Podróż W stronę Marakeszu - W stronę Marakeszu



"Bezpośrednie zetknięcie się z islamskim Orientem, z masą ludzi innej tradycji i obyczajowości, mówiących po arabsku lub berberyjsku, wśród niekończących się murów z wielkimi bramami, w krętych karkołomnych uliczkach kazby, staromiejskiej dziel nicy, wśród okrzyków przechodniów i zawodzącego śpiewu muezzina, sprawia, że ogrania Europejczyka niepokój. Ale zaraz potem uwodzi go niezrównana uroda tego kraju o brzegach obmywanych falami Morza Śródziemnego, o czerwonej pustyni okraszonej szmaragdowymi oazami." 

"Sztuka  Mauretańska" Zdzisław Żygulski jun.

Początek września jest graniczną datą kiedy warto jeździć do Maroka. Latem jest tam zbyt gorąco. Zatem na pierwszą połowę września przypadła wyprawa klubu Gotramping do Maroka  (http://gotramping.pl/index.php/pl/maroko) . W planie mieliśmy wejście na Jebel Toubkal, safari na Saharze, a także obejrzenie starodawnych miast Maroka. Do Marakeszu przylecieliśmy ostatniego dnia sierpnia via Londyn.Miasto  przywitało nas o poranku  znośną temperaturą 35 stopni. Było upalnie ale nie skwarnie. Zakwaterowaliśmy się w niedrogim hoteliku zaraz koło słynnego placu Dżamaa al Fna.

 Miasto ogrodów i zabytków

Pierwsze nasze spostrzeżenia dotyczyły palm, gdyż daktylowce są tu podstawowymi drzewami. W drodze do centrum taksówką mijaliśmy ich rzędy rosnące przy drodze. Zaraz po rozpakowaniu plecaków ruszyliśmy na zwiedzanie  perły Atlasu, jak zwą Marrakesz.  Jako pierwszy zobaczyliśmy meczet Kutubijja stojący w pobliżu Dżamaa a Fna.  To jeden z najsłynniejszych i najstarszych meczetów w krajach Magrebhu. Meczet Kutubijja wzniesiono w XII w. w czasach dynastii Almohawidów. Urodą i dostojeństwem  dorównują mu tylko meczety w Casablance i Sewilli. Ale Kutubijja jest najstarszy i służył za wzór dla większości meczetów stawianych w Maroku. Nazwa Kutub (książka) pochodzi od targu książek, który odbywał się tuż obok meczetu.  Mnie z początku meczet rozczarował ale przyzwyczaiłem się do jego dyskretnej, dostojnej i niekłopotliwej obecności. Potem ruszyliśmy  na zwiedzanie słynnych ogrodów Marrakeszu. Podobno ich bujność powalała nomadów, którzy tu docierali z Sahary po przekroczeniu potężnych gór Atlasu. Na mnie te ogrody również nie zrobiły piorunującego wrażenia. Owszem palmy i oliwki! Ale gdzie im do bujności naszych europejskich skwerów.  Nawet Jardin Menara ze stawem po środku, chętnie odwiedzany przez mieszkańców Marrakeszu nie uwiódł nas. Pierwszy i drugi dzień przeznaczyliśmy na aklimatyzację.  Następnie mieliśmy ruszyć w góry. Dlatego włóczyliśmy się po mieście bez pośpiechu poznając Marakesz po trosze.  Rzucał się w oczy wszędobylski brud i wrzask naitivów. Pierwsze i ogromne wrażenie zrobił na nas grobowiec Saadytów. W środku miasta za meczetem Kazba znajduje się wąskie wejście do niewielkiej cichej enklawy. W XVI wieku chowano tu władców marokańskich z dynastii Saadytów.   Kiedy władzę w Maroku przejęły następne dynastie, grobowców  poprzedników nie zniszczono ale wejście najzwyczajniej w świecie zamurowano i nikt się tym nie interesował. Tacy są ci Arabowie. W 1916 roku kiedy Francuz o nazwisku Louvite z samolotu zobaczył zagadkowe dziedzińce. Dotarł do nich i na nowo „odkrył” je.  Grobowce dzięki temu zachowały się w niezniszczonym stanie. Są piękne i stanowią cacko sztuki arabsko andaluzyjskiej. W środku jest kilka przepięknie zdobionych pomieszczeń dookoła dziedzińca. W środku znajdują się nagrobki władców marokańskich. To wyjątkowej urody przykład sztuki, która potem znalazła swój szczyt w pałacu Alhambra. W środku są wspaniałe stiuki, arabeski, łukowate liwany- czyli  takie półdziedzińce. Magiczny plac  Potem poszliśmy na plac Dżamaa a Fna. W przewodniku przeczytałem, że plac jest przystanią różnego rodzaju kuglarzy, fakirów i połykaczy ognia jak z filmu „ W stronę Marrakeszu”. Nic z tego nie widziałem, no może poza zaklinaczami węży, którzy jak tylko przyłożyło się aparat do oka zaraz domagali się bakszyszu.  Następny zawód. Ale to co się stało wieczorem to przechodzi pojęcie. W naszej podróży po Maroku trafiliśmy na ramadan- miesiąc postu. W ciągu dnia zmęczeni ludzie snują się po prostu. Ale  kiedy wyszliśmy po zmroku na plac na początku koło godziny 20 ludzie się tylko przechadzali. Po 21 zebrały się duże grupy, które skupiały się wokół komików grajków i zespoły bębniące rytmicznie na berberyjskich bębnach. A dookoła tłumy gapiów zaczepiających turystów.  Istny galimatias. Życie zaczęło tętnić na Dżamaa a Fna. Obok rozłożyły się stoły uginające się od potraw arabskich, do spożycia których zachęcali liczni, natrętni naganiacze. Marokańczycy mają handel i naciągactwo we krwi. Używają takich sposobów, które nie mieszczą się w głowie Europejczyka.  Jedyny na nich sposób, to trzeba stanowczo odmawiać.

