wojsk Napoleona. Dobrze, że choć trzęsienie ziemi nie spowodowało tu znacznego uszczerbku.

Klasztor powstał dzięki determinacji króla, zdolnościom architektów i pieniądzom z kolonii. Manuel I przeznaczał rocznie na jego budowę 5% podatku z handlu dobrami z Afryki i Orientu (z wyłączeniem pieprzu, cynamonu i goździków) - co stanowiło ekwiwalent 70 kilogramów złota. Przez cztery wieki miejscem tym opiekował się zakon Hieronimitów. O ich obecności i zwyczajach przypominają do dziś drzwi w ścianach, zza których wysłuchiwali oni spowiedzi wiernych bez wchodzenia z nimi w bliższy kontakt.  

Nieopodal klasztoru znajduje się Torre de Belem - wieża św. Wincentego. Wzniesiona w latach 1515 - 20 z polecenia króla Manuela I Szczęśliwego budowla przyciąga dziś tak wielu turystów, ponieważ uchodzi za jedyną zachowaną do dziś konstrukcję wzniesioną w całości w stylu manuelińskim - bez późniejszych zmian i przeróbek. Trzydziestopięciometrowa wieża była przez wieki punktem orientacyjnym dla wracających do ojczyzny żeglarzy. Potem przerobiono ją na więzienie. Dziś jest atrakcją turystyczną i skarbem narodowym wpisanym - podobnie jak klasztor - na listę UNESCO. 

Nieopodal Torre de Belem stoi kolejne świadectwo portugalskiej historii - tym razem dwudziestowiecznej. Stojący na cokole samolot upamiętnia pierwszych Portugalczyków, którzy pokonali Atlantyk bez międzylądowania. 30 marca 1922 roku pilot Gago Coutinho i jego zaufany nawigator Sacadura Cabral przelecieli długą drogę z Lizbony do Rio de Janeiro.

Ostani dzisiejszy przystanek w Belem to Pomnik Odkrywców. Znajdujący się aktualnie w remoncie pięćdziesięciodwumetrowy Padrão dos Descobrimentos stoi na nabrzeżu Tagu od roku 1960. Upamiętnia on czasy największych odkryć w wieku XV i XVI w typowym dla czasów Salazara monumentalnym stylu. Gdyby nie był akurat przykryty płachtami, moglibyśmy wypatrzyć na nim figury dawnych kapitanów i nawigatorów oraz władcę Henryka Żeglarza uważanego za twórcę portugalskiego imperium kolonialnego.

Wobec trudności obiektywnych podziwiamy plac przed pomnikiem. Jest na nim niezwykły dar RPA dla Portugalii - róża wiatrów oraz mapa świata o średnicy pięćdziesięciu metrów  z zaznaczonymi koloniami oraz podobiznami różnych typów statków. Kontynenty ułożone zostały z różnokolorowego marmuru. Chodząc po tej jedynej w swoim rodzaju układance mamy wrażenie, jakby świat leżał u naszych stóp. Tak pewnie czuli się też kiedyś słynni odkrywcy...

Tematyka marynistyczna towarzyszyć nam będzie także w ostatnim miejscu na naszej dzisiejszej trasie. Jedziemy do dzielnicy Parque das Nações zbudowanej z okazji wystawy światowej EXPO w roku 1998. Portugalia była jej gospodarzem dokładnie pięćset lat po tym, jak Vasco da Gama dopłynął do Indii. 

Nie sposób w kilka godzin nacieszyć się wszystkimi atrakcjami tego miejsca. Na zakończenie długiego dnia w Lizbonie wybieramy więc Oceanarium - największy tego typu obiekt w Europie. Zwiedzanie zaczyna się od najwyższego poziomu - a potem krok po kroku po okrągłej rampie schodzi w dół mijając ryby, skorupiaki, a nawet ssaki morskie ze wszystkich kontynentów. Są tu i wydry, i pingwiny, rafy koralowe i zwinne płaszczki, groźne rekiny i małe kolorowe rybki. 

Zachwycam się tańcem morskich stworzeń widocznym przez ogromne szyby wyglądające jak dwustucalowe telewizory. Chwilę marznę na wybiegu polarnym. Dłuższy czas przystaje przy - hmmm - CZYMŚ, co wygląda jak potwór z kosmosu. 

Zdaje mi się, że meduzy ruszają się w rytm fado... Dziś wieczorem wezmę z nich przykład! A zębaty rekin namierzany przez fotosnajpera akurat wypłynął na szerokie wody.

 www.maniapodrozowania.pl 

  • Pomnik Chrystusa Króla
  • Most 25 kwietnia
  • La Seu
  • Św. Wincenty
  • dachy Alfamy
  • Alfama
  • Rua Augusta
  • Łuk Triumfalny
  • w Klasztorze Hieronimitów
  • Pomnik Odkrywców
  • Oceanarium
  • w Oceanarium
  • w Oceanarium
  • w Oceanarium