Na dachu  północnej Afryki 

Po dwóch dniach takiej orgii pojechaliśmy w Atlas do miejscowości Imlil. Skąd wychodzi się do schroniska pod Jebel Toubkal- najwyższy szczyt Atlasu Wysokiego. Stamtąd ruszyliśmy w górę. Plecaki na grzbiecie osła, a my obok. Droga idzie stromo do góry w górę potoku.  Na początku mija się wioskę, w której nakręcono Kunduna- a wioska i okolice po małych zmianach przypominały Tybet.  M. Scorsesee nakręcił tu ten znany filmy. Schronisko Toubkal stoi na wysokości 3207 m n.p.m. Następnego dnia rano ruszyliśmy na zdobyci szczytu. Szlak początkowo prowadzi stromo ruchomymi piarżyskami. Następnie w górę doliny. Po 3 godzinach docieramy do przełęczy. Stamtąd ramieniem w niespełna 0,5 godziny dochodzimy na szczyt.  Jebel Toubkal (4167 m n.p.m.) zdobyty. Ludzi jest tu dużo. Na szczycie pewnie ze 30 osób. A kilka grupek już zeszło. Jest to popularny cel wspinaczek górskich. Na górze jest triangul. Robimy zdjęcia. Oglądamy Atlas, który jest zasłonięty w dużej mierze przez zachmurzone powietrze. Zejście zajmuje nam 2 godziny. Najtrudniejsze są zejścia piarżyskami, gdyż spod nóg wyjeżdżają lawinki kamieni. Dlatego trzeba uważać. A tak to nie ma trudności przy wejściu na Toubkala. W Imlilu jesteśmy skonani o 6 wieczorem. Bierzemy taksówkę i wracamy do Marrakeszu. Nastepnego dnia ruszamy na pustynię. 

Przeprawa przez Atlas

Rankiem pożyczamy auto- Dacię Logan, która będzie przez 5 dnia naszym domem i jedziemy przez przełęcz Tichka (2505 m n.p.m.) do Warzazat. Droga, która przecina Atlas jest mistrzostwem inżynieryjnym , a zarazem mrożącym krew w żyłach przedsięwzięciem. Drogi prowadzą karkołomnymi serpentynami. Momentami asfalt prowadzi granią, a z jednej i drugiej strony spadają do dolin przepaście. Droga przez Atlas wynosi 60 kilometrów. Po drodze mija się też piękne miejsca wiosek i kazb otoczonych szpalerami drzew i dywanami traw. Po drodze handlarze sprzedają skamieliny i kamienie znalezione w górach.  Po drugiej stronie Atlasu krajobraz staje się surowy. Znika roślinność. Dominuje kolor piaskowy. Tylko w dolinach wzdłuż rzek ciągną się gaje palm daktylowych i migdałowców.25 kilometrów przed Warzazat skręcamy w lewo i po następnych kilku kilometrach docieramy do Ait Benhadou.  To obronna osada wybudowana na zboczu, na pustyni obok rzeki spływającej z Atlasu. Robi niesamowite wrażenie.  Zwarta zabudowa, typowo obronna z charakterystyczną kazbą. Całość wykonana z gliny.  Baśniowy zamek. Nie dziwota, że kręcono tu wiele filmów między innymi Gladiatora. Wchodzimy do środka. Wrażenie odwrotnie proporcjonalne do tego z zewnątrz. Brud i smród. Ale cóż tam! Jesteśmy urzeczeni.

Sahara

 Jedziemy dalej na pustynię. Naszym celem jest Erg Chebbi. Przed nami jeszcze ok. 250 kilometrów. Nocujemy w Agdzy na tak zwanym kempingu. Ponieważ we wnętrzu glinianych domków jest tak brudno, decydujemy się nocować na dachu pod palmami. I wygrywamy na tym. Poranek jest cudny.Nasi gospodarze młodzi Berberowie są bardzo gościnni i chłonni kontaktów z białymi. Po prostu pochłaniają wszystko co mówimy. Zapraszają nas na przejażdżkę nad wodospady. Kilka kilometrów przed Agdzą skręcamy z głównej drogi i nasza Dacia przekształca się w terenówkę. Jedziemy bitą drogą ponad skałami około 0,5 godziny na pustkowie. W końcu na środku skalistego płaskowyżu zatrzymujemy się i schodzimy na piechotę do głębokiego kanionu. W dole płynie strumień, który kilkumetrową kaskadą opada z progu skalnego i tworzy niewielkie rozlewisko. Wokół tego rosną palmy i bujna roślinność krzaczasta.  Cudny widok. Kąpiemy się. Jedne z Berberów Ismail również. Całość tego przedsięwzięcia pilnuje tak zwany Omar spod Wodospadów, bo tak się określił jegomość, który podobno codziennie od 25 lat przychodzi tutaj i samozwańczo pobiera opłaty od przyjeżdżających. Ale co mamy robić. Ten raj wart jest tego, żeby zapłacić po 10 dirhamów. Odwozimy Ismaela i Sindbada, jak nazywamy drugiego przewodnika i jedziemy na Saharę. Dzisiaj chcemy zdążyć do Merzougi.  Krajobraz za Agdzą pustoszeje. Pojawia się sawanna. Trochę traw, gdzie niegdzie drzewa i słońce. Niby nie jest prażące ale tak docierające wszędzie promieniami, że obezwładniające. Czuję jak ruchy mi powolnieją z godziny na godzinę.  Droga na szczęście asfaltowa. W końcu docieramy do Merzougi. To niewielka turystyczna wioska na skraju pustyni, tuż przy pasie wydmy zwanym Erg Chebbi. Wynajmujemy wielbłądy i nocą już z przewodnikiem ruszamy w głąb wydm. Po godzinie docieramy do namiotów. Nocujemy na materacach na zewnątrz.  Rano okazuje się jak piękne to miejsce. Wokół kilkanaście palm i drugie tyle namiotów. Są tu nawet narty do zjeżdżania po wydmach. Podobno jest taki rodzaj sportu.  Szybko wracamy. W ciągu dnia piaszczysta pustynia nabiera innego kształtu. Wydmy nabierają wyrazu. Brzegi są jak brzytwy, tak wiatr potrafi nawiać dokładnie piasek. Wyglądają tak nierzeczywiście. Słońce z minuty na minutę wysysa z nas siły. Po 1,5 godziny podróży kamelami jesteśmy tak zmęczeni, że wynajmujemy pokój z Klimą, żeby się zdrzemnąć.  Po południu przez miejscowość Rissani jedziemy do wąwozów Todra i Dades.

Z powrotem w Atlasie

To fenomeny przyrody utworzone przez spływające z Atlasu rzeki. Kaniony znajdują się we wschodnich zboczach Atlasu wysokiego w pobliżu Tinerhiru. Najpierw jedziemy przez Todrę. Droga prowadzi dnem wąwozu o kilkusetmetrowych ścianach. Wspinacze mają tu świetny poligon. Jedziemy dalej w głąb Atlasu. Docieramy do wioski Agoudal. Tutaj nieprawdopodobne obrazki; jak na filmach podróżniczych. Nasz samochód opadają chmary dzieciaków, które tłoczą się wrzeszcząc coś jedno przez drugie. Pewnie proszą o cukierki. Opuszczamy drogę asfaltową i wjeżdżamy w góry. Chcemy dotrzeć przez Atlas do doliny Dades od północy. Przejeżdżamy przez ascynujące góry, pokonujemy koryta potoków naszą Dacią. Kiedy przejeżdżamy przez przysiółki wypadają dzieciaki i biegną za naszym samochodem przez kilkaset metrów. Wygląda na to jakby pierwszy raz w życiu widziały auto!  A biały to dla nich niemal zjawisko. Psuje się pogoda i droga nieprzejezdna. Wracamy. Z trudem uciekamy przed deszczem. Wcześniej jechaliśmy suchym korytem potoku teraz ledwo przejeżdżamy, tak szybko woda potrafi je napełnić.  Agoudal mijamy szybko na około, żeby nie wpaść na sidła dzieciaków. Włażą niemal pod koła tworząc niebezpieczne sytuacje.  Pokonujemy potężną przełęcz po drodze. Droga, po której jeżdżą ciężarówki z gruzem wyprowadza nas na 2700 metrów.  Dookoła niesamowite góry.Nocujemy koło Dades. Ten kanion jest zupełnie inny. Droga wspina się serpentynami, które z góry przypominają węża, na wierzch kanionu i wiedzie górą. Kolejne nieprawdopodobne panoramy. Wracamy tą samą trasą. Okrężną droga docieramy do Warzazat. I ponownie przez przełęcz Tichka jedziemy do Marakeszu. Bogatsi o tony wrażeń i doświadczeń. 

więcej: http://gotramping.pl/index.php/pl/maroko  

  • 7
  • Img 8931
  • Img 8596
  • Img 8612
  • Img 8808
  • Img 8818
  • Img 8830
  • Img 8832